Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

„Będzie dobrze!".

Magdalena Bator: Obiecywało mi to wiele osób. A ja udawałam, że im wierzyłam. Bo nic nie mogło być dobrze, skoro zachorowałam na złośliwego raka piersi.

Dowiedziałam się o nim cztery lata temu. Wystarczyło, że lekarz spojrzał na USG. Gdy przekazał mi diagnozę, wyszłam za gabinetu, wręczyłam torebkę mojemu mężowi Mikołajowi i skierowałam się do toalety. Z nerwów… dobra, powiem to, choć to bardzo intymne. Nie wiedziałam wtedy, czy najpierw załatwić się, czy zwymiotować. Schylając się nad zlewem, miałam wrażenie, jakby mój organizm chciał natychmiast pozbyć się zagrożenia. Po powrocie do domu byłam roztrzęsiona. Padłam na podłogę. Płakałam. Mikołaj położył się obok i przytulił mnie.

Weronika Szwejk: A potem, mamo, zadzwoniłaś do mnie. Bez ceregieli walnęłaś: „Mam raka". Pomyślałam od razu: „Dlaczego akurat ty?!".  

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

A nie ktoś inny?

W.: Na przykład ja. Nie rozumiałam, dlaczego nowotwór mnie oszczędził. Przecież byłam w grupie ryzyka. Przez całe dzieciństwo słyszałam od mamy i babci, że mogę zachorować, bo raka piersi miała właśnie babcia. Wpajały mi też, że nowotwór lubi atakować co drugie pokolenie. Nigdy więc nie spodziewałam się choroby własnego rodzica.

M.: Moja mama miała amputowane obie piersi. W całym domu porozwieszała karteczki, jak się badać. Nie rozumiem jednak, po co straszyłyśmy cię chorobą. Ależ wychowawcze…

W.: To nie było takie złe. Dzięki babci nauczyłam się samobadania. A że nie traktowaliśmy w domu nagości jak tabu, widziałam ją z bliznami po amputacji. Mamo, myśmy chyba od zawsze byli taką rodziną – bezpośrednią i szczerą. Jeśli działo się coś komuś z nas, kładliśmy wszystkie ręce na pokład. Z twoją chorobą było podobnie. Gdy opowiedziałaś o diagnozie, w dwa tygodnie zamknęłam swoje życie w Sztokholmie i przyjechałam do was, do Gdańska. 

A ty, Magdo, poszłaś w tym czasie na biopsję. Potrzebowałaś potwierdzenia.

M.: To była formalność. Usiadłam przed gabinetem, rozejrzałam się, dookoła pełno kobiet czekających na podobny wynik. Po godzinie opóźnienia weszłam do lekarza. „Mam dwie wiadomości – oznajmił mi. – Dobrą i złą. Złą, bo choruje pani raka. Dobrą, bo ma pani jedynkę, czyli pierwsze stadium nowotworu. To daje duże szanse na wyleczenie". Po wyjściu z gabinetu natychmiast zadzwoniłam do męża. Nie zdążył do mnie dojechać, bo wracał z lotniska. Uradowana rzuciłam przez telefon: „Wiesz, co? Mam raka. Ale pierwszego stopnia! Może wyzdrowieję!".

No nieźle. Ty się teraz śmiejesz, a twoja córka płacze.

M.: Śmieję się, bo właśnie zdałam sobie sprawę, że mniej obchodził mnie rak, a bardziej jego stadium.

Wiesz, czego wtedy potrzebowałam? Ciepła i zaopiekowania. Również ze strony lekarza. Dlatego przed operacją próbowałam nawiązać relację z moim chirurgiem. Miałam nadzieję, że zapamięta mnie i nie będę dla niego tylko kolejną piersią do wycięcia. Opowiedziałam mu więc o planie mojego męża, który na kilka dni przed zabiegiem postanowił zabrać mnie do mojego wymarzonego Paryża. „Nie widzę przeciwwskazań" – odparł sucho lekarz. Potem jeszcze kilka razy zagadywałam go. No i poskutkowało. Gdy wróciłam z Francji, zapytał, jak było. 

W.: To nie jego wina, mamo. Lekarzom nie jest łatwo co dzień informować pacjentki o raku. A twoje zachowanie uświadomiło mi teraz, jak bardzo potrzebowałaś czułości.  

