Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Paula Szewczyk Czy bycia w związku można się nauczyć?

Anna Klaus-Zielińska: Dobrego bycia w związku, które powoduje, że każda z osób się w nim rozwija, rośnie i jest autentyczna? Myślę, że tak. Ale z moich obserwacji – nie tylko z gabinetu – wynika, że niewiele z nas ma „naturalne zasoby", by taki związek zbudować i w nim funkcjonować.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Często wchodzimy w relację z pobudek, które powodują, że już na starcie trudno jest nam dobry związek budować: bo boimy się być same, bo mamy niskie poczucie własnej wartości, bo chcemy, żeby ktoś się nami zaopiekował, bo kusi nas wizja siebie przy atrakcyjnym partnerze, dzięki któremu same staniemy się bardziej atrakcyjne, a inni zaczną nas doceniać. Często jest tak, że wyświetlamy sobie w głowie film z idealnym partnerem w roli głównej, nie dostrzegając, jaka ta druga osoba naprawdę jest – ze swoimi zaletami, ale i wadami. Dopiero gdy zaczynamy tę prawdę o niej dostrzegać, dochodzimy do wniosku, że coś z nią nie tak, że nie jest wcale taka idealna, więc się wycofujemy, stajemy obojętni lub funkcjonujemy z partnerem na zasadzie przedsiębiorstwa rodzinnego.

Myśląc, że miłość się skończyła?

Kulturowo i społecznie mamy za małe przyzwolenie na powiedzenie głośno, że sama miłość to zdecydowanie za mało, by stworzyć udany związek. Miłość to tylko jeden z elementów dobrej relacji, lecz wcale nie postawiłabym jej na pierwszym miejscu. Powiedziałabym raczej, że najważniejsze jest poczucie, że przy drugiej osobie się rozwijam i mogę być przy niej autentyczna. Bo to, co z reguły uznajemy za miłość, czyli feromony, starczają na pierwsze dwa lata związku, czasem trochę krócej, czasem trochę dłużej. Jeśli przez ten czas nie zbudujemy w relacji dobrej komunikacji, to gdy feromonowe zauroczenie przestanie działać, dojdziemy właśnie do wniosku, że „miłość się skończyła". Zwykle to moment uświadomienia sobie, że tak naprawdę nie znamy osoby, z którą się związaliśmy.

Jaka jest idealna motywacja do wejścia w związek? Czemu właściwie chcemy być z drugą osobą?

Bo jestem ciebie ciekawa/ciekawy jako osoby. Ja stanowię kompletną osobę i ty stanowisz kompletną osobę, każde z nas potrafi zbudować poczucie bezpieczeństwa, opierając się na sobie, ale czuję, że będąc z tobą, mogę więcej przeżywać, ciekawiej doświadczać, wyżej sięgać, a widzę, że i ty przez związek ze mną rośniesz.

Myślałam, że we dwójkę łatwiej spłacać kredyt.

Jeżeli w rozmowie z drugą osobą dochodzimy do wniosku, że większe mieszkanie jest naszym wspólnym planem życiowym, powoduje, że mamy poczucie, iż robimy coś dla siebie i dla naszej relacji, to kredyt może być środkiem, by ten cel osiągnąć. Jeśli każde z nas widzi, że przez tę inwestycję osiągnie to, czego potrzebuje, to jest w porządku. Jeśli jednak szukam partnera, bo łatwiej czy taniej będę mogła wziąć kredyt, to taka motywacja starczy na bardzo krótką metę. To ledwie namiastka powodu, by wejść w związek i faktycznie coś zbudować.

Może się nam wydawać, że to się uda, możemy autentycznie wierzyć, że to wystarczy, ale szybko się okaże, że ta kołdra jednak jest za krótka.

Pokazała to pandemia? Że pod kołdrą jest codzienność?

To, co działo się na zewnątrz – niepewność, lęk, zawieruchy – popchnęło nas do skupienia się na tym, co mamy najbliżej, czyli bliskiej relacji. Pandemia spowodowała, że staliśmy się bardziej krytyczni i uważniej zaczęliśmy przyglądać się sobie.

Dziś w gabinecie mam dużo więcej osób – celowo mówię: osób, bo zaczęło przychodzić więcej mężczyzn niż kiedyś – które wykorzystały czas, gdy nie mogły regulować emocji poza związkiem, na siłowni czy spotkaniach towarzyskich, i skierowały światło na relację. Robiły, jak to określił jeden z mężczyzn, „okresowy przegląd związku". Mówił, że jest w nim 15 lat, ale nigdy wcześniej świadomie na niego nie patrzył. W pandemii zaczął dostrzegać rzeczy, które mu przeszkadzają, lecz nie tylko w partnerce czy komunikacji z nią, ale i w samym sobie. Chciał spróbować to naprawić.

