Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Paula Szewczyk: Regulamin Cesarsko-Królewskiej Szkoły Położnych w Krakowie z 1886 roku: „Akuszerka musi być obyczajna", czyli jaka?

Sabina Jakubowska: Kandydatka na akuszerkę w XIX wieku miała prowadzić skromne, przyzwoite i uczciwe życie, a jej moralność być nieskalana. Wiadomo, że w praktyce z tą moralnością bywało różnie, ale szkoły, jak ta w Krakowie, miały się przyczynić do zmiany postrzegania akuszerek, zastąpić spotykane dotychczas na wsi tzw. babki wykształconymi, dyplomowanymi położnymi. Od tej pory kobiety miały być tak przeszkolone do przyjmowania porodów, by nie tylko potrafiły sprostać sytuacji na wsi, ale też przestrzegały zaleceń najnowszej medycyny.

Na wsi mogło się zdarzyć, że babka przyjmowała poród brudna, czuć było od niej alkohol, a jej ubranie przesiąknięte było zapachem tytoniu i niemytego ciała. Komu to przeszkadzało?

– Czytałam relacje etnografów z XIX wieku, którzy oceniali wiejskie akuszerki jednoznacznie negatywnie. Niektórzy pisali nawet, że to okropne baby torturujące rodzące. Wyśmiewali, że każą chodzić im w trakcie porodu na spacery pod kapliczkę, co naraża je na niebezpieczeństwo, zamiast zająć się przyjmowaniem porodu w fachowy sposób. Dziś mówi się, że poród to ruch i jeśli kobieta ma siłę, czemu ma nie pójść na spacer w czasie pierwszej jego fazy? A kapliczka wówczas dawała rodzącym spokój, mogły się przy niej pomodlić i zawierzyć to, co miało się niebawem wydarzyć, Matce Boskiej czy innym patronom. Więc walorem babek może nie było wykształcenie, ale miały doświadczenie. Czasem przy porodach żartowały czy opowiadały historyjki, żeby rodzące rozluźnić. Nieważne, czy w tym czasie paliły fajkę i były umyte. Grunt, że znały się na swojej robocie.

Nie miały środków do odkażania rąk, więc myły je pod strumieniem moczu. Niektóre z opisów przyjmowania porodów mnie w „Akuszerkach" zdumiewały.

– Mycie rąk w moczu rodzącej to akurat nic strasznego i bakteriologicznie jest uzasadnione. Nie była to też powszechna praktyka, raczej ostateczność. Pewnie, że lepiej byłoby umyć ręce w gorącej wodzie, ale tę trzeba było wyciągnąć ze studni, przynieść do chaty, nagrzać w piecu i ją zagotować, a to trwa i nie zawsze był na to czas. Wiejskie akuszerki korzystały więc z tego, co było pod ręką, a to wcale nie świadczy, jak ówcześni eksperci – głównie mężczyźni – twierdzili, o ich głupocie czy niechlujstwie. Wręcz przeciwnie: pokazuje, jak dobrze radziły sobie w zaskakujących sytuacjach, nieraz przyjmowały poród po ciemku, bo przecież nie było oświetlenia. To nie z książek wyczytały, że mocz odkaża, że dobrze umyć kobiecie przyrodzenie korą dębową, a na obolałe od mleka piersi położyć liście kapusty. One wiedziały to i robiły intuicyjnie.

Zresztą, nawet jeśli któraś z nich dysponowała kuferkiem z narzędziami i lekami, bywało, że nie zdołała go zabrać, bo do porodu zawołano ją z ulicy.

Czasem nie zdołały go otworzyć, bo poród trzeba było przyjąć natychmiast, w lesie czy na bagnach, jak w przypadku mieszkających tam wagabundów, dawnych włóczęgów.

Akuszerki musiały wiele widzieć i wiele wiedzieć?

– Analizowałam regulaminy i wskazania dla położnych z końca XIX wieku, podkreślano w nich wielokrotnie, że obowiązkiem akuszerki jest zachować dyskrecję. Na zaufanie, jakim się cieszyły, pracowały, dochowując tajemnicy. Ale nie sądzę, by miały potrzebę opowiadania o cudzych porodach. Było ich zbyt wiele i były do siebie podobne, więc o czym tu mówić? Jeśli przyjmowały na świat dziecko, które było nieślubne, ksiądz i wieś i tak by o tym wiedzieli, bo w metrykach należało „illegitimi" wpisać.

Chciałabym zresztą kwestię dzieci nieślubnych odmitologizować. Nie budziły wówczas zbyt wielkiego oburzenia i zdarzały się stosunkowo często. Czytałam, że były stygmatyzowane przez nadawanie im nietypowych imion, ale analizując księgi z tysiącami chrztów w Jadownikach na potrzeby mojego doktoratu, takich przypadków znalazłam kilka. Mam też hipotezę, patrząc na daty, że narodziny tych dzieci wiązały się z przemarszami wojsk. Być może księża chcieli takim nietypowym imieniem, kojarzącym się z kulturą zaborców, jak np. Aleksander, Mikołaj czy Wilhelm, przestrzec, że nie wolno zadawać się z żołnierzami zaborców.

Akuszerka na XIX-wiecznej wsi mogła wieść całkiem niezależne życie?