M.: Ale mnie nie chodziło o czułość wyłącznie dla siebie. Chciałam jej dla wszystkich pacjentek. Bo rak to samotność. W tej chorobie nikt nie mógł mi niczego obiecać. Nawet w remisji bałam się przerzutu. Najbardziej samotna czułam się jednak, gdy jechałam na salę operacyjną. Pamiętam, że leżałam naga pod prześcieradłem i uzmysłowiłam sobie: matko, przecież zaraz będę zdana na łaskę obcych ludzi!

W.: W tym czasie ja, moja młodsza siostra i Mikołaj byliśmy w domu. Leżeliśmy razem w łóżku. Gapiliśmy w sufit. Nawet nie rozmawialiśmy, tylko czuwaliśmy przy telefonach. Obecność Mikołaja bardzo mi wtedy pomogła. Był jak perkusista – swoim spokojem wybijał rytm naszej rodzinie, a myśmy za nim podążały.

Operacja udała się. Co było po niej najtrudniejsze?

M.: Lekarze wycięli guz z dużym zakresem. Straciłam więc kawałek ciała. Obawiałam się potem zdjąć bandaże, zobaczyć bliznę. Gdy wreszcie to zrobiłam, zdziwiłam się – moje ciało wcale mnie nie odpychało. Nie czułam wobec niego ani żalu, ani złości. Stwierdziłam jedynie, że czeka mnie misja zadbania o siebie. Zastanawiałam się, czy swoim zachowaniem – szybkim sposobem życia i jedzeniem – nie przyczyniłam się do powstania nowotworu. Dlatego odstawiłam cukier, nabiał, mięso. Przerzuciłam się na dietę roślinną. To, zaznaczam, nie leczyło mnie, ale przynajmniej dawało organizmowi moc.

Jedno zmartwienie na pewno mi odeszło – niektóre z pacjentek obawiały się, że po operacji przestaną podobać się swoim partnerom.

Mnie nawet nie przeszło to przez myśl, bo Mikołaj zaznaczył: „Może i fajnie popatrzeć na młode kobiety. Ale erotyka i seksualność są dla mnie w dojrzałym ciele. Ciała młode wyglądają podobnie. Dopiero w tych nieco starszych widać różnicę".

W.: A ja mam wrażenie, że po operacji stałaś się bardziej świadoma swojej kobiecości. Zanim zachorowałaś, wiecznie malowałaś usta na czerwono. Nosiłaś niewygodne garnitury. Przez pewien czas nie miałaś nawet płaskich butów, a do porodu jechałaś w szpilkach! Byłaś korpoludkiem.

Ty się w ogóle lubiłaś?

M.: Nie. I nie chciałabym spotkać siebie z przeszłości. Przed operacją pracowałam w sieci sklepów spożywczych. Kilka z nich miałam pod sobą. Nic wtedy nie było dla mnie ważniejsze. Przez to nie umiałam odpoczywać. Zawsze czułam, że nie zasłużyłam na relaks. Harówką rekompensowałam sobie dzieciństwo, w którym byłam niedoceniana. Dlatego przed operacją zadzwoniłam do szefa i uprzedziłam: „W lipcu mam zabieg, potem radioterapię, ale w październiku jestem z powrotem!". Mikołaj przysłuchiwał się tej rozmowie. Gdy się rozłączyłam, kazał mi jeszcze raz wybrać numer do przełożonego. I powiedzieć mu, że już nigdy nie wrócę. „Chyba oszalał – oburzyłam się. – Mam raka, a on mi się każe zwalniać. Przecież nie oddam służbowego samochodu, kart paliwowych, stałego i dobrego wynagrodzenia. A co, jak nam kiedyś nie starczy na leki?".

A mimo to odeszłaś z tej pracy. I potem przyznałaś, że rak „uratował" ci życie.

M.: Inaczej dalej zasuwałabym w korporacji. Ciągle też mówiłabym do męża: „A wiesz, bo w moich sklepach…", na co on odpowiadałby: „Muszę cię rozczarować. To nie są twoje sklepy". Najwidoczniej potrzebowałam operacji i nowotworu, żeby zrozumieć słowa Mikołaja.

