Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Zielarki, znachorki, wiedźmy, magia Roztocza, siła kobiet. Takie hasła pojawiają się w kontekście filmu „Dzień i noc". Co się za nimi kryje?

ŁUKASZ MACHOWSKI: To opowieść o najstarszym pokoleniu kobiet z Roztocza. Tych wszystkich anonimowych staruszkach, które mijamy podczas podróży przez niewielkie wsie i miasteczka, traktując je zwykle jako część krajobrazu.

W kinie mało kto opowiada o ich młodości, a jeśli już, to w kontekście dramatycznych wydarzeń, takich jak np. wojna. Tymczasem zarówno starość, jak i młodość mogą być fascynującym tematem same w sobie. Dlatego zdecydowaliśmy się na film hybrydowy, połączenie fabuły i dokumentu, w którym pokazujemy nasze bohaterki dzisiaj, kiedy mają 80, 90 lat, ale też cofamy się do czasu ich młodości, a konkretnie do 1959 roku.

Co kryje się za tytułowymi dniem i nocą?

KATARZYNA MACHAŁEK: Oprócz oczywistych skojarzeń, takich jak młodość i starość, przeszłość i teraźniejszość, dzień symbolizują charyzmatyczne panie z zespołu ludowego, które śpiewają razem już od blisko półwiecza, wspierając się w zmiennych kolejach losu. Noc symbolizuje historia pani Janiny, 90-letniej staruszki, która mieszka samotnie w 100-letniej chacie. Codzienność upływa jej na modlitwie, pracy w domu i w ogrodzie, podczas której śpiewa ludowe pieśni.

Ł.M.: To dwa zupełnie inne oblicza starości, które podkreśliliśmy również w warstwie wizualnej. Dzień to kolor soczystej pomarańczy – witalność. Noc to ciemny błękit – wspomnienia i sny, które towarzyszą naszym bohaterkom przez cały film.

Ale to nie jest wyłącznie opowieść o pani Janinie i członkiniach zespołu ludowego.

Ł.M.: To prawda, zależało nam na tym, żeby przywołać zbiorową pamięć roztoczańskich kobiet, dlatego tkamy nasze opowieści z biografii wielu kobiet z Roztocza – mam, babć, ciotek, sąsiadek, ale też znachorek i wiedźm, które żyły z dala od wiejskiej społeczności. Zależało nam nie tylko na tym, żeby pokazać, jak wyglądało ich życie, ale przede wszystkim na tym, żeby pokazać ich siłę.

Na czym ta siła polegała?

K.M.: Kobiety z Roztocza od zawsze łączyły się w grupy. Przed wojną mężczyźni z Biłgoraja i okolic wyrabiali sita z drewna i końskiego włosia, potem wyjeżdżali na wiele tygodni w głąb Rosji, żeby te sita sprzedawać. W tym czasie kobiety zostawały w domu same, zajmując się dziećmi i gospodarstwem. Mogły liczyć na pomoc innych kobiet. Jednym z elementów, który im stale towarzyszył, był śpiew.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Opowiedzcie o nim.

K.M.: W Biłgoraju nazywany jest białym śpiewem albo śpiewokrzykiem, bo z prostej melodii przechodzi w krzyk. Ten śpiew pomagał kobietom wyrzucić trudne emocje, takie jak żal, złość i niezgoda na to, co je w życiu spotyka. Ale był też okazją do spotkań i ucieczką od trosk dnia codziennego.

W latach 50., kiedy toczy się część fabularna filmu, na polskiej wsi panował ściśle określony model rodziny. Do zadań kobiet należało zajmowanie się dziećmi i domem, praca w polu i w gospodarstwie. Często opiekowały się też swoimi starymi rodzicami albo rodzicami męża.

Mężczyźni mieli utrzymywać dom, ale nie zawsze dorastali do swoich ról. W waszym filmie widać to bardzo wyraźnie.

K.M.: Wielu z nich żeniło się w wieku 19, 20 lat. Nie dorastali do roli mężów i ojców, więc uciekali w alkohol i przemoc, wyładowując swoje frustracje na kobietach i dzieciach. Nie chcieliśmy ich piętnować, tylko pokazać realia, z jakimi w tamtym czasie musiały się mierzyć kobiety na wsi. Życie małżeńskie, w bardzo wielu przypadkach, było dalekie od sielanki.

Sceny z filmu 'Dzień i noc' w reż. Katarzyny Machałek i Łukasza MachowskiegoSceny z filmu 'Dzień i noc' w reż. Katarzyny Machałek i Łukasza Machowskiego Fot. materiały prasowe

Wasze młode bohaterki nie wyglądają jak typowe wiejskie kobiety z lat 50.

