Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Trzy podwarszawskie wsie i trzy sołtyski. Przez cztery miesiące robiły wszystko, by zintegrować lokalną społeczność. W niektórych przypadkach sprawić, by ludzie w ogóle się o sobie dowiedzieli i się poznali. W innych – by uwierzyli, że działanie ma sens. I żeby poczuli, że wieś to ich wspólne miejsce i że będzie im się dobrze żyło, jeśli sami się o to postarają.

Zalety pracy w tandemie

Społeczność Rozalina dzieli się na trzy warstwy. Pierwszą stanowią rdzenni mieszkańcy. Pośrodku są ci, którzy osiedlili się kilkanaście lat temu i wiążą z tą miejscowością swoją przyszłość. Na wierzchu – najnowsi przybysze, z kilkumiesięcznym lub kilkuletnim stażem. Pnioki, krzoki i ptoki. Mieszkańcy sami tak się nazwali.

Ustanów w ciągu ostatnich dwóch dekad podwoił liczbę mieszkańców. Tylko w minionym roku powstały tu cztery osiedla, po 80-90 domów każde. To wieś, w której nowe dominuje nad starym, a górę biorą miejskie nawyki i potrzeby. Są jednak też rdzenni mieszkańcy, z dawnymi przyzwyczajeniami i czasem brakiem wiary w działanie. Pogodzenie tych dwóch grup jest sporym wyzwaniem.

Laski rozwijają się spokojnie. Nie dosięgnął ich pandemiczny boom na zabudowę jednorodzinną, bo nie ma miejsca na nowe domy. Jest za to potrzeba wypełnienia lokalnej tożsamości historiami i wspomnieniami.

W każdej z tych miejscowości rządzą sołtyski. Wszystkie chciały zrobić coś dla swoich społeczności. Zgłosiły się do Mazowieckiego Programu Edukacji Kulturalnej (MPEK). To inicjatywa realizowana przez Mazowiecki Instytut Kultury i finansowana ze środków Samorządu Województwa Mazowieckiego. Wspiera animatorów i animatorki w małych miejscowościach na Mazowszu.

Maja Dobiasz-Krysiak, ekspertka MPEK-u: – Wszystko zaczęło się od objazdów terenowych, które pozwoliły wyłowić wiele osób nienazywających się animatorami, ale działających na rzecz lokalnych społeczności. Najpierw przez kilka tygodni dzwoniłam w różne miejsca na Mazowszu i zachęcałam pracowników domów kultury, fundacji czy lokalnych artystów, żeby pojechali z nami na wyprawę po okolicy. W weekend, w dwadzieścia osób, objeżdżaliśmy około ośmiu miejscowości. Ci, którzy byli w tej podróży, pokazywali nam swój teren i swoje działania, a potem wsiadali znów do autobusu i jechaliśmy dalej – zobaczyć, co robią inni.

Właśnie z objazdów terenowych wyłoniła się inicjatywa rezydencji na wsiach. Z jednej strony zgłaszają się do niego animatorzy i animatorki z całego kraju, z drugiej – sołtysi i sołtyski mazowieckich wsi. Dobierają się w pary i przez cztery miesiące realizują wymyślony wspólnie projekt. Budżet to 5 tysięcy złotych na każdą miejscowość. Maja Dobiasz-Krysiak, z zawodu antropolożka i animatorka kultury, zwraca uwagę na zalety takiej pracy w tandemie. – Gdyby wysłać na wieś świetną animatorkę i zlecić jej przeprowadzenie działań integrujących społeczność, szansa na ich powodzenie byłaby o wiele mniejsza niż przy współdziałaniu z sołtyską, która zna swoich mieszkańców i wie, co ma szansę się sprawdzić – podkreśla.

Z nadesłanych zgłoszeń od animatorów z całej Polski zespół MPEK-u wyłonił tych, którzy byli w stanie sprostać założeniom projektu. Ostatnie zdanie należało do sołtysek. Po obejrzeniu nagrań, w których animatorzy opowiadali o sobie i o swoim pomyśle na realizację działań w danej wsi, wybierały osobę do współpracy.

