Dziewczynki. Joasia i Monika

Joasia jest ostrożna. Dziecko, które boi się wszystkiego. Na łyżwy nie – bo za ślisko, na narty nie – bo się można przewrócić. Mama namawia ją chociaż na pływanie, Joasi podobają się skoki z trampoliny. Ale bakcyla sportowego łapie, kiedy mama zaprowadza ją na jazdę konną.

– Trener był bardzo wymagający. Pierwsza lekcja to była selekcja. Metody były wtedy inne; jak ktoś się garbił w siodle, to mógł dostać batem po plecach. Albo trener zaczajał się za drzewem i płoszył konia, koń stawiał dęba i utrzymywał się tylko ten, kto ma dobry dosiad – opowiada Joanna. – Jeździectwo dało mi dyscyplinę wewnętrzną. Dawniej ciężko było mi wstać na ósmą do szkoły, a teraz wstawałam o 4.30, żeby przejechać przez całe miasto – z Żoliborza na Służewiec – na trening. Miałam też motywację do nauki, bo bez dobrych stopni dostałabym szlaban na treningi. A chodziłam do szkoły muzycznej. To było spełnienie marzeń. I nauka opanowania emocji, bo koń wyczuwa emocje jeźdźca. Moja trenerka, z którą później pracowałam, przeszła na buddyzm i opowiadała, że od tego czasu zaczęło jej się lepiej pracować z koniem.

Monika przez całą podstawówkę jest przeciętna do bólu. Tak dziś o sobie mówi. Żadnej pasji, chociaż zazdrości innym, że angażują się w śpiewanie albo sport. Sama trafiła w liceum do reprezentacji szkoły w siatkówce – ma 183 cm wzrostu – ale przyznaje ze śmiechem, że głównie siedziała na ławce. Życie wypełnia jej harcerstwo – od zucha do drużynowej.

– Całe życie z dziećmi – komentuje. – Dorabiałam sobie jako animatorka na urodzinach albo malowaniem buziek na eventach. Poszłam na pedagogikę, chociaż studia mnie rozczarowały. Był duży nacisk na przedmioty teoretyczne. Więcej o pracy z dziećmi się nauczyłam w harcerstwie niż na studiach.

Joanna. Życie bez kotwicy

Kotwica. Ktoś powie, że to coś dobrego, stałego, co daje poczucie bezpieczeństwa. Joanna, że nie: – Trenowałam jeździectwo w Legii, byłam jedną z nielicznych dziewczyn, musiałam dawać radę, rozwijać się. Wyszłam za mąż, studenckie małżeństwo. Ale po pięciu latach poczułam, że stoję w miejscu. Że związek zamienił się w kotwicę, która blokuje mi rozwój. Nie było dziecka, rozwód był łatwy.

Wychodzi za mąż drugi raz – mają syna Pawła. Pracuje w radiu, jest realizatorem dźwięku. Ale jej chyba największa miłość w tamtym czasie ma na imię Celebes. Jej własny koń.

Celebes jest dwulatkiem, kiedy Joanna kupuje go w 1994 r. Już dwa lata później Celebes zdobywa pierwsze miejsce w Ogólnopolskim Czempionacie w konkurencji ujeżdżenia. – Później nauczyłam mojego konia pasażu, a wtedy niewiele koni w Polsce robiło ten kłus z zawieszoną fazą nóg. W 2004 r. byliśmy na liście kandydatów Polskiego Związku Jeździeckiego na igrzyska w Atenach – uśmiecha się Joanna. – Ale w 2006 r. po skręcie jelit i ciężkiej operacji Celebesa musieliśmy odejść ze sportu.

Wcześniej ona odchodzi od męża. Najpierw jest rozmowa z 11-letnim synem.

– Paweł, muszę ci coś powiedzieć. Nie wyobrażam sobie dalszego życia z twoim ojcem, bo z alkoholikiem nie da się żyć.

– Mamo, ja widzę, co się dzieje. Rozumiem. Ale poczekaj jeszcze, bo ja nie jestem na to gotowy.

Joanna czeka trzy lata. Rozstają się, ale do dziś są w separacji. – Żadna kobieta nie zabierze mieszkania mojemu dziecku – wyjaśnia Joanna. A sama poznaje Marka. Ma akurat 44 lata i śmieje się, że spełnia się stara prognoza astrologa, który jej kiedyś powiedział, że miłość życia spotka właśnie w wieku 44 lat.

Nie wie jeszcze, że najtrudniejsze dopiero przed nią.

