Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Daleką drogą, przez rozległy Meksyk, wiedzie szlak uchodźców z najbiedniejszych krajów Ameryki Środkowej do USA. Rzadziej słyszymy, że kierują się też w przeciwną stronę. Masowa emigracja z Nikaragui do Kostaryki rozpoczęła się w latach 80. Niedawno, po ponad trzech dekadach, nadeszła kolejna, jeszcze intensywniejsza fala. Dyktatura Daniela Ortegi, który już dawno zapomniał o lewicowych ideałach, rosnące dysproporcje pomiędzy nielicznymi bogatymi a całą rzeszą biednych doprowadziły w 2018 roku do największych protestów od czasów, kiedy sandiniści obalali Anastasio Somozę. W masakrach urządzanych przez mundurowych zginęło kilka setek ludzi, więźniowie są torturowani. Do Kostaryki, która już ma jeden z najwyższych wskaźników przyjmowania obcokrajowców w całej Ameryce Łacińskiej, napływa nowa fala uchodźców.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Slumsy La Carpio w stolicy Kostaryki San José zdominowane są właśnie przez Nikaraguańczyków (ponad 50 proc., ale mieszkają tu też Kolumbijczycy, Wenezuelczycy, Chińczycy i inni). Od dekady działa w nich fundacja SIFAIS. To skrót nazwy: Kompleksowy System Szkoleń Artystycznych na rzecz Integracji Społecznej. Ambicją twórczyń fundacji jest, by trzy godziny pracy społecznej tygodniowo stały się normą dla każdego Kostarykanina. Liczą na efekt domina, który pociągnie za sobą kolejne zmiany społeczne.

Maris Stella Fernández, przedsiębiorczyni, mieszkanka „bogatego” San José, i Alicia Avilés, Nikaraguanka z upadłego La Carpio, działalność rozpoczynały w baraku w najpodlejszej części slumsów zwanej Jaskinią Ropuchy. Dziś, dzięki ofiarności ludzi i wyobraźni twórczyń, zajęcia odbywają się w najwyższym drewnianym budynku Ameryki Środkowej. Ten architektoniczny majstersztyk zaprojektowano z uwzględnieniem ekologicznego systemu wentylacji i optymalnego wykorzystania słońca. Między innymi dlatego nazwano go Jaskinią Światła. Ale głównie dlatego, by przeciwstawić nową siedzibę skojarzeniom z poprzedniego miejsca.

Zawsze myślałem, że z Nikaragui ucieka się tylko do Stanów. Kto decyduje się na podróż w przeciwnym kierunku, do Kostaryki?

ALICIA: Prawie cała moja rodzina, moja matka, pięciu braci, tak jak większość nikaraguańskich emigrantów, mieszka w USA. Ale ja pomyślałam: u nas je się fasolę i w Kostaryce też. I tu, i tu mówimy po hiszpańsku. Mamy takie same zwyczaje, rośliny i zwierzęta. W Kostaryce łatwiej się poczuć jak w domu. W Nikaragui pracowałam jako nauczycielka, ale w dyktaturze, która na każdym kroku odbiera ludziom godność, nie dało się już tak żyć. Za strajki, w których brałam udział, byłam prześladowana. Nie mogłam się czuć bezpiecznie. A Kostaryka przyjęła mnie z otwartymi rękami.

Kiedy pani wyjechała z Nikaragui?

ALICIA: Wyszłam. Był rok 1996. Maszerowałam w grupie kobiet. Przez rzekę San Juan przeprawiłyśmy się wynajętą łodzią. W sumie 15 dni marszu. Szłyśmy nocami, w ciągu dna się ukrywałyśmy w domach. Ludzie chętnie nas gościli, szczególnie nikaraguańscy emigranci, którzy mieszkali już w Kostaryce. Pozwalali się umyć, nakarmili, dawali ubrania. Miałam 26 lat, w Nikaragui zostawiłam pięcioro dzieci pod opieką szwagierki. Po roku, już legalnie, dojechały do mnie z moim mężem. Zamieszkałam w dzielnicy La Carpio, najniebezpieczniejszych slumsach Kostaryki, i z miejsca zaczęłam szukać pracy jako pomoc domowa.

Jak zmienia się w Kostaryce sytuacja uchodźców podczas pandemii?

ALICIA: W dzielnicy przybywa nikaraguańskich uczniów. To świadczy, że emigracja nie słabnie. Codziennie pojawiają się nowi przybysze, zazwyczaj około północy. Idą bez maseczek, bo w Nikaragui nie przestrzega się obostrzeń tak jak w Kostaryce, także z braku pieniędzy. Niektórzy docierają tu już zakażeni, schorowani. Bywa, że uda im się przekroczyć granicę, a w Kostaryce umierają. Na szczęście nasza dzielnica dostaje pomoc od państwa: maseczki, środki dezynfekujące, produkty żywnościowe. Poza tym nowym przybyszom trzeba zapewnić dach nad głową i pracę, bo większość przybywa z gromadką dzieci, które trzeba wyżywić.