W.: Mamuś, twoja choroba zrobiła coś jeszcze – zbliżyła nas. Pamiętasz, jak kiedyś kłóciłyśmy się? Nawet przez pewien czas nie gadałyśmy. Przez to dość szybko, bo jeszcze przed maturą, wyprowadziłam się z domu. Myśmy chyba nie umiały rozmawiać o naszych potrzebach. Zabrakło komunikacji. Ale teraz wiele się zmieniło. Przez twoją chorobę nauczyłam się medytować. To moje koło ratunkowe. A nawet jeśli posprzeczamy się i zapanuje między nami chwilowy sztorm, to i tak czuję, że pod taflą tego oceanu jest spokój. W dodatku uświadomiłyśmy sobie jedną rzecz – mamy siebie nawzajem.

M.: Czasem jeszcze nie potrafię skupić się na tym szczęściu. Przysłania mi je widmo nawrotu choroby. Przez ten strach zdarzało mi się panikować.

Gdy raz zabolało mnie biodro, natychmiast zadzwoniłam do swojej onkolożki. Zrobiła mi USG jamy brzusznej. Nic. Potem jeszcze kolejne badanie. Też nic. Wtedy zainterweniował Mikołaj. Zapytał, dlaczego każde schorzenie, nawet ból palca u nogi, wiążę z nowotworem. „Bo mam wrażenie, że cztery lata temu dostałam wyrok. I że operacja tylko go odroczyła" – odpowiedziałam. Na wszelki wypadek poszłam jeszcze do osteopaty. A skoro znaliśmy się, wypalił: „Magda, kurwa, boli cię tylko biodro". No i otrzeźwiałam. 

Momentem przełomowym były dla ciebie warsztaty z ustawień hellingerowskich.

M.: Miały tytuł: „Co moja choroba mówi o mnie?". Polegały na tym, że ktoś z grupy wcielał się w twoje schorzenie, choć nie zawsze wiedział w jakie. Potem inscenizował rozmowę z tobą. Ja przemilczałam swoją chorobę. Niektórzy jednak przełamali się – opowiedzieli o otyłości, anoreksji, powolnej utracie wzroku. Gdy przyszedł czas inscenizacji, w moją chorobę wcieliła się jakaś dziewczyna. Stanęłyśmy naprzeciwko siebie. Spojrzała mi głęboko w oczy. A potem nagle uklękła. Zaczęła płakać. I powtarzać: „Nie zabiję cię! Nie zabiję! Przyszłam cię tylko czegoś nauczyć".

Też się rozpłakałam. Przez godzinę nie mogłam dojść do siebie.  

Jakby tego było mało, wkrótce Mikołaj zwolnił się z pracy.

M.: Kiedy trwało jeszcze moje L4, wpadł na pomysł nowego biznesu. Wtedy przygotowywał mi co dzień zakwas buraczany. Raz, że buraki wspomagały moje zdrowienie po operacji i radioterapii. Dwa, że miały antyrakotwórcze właściwości. W październiku Mikołaj poszedł dalej – kupił sto butelek, napełnił je swoim zakwasem, zakorkował, obkleił szarymi etykietami i ogłosił mi: „Będziemy to sprzedawać!". Przy okazji stwierdził, że zrezygnuje ze swojej dotychczasowej pracy, czyli stanowiska prezesa spółki giełdowej. „Świetnie, teraz we dwójkę będziemy bezrobotnymi" – podsumowałam.

Gdy poczułam się znacznie lepiej, Mikołaj zaproponował, żebym wykorzystała własne doświadczenie w handlu i sprzedała tych sto butelek. Wsiadłam więc do samochodu, po czym objechałam okoliczne warzywniaki. Jednego dnia poszło wszystko, co miałam! Potem ruszyliśmy już pełną parą. Rano zlewałam zakwas z 20-litrowego baniaka do butelek, etykietowałam je i korkowałam. Gdy wieczorem wracałam z objazdu, pomagałam jeszcze nieraz mężowi. Bo wymyślił kolejną rzecz – kuchnię roślinną w słoikach.