– Owszem, był to zawód, który dawał wówczas kobiecie pewną niezależność, nie była dzięki niemu skazana wyłącznie na zarobki męża i pracę w polu. Z powodzeniem mogła utrzymać rodzinę tylko dzięki umiejętnościom swojej głowy i rąk. A nawet jeśli sąsiedzi czy mieszkańcy okolicznych wiosek nie dysponowali pieniędzmi, żeby za przyjęcie porodu zapłacić, odwdzięczali się w naturze, zazwyczaj w postaci płodów rolnych, jajek. Nie twierdzę, że kobiety wybierały ten zawód z chęci zysku. Często decydował przypadek, gdy np. obecne były przy porodzie sąsiadki, podpatrywały jej pracę, uczyły się, aż wreszcie pomagały samodzielnie. Często też te, które się tym zajmowały, uczyły fachu swoje córki, wnuczki czy synowe.

W zawód akuszerki musiał być wpisany też prestiż?

– Bez względu na to, czy babki były wykształcone czy nie, te kobiety wszyscy znali, kłaniali im się. Mówiono o nich, że są matkami chrzestnymi całej wsi. Często bywały nimi dosłownie, a czasem dołączały do rodziców chrzestnych i ojca – bo kobieta zostawała zwykle w połogu przez sześć tygodni – i były tzw. niosaczkami dzieci do chrztu.

Ale to nie była łatwa czy przyjemna praca. By ją wykonywać, musiały mieć poczucie misji, wiedziały przecież, że będą mieć w rękach życie kobiet i ich dzieci. Odpowiadały za to, by dziecko urodziło się żywe i zdrowe, a kobieta przetrwała poród. Były związane ze swoją społecznością, więc wszelkie niepowodzenia przeżywały jako bolesną stratę.

Obwiniano je o śmierć noworodków?

– Nie spotkałam się z takim zarzutem. Ludzie mieli większą akceptację dla odchodzenia, powszechne było podejście „Bóg dał, Bóg wziął, niech będzie pochwalone imię Jego". Śmiertelność dzieci była wówczas wysoka, ale nie tyle przy samym porodzie, ile później, często dzieci nie dożywały piątego roku życia. Głównie przez choroby, niedożywienie i biedę. A że każde dziecko mogło się przyczynić do kontynuacji rodu i być pomocnikiem rodziny w pracy na roli czy murarskiej, wszystkie były potrzebne.

Kiedy dziecko zmarło albo było wiadomo, że nie pożyje długo, mogły je ochrzcić?

– To był wręcz ich obowiązek. Mogły to zrobić zamiast księdza i taki chrzest był prawnie uznawany. To akuszerka oceniała stan noworodka. Jeśli miała obawy, że może nie dożyć chrztu, sama je chrzciła wodą, wygłaszając odpowiednią formułkę, też dla spokoju ducha matki. A to dlatego, że powszechne było wówczas wierzenie, że trzeba zapobiec temu, by nieochrzczona duszyczka noworodka, „upiorek", jak mówiono nieraz, nie błąkała się niespokojne po świecie.

Akcja „Akuszerek" toczy się w Jadownikach, wsi, z której pochodziła pani prababka, także akuszerka, Anna Czernecka. To w jej zapiskach trafiła pani na regulamin Cesarsko-Królewskiej Szkoły?

– Regulamin znalazłam w jej zeszycie, jego treść jest autentyczna. Położne miały wówczas obowiązek prowadzenia dzienników narodzin. Ich nazwiska zapisywali też księża w metrykach, dzięki czemu wiem, że przyjęła 2132 porody w samych Jadownikach, a ile kolejnych w sąsiednich miejscowościach, mogę tylko zgadywać, pewnie dziesiątki. Ostatni w wieku 80 lat, co oznacza, że przez 40 była aktywna zawodowo, budzona w nocy. Bez względu na to, czy padał śnieg czy z nieba lał się deszcz, rzucała wszystko, by przyjąć na świat kolejne dziecko. Gdy rozmawiałam z jedną z mieszkanek wsi, dziś ponad 90-letnią, która ją pamiętała, mówiła, że jak Czernecka szła drogą przez wieś, dzieci biegły za nią, krzycząc: „Chrzestna matko, przynieś nam dzidziusia, masz go w swoim kuferku?!".

Była dla nich ciotką, a dla kobiet opiekunką.

To przez prababkę została pani doulą?

– Zmarła w 1950 r., nie zdążyłam jej poznać, ale odkąd pamiętam, jej historia budziła mój szacunek i zdumienie. Bo nie tylko przyjmowała dzieci na świat. W księgach parafialnych sama wpisana jest jako matka ośmiokrotnie, rodziła dzieci i traciła je, potem straciła męża i radziła sobie w życiu sama.

W tym roku mija dziesięć lat, od kiedy zostałam doulą, i dopiero teraz widzę, że wpływ prababki był większy, niż wtedy sądziłam. Dostałam gen, bez którego być może nie czułabym się w tej pracy tak dobrze. Mogę śmiało powiedzieć, że moim żywiołem jest poród.

Napisz do autorki: paula.szewczyk@agora.pl

Sabina Jakubowska – autorka powieści „Akuszerki" (2022, Grupa Wydawnicza „Relacja") oraz „Dom na Wschodniej" (2015, Nagroda Główna „Tygodnika Powszechnego" i Instytutu Książki). Doktorka nauk humanistycznych, doula, nauczycielka, mama.

Sabina Jakubowska - autorka powieści 'Akuszerki' (2022, Grupa Wydawnicza 'Relacja')Sabina Jakubowska - autorka powieści 'Akuszerki' (2022, Grupa Wydawnicza 'Relacja') Fot. mat. pras.

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.

Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.