Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Rozmowa z Princess Inyang Okokon, założycielką organizacji Piam (Project For The Integration And Welcoming Of Immigrants) pomagającej ofiarom handlu ludźmi we Włoszech

Kiedy jako młoda dziewczyna opuszczałaś Nigerię, myślałaś, że jedziesz do Włoch pracować jako kelnerka.

– Wyjazd i pracę zaproponowała mi kobieta, którą znałam. Pomyślałam: spróbuję. Chciałam lepszego życia dla trójki moich dzieci. Europa wydawała się rajem. Widziałam ludzi, którzy stamtąd wracali, dla nas byli bogaci, bo w Nigerii nie było wówczas nic.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Tamta kobieta miała zorganizować i opłacić podróż, a ja oddać jej pieniądze, kiedy zacznę zarabiać. Na miejscu odebrał mnie nieznajomy mężczyzna. W domu w Turynie, do którego mnie zabrał, były już inne Nigeryjki. Widząc, co to za miejsce, protestowałam, że to pomyłka, bo mam załatwioną pracę w restauracji, będę kelnerką. Dziewczyny zaśmiały mi się w twarz, mówiąc: „Możesz być nawet nigeryjską królową, ale jesteś w Europie, a tu możesz być jedynie prostytutką”.

Okazało się, że nie będziesz mogła odejść tak długo, jak nie spłacisz „długu”?

– Kiedy wyjeżdżałam, usłyszałam, że wszystko będzie kosztować 15 tys. euro, że oddam w kilka miesięcy. Na miejscu okazało się, że mam do spłaty trzy razy tyle. Doszły opłaty za mieszkanie, wyżywienie, opiekę. Musiałam płacić nawet za swoje miejsce na ulicy.

Dzień po przyjeździe dostałam ubrania, wysokie buty i kosmetyki. Miałam się wyszykować i zacząć zarabiać. Płakałam, nie chciałam. Jedna z Nigeryjek zwanych „madame”, kobiet zamieszanych w handel ludźmi we Włoszech, pobiła mnie tak, że musiał opatrzyć mnie lekarz. Usłyszałam wprost, że jeśli nie zacznę pracować, zabiją mnie. Nie miałam wyjścia. Nie miałam nikogo, byłam bez dokumentów i bez pieniędzy.

Zresztą na ulicy też codziennie narażałam się na przemoc. Mężczyźni bywali brutalni, dwa razy dźgnięto mnie nożem, grożono mi, bito. Pracowałam, a dług wcale się nie zmniejszał. Trwało to osiem miesięcy.

Wtedy poznałaś Alberta Mossino, dziś twojego męża, z którym prowadzisz PIAM, organizację pomagającą m.in. ofiarom handlu ludźmi.

– Alberto pojawił się nad ranem, widział, jak wracam sama ulicą. Zatrzymał się, zapytał, czy nie chciałabym z nim pojechać na plażę. Zgodziłam się, choć nie od razu mu zaufałam. On jako pierwszy zaczął mnie słuchać. Zwykle mężczyźni nie słuchają, przychodzą po jedno, płacą i wychodzą. Miałam szczęście, że na niego trafiłam, powiedziałam mu, że nie jestem tu z wyboru, że zostałam do pracy seksualnej zmuszona. Potem dalej się spotykaliśmy, pomagał mi spłacać dług, aż wreszcie mogłam odejść.

Przeprowadziłam się do niego do Asti, urodziłam córkę i wkrótce razem założyliśmy PIAM.

Princess Inyang Okokon: Gdy zaczynaliśmy pracę z ofiarami sutenerów, byliśmy w kontakcie z kilkunastoma kobietami rocznie.  Teraz docieramy do 30, 40. MiesięczniePrincess Inyang Okokon: Gdy zaczynaliśmy pracę z ofiarami sutenerów, byliśmy w kontakcie z kilkunastoma kobietami rocznie. Teraz docieramy do 30, 40. Miesięcznie Fot. Tatiana Jachyra

Nie chciałaś tego wszystkiego za sobą zostawić?