K.M.: Szukając klucza estetycznego do zobrazowania przeszłości, przeglądaliśmy z kostiumografką Eweliną Bryłą stare albumy i monografie odnalezione w lokalnej bibliotece w Biłgoraju. Wbrew temu, co sobie wcześniej wyobrażaliśmy, ludzie, którzy patrzyli na nas z przedwojennych zdjęć, mieli staranne fryzury i byli elegancko ubrani.

Ł.M.: Dlatego odeszliśmy od stereotypowego myślenia i obrazów zatopionych w sepii. Młodość zamanifestowaliśmy m.in. przez kolor. Uważni widzowie dostrzegą, że każda z bohaterek filmu ma swój własny kolor, który podkreśla jej naturę i charakter. W scenach zbiorowych te młode dziewczyny przypominają kolorowe kwiaty, którymi upstrzone są kapliczki na Roztoczu.

Wasze bohaterki nie mówią również gwarą.

K.M.: Zależało nam na tym, żeby aktorki grały jak najbardziej współcześnie. Żeby nie starały się imitować archaicznej wiejskiej gwary, która tylko zbudowałaby mur pomiędzy postacią a widzem. Podczas prób zespołu nasze bohaterki nie tylko śpiewają, ale również dzielą się wiedzą na temat dbania o urodę, marzą o lepszej edukacji i zwierzają się z magicznych i niewytłumaczalnych zdarzeń.

W pierwszej scenie filmu widzimy Sandrę Korzeniak ubraną w męski strój, która – zdecydowanym krokiem – przemierza błotniste pole.

K.M.: To Nawoja – lokalna wiedźma.

Opowiedzcie o niej.

K.M.: Nawoja jest buntowniczką, która żyje zamknięta w swoim świecie. Bardziej niż ludzi kocha rośliny. Nie godzi się na życie według norm i zasad wiejskiej społeczności, w której przyszło jej żyć. W przeciwieństwie do innych kobiet nie nosi chusty ani sukienek, tylko zakłada męskie spodnie, co w latach 50. wymagało dość dużej odwagi.

Ł.M.: Dzisiaj byśmy powiedzieli, że jest outsiderką. To najbardziej złożona i intrygująca postać z całego filmu. Nosi w sobie wiele sprzeczności i traum, które Sandra Korzeniak doskonale oddała. Jedyną osobą, którą kocha nasza bohaterka, jest jej wnuczka Ula.

W jednej ze scen widzimy, jak Nawoja leje nad jej głową wosk. To jakiś ludowy rytuał?

K.M.: To rytuał, który jest dość mocno zakorzeniony na Roztoczu. Niektórzy porównują go do egzorcyzmów, inni do czarnej magii. Sama czynność polega na tym, że znachorka leje wrzący wosk do naczynia z lodowatą wodą, które znajduje się nad głową. Kobieta przez cały czas się modli albo – jak twierdzą niektórzy – wypowiada słowa przypominające magiczne zaklęcia. Później z tych woskowych płaskorzeźb i przedziwnych wzorów odczytuje choroby. Zarówno te fizyczne, jak i te duchowe.

Ł.M.: To jest dar, którego nie można się nauczyć. Trzeba go odziedziczyć po matce albo babce. Filmowa Nawoja przekazała go swojej wnuczce.

Sceny z filmu 'Dzień i noc' w reż. Katarzyny Machałek i Łukasza MachowskiegoSceny z filmu 'Dzień i noc' w reż. Katarzyny Machałek i Łukasza Machowskiego Fot. Mateusz Wąsacz

Skąd pomysł na taką postać?

K.M.: Wychowałam się w Biłgoraju, więc od dziecka słuchałam historii o wiedźmach, które żyją na obrzeżach wiejskich społeczności. O tym, że potrafią nie tylko leczyć i przeganiać złe duchy, ale też rzucać klątwy. Chciałam się skonfrontować z tą wiedzą. Dowiedzieć, kim były te kobiety. Jaka była ich motywacja, zarówno do dobrego, jak i do złego. Zależało mi na tym, żeby stworzyć ich portret psychologiczny, a nie tylko snuć kolejną opowieść na ich temat.

To był główny impuls do stworzenia filmu?

Ł.M.: Przez kilka ostatnich lat bardzo intensywnie z Kasią pracowaliśmy, realizując filmy w Nowym Jorku, Londynie i w Chinach. Właściwie pracowaliśmy niemal bez przerwy. Przyjechaliśmy w Kasi rodzinne strony, żeby odpocząć, ale zawołał nas inny temat.