A jaka sytuacja panuje w Kostaryce?

MARIS: W Kostaryce mamy demokrację, działają organizacje pozarządowe, działa bezpłatny i ogólnodostępny system oświaty. Nigdy nie mieliśmy takich okropności jak nasi sąsiedzi. Kostaryka prawie nigdy nie zaznała dyktatury i nawet Tomás Guardia, który w XIX wieku dokonał zamachu stanu, zasłużył na pochwałę za zniesienie kary śmierci i tortur oraz zagwarantowanie darmowej nauki dla dzieci obu płci. Tak było od początku: nawet konkwistadorzy nie interesowali się tym regionem, bo nie znajdowali tu bogactw naturalnych, ludzi do pracy i warunków do rozwoju.

Ale przyznam też, że żyłam w bańce, myślałam, że tak wygląda cały mój kraj. Nie zdawałam sobie sprawy z marginalizacji, w jakiej żyją na przykład mieszkańcy La Carpio.

Co o emigrantach myślą Kostarykanie?

MARIS: Poziom ksenofobii stale się obniża. Ostatnio wprowadzono dokument dla starających się o status uchodźcy, który pozwala na pracę w Kostaryce. To jeden z przykładów otwarcia naszego kraju na emigrantów.

ALICIA: Oczywiście zdarzają się przypadki nietolerancji, ale obojętnie kto tworzy rząd, którakolwiek z partii, rzeczywiście czuć przychylność, jakim ten kraj i naród darzą emigrantów. Na pewno wśród Kostarykan możemy się czuć lepiej niż nasi rodacy wśród Amerykanów w Stanach.

Podobno wasza znajomość zaczęła się od piłki nożnej?

MARIS: Odwiedzałam znajome w katolickim ośrodku, w którym mieszkają kobiety. W takich miejscach zawsze znajduje się oratorium. A jestem osobą bardzo wierzącą i codziennie lubię się pomodlić. Wstąpiłam tam i natknęłam się na Alicię, która opiekowała się jedną ze starszych mieszkanek. Rozmawiałyśmy o życiu, polityce, także o piłce. I pewnego dnia opowiedziała mi, że jej dzieci chciałyby grać w drużynie piłkarskiej, ale nie mogą, bo nie mają strojów i obuwia. O La Carpio wiedziałam tylko, że to uboga dzielnica i niebezpieczna. Mam firmę, która zajmuje się PR i komunikacją. Mąż też jest przedsiębiorcą. Pogadaliśmy i kupiliśmy te stroje. Chłopcy zaczęli grać, mieć dobre wyniki, mogliśmy być zadowoleni – zadanie wykonane. „Nie, nie, nie” – powiedziała wtedy Alicia.

Jak to?

MARIS: Przyszła i mówi, że ma kolejną prośbę: żebym pomogła jej zorganizować orkiestrę. Bo przecież nie wszystkie dzieci lubią grać w piłkę. Trzeba zapewnić zajęcie innym, wyciągnąć je z ulicy, odciągnąć od codziennych zmartwień i kryminalnej przyszłości. Orkiestrę? Pomyślałam, że to jakieś szaleństwo. Po latach Alicia opowiedziała mi, jak do tego doszło: modliła się w oratorium, prosząc Boga, aby wskazał, kogo mogłaby poprosić o pomoc. Wtedy ja zadzwoniłam do drzwi. Dlatego odważyła się do mnie zwrócić. Pięć dni później pojawił się Johnny Armenta, emigrant z Wenezueli, nauczyciel gry na flecie, i stwierdził, że chciałby jakoś podziękować Kostaryce za gościnę. Opowiedziałam mu o pomyśle. „Vamos!” – był pełen entuzjazmu. Kupiłam 20 plastikowych fletów i 20 par pałeczek, choć nie mieliśmy jeszcze żadnej perkusji, ale można było nimi grać na czymkolwiek. Przyniosłam swoją gitarę, a potem gitary pożyczyły nam jeszcze moje siostry. Rozpoczął się ruch ofiarowywania używanych instrumentów: dostaliśmy skrzypce, wiolonczele, flety poprzeczne, saksofony. Kiedy przybyłam na pierwszą próbę, nie było nikogo. Zmartwiłam się. Po 10 minutach pojawiło się 50 dzieci.

