Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Krystyna Romanowska: Podczas rozmowy z 30-letnim znajomym feministą usłyszałam: „Mój kolega jest feministą, ale bardzo lubi kobiety. Bardzo pracuje nad tym, żeby okiełznać swój seksualny temperament. Ale czasami nie może się powstrzymać i zdarza mu się patrzeć kobietom na biust”. Czy feminiście wypada mieć popęd?

Wojciech Kruczyński: Tak. Z jednym małym zastrzeżeniem: ma to być taki popęd, który nikogo nie uraża, nie nadużywa, nie uprzedmiotawia oraz w żaden inny sposób nie czyni adresatkom jakiejkolwiek niewygody lub dyskomfortu. W dodatku jest doskonale egalitarny, czyli dotyczy wszystkich potencjalnych adresatek w równym stopniu, nikogo nie dyskryminując.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Feminista więc musi obdarzać równą atencją wszystkie kobiety. Czyli de facto żadnej.

Ta „definicja” jest oczywiście oksymoronem. Popęd nie jest czymś, co daje się łatwo ugłaskać. A już na pewno nie ugłaskać ostatecznie. Popęd jest nierozumny, niesprawiedliwy, egoistyczny i nie ustanie, dopóki nie zaspokoi się swoim obiektem. Wystarczy przypomnieć, co stało się z popędem głodu w okresie stalinowskiej kolektywizacji rolnictwa – ludzie zaczęli zjadać się nawzajem. Ten przykład najlepiej pokazuje, że popęd nierozerwalnie związany jest ze swoim obiektem i do niego dąży. Im bardziej sfrustrowany, tym bardziej bezceremonialny czy wręcz okrutny. Historia kontrolowania popędu to w pewnym sensie historia całej ludzkiej cywilizacji. A sposób kontrolowania tego popędu określa kształt danej społeczności.

To wiąże się z nakazami religijnymi?

Dekalog w przeważającej części jest instrukcją kontrolowania popędów. „Jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi” – ten nakaz, relatywnie nowy w naszej historii, zmienił nie do poznania oblicze ludzkości i osiadł każdemu z nas w umyśle, może jednemu bardziej, innemu mniej, ale jednak.

Powyższa „definicja popędu dostępnego feminiście” nie tyle jednak dotyczy samej istoty popędu, ile fantazji na temat świata, w którym nie istnieje coś takiego jak nadużycie mężczyzny wobec kobiety. Jest to fantazja na temat końca drogi zapoczątkowanej przez pierwszą falę feminizmu. Kontrolowanie popędu ma tu swój wielki udział, bo – mówiąc w skrócie – kobiety na tej drodze mogły swoje popędy uwolnić i uprawomocnić, a mężczyźni własne musieli odpowiednio poskromić.

Dziś jesteśmy w takim miejscu, że na tej drodze wyrównywania praw możemy dojść do punktu, gdy mężczyźni będą zobowiązani kontrolować swój popęd w sposób idealny, dokładnie tak jak we wspomnianej „definicji”.

Czy nie byłoby w tym dziejowej sprawiedliwości w rodzaju: niech mężczyźni teraz pocierpią tak, jak cierpiały kobiety?

Mam wrażenie, że ten rodzaj wymierzania sprawiedliwości oparty jest właśnie na niepowstrzymanym popędzie. Dlatego powyższa „definicja popędu dostępnego feminiście” niewiele ma wspólnego z naturą realnego popędu. Natomiast spełnia wszelkie warunki tego, co Slavoj Žižek z całą pewnością nazwałby „popędem bezkofeinowym”. Czyli takim, który co prawda nie jest szkodliwy, ale zupełnie nie daje przyjemności. I to żadnej ze stron.

A dlaczego? Znam kobiety, które uwielbiają seks oparty na poczuciu bliskości, podmiotowości i więzi z partnerem. Umawiają się na wszystko, nawet na bardziej ryzykowny, nietypowy seks, i są bardzo zadowolone.