– Nie, pomaganie dziewczynom, które znalazły się w podobnej sytuacji co ja, które są tak samo bezsilne, stało się moją misją. Wierzyłam, że mogę z tego, co mi się przytrafiło, wyciągnąć coś pozytywnego. Znałam wyzwania. Pomyślałam, że jeśli mi się udało wyrwać, innym też się uda.

Do Włoch przyjechałam w jednej z pierwszych fal kobiet sprowadzonych tu z Nigerii, był 1999 rok. Z czasem siatka handlarzy coraz bardziej się rozrastała. Czułam, że muszę działać. Zanim zaczęłam pracę z ich ofiarami, musiałam się dokształcić, przejść szkolenia, zdobyć minimalne środki. Zaprzyjaźniony ksiądz udostępnił nam swoje biurko, żebym mogła przyjmować raz w tygodniu dziewczyny potrzebujące wsparcia, i tak się zaczęło.

Zmuszanie Nigeryjek do pracy seksualnej we Włoszech zdarza się często?

– Średnio 80 proc. ofiar handlu ludźmi pochodzi tu właśnie z Nigerii. Zaczęło się jeszcze w latach 80., kiedy Nigeryjczycy pracujący na robotniczych wizach we włoskich sadach zorientowali się, że handel żywym towarem jest łatwiejszy i bardziej opłacalny niż zbieranie pomidorów. Szacujemy, że od tego czasu zmuszonych do pracy seksualnej było 30 tys. nigeryjskich kobiet, nie tylko we Włoszech, ale też w innych częściach Europy. Również nieletnich dziewczyn.

Dziś większość Nigeryjek, jeśli nie wszystkie, pracuje seksualnie przymusowo. Nie wybierają tej pracy świadomie. Często zdarza się zresztą, że handlarze je odurzają, uzależniają, dodatkowo zadłużają, by mieć nad nimi pełną kontrolę. To spirala. Potrzeba lat, by się z niej wyrwać.

Tylko pojedyncze kobiety wiedzą, dokąd i po co jadą, a jeśli się na to godzą, to mamione zyskiem. Handlarze obiecują im góry, rysują wizje bogatej przyszłości. Na miejscu dostają raptem kilka euro, resztę przejmują sutenerzy.

Handel kobietami to dla nigeryjskich gangów dochodowy biznes.

Trudno przyjąć, że w tych gangach są kobiety, że ofiara z czasem zamienia się w „madame”.

– To dla nas trudne, że kobieta może zrobić coś podobnego innej kobiecie, ale ciągle się tak dzieje. Nigeryjki z czasem dostrzegają w roli „madame” szansę na interes, chcą zarobić, wiedzą, jak system działa, a nie znają niczego innego. To najłatwiejsza opcja.

Częścią naszej pracy jest wyjaśnianie dziewczętom i kobietom, że nie mogą przejąć tych ról, tłumaczymy, dlaczego to nie jest żadne rozwiązanie.

Dziś proceder wygląda inaczej niż dwie dekady temu?

– Sposób, w jaki rekrutuje się kobiety, jest podobny, choć sam system pracy nieco się zmienił. Już nie ma dziewczyn stojących na ulicach. Praca seksualna jest lepiej ukryta, kobiety są wystawiane na sprzedaż w internecie, a pracują w prywatnych mieszkaniach. Przez to trudniej nam interweniować.

Powiedziałabym wręcz, że sytuacja Nigeryjek we Włoszech się pogorszyła, a problem stał się masowy. Gdy zaczynaliśmy, byliśmy w kontakcie z kilkunastoma kobietami rocznie. Teraz docieramy do 30, 40 miesięcznie, a nie każdej udaje się pomóc od razu. Czasem nie mamy pieniędzy albo miejsca w ośrodku, by je wyciągnąć z rąk „madame”.

Pomogliście do tej pory 300 kobietom. Jak wygląda praca z ofiarami?

– Kiedyś wychodziłam do kobiet na ulice, rozdawałam prezerwatywy, mówiłam o potrzebie zabezpieczenia się, możliwości chorób wenerycznych, dawałam porady, krok po kroku budowałam zaufanie.

