Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Tekst został przygotowany dla "Wysokich Obcasów". "Wysokie Obcasy" włączyły się w projekt Gazety Pisarzy - specjalnego wydania Gazety Wyborczej z dnia 23-24 kwietnia 2016 r., powstałego z inspiracji Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław2016 i Światowej Stolicy Książki UNESCO 2016"


Żeby Andrzej Żuławski nie poszedł na pogrzeb Ministerstwa Kultury, tobym sobie spokojnie wytłumaczyła. Ale żeby nikt z ministerstwa nie przyszedł na pogrzeb Andrzeja Żuławskiego - to podważyło niedobitki mojej wiary w poczytalność nowych oficjeli.

Jeśli był to świadomy akt - sromota, jeśli akt nieświadomości - jeszcze gorzej. Pocieszające jest tylko to, że sam zainteresowany byłby pewnie takimi gośćmi zupełnie niezainteresowany.

I że jego odbywający się w wieloznacznej ciszy pogrzeb, pogrzeb bez pocztu sztandarowego, surm zbrojnych, koni, kościuszkowców, czołgów, arcybiskupa, świętego Wojciecha i pierwszych dam, których wysmakowana elegancja jest wprost proporcjonalna do niemoty, był pogrzebem godnym naczelnego raroga polskiej kultury współczesnej, arcybarona artystycznej wolności.

Paradoksalnie, część jego twórczości z gracją wpisuje się w fokusy nowej polskiej polityki kulturalnej. Jest nawet coś o Chopinie! Ministrowi na pewno by się podobało, zwłaszcza gdyby nie obejrzał.



Ale żarty żartami: podczas gdy ten ostatni snuje swoje słodkie fantazje o superprodukcji historycznej, szastając prefiksem "super", jakby chciał się popisać znajomością najnowszego młodzieżowego slangu, "Trzecia część nocy" czy "Diabeł", które Żuławski kręcił na początku lat 70., pozostają modelami wybitnej artystycznie krytycznej refleksji nad Polską i jej historią.

Refleksji, która wyprowadza ją daleko poza jej hermetyczne zawiłości, w rejony filozoficzne i uniwersalne, jednocześnie nie rezygnując ze sznytu popowego.



Oczywiście w idealnym świecie. W nieidealnym na uroczystej projekcji pokazany został "Kosmos" według Gombrowicza po francusku z angielskimi podpisami, bo nie było wciąż polskich; w sieci krąży zwiastun "Smoleńska", zwiastujący Smoleńsk przede wszystkim artystyczny, zaś nowymi twarzami polskiej kultury współczesnej są Maria Skłodowska-Curie i papież, PAPIEŻ (nie mylić z tym no jak on się nazywa z tym kimś ) (no z tym, co się teraz podaje za papieża ) (nie wiem).



Tematem tego tekstu nie ma być jednak nowa polska polityka kulturalna. Ma być nim stara polska polityka seksualna, czy też raczej antyseksualna.

W tym roku mija 20 lat od premiery jednego z najbardziej enigmatycznych, nieudanych, okropnych i fascynujących zarazem polskich filmów lat 90., "Szamanki" Żuławskiego według scenariusza Manueli Gretkowskiej. Choć ma on na świecie swoich fanatyków, w Polsce ciągle owiany jest najgorszą sławą. Odsądzony od czci i wiary przez krytyków, których recenzje to osobny materiał na esej "Metafora fekalna w krytyce filmowej", wala się po dworcowych stoiskach "10 DVD za 5 złotych".

Wciąż kojarzony jest głównie ze skandalem, który wybuchł wokół rzekomego załamania nerwowego odtwarzającej główną rolę aktorki nieprofesjonalnej Iwony Petry, i księżmi nawołującymi z ambon do jego bojkotu.

Sama Iwona Petry kilkukrotnie w wywiadach dementowała pogłoski o nerwicy i depresji, których nabawiła się na planie, ale ta legenda to już legenda. Psychologowie łamali ręce nad kulturowym przekroczeniem, do którego młoda kobieta została nakłoniona w scenach seksu, a aktorki profesjonalne - nad brakiem wykształconych granic, które chroniłyby naturszczyka przed nadużyciami reżysera.

Obsadzenie w głównej roli zauważonej w kawiarni dziewczyny skończyło się dla samego dzieła dwuznacznie.