Czyli – mówiąc językiem psychoanalizy – nie wchodzą na ryzykowny, traumatyczny obszar. Traumatyczny w sensie niezbadany, w którym nic nie jest ostatecznie zdefiniowane, więc jedna i ta sama akcja ze strony partnera może być odbierana raz jako przyjemność, a innym razem jako ból czy wstręt, a między jednym a drugim jest bardzo cienka granica. W takiej relacji bywa się obiektem lub się go posiada i właśnie ten rodzaj seksu dla bardzo wielu osób (raczej większości, jak pokazuje sukces „50 twarzy Greya” i „365 dni” Blanki Lipińskiej) jest najbardziej podniecający. To obszar zrzucenia codziennych nakazów kultury, swoisty reset psychiczny. Gdyby zalegalizować prawnie pomysły niektórych postępowych grup, że seks każdorazowo ma być poprzedzony wzajemną „entuzjastyczną” zgodą na piśmie, to ta druga grupa osób raczej znajdzie się poza prawem. Niewykluczone zresztą, że to jeszcze wzmocni ich przyjemność.

W pierwszej grupie kobiet popęd kontrolowany jest wyrazem troski lub szacunku i tylko w takich warunkach seks jest dla nich satysfakcjonujący. W drugiej grupie, najprościej mówiąc, jeśli mężczyzna mocno kontroluje swój popęd w sytuacji potencjalnie erotycznej, to kobieta nie dość, że czuje się nieatrakcyjna, to może także przeżywać spory lęk.

Jak to?

Jeśli mężczyzna nie idzie za swym popędem, chociażby we flirt, to dla kobiety znak, że ocenia ją z jakiegoś powodu źle. Nie chce „stracić dla niej głowy”. Skoro nie mówi dokładnie, o co mu chodzi w tej ocenie, w to miejsce wskakują natychmiast wszelkie krytyczne myśli kobiety na jej temat. Temperatura spada więc do zera i każdy odchodzi czym prędzej w swoją stronę.

Kobieta, o której mówimy, czuje się atrakcyjna wtedy, gdy mężczyzna zobaczy w niej seksualny obiekt, który jest w stanie przynajmniej na chwilę odebrać mu kontrolę. Chce to dosłownie zobaczyć w jego oczach.

Czyżby feminizm w męskim wydaniu był po prostu nudną samokontrolą?

Samokontrola popędu u młodych feministów ma w założeniu uchronić kobiety przed nadużyciem. Sprawa nie jest taka prosta, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Traumatyczny efekt nadużycia nie wynika bezpośrednio z wykonywanej czynności – może oprócz aktów zdecydowanie brutalnych – pojawia się on dopiero w zetknięciu z kontekstem społecznym, z tym, co jest przyjęte i co przyjęte nie jest. Niestety, w tej sprawie istnieje dziś taka światopoglądowa rozpiętość sądów i opinii, że bardzo wiele, wydawałoby się, niewinnych zachowań może być uznanych za nadużycie.

Przykład?

Chociażby niesławna akcja „Nie świruj, idź na wybory”. Część opinii publicznej zdecydowała, że było to nadużycie wobec osób chorych psychicznie, określając w ten sposób (doraźnie) pewną normę zachowań. Bardzo prawdopodobne, że większość osób (zarówno aktorów, jak i chorych) doświadczyło wstrząsu dopiero po wydaniu tego sądu. Przedtem każdy doświadczał tej historii po swojemu, bardzo różnie. Teraz już wiadomo, że nikt rozumny tego zachowania nie powtórzy, bo została ustanowiona norma. Najbardziej istotne jest tu dla nas to, że ta norma nie oddaje realnej reakcji każdej uczestniczącej osoby – wybiera ona najgorszą interpretację tego wydarzenia, czyli świadome nadużycie i jego konsekwencje. Mówiąc inaczej, norma została ustanowiona w taki sposób, żeby absolutnie żadna osoba psychicznie chora nie poczuła już nigdy więcej żadnego dyskomfortu, słysząc słowo „świrowanie”, poprzez zakazanie używania tego słowa w kontekście tych osób.