Dr Anna Świętochowska, koordynatorka ds. merytorycznych MPEK-u: – W pierwszej edycji Rezydencji Animacyjnych realizowaliśmy projekt na wsiach położonych dość daleko od stolicy. W tym roku zdecydowaliśmy się na działania w podwarszawskich miejscowościach, bo zgłosiło się do nas wiele sołtysek właśnie z tego terenu, z bardzo specyficznymi i konkretnymi problemami. Pierwszym jest zmiana struktury społecznej – nowi osiedleńcy w różnym stopniu integrują się z rdzennymi mieszkańcami. Drugi to brak wsparcia. Rozalin, Ustanów i Laski nie są postrzegane jako typowe rolnicze wsie, będące przedmiotem zainteresowania grantodawców.

Rozalin. Zdjęcia z literkami

Rozalin ma około tysiąca mieszkańców. Część żyje z rolnictwa, niektórzy zajmują się agroturystyką, są usługi – salon urody, zakład fryzjerski, kawiarnia i pałac. Lokalni przedsiębiorcy to jednak niewielka grupa. Większość osób dojeżdża do pracy do stolicy.

Podobnie jak wiele podwarszawskich miejscowości, Rozalin w pandemii przeżywał boom. Ludzie szukali ucieczki z miasta.

Sołtyska wsi Agnieszka Palmowska ma 40 lat i pracuje w agencji reklamowej w Warszawie. Do Rozalina przeprowadziła się 13 lat temu z mężem i trojgiem dzieci. – Jesteśmy tu już swoi. Podział, który mamy w nazewnictwie w zależności od tego, kto ile mieszka we wsi, nie stwarza antagonizmów – twierdzi. – Ludzie chcą wspólnie działać, więcej o sobie wiedzieć. I nie ma znaczenia, czy ktoś jest pniokiem, krzokiem czy ptokiem.

Mieszkańcy RozalinaMieszkańcy Rozalina Fot. Weronika Łucjan-Grabowska

Sołtyską została spontanicznie. – Idąc ze znajomymi na wybory sołeckie, rzuciłam, że byłam kiedyś przewodniczącą klasy, więc może się nadam – opowiada. To było osiem lat temu. Kiedy sprowadziła się pięć lat wcześniej, we wsi niewiele się działo. Postanowiła znaleźć potencjał wśród ludzi, dopytać, czego potrzebują. – Zaczęłam od siebie. Miałam wtedy trzyletnią córkę i roczne bliźniaki. Zorganizowałam w świetlicy wiejskiej imprezę mikołajkową, prezenty dla dzieciaków pozyskałam, obdzwaniając lokalne firmy. Przyszło sto osób z różnych pokoleń. Potem z Jackiem Kawalcem, który też mieszka w Rozalinie, zorganizowaliśmy wspólnie z Nadarzyńskim Ośrodkiem Kultury monodram. Było też sprzątanie wsi – pierwsze dziesięć lat temu i od tego czasu odbywa się regularnie – wymienia Agnieszka. W świetlicy wiejskiej organizują sylwestra i imprezę karnawałową. – Wolimy bawić się tutaj, niż jechać na imprezę do Warszawy. Przedział wieku uczestników: od dwudziestu do osiemdziesięciu lat – dodaje.

Są też stałe zajęcia: kulinarne, ceramiczne, plastyczne i taneczne, a także joga i fitness. To oferta dla dzieci i dla dorosłych. – Staramy się ustalać, jakie oczekiwania mają mieszkańcy i pod nie układać propozycje – wyjaśnia Agnieszka. – Każdy ma pomysły, a ja się zastanawiam, jak wcielić je w życie. Najfajniejsze jest to, że jak coś się dzieje, to ludzie nie mówią „Jezu, a po co?", tylko „Jezu, ale fajnie!".

Agnieszka do współpracy przy projekcie rezydencji MPEK-u wybrała Magdalenę Kreis – animatorkę mieszkającą we Wrocławiu, która w obszarze sztuki współczesnej działa od dwunastu lat. Wymyśla wystawy i towarzyszące im programy, prowadzi działania edukacyjne, opracowuje przewodnikowe publikacje do ekspozycji. Współpracuje z instytucjami kultury i organizacjami pozarządowymi. Dużo podróżuje po całej Polsce. Do Rozalina dojeżdżała z Lublina, w którym prowadzi galerię w kiosku, innym razem z Legnicy, gdzie współtworzyła wystawę dla dzieci. – Lubię obserwować i odpowiadać na realne potrzeby, wpisywać się w kontekst – mówi. – Szukam prostych i sprytnych rozwiązań, dzięki którym osoby w różnym wieku będą mogły się spotkać, doświadczyć czegoś nowego, wymienić się wrażeniami.