Tytułowa szamanka jest hiperseksualną, chaotyczną, poruszającą się bez ładu i składu, wręcz koziołkującą przez kadry pięknością o słabym głosie i nienaturalnej frazie. Odpychającą i obcą widzowi, jednocześnie tak inną od aktorów o przewidywalnym, zawodowym asortymencie gestów i min.

Partnerujący jej w roli antropologa Michała Bogusław Linda, nieraz mający ewidentne trudności z zapamiętaniem wybujałych, hiperliterackich dialogów, jest natomiast archetypicznym Bogusławem Lindą. I Franzem Maurerem, i Leonem z "Sary", z mimiką i frazą, których poblaski można ciągle wyraźnie zobaczyć w mimice i frazie całego pokolenia wychowanych na tych filmach mężczyzn.

Ciekawego waloru dodaje też dziełu opublikowany kilka lat temu "Trans" Gretkowskiej, pasjonująca środowiskowa powieść dezawuująca szczegóły toksycznego romansu z reżyserem, romansu, którego "Szamanka" jest owocem.



Owocem chromym. A jednak niesamowitym. Cóż mogli spłodzić genialny mizogin i feministyczna wizjonerka po powrocie z emigracji w Paryżu do Polski gramolącej się dopiero z przełomu? Tylko potwora. Film niemożliwy, cały czas balansujący na cienkiej granicy, za którą nieobliczalność przechodzi w niedopuszczalność, a szaleństwo w idiotyzm.

Jest rok po premierze filmu "Młode wilki" Jarosława Żamojdy, w którym kobiety (bardzo nieliczne) wygłaszają frazy takie jak: "Chciałabym, żeby się ze mną ożenił. Mam już 23 lata, ludzie już gadają, że zostanę starą panną", bawiąc się rąbkiem spódnicy. Nawet występna Angelika z "Psów" to przy bohaterce duetu Gretkowska - Żuławski zapięta pod szyję figlareczka, raczej przedmiot, a nie podmiot seksualny.


Miotana anarchicznymi impulsami "Włoszka" ma swój pomysł na konsumpcję przystawek na elitarnym przyjęciu



Dzika, szamocząca się po ulicach, żywiąca się mięsem z kociej miski "Włoszka", która, jak mówi jej partner, "albo je, albo śpi, albo się pierdoli", jest chodzącym seksem. Przyrodą, chaosem, wokół którego kluczą i tłoczą się polscy mężczyźni: mroczni, wulgarni, brudni, agresywni.

Zwierzęciem, ale swoim własnym zwierzęciem. Rewersem kamiennej, białej, aseksualnej Madonny, przed której wizerunkiem w pewnym momencie przyklęka, ociekając swoją czerwoną szminką. Negatywem własnej matki, której "chce się srać" ze strachu, gdy myśli o katującym ją mężu, i zakochanej w księdzu staruszki, od której wynajmuje mieszkanie. Zmysłową debilką, targaną miłością ladacznicą. Jest wszystkim, co kultura katolicka usiłuje od zawsze z polskich kobiet wyegzorcyzmować.


Sklep Odzież Zachodnia w czworakach. W tle Bogusław Linda, topos mężczyzny oczekującego na partnerkę mierzącą ubrania



Seksualne uniesienia kochanków, iluminacyjne i destrukcyjne jednocześnie, mają za tło szarą jak czyściec Warszawę lat 90. (na potrzeby filmu skontaminowaną z Krakowem), której Żuławski wraz z operatorem Andrzejem Jaroszewiczem dają niezwykły portret. Warszawę halucynacyjną, ołowianą, turpistyczną, pełną manowców, w których koczują orkiestry bezdomnych i zboczeńców; Warszawę lumpeksów, przejść podziemnych, kościołów, krzyży.

Łatwo od "Szamanki" się odbić. Tak jakby jej twórcy, dwoje skandalistów, to było o jakieś półtora skandalisty za dużo.


Nietypowa sytuacja - kochankowie znaleźli czas, by mimo wszystko zdjąć ubrania



Tak jakby popisywali się przed sobą nawzajem, kto w polskim obyczajowym ogródku lat 90., w którym Kościół katolicki zaanektował już co bardziej strategiczne rabatki, bardziej nabroi. Jest więc ksiądz homoseksualista, wyjadanie mielonego z waginy i szczury mielące się z mięsem w oślizgłej masarni. Plastikowy szaman sprzed tysięcy lat odkryty pod hutą i Paweł Deląg na rolkach handlujący uranem dziś mogą śmieszyć, a ogólna suma chorobliwości przybliżać całość do wysokoartystycznej "Klątwy Doliny Węży".