A jak to się ma do samokontrolujących się feministów?

Przypadek z patrzeniem na kobiecy dekolt można traktować jako ten sam mechanizm co wyżej: jeśli istnieje jakakolwiek kobieta w jakiejkolwiek sytuacji, która odczuje to jako przekroczenie granic, to w celu uniknięcia popełnienia błędu należy przestać patrzeć na kobiecy biust w ogóle. Przecież część kobiet (a może żadna?) nie chce się czuć się uprzedmiotowiona – feminista słyszał to tysiące razy. Ideologicznie nie przypomina to kontroli popędu u osób bardzo religijnych (walka z pokusą), ale psychologicznie mechanizm jest ten sam. Coraz częściej słyszę od młodych mężczyzn, że seks jest wstrętny lub brudny.

Sytuacja kobiecej seksualności jest nie do pozazdroszczenia. Miała wyrwać się spod jarzmu patriarchatu, rozkwitnąć w liberalnym przyzwoleniu na nieograniczoną przyjemność. Przecież według prawicowych fantazmatów feministki są rozwiązłe i wciąż uczestniczą w seksualnych orgiach. A tu się okazuje, że prawdopodobnie nie mają z kim?

Otóż to. Normy kontroli stają się bronią obosieczną: mężczyzna ostrożny w okazywaniu pożądania będzie dla większości kobiet co najmniej nieatrakcyjny. Posługując się prostą fizyką, można by założyć, że im bardziej mężczyźni powściągną swój popęd, tym więcej będzie miejsca na popęd kobiecy, w przeszłości kulturowo tłumiony. Najwyraźniej doszliśmy w tym procesie do punktu, w którym ta zasada przestaje działać.

Wynika to z tego, że w feministycznej narracji męski popęd (agresywny i seksualny) pojawia się głównie jako narzędzie opresji, natomiast zwykle pomijane jest to, że bycie wyłącznie obiektem seksualnym jest także źródłem przyjemności. Wszystko zależy od kontekstu i warunków erotycznej sytuacji. Trudno się tej dysproporcji dziwić, przecież w walce o podmiotowe traktowanie kobiet przywoływanie faktu przyjemności z bycia obiektem byłoby strzałem w stopę.

A przecież używamy siebie nawzajem bez przerwy. Relacje międzyludzkie to rozmaite mieszanki traktowania się nawzajem podmiotowo (np. „Pomóc ci w tym?”) i przedmiotowo („Pomóż mi natychmiast!”). Dobre relacje to wynik wyważenia tych elementów.

Po to między innymi wchodzimy w związki, żeby „na starość miał nam kto podać szklankę herbaty”, ale przecież sami zwykle też tego nie odmówimy. Nadużycie pojawia się dopiero tam, gdzie takie „usługi” stają się zbyt jednostronne. Dzisiaj często użycie zrównuje się z nadużyciem, a to strasznie zubaża nasz wewnętrzny świat.

Jacques Lacan, psychoanalityk, mówił, że miłość to zgoda na bycie obiektem. Mężczyzna, patrząc na kobiecy dekolt, odczuwa przyjemność, co oznacza użycie obiektu, ale czy zawsze nadużycie? Może właśnie dziś, kiedy naprawdę wiele kobiet, szczególnie młodych, jest wolnych od patriarchalnego wstydu, pojawia się szansa na rozmowę o przyjemności płynącej z bywania obiektem seksualnym?

Słyszy pan w gabinecie, że dla kobiet to jest problem? Jak o tym opowiadają?

„Po co kobiety pokazują piersi?” – takie pytanie zadała mi kiedyś całkiem szczerze pacjentka w psychoterapii. Odpowiedź wydaje się na pierwszy rzut oka prosta: aby przyciągnąć męskie oczy i przy okazji ich właściciela. Ale im dalej w las, tym więcej drzew. Są kobiety, które lubią być „pożerane” wzrokiem, ale są też takie, które nie lubią „gapienia się na cycki”. Wobec nich najlepszą strategią wydaje się patrzenie wszędzie, tylko nie tam – co daje kobiecie poczucie, że mężczyzna musiał je bardzo dokładnie zlokalizować, żeby skutecznie móc na nie nie patrzeć. Efekt jest więc ten sam, ale osiągnięty jakże inną drogą. A pomiędzy tymi skrajnościami – cały wachlarz możliwości, gdzie mężczyzna może być uznany raz za natręta, a raz za sztywniaka.