W.: Wreszcie zaczęliśmy jeździć z naszymi produktami na bazarek. Sprzedawaliśmy je jak rolnicy. Nieraz spotykaliśmy tam znajomych mamy. Oni, którzy zawsze kojarzyli ją z korpo, teraz nie mogli uwierzyć. Bo na mrozie stała przed nimi jakaś pani okutana w zimową czapkę, kurtkę i sprzedawała im zakwas. „Magda – reagowali – z twoimi kompetencjami załatwimy ci robotę w ciągu dwóch tygodni!". A mama protestowała. I bardzo dobrze, bo dzięki temu narodziła się nasza firma – Zakwasownia.

Ale też fundacja, która potem przy niej powstała.

W.: Popchnęli nas do niej klienci z bazaru. Wśród nich byli pacjenci onkologiczni, którzy pytali, co jeść w ramach profilaktyki nowotworowej. Oczywiście podpowiadaliśmy im, ale też zaznaczaliśmy, że jesteśmy tylko producentami zdrowej żywności, a nie lekarzami.

M.: Ani terapeutami, bo na bazarze działy się czasem dramatyczne sceny. Pamiętam panią, która złapała mnie za rękę. „Mam nieoperacyjnego raka płuc – mówiła. – Pani Magdo, co teraz?". Obok niej stała córeczka. I mąż, któremu trzęsła się broda.

Podobne sytuacje przeżywaliśmy nieraz pięć razy dziennie. Nie mogliśmy tych ludzi zostawić. Dlatego Mikołaj stwierdził, że powinniśmy założyć fundację. Zastanawialiśmy się tylko, co konkretnie moglibyśmy robić.  

Na szczęście wcześniej do Zakwasowni dołączyło moich pięciu znajomych z byłej firmy. Wśród nich – Agata, która była tam szefową działu HR i która w międzyczasie szkoliła się na psychoonkolożkę. Naradzałyśmy się, jak pomóc pacjentom onkologicznym i ich rodzinom. Zbierać pieniądze na operacje? Nie, nie czuliśmy się w tym kompetentni. Ale mogliśmy dać im czułość! Bo właśnie tego brakowało mi najbardziej podczas leczenia. Wkrótce potem słuchałam z moją przyjaciółką Emilią piosenki „Odjazd". Renata Przemyk śpiewała w niej: „Przecież to nie ty rozkładasz te tory/ Nie masz na to wpływu, gdzie ich koniec". Po tych dwóch wersach wymyśliłyśmy nazwę fundacji – Stacja Czułość! Stacja, bo to miejsce, w którym czekamy, nie spieszymy się i nie podejmujemy pochopnych decyzji.

W ramach fundacji zaoferowaliśmy darmową pomoc onkologa i psychoonkolożki. Uprościliśmy ją maksymalnie: wystarczyło wejść na naszą stronę, wybrać termin, zostawić kontakt do siebie, żeby potem terapeuta mógł oddzwonić na ten numer. W Zakwasowni wymyśliliśmy jeszcze, że część zysku ze sprzedanego oksymelu, czyli napoju z macerowanych warzyw i korzeni, będzie wspierać Stację Czułość. I wiesz co? Żaden produkt nie sprzedaje się tak dobrze jak ten. Po prostu jest w nim dobro. 

Wyzdrowiałaś, a mimo to wciąż pozostajesz w środowisku osób chorych.

M.: Z początku nie było mi z tym łatwo. Po kontaktach z pacjentami onkologicznymi częściej myślałam o własnym nowotworze. Bałam się nawet, że będę mieć jego nawrót. Najtrudniej było mi z pewną nieliczną grupą kobiet, które zachowywały się niczym wampiry energetyczne. Gdy dzwoniły do nas, a ja próbowałam ustalić, jakie pomocy potrzebowały, powtarzały tylko: „Nie chcę tego cyca! Niech mi wszystko wytną". „Pamiętaj, że mówisz tak o swoim ciele, które służyło ci do tej pory – odpowiadałam. – Tą piersią karmiłaś dzieci. Wypowiadasz się o niej źle, bo zachorowała. Gdyby zachorował ci ząb, też byś go nienawidziła?". „No nie…". Zdarzało się również, że od pewnej podopiecznej dostawałam dziesięć wiadomości dziennie. W każdej pisała o nienawiści do siebie. Przez pewien czas rozmawiałam z nią. Potem przestałam, bo nie wiedziałam już, co odpisać. Nie byłam przecież psychoonkologiem.

