Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Syn poprosił, żebym się nie pokazywała, więc sylwestra spędziłam przy lampce w malutkim pokoiku. Był 2000 rok, do naszego mieszkania na Ursynowie zaprosił kolegów, pili sobie, śpiewali. Do mnie przyszedł chwilę po pierwszej z butelką szampana, żeby złożyć mi życzenia. Wypiliśmy po łyku i wrócił do zabawy, a ja cichutko pracowałam na komputerze. Nie myślałam wtedy o sobie, czy mi smutno. Ważne było, że on tu jest. Tylko siku nie mogłam zrobić, chociaż ubikacja była obok. Z trudem, ale wytrzymałam. Wyczekałam do drugiej, trzeciej, jak już trochę sobie popili, i się wymsknęłam. Nie miałam pretensji. Wiedziałam, że jestem mu to winna.

MAŁGORZATA: MAMA W MYŚLACH

Małgorzata ma 71 lat. Od trzech jest na emeryturze. Wykładała chemię na uczelni, pracowała w międzynarodowej korporacji jako analityczka do dnia, gdy wezwał ją szef. „Nie możemy przedłużyć ci kontraktu, wiesz, zmiany struktury firmy". Powiedziała tylko: „Nie oszukujcie, wiem, o co wam chodzi".

Kiedy była młoda, chciała mieć dzieci. Marzyła, że sama je urodzi. – Nawet żyjąc w poprzedniej postaci, miałam instynkt macierzyński – opowiada.

Mówiąc „w poprzedniej postaci", Małgorzata ma na myśli 50 lat, które przeżyła jako mężczyzna, choć przez prawie 25 wiedziała, że nim nie jest.

– Gdyby dało się zajść w ciążę, spróbowałabym. Nawet ryzykując życie. Nosić dziecko w brzuchu było większym pragnieniem niż sama zmiana, by żyć jako kobieta. Chciałam nią być w pełni.

Wiedziała, że to niemożliwe. W ciele transpłciowej kobiety przyjmującej żeńskie hormony czy poddającej się operacjom mogą zajść fizyczne zmiany, ale jajników czy macicy mieć nie będzie, nigdy. Więc Małgorzata, mając 25 lat, formalnie została ojcem.

Bożenę, starszą asystentkę na uczelni, a przy tym śpiewaczkę operową, poznała w 1968 roku. Zobaczyła ją w sali wykładowej. Urzekła ją jej niespotykana uroda, była śliczna. Ich ślub odbył się w Warszawie, dwa lata później urodził się Hubert, potem Mateusz. Małgorzata traktowała ich jak matka. Ani żona, ani dzieci nie wiedziały, że tata w myślach mówi do siebie jak do kobiety – „tuliłam", „przewinęłam", „nakarmiłam".

IZA: MUSZĘ PRZESTAĆ

– Poszłam do budowlanki, bo koledzy szli. Dostawało się ubrania i można było szybko zarobić, bo praktyki były płatne. Już przeszło 40 lat robię łazienki, wykończenia domów. Zostawiam coś po sobie. To moje pomieszczenia, mnie nie będzie, a one będą – mówi Iza z Gdańska, lat 65.

Pamięta, jak szła z mamą koło kina Syrena. Miała trzy, może cztery lata, długie ciemne włoski z loczkami. „O, jaką ma pani śliczną córeczkę" – powiedziała przechodząca obok kobieta. Iza poczuła błogość, choć miała ciało chłopca, imię chłopca i wychowywana była jak chłopiec.

Pamięta też zazdrość. O matki z dziećmi, o kobiety w ciąży i o kobiety w ogóle. Była nastolatką, szła po mieście, widziała dziewczyny i czuła ukłucie. – Nie potrafiłam tego do końca wyjaśnić, ale czułam, że coś jest bardzo „nie tak".

Żeby sobie z tym uczuciem poradzić, uciekała. Na łąki czy na wały przy torach, gdzie nie było nikogo i gdzie mogła włożyć damskie ubrania.

– Tak chociaż na chwilunię, cudowne uczucie. Ale nie wiedziałam, czy mam do tej euforii prawo, a tylko tak ubrana czułam się sobą. Wracałam do domu z myślą, że muszę przestać, czemu mam takie skłonności, powinnam iść się leczyć.