Agnieszka: – Na początku chciałyśmy, żeby w Rozalinie, obok znaku z nazwą miejscowości, pojawiły się takie duże rzeźby – witacze. Miały symbolizować nas wszystkich: pnioki, krzoki i ptoki.

Wokół tego pomysłu zaczęło jednak narastać wiele wątpliwości, głównie związanych z potrzebnymi zgodami czy atestami. – Obawiałam się też, że to nie jest coś, co czuje duża część społeczności. A zależało nam na tym, by zintegrować jak największą grupę – mówi Magdalena.

Wtedy pojawiła się myśl, żeby zrealizować sesję zdjęciową z literami układającymi się w napis „pnioki, krzoki, ptoki". – Mamy we wsi świetną fotografkę Weronikę Łucjan-Grabowską. Jej mąż Jakub, zapalony stolarz, zrobił drewniane litery – opowiada sołtyska.

Studio stanęło w plenerze. Przychodziły kolejne rodziny, czasem trzypokoleniowe, żeby razem się sfotografować.

– Ludzie stawali przed obiektywem, ale też ze sobą rozmawiali. Niektórzy dopiero się poznawali – mówi Agnieszka. – Samo wykonanie zdjęcia trwało pięć minut, a mieszkańcy zostawali na pół godziny albo dłużej. Okazywało się, że mają wspólne zainteresowania albo coś innego, co ich łączy. Pojawiło się ponad dwieście osób.

– Ludzie mogli wymienić się doświadczeniami związanymi z mieszkaniem w Rozalinie, ale prowadzili też dyskusje tożsamościowe – dodaje Magdalena. – Przychodziła rodzina i nagle okazywało się, że mąż czuje się krzokiem, a żona jeszcze ptokiem. Było wiele rozmów mieszkańców o tym, kim są i na co mogą sobie pozwolić w kontekście innych. Ciekawe było też to, że kilkuletnie dzieci mówiły o sobie pnioki, bo przecież tu się urodziły. Dla mnie było ważne, że dzięki naszemu projektowi te nazwy się spopularyzowały. Agnieszka użyła ich, zgłaszając się do MPEK-u, ale nie wszyscy znali te określenia.

W styczniu w Nadarzyńskim Ośrodku Kultury ma być wystawa wykonanych zdjęć. Magdalena: – Może stanie się inspiracją dla innych wsi. Pokazuje, jak można zrobić coś razem i poczuć się częścią większej całości. Zdjęcia też oprawimy i podarujemy każdej rodzinie jej portret, a razem z nim mały folder zbierający wszystkie fotografie.

Zrealizowany w Rozalinie projekt ma tę zaletę, że nie musi się kończyć. Agnieszka planuje, by taką sesję powtarzać co pięć lat.

Ustanów. Dotykanie z sąsiadem

Jeszcze dwadzieścia lat temu mieszkańcy Ustanowa żyli głównie z roli i hodowli zwierząt. Dzisiaj zajmują się tym pojedyncze gospodarstwa, a wieś przestawiła się na usługi. Wzdłuż głównej ulicy, od której odchodzą te prowadzące na osiedla, są m.in. burgerownia, kawiarnia, piekarnia, trzy salony fryzjerskie, trzy spożywczaki i sklep meblowy. We wsi działają też żłobek, przedszkole i prywatna szkoła.

Szybki przyrost ludności sprawia, że ludzie znają się głównie w obrębie osiedli. Szerszej integracji sprzyjają akcje charytatywne albo wspólne sprzątanie wsi. – Kiedyś napływowych mieszkańców prawie nie było widać, bo wyjeżdżali do pracy w Warszawie, wracali późnym popołudniem i prowadzili swoje życie. W pandemii to się zmieniło – opowiada 26-letnia Marta Wencławiak, sołtyska Ustanowa, która mieszka tu od urodzenia. Została wybrana trzy lata temu. Pracuje w sklepie spożywczym. – Ludzie wiedzą, gdzie mnie znaleźć. Zawsze mogą przyjść i porozmawiać – zapewnia.

