Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Maja Hawranek: Co wnosimy do związku?

Dorota Ziółkowska-Maciaszek: Całą swoją historię: od pierwszych lat życia, gdy kształtuje się nasz styl przywiązania, poczucie bezpieczeństwa w relacji lub jego brak, przez wnioski z innych relacji – pierwszych przyjaźni, miłości, poprzednich związków. Niektóre z nich będą służyć budowaniu harmonijnej relacji, inne będą jej szkodzić. Na przykład przeżyte traumy mogą zostawiać w nas trwały ślad, owocować tym, jak czujemy się sami ze sobą, a co za tym idzie – jak funkcjonujemy w bliskiej relacji.

Dużo tego.

– Wnosimy też, co niezwykle ważne, mnóstwo nadziei i tęsknot. Nadziei na to, że uda nam się stworzyć dobry, partnerski związek, że będziemy umieli kochać i przyjmować miłość. Że nam się po prostu uda. Te nadzieje są zdrowe, służą relacji. Jednak możemy też wnosić dziecięce, niezbyt dojrzałe i nierealistyczne oczekiwania: że ktoś się nami zaopiekuje, weźmie za nas odpowiedzialność, że będziemy dla kogoś całym światem, że ktoś wyleczy nasze traumy, nawet jeśli mu ich nie zdradzimy.

Na początku relacji śnimy wzajemne sny o sobie – widzimy partnera nierzeczywistego. Czego zwykle nie chcemy sobie wtedy powiedzieć?

– Nie mówimy rzeczy, które są dla nas jakoś zawstydzające albo sprawiają, że czujemy się winni. Nie wyjawiamy tego, o czym myślimy, co stawia nas w złym świetle, i tego, czego sami w sobie nie akceptujemy. A wszystko to z lęku przed osądzeniem i odrzuceniem.

Na przykład?

– Ludzie nie mówią o swoich porażkach, o swoich rodzinach pochodzenia, jeśli tam działy się trudne rzeczy. Na początku nie mówią też o chorobach ciała i psyche ani o różnych problemach emocjonalnych. Często słyszę od klientów pytanie: zaczynam się z kimś spotykać, mam powiedzieć, że biorę antydepresanty? Nie jestem gotowa, gotowy, ale czy to fair nie powiedzieć o tym od razu?

I co pani zwykle odpowiada?

– Te trudne czy bolesne informacje, które stanowią naszą historię, warto odsłaniać wtedy, kiedy czujemy zwiększające się zaufanie do drugiej strony. To będzie pogłębiało bliskość. Ale nie zawsze się na to zdecydujemy. Czasem nie powiemy o czymś nikomu, bo nam samym z tym zbyt trudno, zbyt to boli. Nawet terapeucie. Inaczej jest ze sprawami, które stanowią naszą teraźniejszość.

No to może weźmy na początek coś bardziej klarownego: bezpłodność.

– Jeśli nie mogę mieć dzieci albo wiem, że nie chcę ich mieć, to na pewnym etapie jestem zobowiązana to wyjawić. Nie na pierwszych randkach oczywiście, bo to nie jest czas na głębokie rozmowy, ale w momencie, gdy pojawiają się sygnały, że dla drugiej strony to ważny temat, np. komentarze typu: o, jaka superrodzinka, uwielbiam dzieciaki.

Czyli tak: mamy w związku prawo do naszej prywatności, do treści, którymi się nie dzielimy. Są jednak takie sprawy, które będą bezpośrednio dotyczyły życia partnera i wpływały na jego decyzje. I tu przebiega ważna granica.

Jeśli zataimy takie wiadomości, to wprowadzamy go w błąd i nie dajemy mu możliwości wyboru, czy akceptuje związek, w którym np. nie będzie dzieci.

A czy te granice możemy jakoś jasno wytyczyć również w innych kwestiach? Przebyte kryzysy psychiczne, doświadczone traumy? Gdzie kończy się granica naszej prywatności?