A jednak? Fali popandemicznych rozwodów nie będzie?

Jednak. Popracować nad związkiem i starać się go naprawić to według moich obserwacji obecnie chyba silniejsza tendencja niż decyzja o rozstaniu. Wygląda na to, choć specjaliści mówią o tym jeszcze nieśmiało, że w Polsce być może wcale nie dojdzie do wzrostu liczby rozwodów po pandemii. Statystyki za rok 2020 wcale nie poszły w górę, choć trzeba wziąć pod uwagę chwilowe zablokowanie sądów. Jednak osób, które chcą się swojej relacji poprzyglądać, spotykam teraz w swoim gabinecie zdecydowanie więcej niż przed pandemią.

Mówi pani, że przyglądamy się też sobie?

Tak, bo to wyciszenie na zewnątrz naturalnie przekierowało naszą uwagę na dom i to, co się w nim dzieje. Wiele osób wykorzystało ten czas, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy przepracować rzeczy, na które wcześniej nie starczało czasu lub motywacji.

Zamiast obwiniania drugiej strony – refleksja, że może sama nie byłam najlepszą partnerką?

Taka refleksja przeważnie przychodzi nieco później. Na początku osoby, z którymi rozmawiam, opowiadają, jak jest. Niektóre mówią, że są w związku, choć nigdy nie chciały w nim być, i właściwie same nie wiedzą, jak to się stało i kiedy to się zdarzyło, a lata minęły. Są tacy, którzy od dekady nigdzie we dwójkę nie wyjechali, a dzisiaj myśl, że mieliby to zrobić i pobyć z drugą osobą sami, bez dzieci, wprowadza ich w stan lekkiej paniki. Jedna z kobiet spytała wprost: „To o czym ja mam z mężem rozmawiać?". Ale kiedy tak sobie wszystko to zbierają w głowie, dochodzą do wniosku, że to moment, by zadziałać. Pytają wtedy: „Jak pani to widzi? Czy mamy jeszcze szansę? Czy z tym da się coś zrobić?".

Same i sami nie są w stanie rozeznać się w relacji?

Niestety, nie, za co odpowiada pewnie figura „jednej wielkiej miłości na całe życie".

Myślimy, że skoro jesteśmy mężem i żoną, mieliśmy fantastyczny ślub, założyliśmy rodzinę i utworzyliśmy krąg wspólnych znajomych, musimy być razem do końca życia. I jak w tym wszystkim mam przyjrzeć się temu, że partner mnie np. od czasu do czasu poniża? Albo dzień w dzień wypija kilka piw? Co zrobić z tą wiedzą, która nijak nie pasuje do pięknego obrazka? Zwykle w takich sytuacjach zakładamy, że jeśli nie będę o tym myśleć ani głośno mówić, to może samo zniknie, jakoś przestanie istnieć. Potrafimy funkcjonować w ten sposób latami. A przecież to samo się nie rozwiąże, nie zniknie, przeciwnie – raczej będzie eskalować.

W pandemii mieliśmy czas, żeby pewne rzeczy przegadać?

I tak, i nie. Jeśli mowa o małżeństwach z dziećmi, które uczyły się zdalnie, to tego wolnego czasu wcale nie było więcej. Kobiety w przeważającej części – bo nie kojarzę z gabinetu mężczyzny, który mówiłby, że to on ogarniał dzieci – pochłonięte były bez reszty pracą zawodową, zajmowaniem się domem i edukacją dzieci. Część z nich dotarła na skraj przemęczenia i sfrustrowania codziennością, trafiały do mnie z poczuciem, że absolutnie wszystko jest na ich głowie, mówiły, że dłużej tak nie dadzą rady i chcą się rozstać.

Zauważyła pani, że to jednak częściej kobiety podejmują decyzję o rozstaniu, podczas gdy mężczyźni próbują związki ratować?

Tak trochę jest i zakładam, że wynika to z faktu, że sporej części mężczyzn było w trakcie pracy online po prostu wygodnie. Tymi zmęczonymi codziennością osobami zdecydowanie częściej są kobiety, które przez pandemię niosły nie tylko swoje trudne emocje, ale i trudne emocje dzieci. Te, spędzając w domu prawie cały rok, często regulowały je sobie przy pomocy matek. Mało się o tym mówi, ale na ogół to właśnie matki na pierwszej linii frontu zbierały w sobie frustracje i lęki.