MAŁGORZATA: NIE WYTRZYMAŁAM

Małgorzata nie unikała obowiązków w domu, znajomi się dziwili, że tyle czasu spędza z dziećmi, przewija, nosi na rękach, zabiera na spacery. Żona się z tego cieszyła, miała czas na śpiewanie. – Synowie byli moim światem, byłam w wymarzonej roli.

Przełom w jej życiu nastąpił w połowie lat 70., gdy pojechała autostopem na południe Francji, Włoch. Zwiedzała Lazurowe Wybrzeże, dorabiała, sadząc drzewka migdałowe. I chodziła do każdej napotkanej księgarni przeglądać książki i prasę. Liczyła na to, że znajdzie artykuł o osobach, które choć mają męskie ciała, marzą o ciele i życiu kobiety, tak jak ona. I udało się, zrozumiała, że jest transpłciowa. – Co za radość! Świat nagle stał się przyjaznym miejscem – uśmiecha się. Ale co z tego? Przecież miała małe dzieci. – Przez strach, że mi je odbiorą, powiedziałam do siebie: „Zapomnij o tym, dla dobra rodziny".

Wracając do Polski, postanowiła, że wytrzyma w ciele, które nie jest jej, a świat nigdy się o niej nie dowie. Ale nie było siły, żeby wytrzymać. Po 20 latach walki ze sobą uznała, że jeśli dalej ma żyć jako mężczyzna, lepiej umrzeć.

Chciała upozorować wypadek. Miała plan: zjedzie samochodem do Wisły.

Odesłała synów do babci, przed wyjściem z domu zaczęła się modlić. I poczuła na ramieniu ciężar, jakby sam Bóg chciał ją zatrzymać. Upadła na kolana, przyrzekła mu, że nie wsiądzie za kierownicę i od teraz wszystko zmieni. Będzie żyć już tylko jako Małgorzata.

IZA: POMAGAŁO FANTAZJOWANIE

– Byłam w szpitalu – opowiada dalej Iza – z takim dużym brzuchem. Czułam dziecko, które się porusza, kopie. Czekałam już, aż będę rodzić. Jak się obudziłam, Jezu, jak się spłakałam. Poczułam straszną krzywdę. Dlaczego, za co? – pyta. Płakała, bo to był tylko sen. Realistyczny taki, cudowny, ale jednak sen. Przecież wiedziała, że nigdy nie będzie mogła być w ciąży, chociaż w głowie jest kobietą. Bo jej ciało mówiło co innego.

– Wciąż mnie boli, że nie dość, że przez 30 lat nie mogłam być sobą, to jeszcze musiałam zapomnieć o macierzyństwie.

Miała 20 lat, gdy poznała Halinę. Impreza u znajomych, wymiana spojrzeń i ten jej uśmiech. Pobrały się po pół roku znajomości.

Dla obu było naturalne, że skoro jest małżeństwo, wiadomo, że będą i dzieci.

Jednak Iza, by móc kochać się z żoną, musiała fantazjować. Zwykle wyobrażała sobie dwie pieszczące się kobiety. Tylko takie sceny w głowie powodowały, że fizycznie była w stanie uprawiać seks. – Wstydziłam się tego, ale cieszyłam, że w ogóle mogę, że dzięki temu będziemy mieć dzieci.

MAŁGORZATA: SAMO SIĘ WYMSKNĘŁO

Małgorzata rozwiodła się wiele lat przed decyzją, że to koniec życia jako mężczyzna. Żona nawet nie wiedziała, co przeżywa jej mąż, wyjechała do Austrii robić karierę. Synowie zostali z Małgorzatą. – Ich wychowanie uważałam za swój obowiązek – stwierdza. Ludzie mówili, jaka jest dzielna. Bo dla otoczenia była ojcem wychowującym dzieci w pojedynkę.

Gdy zdecydowała się ujawnić, miała obawę, że zniszczy synom życie. – Powiedziałam o sobie w dniu 18. urodzin Mateusza. Do dziś mam wyrzuty, że zrobiłam to w takiej chwili. Ale cała rodzina się zebrała, wiedziałam, że prędko drugiej okazji nie będzie.

Na imprezę przyszła w garniturze. Chciała ukryć rosnące od żeńskich hormonów piersi, by nie było afery. Jej siostra, nieświadoma, zaczęła dowcipkować z niej w kuchni, wtedy Małgorzata zdjęła marynarkę, powiedziała: „Jestem kobietą, zmieniam się, przejdę operację".