Pole minowe.

To może już lepiej skontrolować popęd całkowicie i cieszyć się urokami ascezy. Trzymanie się dziś tej skrajności przez wielu młodych mężczyzn wynika też z niechęci do popadnięcia w stare, patriarchalne wzory, w których mężczyzna „bierze”, a kobieta „daje”, a czasem „nie daje” i wtedy mamy do czynienia z upokarzającym reglamentowaniem seksu. Czyli, mówiąc dosadniej, z małżeńską prostytucją, która jednym wydaje się już dziś zamierzchłą przeszłością, a innym wciąż codzienną rutyną. Drugim skrajnym sposobem na uniknięcie subtelności i wątpliwości jest chamskie „klepanie po tyłku”, kogo się da.

Wracając do pytania pacjentki o sens pokazywania piersi – doszedłem do wniosku, że jest to całkiem intuicyjny i błyskawiczny test na osobowość patrzącego. A mówiąc konkretniej, na jego wyważenie między pobudzeniem a hamowaniem, między pożądliwością a przyzwoitością. Jak już mówiliśmy, tolerancja na bycie obiektem bywa bardzo specyficzna dla różnych kobiet (także dla mężczyzn). Odwrócenie przez mężczyznę oczu od dekoltu w momencie, po którym według niego patrzenie stałoby się już gapieniem, mówi wiele o jego stopniu kontroli popędu i pozwala kobiecie zdecydować, czy możliwe będzie wspólne dostrojenie się w tej kwestii. Bo jak mówiłem, jeśli już się nawzajem używać, to mniej więcej po równo.

Żeby seksualność była pełna, musi w którymś momencie odwołać się do naszej zwierzęcej natury, zaakceptować ją i się w niej zatracić?

Popędu nie da się wypreparować z człowieka w stanie czystym, więc po prostu nie jesteśmy w stanie stwierdzić niczego sensownego na temat tego, czym jest ta „zwierzęcość”. Przecież przyjemność transgresyjnego seksu nie polega na byciu zwierzęciem, tylko na chwilowym zawieszeniu obowiązujących w naszym świecie reguł – jednak odbywa się to w ściśle określonych warunkach, jeśli w ogóle ma być z tego jakaś obopólna przyjemność.

A spora część tej przyjemności wynika właśnie ze świadomości poruszania się poza potocznie rozumianą przyzwoitością. Człowiek tym się różni od zwierząt, że porusza się w stworzonym przez siebie systemie znaczeń. Dlatego dla zwierząt kopulacja to zawsze kopulacja. Dla nas kopulacja to miłość, obowiązek, zemsta, bliskość, ucieczka, nagroda, wyzwolenie, zniewolenie, upadek, farsa, oświecenie i wiele, wiele innych. Nadajemy sygnałom z naszego zwierzęcego ciała znaczenie – dlatego właśnie to samo zachowanie jednej osobie sprawi radość i przyjemność, a u drugiej wywoła ból lub odrazę. Jedna kobieta odbierze widoczne podniecenie mężczyzny jako komplement, a druga jako atak.

Dlaczego?

Do tej drugiej grupy należą także kobiety, które w przeszłości doznały np. molestowania seksualnego lub gwałtu. W ich wypadku trudno mówić o seksie transgresyjnym, bo na ten niezdefiniowany obszar natychmiast wdziera się doznana trauma. Wtedy kobieta odbiera podniecenie mężczyzny jako zagrożenie, a do seksualnej relacji potrzebuje głównie bezpieczeństwa i jasności. Inny sposób radzenia sobie z traumą to ugrzęźnięcie na stałe w perwersyjnych zachowaniach, gdy ryzykowny seks służy do stworzenia poczucia, że tym razem wszystko jest pod kontrolą. Tak czy inaczej, dla osób, które doznały, szczególnie jako dzieci, seksualnych i emocjonalnych przekroczeń ich granic, bycie obiektem jest zwykle powtórnym zranieniem i utrwalaniem traumy. To całkiem spora grupa kobiet, która rzeczywiście może poczuć się bezpieczniej w świecie, w którym mężczyźni kontrolują swój popęd w stopniu doskonałym.

