Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Włączyłaś się w pomoc osobom transpłciowym w Ukrainie. Jaka jest ich sytuacja?

Pod niektórymi względami Ukraina jest bardziej otwarta niż Polska, np. w kwestii aborcji, która tam jest legalna. Ale sytuacja osób transpłciowych nigdzie nie jest łatwa, a wojna jeszcze bardziej ją skomplikowała, szczególnie transpłciowych kobiet, które często są traktowane jak mężczyźni. Nie mogą wyjechać z kraju, ponieważ obowiązuje powszechna mobilizacja. Na granicy są zawracane do Ukrainy. Na szczęście istnieją oddolne inicjatywy, które im pomagają.

embed

Co można dla nich zrobić?

Zbieramy pieniądze na pomoc humanitarną. Wybrałyśmy inicjatywę CohortNGO, która pomaga ewakuować osoby mające problem z przekroczeniem granicy przez obowiązkową służbę wojskową. Zapewniają im również schronienie w rzadziej bombardowanych częściach kraju, bliżej granicy z Polską. Podejrzewam, że wiele osób wciąż nie zdaje sobie sprawy z problemów, jakie dotyczą społeczności trans, dlatego nagłośnienie sprawy jest tak ważne. Ta sytuacja jest dla mnie bardzo trudna emocjonalnie.

Sama jesteś osobą niebinarną. O transpłciowości mówi się coraz więcej, ale nadal nie wykształcił się właściwy język. Zastanawiam się, jak chciałabyś, żebym się do ciebie zwracała.

Jako osoba niebinarna nie utożsamiam się z byciem kobietą albo mężczyzną. Ale moje imię na razie mi nie przeszkadza. Możesz mówić do mnie Gosia. Używam naprzemiennie zaimków męskich i żeńskich, czasami neutratywów. Rzeczywiście, o traspłciowości mówi się coraz więcej, ale nie sądzę, że wystarczająco dużo. Osoby trans dochodzą do głosu, parę lat temu nie udzielano nam go wcale. Widzę, jak bardzo, szczególnie młodym osobom, pomaga to zrozumieć swoją tożsamość. W latach 90., kiedy dorastałam, to było znacznie trudniejsze. Przez większą część życia nie miałom pojęcia, czym jest transpłciowość, i chyba nie znałam żadnej osoby z tej społeczności.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Dorastałaś na wsi, co też podkreślasz.

Pochodzę z Radoszyc, małej podkarpackiej wsi, gdzie jest niewielka, dość zamknięta społeczność. Nie ma tam sklepu, nie jeździ żaden autobus, trudno złapać zasięg telefonu. Wieś jest wykluczona pod wieloma względami. Na jej funkcjonowanie duży wpływ ma Kościół i ksiądz, którym społeczność się podporządkowuje.

Jak wyglądało dorastanie transpłciowego dziecka w latach 90. w niewielkiej, zamkniętej społeczności?

Całe dzieciństwo sugerowano, że coś jest ze mną nie tak, ale nigdy nie wiedziałam, o co chodzi. Trudno było mi dogadać się zarówno z dziewczynami, jak i z chłopakami z klasy. Funkcjonowałam jako klasowy dziwak. Od zawsze lubiłam rysować, tworzyć, pisać. Kolejną przykrością były reakcje nauczycielek, które mówiły mi, że zadania plastyczne odrabia za mnie ktoś dorosły. Doznawałam przemocy, która miała wiele źródeł. Społeczeństwo socjalizowało mnie do roli kobiecej, zwracano uwagę, że za mało dziewczęco się ubieram. Z czasem wyuczyłam się różnych zachowań, wiedziałam, w co mam się ubrać, by mniej więcej się wpasować. Nadal jednak nie mieściło się to w kanonach. Gdy ktoś mylił się i nazywał mnie chłopcem, czułam jednocześnie wielką euforię i strach. Nie byłam też idealną córką, bo nie potrafiłam się dostosować do norm przyjętych na wsi. Na szczęście w gospodarstwie rodziców było dużo zwierząt. Uwielbiałam się z nimi bawić. Moje bezpieczne miejsce było nad rzeką. Urządzałam tam dom z różnych kamieni i kwiatów. Miałam tam też galerię sztuki składającą się z obiektów wykonanych z błota i mchu.