– Nie planowałam tego, samo się wymsknęło...

Dla rodziny i synów to był szok. Mateusz stał się chłodny, obraził się. Bał się, jak będzie wyglądać jego życie z „takim ojcem".

IZA: CO IM POWIEM?

Na początku lat 80. Iza nic nie wiedziała o transpłciowości, myślała, że ma po prostu „dziwne skłonności". Haliny potrzebowała nie tylko dlatego, że była w niej zakochana. – Myślałam też, że może małżeństwo mi pomoże, że jak będę miała blisko kobietę, to pokusa, by ubierać się i żyć jak kobieta, minie.

Ale przez kolejne lata tylko udawała przed żoną i przed samą sobą, że już jest dobrze. Nie chciała żyć obok Haliny jako jej mąż, chciała żyć jak Halina. Skoro nie mogła, uznała, że lepiej będzie nie żyć wcale. – Próbowałam się zabić w trakcie naszego małżeństwa wiele, wiele razy.

I znów wyrzuty, bo przecież są dzieci. Najpierw urodziła się Monika, rok później Staszek. – Pamiętam, jak odbierałam je ze szpitala, płakałam ze szczęścia, bo przecież miałam po co żyć. I z rozpaczy, że nie wiem, czy dam radę, jeśli nie będę sobą.

Czuła, że nie powinna do tego dążyć. Bała się, że z czasem dzieci straci. Bo co im powie? Że tata od teraz będzie wyglądał jak mama?

IZA: ŁADNIE WYGLĄDASZ

– Byłam tym przerażona, odwlekałam decyzję o operacji, jak długo mogłam. Jeździłam do lekarzy w Łodzi i Warszawie, liczyłam na to, że mnie wyleczą. Tak bardzo chciałam być normalnym człowiekiem. Ale i tu, i tu usłyszałam, że to tak nie działa.

Podjęła ostatnią próbę samobójczą. Łyknęła całą garść tabletek, ledwo ją odratowano.

Zrozumiała, że aby żyć, musi być sobą. Przyniosła Halinie króciutki artykuł o sportowcu, który przechodził podobną przemianę gdzieś w Stanach, dała żonie gazetę do ręki. Ona w płacz: „Co ty robisz?!". Domyślała się, co za Izą chodzi, i też liczyła, że to przejdzie. To był początek końca ich małżeństwa.

Iza nie mogła przestać myśleć, że po rozwodzie straci dzieci. Że ich do siebie nie przekona, że ją odrzucą. – Starałam się im dać tyle miłości, ile tylko mogłam. Postanowiłam być nie ojcem czy matką, ale najlepszym rodzicem świata, by nie poczuły, że po przemianie stanę się kimś innym.

Nie było dnia bez słowa „kocham" czy do córki, czy do syna. Monika miała wtedy osiem lat, Staś siedem.

– Gdy przyszłam do nich pierwszy raz ubrana po kobiecemu, miałam na sobie długą spódnicę do kostek, lejącą się, w kolorowe wzory i lekki makijaż, wytuszowane rzęsy, usta pomalowane szminką. Powiedziały tylko: „Tata, jak ładnie wyglądasz" – śmieje się Iza. – To jedna z najpiękniejszych chwil w życiu. Przyjęły mnie, jakby to było całkowicie zwyczajne.

Czasem któreś z nich zapytało: „Dlaczego tak się zmieniasz?". Iza tłumaczyła, że musi tak być, jeśli ma żyć i móc być z nimi.

MAŁGORZATA: ŁZY MI POPŁYNĘŁY

Małgorzata mieszkała z młodszym synem do 2005 roku. W bloku nie wszyscy o niej wiedzieli, a Mateusz się bał, że jak ktoś skojarzy, że jest jej synem, pobiją go pod klatką. – Nigdy o mnie nikomu nie mówił. Gdy pytali o ojca, zmieniał temat. Pod domem nie można było razem przejść. To młody chłopak był, wypominał mi, że nie może przyprowadzić dziewczyny, bo się wstydzi, że go rzuci, jak zobaczy, jakiego ma ojca. Że pomyśli, że to zboczenie, może dziedziczne. Byłam załamana, wszyscy mnie opuszczali. Miałam jedną koleżankę.

Na osiedlu nie raz, nie dwa próbowali Małgorzatę pobić. Miejscowe chłopaki z ławki zaczepiały ją, wyzywały od „pederastów", machały pięściami przed jej nosem, straszyły: „Zaraz ci dojebiemy, zboczeńcu".