I tak narodził się pomysł na fundację SIFAIS. Dzięki pomocy darczyńców i wolontariuszy udało się ją rozwinąć. Powstały orkiestra symfoniczna i kameralna, zespół jazzowy i rockowy, szkoła tańca i flamenco, darmowe przedszkole Montessori z wyżywieniem dla kilkudziesięciorga dzieci, ruszyły warsztaty szycia czy wyrobu zabawek. Przed pandemią 950 osób tygodniowo uczestniczyło w zajęciach z muzyki, tańca, informatycznych, językowych, szachów, malowania. Wszystkie prowadzone przez wolontariuszy, przed pandemią mieliśmy ich aż 200. A od lutego znów po przerwie przybywa uczniów, tygodniowo uczy się ich tu 600. Wszystko wypaliło dzięki czterem filarom, które odkryłyśmy.

Co to za filary?

MARIS: Zaufanie, wytrwałość, szaleństwo i czułość. Nie sądziłam, że orkiestra wypali w takim miejscu, i się myliłam. Mówiłam, że się nie da, ale Alicia się uparła. Dlatego potrzebne jest zaufanie. Wytrwałość, bo przecież mówi się, że w La Carpio mieszkają najgorsi ludzie świata, i trzeba sporo zachodu, aby przekonać innych, że warto nad tą dzielnicą się pochylić. Mowa też o wytrwałości mieszkańców dzielnicy. Potrzeba nam także odrobiny szaleństwa, aby wpaść na te wszystkie pomysły. Na swoje szaleństwo pozwolić tu sobie może każdy. Ten chce trenować dżudo, tamten wpadł na pomysł, by stworzyć kapelę jazzową.

No i czułość, bo potrzebujemy jej wszyscy: by cieszyć się razem z innymi, gdy są radośni, i smucić, gdy nękają ich troski. To wszystko razem naprawdę działa. Kiedy ogłosiliśmy, że jedyne boisko piłkarskie w dzielnicy jest bardzo zniszczone, zaraz zalał nas grad propozycji pomocy.

ALICIA: To coś więcej niż tylko oferowanie możliwości ubogiej społeczności: to pokojowy bunt przeciwko wykluczeniu.

Czy władze od początku wspierały waszą działalność?

MARIS: W sprawie orkiestry Alicia chciała wysyłać list do ministerstwa opieki społecznej. Ale ja byłam pewna, że z powodu biurokracji sprawa ugrzęźnie. Zajęłyśmy się tym same. Ale potem, gdy pojawił się pomysł na Jaskinię Światła, wystąpiłyśmy o udostępnienie terenu i pożyczkę. Chyba po raz pierwszy w historii Kostaryki państwo zgodziło się na poparcie tak ryzykownej inicjatywy i dostałyśmy tę ziemię na 15 lat z możliwością przedłużenia. Minęło kilka lat i to SIFAIS oferuje współpracę wielu państwowym instytucjom.

Mówią, że La Carpio to najgorsze miejsce w całej Kostaryce.

MARIS: Nikt tu nie chce ani nie odważy się wejść, epicentrum przestępczości, już gorszego miejsca do życia nie ma. Nazwa La Carpio była synonimem biedy i bandytyzmu. Ale ten obraz się zmienia. Powstało tyle artykułów, tyle programów o La Carpio, że poprawiło się postrzeganie tej dzielnicy. Być może teraz gorzej mówi się o innych miejscach, zawsze będą jakieś uprzedzenia. Ale La Carpio stała się dzielnicą wielkich nadziei.

Dlaczego w sposób szczególny fundacja wspiera kobiety?

ALICIA: Przede wszystkim dlatego, że borykamy się z olbrzymią liczbą samotnych matek. Muszą zadbać o dochód, dzieci i dom jednocześnie. Są takie, które dysponują tylko kilkoma metrami kwadratowymi. Gdzie tu mowa o warunkach do edukacji? Do zabawy? Do jakiegokolwiek rozwoju? Z zarobków, jakie ludzie mają w tej dzielnicy, trudno o godne mieszkanie. Jeśli ktoś jest samotną matką, nie ma szans na nic. Pomoc państwa dla takich osób jest niewielka, około 100 dolarów, i trwa tylko trzy miesiące.

Czy w zależności od wieku fundacja proponuje kobietom specyficzną pomoc?

MARIS: Młodsze kobiety uczą się samoobrony lub umiejętności zawodowych. Starsze uczą się czytać i pisać, uczestniczą w przeróżnych zajęciach.

ALICIA: Starsi to kolejna grupa, po samotnych matkach, najbardziej opuszczona. Ale tutaj mamy ograniczone możliwości, bo w tym przypadku potrzeba np. żywności, często specyficznej, np. dla cukrzyków.

A jak aktywujecie kobiety zawodowo?

ALICIA: Głównie poprzez warsztaty. Kobiety przychodzą na zajęcia z szycia, wzornictwa, tworzenia futerałów czy obsługi drukarki 3D.