Często kobiety zmuszone do pracy seksualnej to ofiary przemocy i gwałtów mężczyzn, którzy je kontrolują. Słyszą: jeśli komuś powiesz, zabijemy cię. Przekonujemy je, że z nami nic im się nie stanie. Choć bywa, że Nigeryjki na ulicy giną, nieraz nawet nie znamy ich tożsamości, bo posługują się wymyślonymi imionami, a policja nie ma w bazie ich odcisków palców. A skoro nie wiemy, kim są, nie ma jak powiadomić rodziny.

Łatwo zdobyć ich zaufanie?

– Jest mi o tyle łatwiej, że mogę powiedzieć: „Zaufaj mi, kiedyś byłam na twoim miejscu”. Jestem dla nich przykładem, że z tego kręgu da się wyrwać. Czasem zrozumienie tego zajmuje miesiące, ale nie zrażamy się, dajemy im czas. One muszą być na to gotowe, odważyć się, uwierzyć we własne siły, odzyskać stłamszone przez handlarzy poczucie wartości.

To nie jest takie proste, gdy jesteś uzależniona, bita i szantażowana. Handlarze ludźmi odbierają im nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale też godności, sprawczości, wiarę, że się do czegokolwiek nadają. I jest jeszcze rytuał „juju”.

Czyli?

– To rytuał, w tym przypadku służący zastraszeniu kobiet. Zanim jeszcze opuszczą Nigerię albo na Sycylii, która jest zwykle ich pierwszym przystankiem w Europie, słyszą od handlarzy, że jeśli nie będą posłuszne i nie spłacą długu, ich rodzinom przytrafią się rzeczy straszne. Przez tę ceremonię kobiety są przekonane, że to ich wina, jeśli ktoś bliski rzeczywiście umrze.

Do rytuału wykorzystuje się ubrania, włosy łonowe czy krew menstruacyjną, by w symboliczny sposób związać kobietę z oprawcami. Ofiary składają przysięgę zobowiązującą je do milczenia. Dla Europejczyków to wydaje się irracjonalnie, ale dla Nigeryjek to, co kryje się za rytuałem z użyciem ptasiego pióra czy głowy zwierzęcia służących za „juju”, to coś realnego. Element tradycyjnych wierzeń z ich rodzinnego kraju, przekazywany z pokolenia na pokolenie, w który święcie wierzą. Sutenerzy zdają sobie sprawę z tego, jak groźba takiego czaru je przeraża, jakie poczucie winy wobec bliskich wywołuje. Po „juju” długo brakuje kobietom odwagi, by powiedzieć komukolwiek, co je spotyka. My tłumaczymy im, że to nie magia, ale sposób na ich uwiązanie.

Jak rozpoznajecie, że kobieta jest przymuszona do pracy seksualnej?

– Dziś próbujemy je wyłapać, jeszcze zanim przekroczą granicę, przeprowadzamy wywiady z imigrantkami, które do Włoch dopiero przybywają. Już na pierwszej rozmowie jesteśmy w stanie poznać, czy na przykład kobieta i mężczyzna podający się za małżeństwo rzeczywiście nimi są, czy to zmyślona historyjka, przykrywka dla handlarza. W wielu przypadkach okazuje się, że „mąż” ma powiązania z gangami, jego zadaniem jest dostarczyć kobietę we wskazane miejsce. Dzięki naszej interwencji Nigeryjki są separowane od oprawców i zamiast na ulicę trafią do naszego ośrodka.

Schronisko w Asti to często pierwsze miejsce, w którym nikt ich nie wykorzystuje, namiastka domu?

– Kobiety mogą się tu nie tylko schronić. To przestrzeń, w której spotykają inne Nigeryjki, które przeszły to, co one, wzajemnie się rozumieją. Przed pandemią co weekend organizowałyśmy im spotkania, były tańce, śpiewy. Chcieliśmy, żeby miały tu choć namiastkę normalności, psychicznie się wzmocniły, były w stanie stanąć na nogi.