Jednak te osoby, którym sprawia przyjemność bywanie obiektem, w takim świecie stracą dostęp do pełnej seksualnej satysfakcji. OK, być może powinniśmy zapłacić taką cenę. Z drugiej strony jednak zbytnie ograniczanie popędu przez prawo powoduje, że ludzie częściej wchodzą na teren niedozwolony i dzięki temu szybciej uczą się przyjemności płynącej z anulowania reguł.

Ten kij ma dwa końce. Wystarczy wspomnieć przyjemność z oszukiwania władzy i prawa, którego nauczyliśmy się za PRL-u i teraz trudno to z nas wykorzenić.

I tak to popęd naśmiewa się z naszego dążenia do pełnej równości szans i potrzeb. W tym punkcie równość i wolność, niestety, kłócą się ze sobą. Może więc pozostaje nam, mężczyznom, aseksualne braterstwo?

Jak wobec tego podrywają feminiści?

Obawiam się, że idzie im to słabo. Flirt jest z definicji stąpaniem po kruchym lodzie, gdy możemy dać komuś subtelną przyjemność bycia seksualnym obiektem (albo przyzwolenie na to), ale możemy też łatwo przesadzić, bo normy się zmieniają.

Myślę, że tacy mężczyźni starają się znaleźć drogę, na której nie zrobią niczego, na co nie mają jasnego przyzwolenia kobiety (zwłaszcza że prawo, by ochronić faktyczne ofiary nadużyć, także idzie w tym kierunku). Flirt czy podryw do takiej sytuacji się nie zalicza, bo jest akcją o dużym stopniu niepewności, w czym zresztą tkwi część jego uroku. Po przekroczeniu granicy pewności stajemy na terenie, gdzie może zrobić się bardzo podniecająco, ale też można poczuć się ośmieszoną popędową małpką bonobo lub być nazwanym patriarchalnym oblechem albo wręcz zostać oskarżonym o molestowanie. Dzisiaj samo takie podejrzenie może człowiekowi zszargać opinię, więc chociażby z tego powodu młodzi mężczyźni często stają w pozycji wyczekiwania lub nawet bierności.

A kobietom, jak wiemy, zegar tyka szybciej, więc to one ruszają do boju o mężczyzn, w wyniku czego mężczyźni stają się jeszcze bardziej bierni i wybredni – i koło się zamyka. Zresztą część par pewnie się w tym dobrze odnajduje, ludzie mają przecież różne preferencje. Ale z drugiej strony w moim gabinecie od niedawna zaczynają pojawiać się kobiety, które określają swój związek jako przyjacielski i pełen troski, lecz kompletnie pozbawiony namiętności. Często zresztą nie zdają sobie sprawy z tego braku do momentu, gdy zakochają się szaleńczo w koledze z pracy, doświadczając po raz pierwszy całej siły i rozkoszy popędu seksualnego, który wybucha, bo nie znosi być tłumiony.

I tu już nie ma mowy o potrzebach szacunku czy przyjaźni – pojawiają się dzikie erotyczne fantazje, zwykle z elementem męskiej dominacji. I wcale nie dlatego, że kobiety lubią jakoś szczególnie być zdominowane, ale dlatego, że chcą czuć inicjatywę mężczyzny, która świadczy o poziomie ich pożądania, co z kolei świadczy o atrakcyjności kobiety.