Często wracasz do dzieciństwa?

Dużo mówię o swoim dzieciństwie, bo od mojego coming outu rok temu staram się przepracować ten czas i lepiej zrozumieć procesy, które zachodzą we mnie samej. To jest trudne, ponieważ zinternalizowana transfobia to wielki problem, który kształtuje nas przez całe życie, wywołując w nas lęk, depresję, obniżając nasze poczucie wartości. Czasami jest też intencyjna. Niektórym trudno uwierzyć w istnienie niebinarności. Na jednym z wernisaży podszedł do mnie mężczyzna, by mi powiedzieć, że przedstawiam się jako osoba trans tylko dla rozgłosu, bo taka teraz moda. Chociaż po wielu latach terapii umiem podejść do takich sytuacji z większym dystansem, to jednak i tak są dla mnie bolesne.

Mimo to mówisz o tym otwarcie i pomagasz innym transpłciowym osobom.

Chcę mówić o transpłciowości, bo wtedy czuję, że odzyskuję podmiotowość. Czasami można też uratować komuś życie. Piszą do mnie ludzie, którzy mają podobne doświadczenia. Niektórzy przez kulejącą edukację seksualną oraz dyskryminację i demonizowanie społeczności LGBTQIA+ mogą nawet nigdy nie dowiedzieć się o tym, że queer jest też o nich. A im więcej osób opowie o swojej niebinarności, tym szybciej ludzie zrozumieją, czym w ogóle jest. Innej drogi nie widzę. Dlatego tak ważne jest to, aby słuchać osób, które mówią w swoim imieniu.

Co tobie pomogło w tym procesie?

Choruję na depresję i stany lękowe, mam zaburzenia odżywiania. Kiedy nie dawałam sobie już rady ze swoimi kryzysami, poszłam na psychoterapię. Skończyłam 18 lat i sama mogłam o sobie decydować. Nikomu o tym nie powiedziałam, nawet rodzicom.

Po jakimś czasie terapia i leczenie psychiatryczne pomogły mi zrozumieć swoją tożsamości i pogodzić się ze sobą. Wielkim przełomem było też poznanie osób transpłciowych, które otwarcie o sobie mówiły.

Po jakimś czasie zrozumiałam, że ja również nie identyfikuję się z płcią nadaną przy urodzeniu, że moja tożsamość jest płynna. Obserwuję swoje ciało i emocje i ich słucham.

Rodzice wspierali cię w tym?

To dla mnie trudny temat. Rodzice nie rozumieli mnie i nie potrafili wesprzeć. Nie dziwi mnie to, bo nie wiem, jak osoba żyjąca na wsi, gdzie w latach 70. nie było powszechnego dostępu do edukacji, a internet nadal jest świeżą sprawą, ma skończyć gender studies. Jeśli czegoś nie ma w telewizji mainstreamowej, to nie ma tematu. Sama długo nie rozumiałam, czym się różnię od reszty dzieciaków, więc nie mogłam im tego wytłumaczyć. Na pewno byli przerażeni. Nie wpisywałem się w stereotypowe role przypisywane dziewczynom na wsi. Nigdy nie nauczyłam się doić krowy, co było mi często wypominane. Nie ubierałam się właściwie. Nie byłam córką, o której marzyli.

Jedna z serii twoich prac nosi tytuł „Córka rolnika". Jaka w takim razie powinna być?

Całe życie słuchałam, jaka powinna być córka rolnika. Przede wszystkim powinna pięknie wyglądać, mieć długie włosy w naturalnym kolorze, najlepiej blond. Powinna też ubierać się pięknie, nawet podczas wykonywania prac domowych. Idealna córka rolnika chodzi też do kościoła i jest pokorna. Taka córka nie przynosi wstydu rodzinie. Malując kobiety w ich stereotypowych rolach, staram się je zwizualizować, może też lepiej zrozumieć.

Obrazy z cyklu Małgorzaty Mycek 'Córka rolnika'Obrazy z cyklu Małgorzaty Mycek 'Córka rolnika' Fot. Bartosz Górka

Niełatwo wejść w tak ciasny schemat.