To był wielki wysiłek i nie wiadomo, czy jesienią nie będzie od nas wymagany znowu.

Nie wiemy też, co będzie dalej z naszym zdrowiem psychicznym, z tym całym napięciem, ustawicznym stresem i lękiem, który się w nas skumulował. To, co widać już teraz, to wielkie zmęczenie.

Jesteśmy zmęczeni, ale z poczuciem, że dom to jedyna pewna rzecz, gdy światem trzęsie kryzys?

Większość z nas doszła do takich wniosków, dlatego chce mieć pewność, że przy kolejnym kryzysie będzie w tym domu mogła czuć się dobrze i bezpiecznie. Widzę dziś, że niektórzy nawet nie tęsknią do życia poza domem, mówią, że chcieliby się w nim zamknąć, żeby nikt im tam nie wchodził. Jesteśmy zdeterminowani, by zrobić z niego fundament, który pomoże nam się odbudować. Wiążemy z tym, co prywatne, większe nadzieje niż przed pandemią.

Osoby, które do pani przychodzą, oczekują na tę odbudowę konkretnych rad?

Często przychodzą po konkretną radę kobiety, które są bardzo zaangażowane w swoją pracę zawodową, przyzwyczajone do realizowania z sukcesem projektów, optymalizowania rozmaitych strategii. Niestety, albo na szczęście, ze związkiem to tak nie działa.

To, co zwykle mówię, to że dobrze jest zacząć od siebie. Przyjrzeć się sobie, zastanowić, czego w tym momencie potrzebuję, co jest dla mnie ważne w ogóle, ale też w relacji, zobaczyć, w którym miejscu w tej relacji jestem. A potem przyjrzeć się partnerowi – tylko przyjrzeć tak naprawdę, z ciekawością. Dostrzec, że to, iż druga osoba różni się ode mnie w wielu miejscach, to właściwie nic złego, bo oznacza, że mogę spojrzeć na nią w nieco inny sposób, poszukać w tych różnicach tematów do rozmów, zobaczyć, jak różnie przeżywamy te same rzeczy.

Warto też odejść od zbyt wysokich oczekiwań dotyczących relacji.

Mamy często wizerunek związku wzięty z mediów czy filmów, np. oczekujemy ustawicznej adoracji, kwiatów, kolacji przy świecach, niespodzianek, które uznajemy za dowody miłości. Gdy ich nie ma, dochodzimy do wniosku, że relacja nas nie satysfakcjonuje, brak tych dowodów staje się źródłem pretensji, rozczarowań. A dopiero w rozmowie może się okazać, że właściwie nigdy z partnerem nie uzgodniłyśmy, jak on widzi dowody miłości, nie wiedziałyśmy, że u niego miłość nie manifestuje się w kwiatach, tylko w zrobieniu śniadania. Czasem mam wrażenie, że w związkach nie rozmawiamy ze sobą o podstawowych, najprostszych rzeczach, ale ich oczekujemy, wychodząc z założenia, że są przecież oczywiste. Tylko czy zapytałyśmy kiedykolwiek, czy druga strona postrzega jako oczywistość to samo, co my?

W pandemii nie liczyły się kwiaty, ale to, czy druga osoba jest w stanie ogarnąć pranie, zakupy, obiad dla całej rodziny?

I mam poczucie, że być może takimi kategoriami będziemy się od teraz w większym stopniu kierować w wyborze partnera. Przecież w większości domów był COVID, chorował partner, partnerka, czasem jedno i drugie. Zbiorowo doświadczyliśmy tego, jak to jest opiekować się osobą, która jest chora, niekiedy ciężko chora. Byliśmy zamknięci w domach przez kwarantannę, konieczny był ścisły podział obowiązków domowych, ktoś musiał zająć się chorymi rodzicami czy teściami. A przy tym ustawicznie widzieliśmy tę drugą stronę w mocno domowym, przedprysznicowym czy przedmakijażowym wydaniu i coś z tą realnością musieliśmy zrobić. Część z nas tę realność wzięła sobie za zasób, ale byli i tacy, którzy nie zdołali jej unieść, woleli się rozejść.

Tyle że ta realność w kolejnym związku nie będzie wyglądać inaczej?