Zgłaszając się do projektu rezydencji MPEK-u, Marta napisała, że zależy jej na zatarciu różnic pomiędzy rdzennymi a napływowymi mieszkańcami. Do współpracy wybrała Annę Raczkowską z Łodzi. Ania jest artystką i edukatorką. Realizuje projekty łączące działania kulturalne i społeczne. Szczególnie interesuje ją budowanie bliskości poprzez dotyk w sztuce. – Uważam, że używając tego zmysłu, człowiek lepiej pamięta doświadczenie – mówi. – Sensoryka kojarzy nam się głównie z dziećmi, pracą z masami czy chodzeniem boso po powierzchni o różnej fakturze. Dorośli zapominają, jak ważny jest dotyk, doświadczanie poprzez ciało często uważa się za wstydliwe. Dlatego oswajam ten zmysł na nowo.

Ania twierdzi, że w Ustanowie większym problemem niż podział na rdzennych mieszkańców i przybyszy jest dość liczna grupa osób nastawionych na „nie". Nie wierzą, że coś się uda, nie widzą sensu różnych działań. – Nie ma tu też wspólnego miejsca spotkań, stowarzyszeń, organizacji ani koła gospodyń wiejskich. A to struktury, które wspierają lokalną społeczność, chociażby pozyskując fundusze – dodaje.

Wraz z sołtyską postanowiły zorganizować warsztaty sensoryczne dla całych rodzin. – Były dwa eventy. Podczas pierwszego lało, siedziałyśmy w wynajętym namiocie i czekałyśmy na mieszkańców, a Marcie udzieliło się nastawienie: „nie uda się, nikt nie przyjdzie". Chętnych nie brakowało, mimo deszczu. Te pierwsze zajęcia nam pokazały, że jest potrzeba spotykania się i że rodzice z dziećmi to dobra grupa docelowa.

Finał projektu był we wrześniu. – Dla mnie to był jarmark życia – mówi Ania. – Odbywał się pod hasłem „Poznaj Swojego Sąsiada" na terenie udostępnionym przez sąsiednie sołectwo. Był namiot z warsztatami sensorycznymi, podczas których z dziećmi i dorosłymi zbudowaliśmy ścieżkę sensoryczną i wszyscy po niej chodziliśmy. Mieszkanki wsi zrobiły zajęcia z szydełkowania, można było potańczyć zumbę. Była też duża scena, na której występowały zespoły ludowe, odwiedziły nas panie z okolicznych kół gospodyń wiejskich. W stoiskach prezentowali się lokalni twórcy i przedsiębiorcy.

Nowi mieszkańcy Ustanowa podczas jarmarku mogli lepiej poznać swoją okolicę. – Wielu nie miało pojęcia, że blisko nich działają dostawcy garmażerki albo dietetyczka, że nie muszą jechać do fryzjera do Warszawy. Ale mieli też okazję poznać się między sobą – mówi Marta. A Ania zwraca uwagę na jeszcze jeden ważny szczegół: – Podczas organizacji tego wydarzenia Marta musiała wypisać sobie osoby, z którymi współpracuje. Mocno ją to wzmocniło, bo umieszczenie tych nazwisk w jednym pliku pokazało jej, ilu jest tych sprzyjających.

Maja Dobiasz-Krysiak, MPEK: – Naszym głównym celem jest wsparcie sołtysek i sołtysów, wydobycie ich potencjału. Chcemy dać im poczucie sprawczości, przekonanie, że skoro mogą zrobić coś na swoim terenie, to równie dobrze uda im się na szerszym polu. Świadomość, że dużo od nich zależy, daje motywację do działania.

W trakcie rezydencji MPEK-u w Ustanowie zaczął działać dyskusyjny klub książki. – Rdzenni mieszkańcy nigdy by pewnie nie pomyśleli, że taka inicjatywa będzie cieszyć się powodzeniem. A okazało się, że ci, którzy mieszkają tu od niedawna, mieli potrzebę rozmawiania o literaturze – mówi Marta. – Są przyzwyczajeni do innych standardów, szukają w Ustanowie namiastki miejskiego życia. Myślę, że dla naszej miejscowości to na plus, że to nas rozwija.