Monika. Bieg z przeszkodami

Monika ma problem ze swoim wzrostem. W podstawówce, kiedy koleżanki licytowały się w klasie, która wyższa, cieszyła się, że zawsze wygrywa. W liceum, kiedy się okazało, że przerasta też większość chłopców, zrobił się kłopot. Ale mniejsza z tym, bo odkrywa pasję, która ją wciąga – biegi przeszkodowe. Uczestnicy przebiegają (lub przechodzą) niezbyt długie dystanse, ale mają na drodze do pokonania wiele przeszkód jak z poligonu wojskowego. Ścianki, na które trzeba się wspinać, konstrukcje z drążków, lin, poręczy. Trzeba dźwigać opony, czołgać się pod zasiekami, wchodzić do wypełnionego lodem kontenera albo błotnego rowu. Uczestnicy kończą zawody nieludzko brudni i niewiarygodnie szczęśliwi.

To one też wystartują – wpada na ten pomysł razem z Natalią, przyjaciółką ze studiów. Zaczynają biegać, wprawdzie w żółwim tempie, ale dochodzą do 5 km. Inne ćwiczenia? Zapomnij. Natalia rezygnuje, ale Monika w czerwcu 2017 r. jedzie do Ełku, startuje w Runmageddonie, największym polskim biegu przeszkodowym. 6 km, 30 przeszkód. – Było cudownie, zajebiście. Na każdej przeszkodzie dziesięć obcych osób podaje ci rękę. Skondensowana dobroć ludzka – mówi.

Jedzie potem na 12-kilometrowe zawody Runmageddon Classic do Sopotu. Jest jeszcze lepiej. Monika ma na oku kolejny cel: jeśli jeszcze w tym samym sezonie wystartuje na dystansie 21 km (tzw. Hardcore), to zdobędzie statuetkę Weterana Runmageddonu. Zawody mają się odbyć w Szczyrku pod koniec października.

Dystans dwa razy dłuższy, dwa razy więcej przeszkód, w dodatku po górach, a nigdy jeszcze po górach nie biegała. No i może być już zimno. To wszystko wie, ale nie wie, jak będzie trudno.

Joanna ogląda katastrofę

Na liście do zwolnienia z radia ląduje dwa razy. Ratuje ją prymas Józef Glemp! Poznała go przy nagrywaniu wypowiedzi do kampanii antynikotynowej, wie, że prymas ją dobrze zapamiętał. Prosi o rekomendację i biuro Episkopatu przysyła podziękowania za przeszłą współpracę z nadzieją na przyszłą. Joanna zostaje w pracy.

Drugi raz, kiedy zawiesza się konsola – akurat gdy Joanna wychodzi do toalety. I wtedy jest najgorzej. Bo właśnie postanowili z Markiem, że zamienią mieszkanie na większe. Bank uznaje, że nie mają zdolności kredytowej w złotówkach, ale mają we frankach. Za chwilę pada bank Lehman Brothers, zaczyna się kryzys, frank szybuje do góry.

– Byłam przerażona tym, jak będziemy to spłacać i za co będziemy żyć. Marek mnie utrzymywał, ja spłacałam raty, byłam na L4. Przez trzy miesiące czułam, jak wciąga mnie czarna dziura przerażenia. Bezsilność, a jednocześnie poczucie odpowiedzialności. W końcu trafiłam do psychiatry, dostałam psychotropy. Potem wpadłam na pomysł, żeby oglądać serial „Katastrofa w przestworzach”, bo uwielbiam lotnictwo. Tam ludzie przeżywali prawdziwe dramaty, więc doszłam do wniosku, że jestem szczęściarą, i to mnie otworzyło na wyjście z domu – wspomina Joanna. – Dokąd poszłam? Do stajni, żeby przytulić się do koni.

W końcu do Joanny dzwoni jej kierowniczka z radia. Ma wracać, nie na antenę na żywo, ale do produkcji nagrań. – Wtedy nie wyobrażałam sobie pracy „w drugiej linii”, bez tej adrenaliny na żywo. Ale przypomniało mi się, jak w momencie, kiedy przestałam być w Legii juniorem startującym w konkursach skoków, trener zasugerował mi, żebym się przestawiła na konkurencję ujeżdżenia. I w tym zdobywałam potem puchary – uśmiecha się Joanna.