Ale rozumiałam te kobiety. Swoimi wiadomościami nie chciały nikomu zaszkodzić, nie robiły tego ze złośliwości. Po prostu bały się i panikowały w obliczu choroby.

W.: A ja jakiś czas temu poznałam pewną klientkę Zakwasowni. Przychodziła do nas w peruce, zawsze uśmiechnięta i omijająca temat swojej choroby. Przychodził z nią też mąż. Wtedy w trójkę udawaliśmy, że wszystko jest normalnie. Ale gdy pewnego razu pani wyszła do toalety, zapytałam jej męża: „Czy pana żona miała chemię?". „Tak – odparł – i nic mi o niej nie powiedziała. Przemilczała też operację, którą miała z powodu nowotworu. Skłamała, że poszła wyciąć pieprzyka". Najpierw wkurzyłam się na tę kobietę. Potem zaczęłam ją rozumieć. A na końcu było mi jej żal, bo nie pozwoliła sobie pomóc.

Potem takie sytuacje uruchamiały we mnie lęk. Martwiłam się, czy mama ponownie nie zachoruje. Czasem nawet traciłam rachubę, czy bałam się o nią, czy o siebie. Dziś jednak nauczyłam się oswajać ten strach. Pomogło mi w tym powiedzenie, które mamy w Zakwasowni. Że jak jest problem, to trzeba go wymasować. I podobnie zrobiłam ze swoim lękiem.

Może to właśnie z niego narodził się twój projekt „Otul się czułością"?

W.: To długoterminowa kampania w ramach fundacji. Oczywiście zainspirowała mnie do niego mama. Zobaczyłam, że rak uwrażliwił ją na własne ciało. Na jego naturalne piękno. Dlatego jako fotografka zaprosiłam na sesję fotograficzną mamę i cztery podopieczne naszej fundacji. Każda po nowotworze. Na spotkanie przyjechały jednym samochodem. Gdy stanęły przed stodołą, w której zaplanowaliśmy zdjęcia, zrzedły im miny. Pojawił się wstyd. Jedna z uczestniczek przyznała, że przed wyjazdem na sesję wyśmiał ją partner. Jego zdaniem ważyła zbyt dużo, przez co nie pasowała do współczesnych kanonów piękna. Druga z kobiet nie rozumiała, jak po amputacji piersi mogłaby pozować, i to jeszcze w sukience z dekoltem.

Gdy tylko to usłyszałam, zaprosiłam wszystkie kobiety do koła. Takiego, w jakim często rozmawiały nasze prababcie. Trochę pooddychałyśmy, trochę się porozciągałyśmy. Zaznaczyłam potem, że aparat ma pokazać ich piękno, a nie uwypuklić niedoskonałości, które ma każda z nas. Uczestniczki opowiedziały wtedy, jak się dziś czują. Mówiły o strachu. O brzuchach, których nie lubią, niesymetrycznych piersiach, krzywym nosie. Następnie wszystkie poszły na bardzo delikatny i naturalny makijaż, założyły sukienki firmy RISK made in Warsaw, po czym stanęły przed obiektywem moim i mojego kolegi Przemka. Co tam się działo! Z szarych myszek narodziły się w kilka minut ogniste babki.

M.: Jedna z uczestniczek przeszła dwa nawroty raka. Raz w tygodniu odwiedzała klub amazonek i wspierała inne kobiety. A mimo to na sesji nie schodził jej uśmiech. „To niesamowite, że masz tyle energii" – zaczepiłam ją. „Magda – zaśmiała się – na tułowiu nie mam już miejsca bez blizny. Ale liczy się to, że mogę być dziś z wami i pleść wianki".

W.: Po sesji pokazałam zdjęcia moim znajomym. Żaden z nich nie wierzył, że na fotografiach są nieprofesjonalne modelki. A co ważniejsze – że mogły kiedykolwiek chorować na nowotwór.

Magdalena Bator – cztery lata temu zachorowała na złośliwy nowotwór piersi. Z mężem i rodziną założyła Zakwasownię, manufakturę ekologicznej żywności. Twórczyni fundacji Stacja Czułość, która wspiera osoby chore onkologicznie i ich rodziny.

Weronika Szwejk – fotografka, PR menedżerka Zakwasowni. Autorka projektu „Otul się czułością". Córka Magdaleny.

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.

Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.