Miałam momenty, kiedy bardzo się starałam sprostać tym oczekiwaniom, wtopić w tłum, żeby wszyscy dali mi już święty spokój. Malując te postaci, ubieram je w rzeczy, które wtedy chciałam nosić, ale nie potrafiłam. Zazdrościłam koleżankom, które były ultrakobiece, chociaż sama bardzo źle się czułam, wchodząc w tę rolę. Taki ciasny schemat jest traumatyzujący, ponieważ zostaje niewiele miejsca, żeby się rozwijać na własny sposób. Dziewczyny często nie mogą pójść na studia, ponieważ są uwiązane w gospodarstwie albo nie ma na to pieniędzy.

Sprzątają i doją krowy, jak na jednej z twoich prac?

Poza tym, że muszą ładnie wyglądać, bardzo ciężko pracują. Wcześniej zauważyłam, że chłopcy mają dużo mniej obowiązków niż dziewczyny. Mój brat nie musi robić tego wszystkiego, co ja i moja siostra. Nie chciałam się zgodzić na taką nierówność. Kobieta na wsi ma bardzo dużo obowiązków, które nie są postrzegane jako praca. Namalowałam obraz, na którym jest moja mama. Wzrusza mnie, kiedy ją obserwuję. To już starsza, chorująca osoba, a pracuje codziennie od świtu do późnej nocy. Myślę, że w żadnej wiejskiej rodzinie podział obowiązków nie jest zrównoważony.

Czy którakolwiek dziewczynka czy kobieta jest w stanie sprostać takim oczekiwaniom?

Niektórym się udaje. Część osób jednak wyłamuje się i ucieka ze wsi.

Tak jak ty?

Ponad dziesięć lat temu wyprowadziłam się do Poznania. Starałam się zerwać więzi i zamieszkać w miejscu, w którym nikogo nie znam i nikt nie zna mnie, gdzie mogę zacząć życie od nowa. Gdzie mogę być sobą.

Polskie miasta też nie są ostoją tolerancji.

Wychowałam się na wsi i opowiadam przede wszystkim o swoim doświadczeniu. Zarówno w mieście, jak i na wsi istnieją osoby z uzależnieniami, nieradzące sobie z emocjami i presją, osoby doświadczające przemocy i jej sprawcy. Chociaż słucham i czytam o różnych sytuacjach w mieście, to nie chcę podejmować tego głosu i zawłaszczać tej przestrzeni. Są osoby, które lepiej to opowiedzą.

Masz wystawy w ważnych galeriach. Czy dzisiaj rodzice są z ciebie dumni?

Myślę, że mama, z którą teraz mam lepszy kontakt, może jest ze mnie dumna, chociaż nigdy z nią o tym nie rozmawiałam. Reszta rodziny raczej nie rozumie, czym się zajmuję. Moja babcia nadal jest przerażona, że nie mam stałej pracy na etacie, mimo że jestem w stanie utrzymać się z malarstwa. W tym wszystkim bardzo wspiera mnie siostra.

Małgorzata MycekMałgorzata Mycek Fot. Michał Mutor

Czy już są w stanie cię zaakceptować?

Nie jestem wyoutowane przed nimi. Myślę, że kiedyś im wszystko opowiem. Na razie wie tylko moja siostra. Trudno stwierdzić, na ile ona to rozumie. Nie wiem, czy zna poza mną kogoś o niebinarnej tożsamości płciowej. Myślę, że mój coming out może być dla rodziny ciężką sprawą. Pracuję nad tym, a terapia pomaga mi przygotować się do tego, żeby pojechać tam jako ja.

A teraz jeździsz tam jako kto?

Jako kobieta. Mam specjalnie przygotowane kostiumy, w które się przebieram, kiedy jadę do rodzinnego domu. Zapuszczam brwi, chociaż na co dzień mam zgolone, farbuję włosy na kolor neutralny.

Performuję córkę rolnika, może nie idealną, ale przynajmniej córkę. Może i mogłabym porozmawiać o niebinarności z moimi rodzicami, ale na razie odwlekam ten moment. Wiem, że byłoby to głośno komentowane przez sąsiadów.