Ale jest to też film, który przy odrobinie więcej realizacyjnego łutu szczęścia miał szansę być filmem bardzo ważnym. A tak czy siak pozostał filmem odważnym. Dziwnym, poetyckim traktatem o seksie, o przenikającej się w nim zwierzęcości i duchowości, mistyce i religii. Także o opresyjnym kagańcu, który nakładał na te jego potencjały dominujący ówcześnie obyczajowość katolicyzm.

Nikt się takiej dyskusji już w polskim kinie nie podjął. I obawiam się, że takich drążących, filozoficznych pytań o seksualność może ono w najbliższym czasie nie zadać. A byłoby warto.




Ulica Tamka w Warszawie. Prawdopodobnie w 1995 roku ceny mieszkań wynosiły tu dokładnie tyle samo co teraz: 13 tysięcy za metr



Właśnie teraz, w 2016, gdy seks, wybitnie niemistyczny i wybitnie niereligijny, za to o dużym potencjale marketingowo-komercyjnym, leje się na chybił trafił z reklam, mediów i internetu agresywnym strumieniem. A spocone piersi, uda i pośladki reklamują wszystko, od batonów po dachówki i traktory. W tym świetle sceny miłosne z "Szamanki", spazmatyczne i fizjologicznie lepkie, opatrzone rytmiczną, szamańską-pogańską muzyką Andrzeja Korzyńskiego (z nieodłączną nutką fascynacji Casio), już nie szokują. Nie są bardziej pornograficzne niż standardowy klip Miley Cyrus oglądany przez dzieci przy lepieniu z ciastoliny. Dialogi perwersyjnych kochanków nie są wiele brudniejsze od tego, co krzyczą za przechodzącymi kobietami zrośnięte z iPhone'ami 12-latki pod pobliską podstawówką.


Jedna z najdziwniejszych scen w kinie polskim wszystkich stuleci. Grupa studentów antropologii w tańcu paraplemiennym wokół kuwety z szamanem, na pierwszym planie Andrzej Nejman



Jednocześnie po latach od premiery wyklętego thrillera, na której nie pojawiła się ani Petry, ani Linda, znowu w jakimś paradoksalnym przetasowaniu historii w polskich łóżkach i majtkach zjawia się Kościół katolicki. Niezreformowany, nadgryziony zębem czasu, w nieszczególnej formie, ale jak zawsze gotów do światopoglądowych porządków.

Minister szkolnictwa nie przewiduje edukacji seksualnej, z aptek znika postinor, restrykcyjna i tak ustawa antyaborcyjna ma zostać zaostrzona. Patronką kobiet, i tych wierzących, i tych nie, znowu ma być Maryja Zawsze Dziewica ze szramami na twarzy. Jedyne błogosławione piersi to te, które ssał prezydent, a rzeczoznawcą w kwestii aborcji jest Episkopat Polski. Niedorzeczne? Schizofreniczne? A jednocześnie realne.

"A wie pan, na co ja patrzę?" - mówił Andrzej Żuławski w wywiadzie dla "Polska The Times" w roku 2014. "Na to, jak oni są ubrani. Co to w ogóle są za ubiory, o co w nich chodzi? Wyobraża pan sobie, że facet w takich złocistych szatach i z pastorałem wyjdzie do sklepu, by kupić sobie bułeczkę?"

Tak! - chciałoby się odkrzyknąć mu w zaświaty. - Nie dość tego, po drodze wpadł do telewizji i wypowiada się o aborcji!

O Boże, on wypowiada się też o wszystkim innym!

Oto prawdziwy thriller. Thriller od twórców "dobrej zmiany". Zwanej coraz częściej "niezwykle złą zmianą, której jednak ostateczne wprowadzenie będzie wiązało się chyba z koniecznością wyłączenia w Polsce internetu i przeniesienia jej terytorium w kosmos".


Dorota Masłowska Fot.Wojciech Olszanka/East News



Tekst został przygotowany dla "Wysokich Obcasów". "Wysokie Obcasy" włączyły się w projekt Gazety Pisarzy - specjalnego wydania Gazety Wyborczej z dnia 23-24 kwietnia 2016 r., powstałego z inspiracji Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław2016 i Światowej Stolicy Książki UNESCO 2016"


Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.