MARIS: Chcemy, aby po przeszkoleniu mogły być niezależnymi przedsiębiorczyniami, z powodzeniem świadczyć usługi lub stawać się rzemieślniczkami. Dlatego otworzyłyśmy Akademię Twórców Sifais, Akademię Zabawek Edukacyjnych Sifaissori, Akademię Produkcji Tekstylnej oraz strefy ACTIM na rzecz rozwoju sztuki, nauki, technologii, inżynierii i matematyki, w których uczestniczą głównie kobiety. Dodatkowo dzięki wsparciu Kulczyk Foundation rusza właśnie produkcja podpasek i pieluch wielokrotnego użytku.

Jak wasze inicjatywy zmieniają się w działalność produkcyjną?

ALICIA: To wolontariusze zaproponowali, by zajęcia sportowe i kulturalne wzbogacić o przeróżne warsztaty, które z czasem przerodziły się w produkcję. Teraz np. zamierzamy wystartować z piekarnią.

MARIS: Szukamy produktów, które miałyby szansę przybić się na rynku. W tej chwili mamy kilka społecznych przedsiębiorstw: produkcję torebek, futerałów i wyrobów tekstylnych, manufakturę zabawek edukacyjnych, wyrób maseczek i przyłbic. Dochód przeznaczamy na zakup surowców, dalsze szkolenia i codzienną działalność fundacji.

Jaką rolę odgrywa wolontariat?

ALICIA: Olbrzymią. Po trzech miesiącach mieliśmy już kilkuset uczestników kursów, warsztatów i zajęć. A dostęp chciałyśmy zapewnić wszystkim chętnym. Jeśli gry na gitarze chciało się uczyć 30 dzieci, wszystkie przyjmowałyśmy. To dzięki wolontariuszom mogliśmy rozpętać tę niesamowitą machinę, która nikogo nie wyklucza, bez podziału na kobiety i mężczyzn, starszych i młodszych. Najstarsza uczestniczka zajęć ma 72 lata. Chciała rozpocząć naukę gry na skrzypcach w tym wieku!

MARIS: Między wolontariuszami a mieszkańcami rodziła się więź i to było kluczowym elementem wzmacniania społeczności La Carpio, która wciąż stara się stworzyć własną tożsamość. W dodatku ta integracja zaczęła tworzyć wielokulturowe środowisko, w którym zjednoczyli się ludzie różnych narodowości. Ponadto nasze inicjatywy pobudzają do działania inne instytucje. Na przykład urząd imigracyjny zaczął tu pomagać ludziom z nieuregulowanym statusem. A ministerstwo edukacji rozpoczęło Educación Abierta (Otwarte Nauczanie) – publiczny program edukacji formalnej, który umożliwia osobom, które porzuciły naukę, powrót do systemu i uzyskanie dyplomu szkoły średniej. Ministerstwo opłaca pracę nauczycieli, SIFAIS pokrywa koszty egzaminów, dzięki czemu edukacja dla mieszkańców dzielnicy stała się całkowicie darmowa.

Kim są wolontariusze?

ALICIA: To inżynierowie, profesjonaliści w swych fachach i studenci, kobiety i mężczyźni, młodzi i starsi, nawet emeryci, Kostarykanie, Latynosi i gringo. Bo przecież nie wszyscy gringo, jak się czasem w tych stronach uważa, są źli. Przyjeżdżają, pracują za darmo, przekazują nam wiedzę i umiejętności.

MARIS: Fundacja ma chrześcijańskie korzenie, w końcu urodziła się w oratorium, ale jesteśmy otwarci na każdego bez względu na przekonania, pochodzenie społeczne, narodowość. Wszyscy są mile widziani. Ten przepis naprawdę zadziałał.

***

Kulczyk Foundation wspiera kostarykańską fundację SIFAIS, która działa na rzecz dzieci, młodzieży i kobiet, wywołując pozytywną zmianę w społeczności zamieszkującej slumsy La Carpio. Podopieczni SIFAIS to głównie migranci i uchodźcy z Nikaragui. Fundacja Dominiki Kulczyk dofinansowała wyszkolenie zespołu 15 kobiet i wsparcie ich w produkcji oraz sprzedaży ekologicznych podpasek i pieluch wielokrotnego użytku. W ramach projektu pomoc otrzymuje również 200 kobiet najbardziej dotkniętych ubóstwem menstruacyjnym w lokalnej społeczności.

Więcej o tych działaniach już 2 maja na antenie TVN i na Player.pl w ramach ósmego sezonu „Efektu domina”.

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Akcja społeczna Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów” i Fundacji „Gazety Wyborczej”.

Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat.

Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.

Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.