Monikę zwala z nóg

Dla Moniki to szok – że droga idzie pod górę, jest zakręt, zza którego wyłania się znów droga pod górę, znów zakręt i znów pod górę. I tak ciągle, przez wiele, wiele minut. Monika nie ma siły biec, a po godzinie-dwóch nie ma już nawet siły iść. Staje i płacze. Ale nie może stać, bo jest bardzo zimno.

Kiedy dociera na grzbiet Skrzycznego, zaczyna padać śnieg z deszczem. Jakie to szczęście, że ma opaskę na uszy. Na dole nie chciała jej zakładać, bo bała się, że będzie brzydko wyglądać. Teraz, kiedy ma do zrobienia czterokilometrową pętlę z oponą w wietrze i zimnym, zacinającym deszczu, myśli, że ta opaska uratowała jej życie. Bo inaczej chyba by nie dała rady.

Tak mówił ten typ. Taki jeden, spotykali się trochę, niby oficjalnie nie byli parą, ale wszyscy wiedzieli, że są ze sobą. Aż dowiedziała się o tym… jego dziewczyna, a Monika dowiedziała się o niej. Nie warto typa pamiętać.

Tyle że tam, pod Skrzycznem, Monika przypomina sobie, jak się podśmiewał: – Nie dasz rady! Padniesz na drugim kilometrze, zobaczysz. Co komu chcesz udowodnić?!

– Byłam jak trup. Ciągnęłam oponę od traktora. I nagle runęłam na ziemię. Zorientowałam się, że złapał mnie skurcz, słyszałam o czymś takim. Ale nie wiedziałam, że to może tak zwalić z nóg – opowiada Monika. – Nie wiedziałam, co robić.

– Dziewczyna ma skurcze – słyszy wtedy nad sobą. I widzi, jak podbiega do niej czterech wielkich silnych facetów. Pomagają jej wstać. Jeden próbuje jej rozciągnąć mięsień, boli tak, że Monika chce się wyrywać, szarpać, chociaż wie, że jej pomagają, daje jej magnezowego shota, drugi próbuje rozgrzać mięsień, trzeci go rozciąga, a czwarty zagaduje. Jak masz na imię? Skąd jesteś? Co robisz? Masz chłopaka?

I wtedy Monika zaczyna siorbać jak dziecko. Przez łzy odpowiada: – Nie mam, bo mnie głupi fiut rzucił, bo powiedział, że nie przebiegnę, że nie dam rady.

– Jak nie przebiegniesz?! Wstawaj – mówią chłopaki. Pomagają jej ruszyć. Monika czuje, że wraca do żywych, mówi, żeby ruszyli szybciej, a chłopaki, że będą na nią czekać na przeszkodzie. To równoważnia, Monika umie ją przejść, a tu spada raz, drugi ze zmęczenia.

– Umiem to przejść. Ale nie mogę – Monika znów zaczyna chlipać.

I wtedy Michał, jeden z tej czwórki, podaje jej rękę: – Przejdziemy razem.

Dociera do mety w 7,5 godziny, a we wcześniejszych startach była na trasie tylko godzinę-dwie. Będzie trzecia od końca. I szczęśliwa jak na żadnym wcześniejszym starcie. Kiedy nazajutrz na Facebooku widzi zdjęcie swoich wybawców z wesołym „Sie ma mordeczki”, dziękuje im stokrotnie, zaczyna pisać. Zwłaszcza z tym Michałem – o biegach, a potem o pracy, o życiu. O Poznaniu, w którym mieszka Michał, a którego nie widziała.

Na kolejnym Runmageddonie Monika z Michałem spacerują już razem, za rękę.

Joanna. Pokonać hipopotama

Z kryzysu frankowego wychodzą dopiero teraz, w 2020 r. Joanna uderza do kancelarii adwokackiej Mazur i Wspólnicy, której udaje się zmniejszyć ich zobowiązanie z ponad 700 tys. do niecałych 150 tys. zł. A miesięczną ratę kredytu – wcześniej 4 tys. zł – pomniejszyć pięciokrotnie.

Ale już wcześniej odżywają. Mają z Markiem wspólną pasję – nurkowanie. – W wodzie nie czujesz ciężaru ciała. Jesteś planktonem. Wokół jest inny świat: ośmiornice, żółwie, manty, rekiny – opowiada Joanna. – Raz mieliśmy trudną sytuację, kiedy trafiliśmy na ostry prąd pod wodą. Tak jakby w morzu płynęła wartka rzeka. Ledwo weszliśmy na statek, Marek dopłynął do liny pierwszy, a ja chwyciłam się jego płetwy i miałam nadzieję, że ją mocno zapiął, bo inaczej prąd by mnie porwał. Marek ma od tego czasu nerwicę przed każdym nurkowaniem. A po mnie to spłynęło jak po jeźdźcu.

Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta

Z końmi wszystko się zmieniło. Dziś liczy się tzw. dobrostan zwierzęcia. – Celebes od kilku lat odpoczywa z kumplami na łąkach w Prażmowie. A mnie nie stać dziś na nowego konia. Trenuję spokojną klacz Graphinę. Mam dziś więcej empatii do konia i nie mam przymusu rywalizacji. Inne cele: koń ma być spokojny pod właścicielem, a nie przygotowany do zawodów – opowiada Joanna. – To też uspokojenie dla mnie, odejście od stresu, oczyszczenie, zaczerpnięcie tlenu.

Monika. Siła chwytu w pandemii

Monika wciąga w Runmageddon przyjaciół z harcerstwa. Laurę oraz swojego tatę przymusza do startu podstępem. Pod choinkę opłaca im dość drogie pakiety – więc muszą pobiec. Sama startuje niemal w każdych zawodach, bo wtedy spotykają się z Michałem. Regularnie jeżdżą też do siebie.

Tata montuje jej w suficie haki, na których można powiesić kółka, kulki, nunczako – takie same, jakie można spotkać na przeszkodach podczas zawodów. Przydają się w czasie pandemii.

– W poprzednim roku założyliśmy z moim przyjacielem z harcerstwa firmę Ohana, organizowaliśmy wycieczki szkolne. Ale tak, żeby to było ciekawe. Zamiast nudnego oprowadzania z przewodnikiem robiliśmy interaktywne gry miejskie. Dzieci dostawały zrzut z mapy z zadaniami i np. miały opowiedzieć historię jakiegoś zabytku kalamburami albo zmierzyć głębokość starej studni sznurkiem. Fama się rozeszła i na ten rok mieliśmy ponad 40 rezerwacji. A jak wybuchła pandemia, to szkoły jedne po drugich zaczęły odwoływać rezerwacje. Wracałam z pracy, bo pracuję też w gastronomii, i coraz bardziej się załamywałam. I wtedy ćwiczyłam. Myślałam, że jak się wszystko pieprzy, to mogę robić to, na co mam wpływ. Ćwiczenie siły uchwytu.

Po wycofaniu restrykcji znajduje nowe zajęcie. Prowadzi zajęcia dla dzieci w Kooźni, warszawskim centrum treningowym biegów przeszkodowych.

Joanna. Powrót do sportu

Ogląda swoje zdjęcia z 60. urodzin w Tajlandii i co widzi? Hipopotama. Ociężałą kobietę, którą trudno wyobrazić sobie jako lekką i sprawną amazonkę. – Wstawałam od konsolety z bólem wszystkiego. Pomyślałam, że czas umierać albo się za siebie zabrać.

Jedzie najpierw na obóz odchudzająco-kondycyjny do Kruklanek, codziennie jest pięć godzin treningu. Wraca lżejsza o 5 kg. Potem zapisuje się na siłownię, wykupuje sobie treningi personalne. Zmienia siłownie i trenerów, aż w końcu kolejny – Tomek – podpowiada jej start w Runmageddonie. – Pomyślałam, że oszalał, bo mam 63 lata i ledwo przebiegam 200 m. A potem zaczęliśmy przygotowania – wspomina.

W pierwszym starcie (formuła Rekrut, 6 km) największe wrażenie robi na niej przeszkoda lodowa. To kontener wypełniony lodowatą wodą – należy przez nią przejść, a w połowie trzeba się całkiem zanurzyć, bo nad wodą jest drewniana belka. – Jak weszłam do wody, to zamarzłam z wrażenia. Ale to tak jak z koniem – nie możesz się cofnąć. Więc przeszłam całość – mówi. – A po czołganiu się na Hardcorze 200 m pod górę pod zasiekami z drutu kolczastego miałam przez dwa tygodnie kolana w strupach. Po co? Robisz to, żeby zwyciężyć samą siebie.

Joanna znów się uśmiecha. Zapewnia, że zmarszczki mimiczne pojawiły jej się już w ósmej klasie.

Tekst pochodzi z magazynu "Wysokie Obcasy Extra" nr 9 (99)/2020, w sprzedaży od 20 sierpnia

okładka WOE, wrzesień 2020
okładka WOE, wrzesień 2020