– Każdy człowiek ma inną osobistą granicę otwartości. Znam osoby, które od pierwszej randki wyrzucają z siebie wszystko zgodnie z zasadą: i niech się dzieje, co chce. Bywa, że wtedy na tej randce znajomość się kończy. Budowanie bliskości jest bowiem procesem. Myślę, że ta granica przebiega w miejscu, gdzie zaczynają się zaangażowanie i wynikające z niego decyzje co do dalszych losów relacji. Czyli jeżeli jestem w depresji, i to jej trzeci nawrót, to choć jestem teraz w niezłej formie, bo się leczę, to już wiem, z czym się ta choroba wiąże. Jej potencjalna kolejna odsłona będzie problemem naszym, a nie tylko moim. To fair, by partner znał sytuację. Często partnerzy stwarzają nam okazje, by zacząć o sobie mówić, dzieląc się swoimi obserwacjami, np. mówią: mam poczucie, że jesteś w złej formie, czy coś się dzieje? To może być moment na otwartość: tak, jest coś, o czym powinieneś wiedzieć, choć trudno mi o tym mówić, bo obawiam się, jak to przyjmiesz.

Czyli o przebytej depresji warto powiedzieć.

– Tak. A kiedy – to zależy, na ile bezpiecznie czujemy się z drugą osobą i czym dla nas to doświadczenie obecnie jest. Zwykle trudniej ujawniać nam doświadczenia, do których sami się przyczyniliśmy. Dajmy na to w szkole czy na studiach otarliśmy się o jakieś nałogi czy robiliśmy rzeczy, których teraz się wstydzimy. Potem wzięliśmy się za siebie, te sprawy są rozwiązane, jesteśmy w innym punkcie życia. Czy mówić o tym? Ujawnienie tej niechlubnej historii może być ważne dla budowania otwartości i bliskości. Gdy czuję, że mój partner przyjmuje mnie z całą moją przeszłością, nawet gdy ona mu się zupełnie nie podoba, to więź i zaufanie się wzmacniają.

W zdrowych związkach o mocnej więzi nie ma tematów tabu. Ludzie mówią o wszystkim, tylko stopniowo i w różnym zakresie. Nigdy pod presją czy wskutek szantażu.

Sytuacja, w której jedno jest w roli śledczego czy prokuratora, a drugie przesłuchiwanego czy oskarżonego, nie ma nic wspólnego z bliskością. W związku nie ma obowiązku mówienia wszystkiego, co nam przyjdzie do głowy, i opowiadania o wszystkim, co przeżyliśmy. Natomiast bardzo ważne jest, by zachować szczerość. Nie kłamać.

Szczerość, czyli?

– Szczerość oznacza wyrażanie własnej prawdy, bycie autentycznym, bez naginania rzeczywistości, ale też w zgodzie z własnymi granicami. Istotne jest, by brać pod uwagę to, ile jestem gotowy w tym momencie odsłonić. I oczywiście taktownie uwzględniać uczucia partnera, nie atakować tą swoją prawdą na oślep.

No to mam dla pani konkretny temat: poprzedni partnerzy i trzy znane mi scenariusze. Pierwszy: kobieta zostaje przymuszona do wyjawienia liczby partnerów i podaje mu ją. Ta liczba go przytłacza i w efekcie staje się narzędziem opresji. Partner jest zazdrosny o przeszłość, nieustannie podejrzewa ją o zdradę – majtki w torebce, które zostały po basenie, stają się oczywistym jej dowodem. Drugi: partner sam wyjawia swoje historie miłosne z takimi szczegółami, że druga strona czuje, że to już dla niej za dużo, i go zatrzymuje. Nic złego z tego nie wynika. I trzeci: partnerka bardzo chce wiedzieć, ile wcześniej było kobiet i kim były, a on od początku mówi: nie będę o tym rozmawiał, to moja sprawa. Ostatecznie ją zdradza, ale po kryzysie i terapii zostają w związku.

– Jak wspomniałam, w zdrowym związku można rozmawiać o wszystkim, jednak w niektórych tematach warto wykazać powściągliwość. Zalecam ją w kwestii naszych seksualnych doświadczeń i tego, co się działo w poprzednich związkach. Nigdy nie wiemy, na jaki grunt trafią te opowieści – może nasz partner kiedyś doświadczył zdrady i wnosi do związku niepokój z tym związany? Gdy zbytnio rozgadujemy się na te tematy, mogą stać się dwie rzeczy: temat może urosnąć do niewyobrażalnych rozmiarów, tak jak w pierwszym scenariuszu. Ta opowieść może zacząć żyć własnym życiem w głowie partnera, a usłyszane nie da się odsłyszeć. Nadmiar szczegółów w tej dziedzinie nie jest nam do niczego potrzebny.