K.M.: Od kilku lat myślałam o tym, żeby zrobić dokument o białym śpiewie biłgorajskim. Uznałam, że to dobry moment, żeby do tego pomysłu wrócić. Miałam plan na 15-30 minut, ale kiedy zaczęłam się temu tematowi bliżej przyglądać, szybko zaczęły się pojawiać kolejne ciekawe wątki i bohaterki, które sprawiły, że finalnie nakręciliśmy film pełnometrażowy.

Jak trafiliście na wasze bohaterki?

K.M.: Jedna z moich przyjaciółek z Biłgoraja powiedziała, że w Aleksandrowie jest kobiecy zespół ludowy, który od półwiecza śpiewa w niemal niezmienionym składzie. Skontaktowałam się z tymi paniami i któregoś dnia pojechaliśmy do nich z Łukaszem na próbę.

Ł.M.: Panie zaczęły opowiadać nie tylko o zespole i swojej młodości, ale też o wiedźmach, zielarkach, wróżbach i zjawiskach nadprzyrodzonych, których niemal każda z nich doświadczyła. Okazało się, że to jest część historii bardzo wielu kobiet z Roztocza. W tym również Kasi.

To znaczy?

K.M.: Jako mała dziewczynka nasłuchałam się opowieści o zaklętych krowach, które dawały zepsute mleko, o zakopanych skorupkach jajek i szczątkach zwierząt, które ściągały klątwę na właściciela ziemi. O duchach zmarłych, które przychodziły pożegnać się z żyjącymi, partyzantach snujących się nocą po okolicznych lasach.

Myślę, że realizując ten film, nieświadomie skonfrontowałam się ze strachem, który odczuwałam, słuchając tych wszystkich historii. Chciałam go jakoś odczarować.

Obrzędy, które pokazaliście w swoim filmie, do dzisiaj funkcjonują na Roztoczu. Korzystają z nich nie tylko okoliczni mieszkańcy, ale też ludzie z dużych miast. Co ich przyciąga?

Ł.M.: Myślę, że w tych obrzędach jest jakiś pierwiastek duchowy. Mówiąc o duchowości, mam na myśli tęsknotę za czymś, czego nie jesteśmy w stanie pojąć rozumem. Nasz film jest również o tym, o potrzebie duchowości.

K.M.: Dla mnie jedną z takich nadprzyrodzonych sił jest natura. Od dziecka wierzyłam, że roztoczański las jest miejscem, które potrafi zabrać wszystkie troski. Dlatego w naszym filmie przyroda nie jest tylko tłem wydarzeń, ale też ich pełnoprawną uczestniczką. Staraliśmy się w taki sposób zrealizować nasze zdjęcia, żeby widzowie mogli poczuć zapach roztoczańskich kwiatów, mchu i bagien. Zatopić się w świecie natury i jej tajemnicach.

Jak na wasz film zareagowali mieszkańcy Roztocza?

Ł.M.:Zaangażowały się w niego dziesiątki osób. Większość z nich robiła to bezinteresownie. Na początku zainwestowaliśmy w ten projekt swoje własne oszczędności. Stopniowo udało nam się pozyskać środki od lokalnych instytucji i firm, a kiedy zabrakło nam pieniędzy na postprodukcję, zorganizowaliśmy Zrzutkę, która okazała się sukcesem. Ostatniego dnia Zrzutki skontaktował się z nami Michał „Shootman" Majewski, który zobaczył wpis na temat „Dnia i nocy" na Instagramie. Odnalazł w naszym projekcie tematy bliskie jego wrażliwości i zaproponował, że zostanie producentem kreatywnym filmu.

Nie zabrakło też twórców światowego kina.

K.M.: Jedną z niezwykłych rzeczy, które nam się udały, było zaangażowanie do filmu Nascuya Linaresa, kompozytora z Wenezueli, który był autorem muzyki do nagrodzonego w Cannes i nominowanego do Oskara filmu „W objęciach węża".

Ł.M.: W „W objęciach węża" Nascuy wykorzystał szamańskie pieśni Indian. W przypadku „Dnia i nocy" usłyszymy m.in. biały śpiew kobiet z Roztocza w połączeniu z instrumentem, który kompozytor stworzył specjalnie na potrzeby naszego filmu.

K.M.: To było muzyczne marzenie Łukasza.

Spełniło się również twoje marzenie.