W Radoszycach parafianie zainicjowali zbiórkę podpisów pod homofobiczną ustawą Kai Godek. Nie mam siły na dialog z tymi osobami, więc po prostu ograniczam swoje wyjazdy w rodzinne strony. Mimo że staram się mówić o tym otwarcie, to nie w każdej przestrzeni czuję się tak samo bezpiecznie. Myślę, że z czasem to przełamię. Najpierw odkrywałam swoją tożsamość dla siebie samej, a kiedyś odkryję ją przed innymi, ale to długi proces. Nabieram odwagi, żeby całkiem się odsłonić.

Wyjeżdżając ze wsi, nie zatrzasnęłaś tych drzwi, ciągle tam wracasz, również w malarstwie.

Wyjeżdżając, zerwałam kontakty z rodziną, ale teraz staram się je odbudowywać. Dużo daje mi terapia. Dzięki temu łatwiej mi odzyskać kontakt z mamą. Mogę jej powiedzieć, kiedy przekracza granice, bo sama już wiem, gdzie one przebiegają. Wracanie do wsi w sztuce ma też wymiar terapeutyczny, służy mi do przepracowania traum. Wiele z nich wynika z dzieciństwa, ale to nie jest zamknięty etap mojego życia. Muszę się z tą wsią jeszcze trochę porozliczać.

Co jeszcze rozliczasz w swoich pracach, jeśli chodzi o wieś?

Na jednym z moich obrazów widać dziewczynę ubraną na sportowo, która zabija kurę. Muszę jeszcze się rozliczyć z przemocą wobec zwierząt. Jako dziecko widziałam bardzo dużo śmierci krów, świń, kur, kaczek. Dzieciom nie oszczędza się tych widoków. Przechodzisz i nagle widzisz, jak krowie odcina się głowę. Uciekałam od tych sytuacji, ale jeszcze daleko było słychać wrzask zabijanych zwierząt. Inne zwierzęta to słyszały i też się płoszyły. Potem, kiedy wracałam, wszędzie było pełno krwi i poćwiartowane ciało. Do dziś widzę te obrazy i nie mogę się z nimi pogodzić. W bardzo młodym wieku przestałam jeść mięso.

Sporo jest też religijnych aspektów. Rozliczasz się z Kościołem?

Wychowałam się w religijnej, katolickiej rodzinie. W dzieciństwie była duża presja chodzenia do kościoła. Kiedyś chciałam być ministrantem, ale nie mogłam, bo zostają nimi tylko chłopcy. Chciałam dzwonić dzwonkiem na mszę, ale to też zadanie dla chłopców. Zapisałam się na scholę, gdzie się kompletnie nie odnalazłam, więc po pierwszym podejściu zrezygnowałam. Od dawna jestem niewierząca. Z czasem zaczęłam zauważać dużo nieścisłości między tym, co się mówi w kazaniach i psalmach, a czynami. Zobaczyłam też dyskryminujące działania wobec kobiet czy osób LGBT. Przestałem wierzyć Kościołowi. Kojarzy mi się z przemocą.

W twojej twórczości jest sporo obserwacji kultury peryferii, jak sama to nazywasz, m.in. charakterystycznych emblematów.

Z dzieciństwa pamiętam, że zawsze był sok Caprio na promocji 50 proc. gratis. W każdym domu jest świeczka Caritasu, choć nigdy się jej nie używa, ale co roku i tak kupuje nową. Kwiaty w doniczkach. To są figury, które tworzą te miejsca. Patrzę na nie trochę z sentymentem. Chociaż już ich nie ma w moim życiu, to wciąż je pamiętam.

Obrazy wyglądają jak namalowane flamastrem. To też powrót do dzieciństwa?

W rzeczywistości maluję je akrylem na starych banerach reklamowych. Bardzo lubię dziecięcą estetykę. Wiele tych scen zostało zapamiętanych oczami dziecka. Długo noszę w sobie każdy obraz, szkicuję go dziesiątki razy, ale kiedy siadam do malowania, to staram się, żeby powstał szybko, był zgodny z emocjami, które przeżywam. Moje obrazy są dosyć proste, z czystymi płaszczyznami, oszczędnością kolorów. Zestawiając je z tak ciężkimi tematami, chcę zachować prostotę.

Dlaczego wybrałaś zużyte banery?