A co jest?

– Informacja o tym, jakie doświadczenia wynosimy z poprzednich związków, czego nauczyliśmy się o sobie. Bo przecież związki nas rozwijają. Gdy jakiś się kończy, możemy powiedzieć: partner był beznadziejny, nie docenił mnie, albo zastanowić się, dlaczego nam ten związek nie wyszedł: jak funkcjonuję w związkach, jakie mam potrzeby, jak je komunikuję, jakich partnerów wybieram, co wnoszę do związku, a czego nie umiem dawać. Generalnie – co poprzednie związki mówią o mnie i jak chcę budować dobry dla mnie związek obecnie.

A ta druga rzecz, która często się dzieje przy nadmiernym wyjawianiu szczegółów o seksie i partnerach?

– Są takie osoby, które dokonują nieustannej analizy poprzednich związków swoich partnerów. Dużo o nich wiedzą, mają do nich emocjonalny stosunek. Czasem para jest niemal w trójkącie z tym byłym, choć realnie go w ich życiu nie ma. Potrafią nienawidzić byłej partnerki czy partnera, być zazdrosnym o przeszłość, a złożenie przez byłego partnera urodzinowych życzeń urasta do rangi kryzysu. To oczywiście świadczy o dużej niepewności co do swojej pozycji w relacji.

A przecież jeżeli dojrzeliśmy do budowania zdrowego związku, musimy szanować, że nasi partnerzy mają za sobą inne relacje. Na jakimś etapie były one dobre, uszczęśliwiały. I to jest bardzo dobry znak!

– Bo z poprzednich związków wynosimy cenne lekcje. A fakt, że wcześniej kogoś kochali, niesie nadzieję, że umieją otwierać się na miłość.

Czyli co z tego grząskiego gruntu warto wyjawić, a co nie?

– Wyobrażam sobie, że w poważnej relacji wyjawiamy sobie, w ilu ważnych związkach byliśmy i jak nam w nich było. Nie ma potrzeby opowiadać o tym w szczegółach, analizując miesiąc po miesiącu. Ani wspominać o wszystkich randkach, na które chodziliśmy, czy spowiadać się z liczby partnerów seksualnych, szczególnie gdy druga strona nie pyta. Zawsze warto się zastanowić, z jaką intencją wyjawiamy te szczegóły i po co o nie pytamy. Z czasem, gdy czujemy się swobodnie, naturalnie przytaczamy różne historie, doświadczenia.

Ujawnianie wymaga od nas odwagi i jest budulcem bliskości. Czy z pani praktyki wynika, że są takie tajemnice, które mają moc zbliżania, i takie, które mają moc oddalania?

– Rzadko służy związkowi mówienie dużo o swoich kompleksach: och, zobacz, jaki obrzydliwy mam cellulit, patrz, jak staro wyglądam, czemu ze mną jesteś, przecież jestem takim nieudacznikiem.

– Druga osoba nie wie, co ma z tym zrobić, a efekt może być taki, że rzeczywiście zacznie nas postrzegać przez ten pryzmat. Warto też zachować powściągliwość w kwestii osądów na temat rodziny i przyjaciół drugiej strony, krytyczne uwagi raczej nie budują, uważajmy na formę i bądźmy wrażliwi na uczucia partnera. Jeżeli ktoś mi się spodoba, a nawet przeżywam chwilową fascynację, która niczym nie skutkuje, to też sugerowałabym, by zachować to dla siebie. Zamiast iść z tym do partnera, warto dobrze się zastanowić, co sprawiło, że tamten człowiek wywarł na mnie takie wrażenie, i co to mówi o mnie, moich potrzebach i o naszym związku.

A co ma moc zbliżania?

– Zarówno ujawnianie naszej przeszłości i emocji, które się z nią wiążą, jak i mówienie o naszym związkowym "tu i teraz" – jak mi jest, co mi się nie podoba, a co mnie uszczęśliwia. Ujawnianie skrywanych tajemnic, czegoś, co jest dla nas zawstydzające, o czym inni nie wiedzą, może być bardzo więziotwórcze. Tworzy poczucie wyjątkowości tej relacji. Oczywiście aby tak się stało, muszą być do tego warunki: druga strona chce nas zobaczyć i zrozumieć, a nie osądzić, nawet jak nasza prawda będzie dla niej zaskakująca, nawet jak jej się nie spodoba.