Dlatego z domu nigdy nie wychodziła razem z synem.

Gdy musieli jechać do miasta na zakupy, Mateusz szedł na przystanek pierwszy, pięć minut wcześniej. Małgorzata przychodziła po nim. Udawali, że się nie znają, siadali osobno, on wchodził na przód autobusu, ona na tył. Dopiero jak dojeżdżali do centrum, zaczynali rozmawiać.

– To było straszne i dla niego, i dla mnie. Mateusz pytał też, co będzie, jak dowiedzą się o nim w szkole. Bał się, że nie będzie mieć kolegów. Prosił, żebym broń Boże nie pojawiała się na wywiadówce. To była ostatnia klasa liceum, myślał, że może nauczyciele będą krzywo patrzeć i przeze mnie obleją go na maturze.

Hubert, starszy syn, gdy się ujawniła, mieszkał już sam, na co dzień nie miał nieprzyjemności. Ale Małgorzata nieraz usłyszała od niego, że zniszczyła mu życie, bo przez nią nie zrobił kariery. Pracował w mediach, miał dostać awans na kierownicze stanowisko. Przyszedł do pracy i znalazł na biurku „Super Express" otwarty na stronie z artykułem o Małgorzacie z jej zdjęciem. To był sygnał, że wszyscy wiedzą. Awans dostał kolega.

Ostatnio się przez Huberta popłakała. Przyszedł do niej z architektką, oglądała poddasze, na którym Małgorzata chce urządzić pokój dla Mateusza. I w pewnym momencie przy stole syn wspomniał coś o matce. – Ja mówię: „Co ty gadasz?", a on: „No co? Mówię o mojej mamie". Wyszłam z pokoju, łzy mi popłynęły. Chodziło o tę drugą. Nie wiem, co ta architektka pomyślała. Wyobraża sobie pani? Pewnie się zastanawiała, kim ja dla niego jestem. Ja wiem, że jest druga mama, nazywam ją biologiczną, ale to ja wychowywałam dzieci, byłam dla nich i matką, i ojcem.

Za tę sytuację Hubert nie przeprosił. Ale po niej przyznał, że Małgorzatę kocha, przytulił ją. Docenia, jak opiekuje się jego dziećmi. Jest babcią. Bo akceptuje, kim jest jego ojciec, ale pewnie wolałby, żeby było jak dawniej.

IZA: POCZUCIE WINY JEST

Na rozprawie rozwodowej – bo w Polsce osoby, które przechodzą korektę płci, muszą się rozwieść, nie ma prawa, które pozwalałoby im pozostać w związku osób tej samej płci – nawet sędzia tłumaczyła Izy żonie, że to nie jej wina, że musi przez to przejść.

Halina z czasem pogodziła się z tym, że nieświadomie wyszła za kobietę. – Chodziłyśmy razem na zakupy, doradzała mi jak przyjaciółka. Mówiła: „Weź tę spódnicę, tak ci w niej ładnie". Darzę ją za to ogromnym szacunkiem. I za to, że nie powiedziała mi „wynoś się", nie odcięła mnie od dzieci i nie zabroniła im kontaktu ze mną. Dużo pracowałam w tygodniu, ale czasem zabierałam je ze sobą na budowę. Nie było weekendu bez rodzinnego obiadu w czwórkę w naszym byłym domu, który zbudowałam własnymi rękoma.

Chociaż Halina ułożyła sobie życie z kimś innym, Iza poczucie winy ma.

Bo może nie powinna, może oszukała, może myślała o sobie, może powinna ją była uprzedzić? – Ale człowiek dokonał wyboru niepewny tego, czy był właściwy. Bywa, że przy tym się kogoś skrzywdzi. Nie chciałam, a jednak to zrobiłam. Ten ciężar czasem czuję do dziś.

IZA: CIOCIA TO MÓJ TATA

Iza nigdy nie myślała o sobie jak o matce, ale jak o rodzicu, bezosobowo. – Nie jestem w stanie inaczej, jako człowiek świadomy nie potrafię powiedzieć, że jestem kobietą.