Oczywiście, przed tą codziennością się nie ucieknie, w kolejnym związku będzie wyglądać bardzo podobnie. Choć zaobserwowałam coś jeszcze: u części kobiet, które przychodziły do mnie w ostatnim roku, pandemia spowodowała oswojenie się z myślą, że może zdarzyć się tak, że już będą same. Doszły do wniosku, że nie wszyscy nadają się do tego, by większość życia spędzić w związku, i może one są właśnie takimi osobami. Doświadczenie miesięcy życia w pojedynkę pokazało im, że ta samotność wcale ich aż tak nie przeraża. Udało im się zrozumieć, że nie chcą budować związku tylko dlatego, że boją się być same. Tego lęku przed samotnym życiem już tyle nie ma.

Co z tymi, których samotność przerosła, doszli do odwrotnego wniosku – że w razie kolejnej pandemii nie chcą być sami?

Takie osoby do mnie nie trafiły.

A to prawda, że im jesteśmy starsze, tym trudniej zbudować związek?

Z wiekiem często szybciej się zniechęcamy, mamy mniejszy margines tolerancji na ewentualne błędy, ale też zwykle mamy w sobie większą refleksyjność na temat nas samych i tego, czego dla siebie w związku chcemy. Może tak być, że trudniej nam zbudować związek, ale powiedziałabym, że pewnie łatwiej nam stworzyć związek dobry.

Myślę też, że warto próbować stworzyć ten związek niezależnie od wieku, rozpoczynając od porzucenia myśli o tym, że „pewnie się nie uda" i „zawsze będę już sama". Często mam wrażenie, że zbyt wiele energii i zasobów poświęcamy na karmienie przekonania, że „i tak nic z tego nie będzie", bo działa to na zasadzie samospełniającego się proroctwa. Przyciągamy rzeczy, ludzi czy atmosferę, która później rzeczywiście może sprzyjać temu, że nam nie wychodzi.

Kolejna porażka w relacji łatwo popycha nas w stronę takiego myślenia?

A co traktujemy jako porażkę?

Kolejną nieudaną randkę – przecież miało być fajnie, a znowu skończyło się sprzeczką. Mamy inne poglądy i jednak do siebie nie pasujemy.

To może nieudaną randkę i sprzeczkę traktować nie w kategorii porażki, ale ciekawego doświadczenia? Można np. postarać się wziąć coś z tego dla siebie, zastanowić się, co to była za sytuacja, z kim się spotkałam, co się stało, co on właściwie powiedział, a co ja usłyszałam. Czemu tak zareagowałam? Co to we mnie uruchomiło, o czym mi przypomniało?

Z odpowiedziami na te pytania można sobie samej jakiś czas pobyć albo pójść na kolejne spotkanie.

Życie po pandemii powoli wraca do normy i relacje znów zejdą na drugi plan? W końcu mogę już iść na siłownię i kawę z koleżankami.

Nie chcę zabrzmieć jak pesymistka, ale może tak się stać. To naturalne, że sięgamy po łatwiejsze rozwiązania, a wyjście na wino ze znajomymi przychodzi nie tak trudno jak otwarta rozmowa z partnerem. Choć, tak jak mówiłam na początku, po prostu nieczęsto mamy potrzebne kompetencje, by szczerze i wprost ze sobą o tym, co nas boli, rozmawiać. Powiedzieć np. o złości, którą w sobie mamy, ale nie po to, by obwiniać drugą stronę, ale by łatwiej było nam funkcjonować, zrozumieć swoje reakcje.

Nie wiemy, jak mówić o trudnych emocjach bez przypisywania winy – „bo ty zawsze", „bo ja nigdy", „bo ty znowu". A przecież zwykle nie jest to w ogóle kwestia żadnej winy, tylko tego, że druga strona jest niezależną osobą, która czuje, myśli i działa inaczej niż my. Ma też inny zasób doświadczeń i inne historie rodzinne. Ma inne definicje ról w rodzinie, inaczej stawia i pielęgnuje granice. Jeśli o tym nie porozmawiamy i sobie tego nawzajem nie opowiemy, to jak się mamy zrozumieć? To tak, jakby rozmawiać w dwóch różnych językach z nadzieją, że się dogadamy, że przecież jakoś to będzie.

Anna Klaus-Zielińska – psycholożka społeczna, coachka, trenerka rozwoju osobistego. Założycielka gabinetów Wise Mind oferujących kompleksowe wsparcie osobom doświadczającym trudności w relacji. Podróżniczka, żeglarka, szczęśliwa żona i mama

Anna Klaus-Zielińska - psycholożka społeczna, coachka, trenerka rozwoju osobistegoAnna Klaus-Zielińska - psycholożka społeczna, coachka, trenerka rozwoju osobistego Fot. Kama Bork

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Akcja społeczna Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów" i Fundacji „Gazety Wyborczej".

Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.

Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.