Jak stworzyć odpowiednie warunki?

– Na przykład wykorzystywać naturalne sytuacje, choćby przy oglądaniu serialu czy słuchaniu historii, która brzmi podobnie do naszej. To może być dobry moment na powiedzenie np.: "reaguję teraz emocjonalnie, bo to ważny dla mnie temat, byłam w podobnej sytuacji". I warto znaleźć spokojny czas na rozwinięcie tematu, często w kilku podejściach, stopniowo, sprawdzając, jak oboje czujemy się z tą otwartością. Bywa, że osoba jest w trakcie terapii, w której przepracowuje swoje trudne doświadczenia. I wtedy po prostu mówi partnerowi: wiesz, w czasie mojej terapii dojrzałam do tego, by opowiedzieć ci o czymś ważnym z mojego życia.

W fundacji pracuje pani z parami na granicy rozstania. Czy są sprawy, których ujawnienie może do niego doprowadzić?

– Niektóre pary znajdują się z tego powodu w kryzysie. Najczęściej nie chodzi wtedy o sprawy związane z chorobą, depresją, traumami osobistymi, tylko o odkrycie takiej przeszłości, która nie współgra z obecnym obrazem naszego partnera. Np. ktoś mówił, że miał tylko jednego partnera, a nagle okazuje się, że było ich wielu. To mocno trąca struny zazdrości i podejrzliwości. Kłopotliwe bywają też nagle ujawnione wiadomości o rodzinie pochodzenia, gdy partner idealizował jej obraz, a ten okazuje się zupełnie nieprawdziwy. Albo ukryte czy niedomknięte sprawy z poprzednimi partnerami, gdy okazuje się, że ktoś zataił istnienie dzieci z poprzednich związków albo jest mocno zaangażowany w życie byłego partnera – na przykład go utrzymuje. Wtedy ta druga strona ma poczucie, że została wpędzona w maliny, oszukana.

A ujawnienie traumy?

– Zdarza się, że w przypadku ujawnienia traumy pojawia się nieadekwatna, raniąca reakcja ze strony partnera.

Zamiast ją empatycznie przyjąć, mówi np.: żyjemy ze sobą 15 lat, jak mogłaś mi tego nie powiedzieć? Dlaczego mi nie ufasz? Czego jeszcze o tobie nie wiem? Przenosi więc uwagę na siebie, co może pogłębić uraz osoby, która się właśnie otworzyła.

Wtedy wspólna praca polega na tym, by otworzyć się na przeżycia drugiej strony i empatycznie uznać, że mimo dobrej relacji można nie być w stanie o traumie mówić. Są sprawy, które są w nas wciąż otwartą raną, o których staramy się nie myśleć albo odcięliśmy się od nich i obronnie wyrzuciliśmy na jakiś czas ze świadomości. To ważne, by partner rozumiał te mechanizmy i by brak ujawnienia nie stał się powodem obwinienia.

Przewija nam się wątek różnych aspektów otwartości – z jednej strony każdy ma inną, z drugiej otwartość jawi się jako pewna jakość związku, o którą trzeba dbać.

– Na otwartość w związku zawsze pracują obie strony. Są pary różniące się pod tym względem, które mimo to tworzą udane związki.

Najważniejsze, byśmy mówili szczerze, nie kłamiąc, tyle, ile jesteśmy gotowi ujawnić. Żeby budowała się bliskość, warto stopniowo się odsłaniać.

Jeśli się na to nie zdecydujemy, druga strona nigdy nas nie zobaczy, nie pozna. Ale z kolei abyśmy to robili, potrzebna jest współpraca drugiej strony – otwartość na nas, na ujawniane przeżycia. Dobrze sprawdza się uzgodniona reguła "możemy o wszystko swobodnie pytać, bo szanujemy, że druga strona może wprost odmówić odpowiedzi". W długoletnich związkach bardzo często dzieje się tak, że ludzie przestają o sobie mówić, idą na emigrację wewnętrzną.

Dlaczego?