Dzieci nie mówią do niej „tato" od lat, ale też nie „mamo", Iza poczułaby się dziwnie. Dlatego Dzień Matki to dla niej dzień jak każdy inny. – Nie pasowałoby mi to, bo ja wiem, że nie jestem ich mamą. Mówią do mnie po imieniu. Dość szybko przeskoczyły na „Iza", to bardzo miłe. Miewamy za to żarty, synuś mówi: „Iza, serdeczne życzenia dla ciebie z okazji Dnia Ojca", śmiejemy się z tego, traktujemy na wesoło.

Na co dzień przy innych Monika i Staszek mówią do Izy „ciociu". Ale gdy córka brała ślub, powiedziała teściom: „Ciocia to tak naprawdę mój tata".

Rodzina spotkała się później na urodzinach wnuka. Pytań i komentarzy nie było. Wnuczek mówi do Izy „babciu". – Jak słyszę „babcia przyszła", to mi się serduszko śmieje. Tę rolę przyjmuję, dziwne, nie?

Monika ma dziś 31 lat, Staszek 30. Nie rozmawiają z Izą o przeszłości. Gdyby chciały się dowiedzieć więcej, nie unikałaby rozmowy. – Ale nie czuję, że to dla nich temat. Liczy się chyba, że jestem z nimi, kocham je. Widujemy się prawie ciągle, wydzwaniamy do siebie. Im to do niczego niepotrzebne albo wiedzą, że to może bolesne dla mnie, nie pytają, bo chcą mnie chronić.

Chociaż Iza nie jest pewna, czy im życia nie skomplikowała swoją osobą. – Nie wiem, co mówiły o mnie kolegom albo czy ktoś się z nich śmiał. A dzieci bywają wścibskie. To całe mówienie „ciociu" zmuszało je do oszukiwania, kłamstw. Nie wiem, co wtedy czuły.

MAŁGORZATA: MARTWY DZIEŃ MATKI

Mateusz ma dziś 41 lat, Hubert 46. Nie pamiętają ani o Dniu Matki, ani o Dniu Ojca. – A chciałabym, żeby o tym pierwszym pamiętali. Żadnych kwiatów ani życzeń od nich nie dostaję. Czasem życzenia składają mi koledzy, ale na Dzień Kobiet. Dzień Matki jest w moim życiu dniem martwym.

– Marzę o tym, by synowie nazwali mnie matką. Wiedzą o tym, powiedziałam im kilka razy, ale naciskać nie będę. Wymuszona rzecz to nie jest żadna rzecz. Nie wiem, dlaczego nie mówią, może nadal pamiętają mnie jako twardego faceta, który wytrzymał siedem miesięcy przesłuchań w areszcie na Rakowieckiej i choć grozili mu, że dzieci trafią do domu dziecka, nie pisnął o kolegach z „Solidarności" ani słowa.

Gdy Małgorzata powiedziała o sobie rodzinie w 1999 roku, zaczęła ją tracić. Najpierw odsunęła się matka, potem brat, siostra. „Co ty robisz, pociągniesz siebie i całą rodzinę na dno". Mówili, że zwariowała, chcieli ją odizolować, umieścić w zakładzie psychiatrycznym. Tego roku święta spędziła sama.

– Nie miałam domu, nie miałam matki ani dzieci. Wszyscy ze mną zrywali. Byłam w pustce. Dopiero od dwóch lata siostra wreszcie traktuje mnie jak siostrę.

Niedługo później Małgorzata zdecydowała się na operację waginoplastyki, która oznacza usunięcie męskich narządów płciowych i uformowanie żeńskich. – Nigdy nie zapomnę, że tylko Mateusz przyjechał do mnie do szpitala do Gdańska, chociaż ciągle się bał, co będzie dalej. Leżałam po operacji w bólach, on siedział wystraszony, przerażało go, co zrobiłam, ale jako jedyny okazał mi serce. Pokazał, że ciągle jest moim synem.

Gdy rozmawiamy, Małgorzata i Mateusz wrócili akurat z wycieczki do lasu. – Syn zapytał, czy z nim pójdę, zgodziłam się bez wahania. Przeszliśmy z psem 13 kilometrów, ja i syn na spacerze wiele, wiele godzin, wspaniałe uczucie. Przejść się z nim, gadać z dorosłym człowiekiem, synem. Gdyby jeszcze choć raz powiedział do mnie „mamo".

Tożsamość bohaterek tekstu została zmieniona

Napisz do autorki: paula.szewczyk@agora.pl

CZUŁOŚĆ I WOLNOŚĆ. Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.

Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.