Często przetwarzam różne śmieci w swoich pracach. Na początku nie miałam pieniędzy na materiały. Moja rodzina nie należy do bogatych, a przez to, że chciałam się od niej odciąć, nie prosiłam często o wsparcie. Mój partner pracuje w drukarni wielkoformatowej i przynosi mi z niej odpady. Malowałam na różnych materiałach, ale baner sprawdził się najlepiej. Nawiązuje też do tego, że na wsi nic nie może się zmarnować. Często gospodarstwo podzielone jest płotem na dwie części. W mieszkalnej są kwiaty i porządek, a wszystko, co za płotem, może być zaniedbane: rozwalona szopa, jakieś złomowisko i składowisko wszystkiego. U mnie w domu było kilka szop po sufity wypełnionych rupieciami. Może bierze się to z czasów niedoborów, kiedy coś trzeba było zrobić z niczego i uprawiać wiejski DIY. Jeśli nie znajdą praktycznego zastosowania, to jeszcze można z nich zrobić dekoracje. Wciąż mnie zadziwiają w przydomowych ogródkach łabędzie, kwietniki wykonane ze zużytych opon czy innych nieprzydatnych już rzeczy. Sama też wyuczyłam się zbieractwa, z trudem pozbywam się rzeczy.

W cyklu prac o świętym źródełku pokazujesz, jakie zmiany zachodzą na wsi.

Radoszyce słyną ze świętego źródełka. Wiąże się z nim opowieść, że córka proboszcza zachorowała na trąd, uciekła do lasu, gdzie mieszkała kilka miesięcy. Objawiła jej się Maryja, pokazała źródełko, dziewczyna umyła się i wyzdrowiała. W ostatnich latach bardzo się zmieniło. Kiedyś była niewielkim ciekiem w lesie. Z czasem zaczęła obrastać w infrastrukturę, powstała kaplica i altana. Przyczepiona została potężna tablica z pleksi z nazwiskami fundatorów. Mój ojciec pracował przy budowie tej kaplicy, ale jego nazwisko zostało napisane drobnym druczkiem, bo praca fizyczna nie ma takiej wartości jak pieniądze. Nadal jak jestem w Radoszycach, to chodzę na spacer do źródełka, ale już nie mogę tam spokojnie posiedzieć, bo ciągle są kolejki samochodów i ludzi, którzy chcą nabrać wody. Zdecydowanie wolałam to miejsce, kiedy było dziurą w ziemi obłożoną kilkoma kamieniami. Moja mama zawsze poleca mi, żebym zaparzyła sobie herbatę na wodzie ze źródełka, bo ma cudowne moce. Wątpię. Kiedyś wykryli w niej bakterie coli.

Wieś zmienia się, ale nie wiem, czy o takie zmiany chodzi. Ludzie na wsi wciąż doświadczają wykluczenia – mają utrudniony dostęp do dóbr kultury, często nie mogą pojechać do większej miejscowości, bo są zapracowani i wykluczeni komunikacyjnie. Ja wykluczenie definiuję jako przemoc.

Mimo trudnych doświadczeń wieś traktujesz z czułością.

Część tych rzeczy, o których mówię, nie jest związana bezpośrednio z wsią. Przemoc wobec dzieci dzieje się w każdym miejscu niezależnie od statusu materialnego i miejsca zamieszkania. Poza tym kocham tę wieś. Zawsze blisko było mi do natury. Radoszyce to jedyne miejsce, gdzie tak naprawdę potrafię wypocząć. Wciąż też czuję się częścią tej społeczności, jakakolwiek by była. Nie wracam przecież tylko do złych rzeczy, one w większości już się wydarzyły i są przeszłością, z którą wciąż się mierzę, ale jednak przeszłością. Może kiedyś znowu zamieszkam na wsi i założę azyl dla zwierząt.

Mariusz Szczygieł pisze o Małgorzacie Mycek w swoim autorskim felietonie w najnowszych „Wysokich Obcasach Extra". Zapraszamy do lektury

Małgorzata Mycek – ur. w Sanoku w 1993 r. Malarka i performerka mieszkająca w Poznaniu. Wychowywała się na peryferiach, w małej wsi w Bieszczadach, na przełomie milenium, co często eksploruje w swoich pracach

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Akcja społeczna Kulczyk Foundation, "Wysokich Obcasów" i Fundacji Gazety Wyborczej.

Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.

Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.