– Bo ich doświadczenie pokazuje, że mówienie nie ma sensu. Kiedy powiem prawdę, która nie podoba się drugiej stronie, dostanę po głowie. Gdy słucham związków z długim stażem, to okazuje się, że bardzo często ludzie ukrywają przed sobą rzeczy, które wydają się absolutnie do opowiedzenia, i to głośno! Nie mówią o swoich sukcesach, marzeniach, przemyśleniach na temat związku, o pasjach. Często długoletni partnerzy bardzo mało o sobie wiedzą i zaczynają się kompletnie rozchodzić. Np. załóżmy, że w związku jest rywalizacja, a ja pochwalę się swoim sukcesem, to druga strona ten sukces obniży, rzuci złośliwe: wielka mi rzecz! Albo jeśli zdradzę marzenie, to usłyszę: ale jesteś dziecinny, urwałeś się z choinki? Takie komentarze sprawiają, że przestajemy mieć chęć na mówienie.

Jak zmienia się nasza szczerość z wiekiem? Wydaje mi się, że w nastoletniej miłości obowiązuje w tej kwestii radykalizm. Po czterdziestce już wiadomo, że mamy za sobą mnóstwo historii.

– Zwykle na początku jesteśmy spontaniczni, otwarci, wierzymy w siłę miłości, która góry przenosi, więc i zniesie wszystko.

Młodzi często myślą, że szczerość to brak granic, mówienie wszystkiego aż do bólu. Tymczasem w bliskości niesłychanie ważne są nasze granice. Jesteśmy odrębnymi bytami.

– I my tę drugą osobę zapraszamy na nasze terytorium, kiedy uznajemy, że już chcemy, że jest dla nas ważna. Wraz z doświadczeniem uczymy się bardziej wyważonego budowania relacji i bliskości. Czasem ta nauka wyposaża nas w mądrość, a czasem w gorycz.

W gorycz?

– Możemy nauczyć się, że w związkach nie należy się otwierać, należy skrywać i cenzurować swoje myśli i uczucia. Takiej sytuacji warto się przyjrzeć – może za każdym razem wchodzę w związek z kobietami czy mężczyznami niedostępnymi, krytycznymi, nadużywającymi naszego zaufania? Wśród osób, które tworzą udane związki, są te, które wyciągnęły wnioski z poprzednich. Często po ich zakończeniu długo widzimy samo zło: związek był do niczego. Mogliśmy przeżyć ze sobą dużo lat i kończyć go takim przytłaczającym podsumowaniem. Jakiś czas po rozstaniu warto próbować spojrzeć bardziej obiektywnie, dostrzec też te jaśniejsze strony. Co było dobre, co działało, za co jestem wdzięczna. Dopiero kiedy myśl o byłym partnerze nie wzbudza silnych emocji, to jest moment, by szukać nowego związku. Wtedy jest szansa, że nie będziemy patrzeć na relacje poprzez ten gorzki filtr, że pozwolimy sobie na nowo się otworzyć. Jeśli nie wyciągamy wniosków z poprzednich relacji, jeśli wciąż popełniamy podobne błędy, to znak, że warto popracować nad sobą.

Zna pani takie sytuacje, że klient, klientka niesie jakiś trud: przemoc psychiczną, molestowanie, i nie wyjawia tego partnerowi, a mimo to tworzą udaną relację?

– Większość osób takimi traumami dzieli się z partnerem, chociaż niekoniecznie w całości. Nie znam pary, w której jest duża bliskość, a traumy z przeszłości byłyby objęte całkowitą tajemnicą.

W psychologii często używa się metafory: jesteśmy jak dom, mamy w nim dostęp do kilku pokoi, może nawet dwóch pięter, ale jest jeszcze strych, może piwnica i często nie wiemy, co w nich jest upchane. Co robić, gdy czuję, że u partnera w piwnicy siedzi coś, co wpływa na nasz związek, ale on nie chce tam zaglądać?