Chciałyby też, żeby ten aktywny mężczyzna czasem mężnie zniósł odmowę, bo przecież nie można być zawsze radośnie gotową – i w tym wypadku nie ma mowy o żadnym „reglamentowaniu seksu”. Fantazja o męskiej dominacji pojawia się jako przeciwwaga, gdy za wiele jest męskiej bierności. Czasem te pary się rozpadają, bo brak namiętności staje się wtedy zbyt bolesny. A czasem w poczuciu winy i wzajemnej troski kończy się tak, że kobieta masturbuje się w swoim pokoju, a mężczyzna w swoim. Pędząca do przodu technologia pornografii bardzo tę sytuację wspiera.

Wojciech Kruczyński, psycholog i terapeutaWojciech Kruczyński, psycholog i terapeuta Fot. archiwum prywatne

To co nas czeka?

Jeśli postępowy światopogląd pójdzie w stronę eliminacji erotycznego używania się nawzajem (podkreślam: nie nadużywania), to pójdziemy ręka w rękę z Kościołem w stronę jakiegoś dziwnego neopurytanizmu. Wiadomo, że czasy wolnej miłości i hipisowskich komun dawno minęły i że nie powinno się uwalniać popędu całkowicie – obraca się wtedy przeciwko nam. Z drugiej strony pomysły całkowitego stłumienia popędu kończą jak np. w wiktoriańskich rodzinach: w domu jest Madonna, a na boku dziwka.

Popęd zawsze znajdzie drogę do obiektu: jeśli będziemy udawać, że nie istnieje, to on będzie rządził nami, a nie my nim. Dlatego dla mnie prawdziwy feminista to taki, który potrafi popęd mocno skontrolować (by kobiet nie skrzywdzić), ale też tam, gdzie trzeba, umie ten popęd puścić wolno (by kobiet nie rozczarować).

Jak to pogodzić? Co faceci mają właściwie robić?

Najłatwiej powiedzieć, że powinni być sobą. Tylko nikt nie ma za bardzo pojęcia, co to znaczy, dopóki sam tego nie poczuje. Z terapeutycznej perspektywy najlepiej nie wierzyć nikomu, nawet terapeucie. Trzeba wciąż testować swoje popędy w realnym świecie, wśród ludzi i obserwować konsekwencje ich działania oraz ich ograniczania – dla siebie i dla innych. Po to mamy rozum, a nie po to, żeby konsumować ideologiczne fast foody. Pamiętajmy, że ideologia popędowi szkodzi, bo nakłada na niego intelektualnie wykoncypowane ograniczenia.

Na tej drodze doświadczymy z pewnością wielu spektakularnych katastrof pełnych wstydu i poczucia winy, ale jeśli potraktujemy je jako zbieranie doświadczenia, wkrótce staniemy się ekspertami od własnego popędu i przy okazji od popędu innych. Być może młodzi mężczyźni tak skwapliwie przeskoczyli od ideału macho do bezkofeinowego feminizmu, bo gdzieś po drodze jest złoty środek, do którego trzeba znaleźć własną drogę prób i błędów.

W tym całym genderowo-politycznym zamieszaniu, w którym trzeba się opowiedzieć jasno po jednej ze stron, być może właśnie tracimy szansę faktycznego zbadania, ile animusa, czyli męskiego aspektu psychiki, w kobiecie i ile animy, pierwiastka kobiecego, w mężczyźnie, mówiąc językiem Junga. Oczywiście nie we „wzorcowym mężczyźnie” i „wzorcowej kobiecie”, lecz w każdym z nas z osobna, na własną rękę.

Ale czy jakakolwiek ideologia dopuszcza taki indywidualizm?

Wojciech Kruczyński – psycholog, terapeuta. Wraz z Krystyną Romanowską jest współautorem książki „Mężczyzna bez winy i wstydu”

Wojciech Kruczyński, Krystyna Romanowska, 'Mężczyzna bez winy i wstydu', wyd. MuzaWojciech Kruczyński, Krystyna Romanowska, 'Mężczyzna bez winy i wstydu', wyd. Muza Fot. materiały prasowe

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Tekst powstał w ramach akcji społecznej Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów” i Fundacji „Gazety Wyborczej”.

Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu.
Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.