Laski. Mapa wspomnień

Laski liczą około dwóch tysięcy mieszkańców. Znane są głównie ze znajdującego się tu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. – Myślenie, że nasza wieś to zakład, jest stereotypowe. Ośrodek jest ważnym punktem, ale nie determinuje funkcjonowania miejscowości – zaznacza 39-letnia sołtyska Anna Mandes.

Do Lasek przeprowadziła się 14 lat temu, stąd pochodzi rodzina jej męża. Najpierw była w radzie sołeckiej. – Współpracowałam z poprzednim sołtysem Staszkiem Maciasem. Gdy zmarł pod koniec swojej kadencji, w maju 2019 roku, postanowiłam kontynuować nasze działania i kandydować na jego miejsce.

W Laskach nie ma świetlicy wiejskiej. Miejsce spotkań pod dachem stanowi przedszkolna aula. A gdy jest ciepło – boisko albo orlik. – Od trzech lat część funduszu sołeckiego przeznaczamy na aktywności ruchowe. Chętni raz w tygodniu bezpłatnie ćwiczą z trenerem, w weekendy razem biegamy, a Koło Gospodyń Wiejskich „Kampilaski" organizuje zajęcia z jogi – wymienia Anna. Jeszcze w tym roku powinna zakończyć się rekultywacja terenu przy okolicznym stawie. Będzie tu polana rekreacyjna z wiatą ogniskową, boiskiem do gry w boule, stolikami do szachów i wybiegiem dla psów.

W Laskach nie ma podziału na swoich i przyjezdnych. Ominęła je fala nowej zabudowy ze względu na brak miejsca, ale też podejście obecnej rady gminy. – Duża część mieszkańców pracuje w Warszawie, jesteśmy w pierwszej strefie komunikacji miejskiej. Lokalnie działają: restauracja, cztery sklepy spożywcze, dwie drukarnie i producent damskiego obuwia, mamy też studio architektury krajobrazu i firmę specjalizującą się w automatyzacji rozwiązań dla przemysłu – mówi Anna.

Zgłosiła swoją wieś do projektu rezydencji MPEK-u, bo chciała udokumentować przeszłość Lasek. – Większa wiedza o tym, jak było kiedyś w miejscu, które jest wspólne, może mocno zintegrować mieszkańców – twierdzi. Do projektu wybrała Magdę Barszcz z Kędzierzyna-Koźla.

Magda, z zawodu skrzypaczka, jeszcze w trakcie studiów na akademii muzycznej stwierdziła, że nie widzi siebie w orkiestrze. Poszła na Music Leadership – studia magisterskie w Guildhall School of Music and Drama w Londynie i tam przekonała się, że chce pracować ze społecznościami, ale też łączyć muzykę z innymi dziedzinami sztuki. Prowadzi warsztaty dla dzieci i młodzieży w ogniskach wychowawczych i ośrodkach socjoterapeutycznych. Podczas zajęć wykorzystuje dźwięk jako formę ekspresji.

Sołtyska Anna Mandes: – W naszym projekcie postawiłyśmy na wspomnienia. Ci, którzy mieszkają w Laskach od dawna, opowiadali, jak było 30-40 lat temu.

Powstało ponad 30 godzin nagrań. Mieszkańcy wspominali, jak bawili się jako dzieci przy ul. 3 Maja, która dziś jest ruchliwą drogą powiatową, a wtedy przejeżdżał nią jeden samochód na dzień. Albo o fryzjerze, który w trakcie obcinania włosów potrafił wyjść na obiad. – Czasem kilka osób mówiło o tym samym miejscu. Bardzo ciekawe, jak różnie je pamiętają. Słuchając tych opowieści, widzi się, że Laski mocno się zmieniają – dodaje Anna.

Nagrania są dostępne w sieci, podzielone na kilkuminutowe całości. Na ich podstawie powstała mapa wspomnień, z zaznaczonymi – często już dziś nieistniejącymi – miejscami. Po najechaniu kursorem na daną lokalizację można posłuchać opowieści mieszkańców. – Wydrukujemy też 500 sztuk tej mapy, bo mniej więcej tyle mamy domów w Laskach, i będziemy dostarczać mieszkańcom w grudniu wraz z listem świąteczno-noworocznym – opowiada Anna. – Taką mamy tradycję: przekazujemy życzenia i krótkie podsumowanie tego, co działo się przez cały rok.

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.

Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.