– Ważne, by nie bawić się w domorosłą terapię. Wiele par wchodzi w taką grę: jedno zaczyna być analizowane przez drugie, stawiane są hipotezy i diagnozy. To jest przeciwskuteczne, tworzy mur i jeszcze mniejszą gotowość otwierania się. Jeśli nie mam emocjonalnego dostępu do partnera, jeśli on się nagle zamyka, gdy robi się blisko, to zamiast stawiać diagnozę, mogę mówić ze swojej perspektywy, jak przeżywam tę sytuację. Brak presji i opresji zwiększa szansę na otwartość. Oczywiście niektóre osoby nie będą gotowe na ruszanie trudnych rzeczy i wtedy po naszej stronie będzie decyzja, co z tym zrobić. Z kolei gdy jesteśmy zaniepokojeni, np. widzimy u partnera nasilone symptomy depresji albo nadużywanie alkoholu, mamy prawo wyraźnie powiedzieć: to moment, w którym powinieneś udać się do specjalisty. Powiedzieć to w sposób życzliwy, z intencją troski: zależy mi na tobie i na nas i boję się, że ten problem ciebie i nas przerasta, proszę, potraktuj to serio.

A jak w piwnicy jest coś z dawnych lat?

– Jeżeli czujemy, że jest tam coś, co nie dotyczy naszej bieżącej sytuacji, to zalecam cierpliwość, dawanie czasu. Jeżeli widzimy potencjał w związku, jeżeli są sfery, które działają, i mamy bazę dobrych wspólnych doświadczeń, to czasem trzeba po prostu na partnera poczekać.

Możemy kogoś na siłę wypychać z tej piwnicy, tylko co dobrego z tego wyniknie? Druga strona nie zmieni się pod wpływem naszej presji. A może przestać nam ufać.

Przychodzą do pani tacy wypchnięci?

– Od czasu do czasu tak!

Mówią: żona czy mąż kazali mi tu przyjść, bo podobno ze mną jest coś nie tak, jeśli chodzi o emocje. Gdy pytam: a pan, pani też tak czuje?, to słyszę: ja myślę, że wszystko OK, ale on, ona chce, to jestem. W takiej sytuacji zapraszam na kolejną sesję tę drugą stronę, by para pracowała wspólnie. Terapia nie jest spełnianiem życzeń partnerów.

W książce dla dzieci Margery Williams jest taki cytat: "Miłość jest wtedy, gdy jesteś prawdziwy w oczach drugiego człowieka". Naiwne?

– To jedna z naszych tęsknot, by ktoś nas zobaczył i przyjął takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. Bez masek, ze słabościami, gorszą formą.

– Myślę, że w bliskich relacjach dużo sobie tego dajemy. Ten cytat jest jednak o tyle na wyrost, że prawdy o sobie czasem sami nie znamy. Jest inny piękny cytat – z Martina Bubera: "Ludzie podają sobie nawzajem niebiański chleb bycia jaźnią". Poprzez drugiego człowieka zaczynamy siebie rozumieć i odnajdywać.

Jak to się dzieje?

– Coś robię lub mówię o sobie, partner na to reaguje, a ja z własnej reakcji na jego reakcję mogę się wiele o sobie dowiedzieć, o ile chcę w siebie zajrzeć. Bo czasem uciekamy od prawdy o sobie poprzez nadmierną koncentrację na partnerze: jaki on powinien być, czego on nie umie, co w nim nie gra. Możemy mylić miłość z perspektywą roszczeniową, rozliczać drugą stronę z realizacji naszych emocjonalnych oczekiwań, żądać, żeby dała nam coś dokładnie w taki sposób, jaki chcemy. Bardzo dużo zmienia się w związku, kiedy obie strony dojrzewają do takiego partnerstwa, gdzie każdy bierze odpowiedzialność za siebie, a oboje biorą odpowiedzialność za relację, którą budują. Gdy mocno przyglądam się sobie i temu, co trudnego wnoszę do relacji i co mogę robić, by było w niej dobrze. W związku intymnym stajemy wobec tylu różnych wyzwań i okoliczności, że możemy sobie bardzo dużo nawzajem dać.

Dorota Ziółkowska-Maciaszek – psycholożka, psychoterapeutka, współzałożycielka i prezeska fundacji Rozwód? Poczekaj! Fundacja propaguje inne niż rozwód i rozstanie sposoby rozwiązywania konfliktów, pracuje z narzeczonymi, małżonkami i rodzicami. A jeśli nie ma innej drogi – pomaga parze przygotować się do rozstania

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Akcja społeczna Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów" i Fundacji „Gazety Wyborczej".

Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.

Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

embed
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.