Pierwsza rzecz, którą robimy po przyjeździe: zabieramy kobietę do klinki. Tam jest dokładnie badana, musimy wiedzieć, w jakiej jest kondycji, czy nie jest chora, by mogła od razu zacząć ewentualne leczenie. Koszty w wielu przypadkach pokrywają rządowe dofinansowania. Część naszych podopiecznych już jest zakażona wirusem HIV, część ma choroby przenoszone drogą płciową. Kiedy „madame” je biły, nie zwracały uwagi na ich choroby, kobiety musiały pracować, czy to z gorączką, czy to z okresem, codziennie.

W PIAM szukamy też dla wykorzystywanych Nigeryjek prawników. To ważne, by ci, którzy zastraszali i wykorzystywali kobiety, zapłacili za to. Mnie samej udało się pociągnąć do odpowiedzialności „madame”, która mnie pobiła i przetrzymywała. Została skazana na cztery lata więzienia.

Zdarza się, że kobiety wracają do poprzedniego życia?

– Zdarza, choć rzadko. Zwykle kobiety zostają z nami, bo wiedzą, jak niebezpieczne byłoby odejść, że handlarze mogliby się zemścić. Wiedzą, że w ośrodku nic im się nie stanie, że nawet jeśli im grożono, tu nic złego ich nie spotka. Adres nie jest tajemnicą, dziewczyny nie są zamknięte całą dobę, mogą wychodzić, to w końcu nie więzienie – ale schronisko jest pilnowane, ma ochronę, nikt nieproszony nie ma wstępu.

Prosimy dziewczyny, żeby przekazywały nam informację o groźbach, mamy wtedy podstawy, żeby działać, przekazać kontakty policji. Podejście służb z czasem zaczęło się zmieniać, coraz rzadziej policjanci myślą, że dziewczyna na ulicy jest tam z wyboru czy że to jej wina.

Poza tym, jeśliby nas opuściły, mogłyby przepaść im dokumenty i szansa na pozwolenie na pobyt we Włoszech, o które się dla nich staramy, by mogły mieć tu normalne życie.

Od czego takie zaczynanie życia od nowa zacząć?

– W tym cały trud. Samo wyrwanie się z rąk oprawców to dopiero początek. Później trzeba zadbać, by Nigeryjki miały we Włoszech jakąś przyszłość. Jak to zrobić bez wykształcenia, bez języka, bez zawodu? Dlatego najpierw nauka włoskiego, często od podstaw. Zaczynamy od małych kroków, by były choćby w stanie wyjść do sklepu i się dogadać. Z czasem zapisujemy je na rozmaite kursy: projektowania, wyrabiania ceramiki, przygotowujemy do pracy w kuchni, za barem, uczą się robić pizzę, przechodzą kursy pielęgniarskie, robią prawo jazdy.

Jednocześnie pracujemy z psychologami, zapewniamy im emocjonalne wsparcie, by same poczuły, że praca seksualna nie jest jedynym, co je w życiu czeka, że mogą więcej, że dadzą sobie same radę. I że bez względu na to, jak pracowały i co im się przytrafiło, są dobrymi ludźmi. W to czasem najtrudniej im uwierzyć. Wiem, bo sama długo nie umiałam.

***

Kulczyk Foundation wspiera działania organizacji PIAM Onlus we Włoszech, zajmującej się integracją społeczną kobiet będących ofiarami handlu ludźmi. W ramach dofinansowanego przez fundację Dominiki Kulczyk projektu STAR (Study and Training Against Retrafficking) młode kobiety otrzymują szkolenia językowe i zawodowe, dopasowane do ich umiejętności i zapotrzebowania rynku. Zwiększa to ich szansę na znalezienie pracy i niezależność ekonomiczną.

Więcej o tych działaniach już 11 kwietnia na antenie TVN i na Player.pl w ramach ósmego sezonu „Efektu Domina".

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Akcja społeczna Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów” i Fundacji „Gazety Wyborczej”. Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.

Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.