K.M.: To prawda. Moje marzenie nazywało się Joanna Concejo. Kolekcjonuję jej książki od lat. Szerszemu gronu odbiorców jest znana dzięki książce Olgi Tokarczuk pt. „Zgubiona dusza", ale nam towarzyszyła na planie książka pt. „Kiedy dojrzeją porzeczki". Była jedną z głównych inspiracji do całego filmu. I to właśnie Joanna Concejo zgodziła się zaprojektować plakat „Dnia i nocy".

Ł.M.: Doskonale oddała energię naszej opowieści i jej bohaterek.

Wróćmy jeszcze na chwilę do kobiet z Roztocza. Jaka jest historia kobiet z twojej rodziny, Kasiu?

K.M.: Kobiety ze strony mamy szły przez życie razem, mocno się wspierając. Ich domy były pełne dzieci, zwierząt i sąsiadów. Ta solidarność i bliskość pomagała im przetrwać.

Kobiety ze strony taty nie łączyły się w kręgi. Były niezależne i samodzielne. Prababcia Bronisława była niezwykle zaradną kobietą i główną żywicielką rodziny. To ona wyplatała sita. Nie chodziła z nimi do Rosji, tylko sprzedawała je Żydom. Przed wojną niemal cały Biłgoraj należał do mniejszości żydowskiej.

Jednym z jej członków był m.in. Isaac Bashevis Singer, którego dziadek przez 40 lat był rabinem w biłgorajskiej synagodze.

Ł.M.: Realizując „Dzień i noc", niemal na każdym kroku mieliśmy z Kasią poczucie, że ocalamy jakiś kawałek historii, która za chwilę zniknie. Folklor Roztocza jest – moim zdaniem – czymś absolutnie unikatowym, ale podczas zdjęć zrozumiałem, że jest to również opowieść o poszukiwaniu przez Kasię jej własnej tożsamości. Z perspektywy czasu myślę, że jest to również film o niej.

To znaczy?

Ł.M.: Patrząc na nią i jej przyjaciółki z Biłgoraja, mam wrażenie, że widzę bohaterki naszego filmu. Wprawdzie nie mieszkają już w wiejskich chatach, inaczej się ubierają, zamiast żurawinówki piją prosecco, ale w środku – tak naprawdę – niczym nie różnią od bohaterek „Dnia i nocy". One też łączą się w kręgi, z których czerpią siłę. Bez względu na to, w jakim miejscu na świecie mieszkamy, Kasia ma ze swoimi przyjaciółkami ciągły kontakt. Bardzo jej tych relacji zazdroszczę.

K.M.: Rozumiemy się niemal bez słów.

Myślicie, że film „Dzień i noc" będzie czytelny dla widzów z innych części świata?

Ł.M.: Opowiadamy o rzeczach, które są bliskie ludziom pod każdą szerokością geograficzną. Skoro na międzynarodowych festiwalach zachwycamy się obrazami ukazującymi folklor Kolumbii, Filipin czy Tajlandii, to dlaczego widzowie z innych stron świata nie mieliby ulec urokowi roztoczańskich lasów, błękitnych chat i historiom kobiet, które snują opowieści o swoim życiu?

Gdzie i kiedy będzie można zobaczyć wasz film?

K.M.: Jesteśmy na etapie szukania firmy, która zajmie się dystrybucją filmu. Równocześnie wysyłamy go na festiwale filmowe na 2022 rok. Liczymy na to, że siłę kobiet z Roztocza i ich magiczne rytuały zobaczą widzowie od Locarno po Tajpej.

Katarzyna Machałek i Łukasz Machowski - to reżyserski duet, wielokrotnie nagradzany na festiwalach filmowych w Polsce i na świecie. Współpracowali m.in. z Ianem Emesem, animatorem zespołu Pink Floyd, oraz Timem Yipem, nagrodzonym Oscarem art directorem filmu „Przyczajony tygrys, ukryty smok". Za film dokumentalny „Szkice z podziemia" otrzymali m.in. nagrodę za najlepszy film w dziedzinie sztuka i animacja na XX Portobello Film Festival w Londynie. Obecnie kończą realizację pełnometrażowego dokumentu pt. „Chłopaki", który pokazuje rok z życia chłopców zamkniętych w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Łańcucie

Katarzyna Machałek i Łukasz MachowskiKatarzyna Machałek i Łukasz Machowski Fot. Marta Różańska

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Akcja społeczna Kulczyk Foundation, "Wysokich Obcasów" i Fundacji "Gazety Wyborczej".

Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.

Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.