Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Katarzyna Żak – aktorka filmowa, telewizyjna i teatralna oraz wokalistka. Popularność zyskała dzięki rolom w serialach „Miodowe lata” i „Ranczo”, w którym zagrała Solejukową

Dorota Warakomska: Koronawirus wywrócił wszystko do góry nogami. Sama tego doświadczyłaś…

Katarzyna Żak: Dwa razy przeszłam kwarantannę. W marcu prewencyjnie, bo wynik testu był negatywny, a teraz, w październiku – pozytywny. Przeszłam wirusa bezobjawowo, w izolacji. Gdy dowiedziałam się, że jestem zakażona, pierwsze, co czułam, to lęk o bliskich. Z kim miałam kontakt, kogo zawiadomić – w głowie jak na taśmie filmowej analizowałam każdą chwilę. Odwołać wszystko. Koszty ogromne – nie odbyły się spektakle, przepadła produkcja filmowa, bo zdjęcia nie mogły czekać i zastąpiono mnie inną aktorką. Odpowiedzialność za innych jest jednak ważniejsza.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Zdajemy teraz największy egzamin z człowieczeństwa. Nie zarażając innych lub pomagając zarażonym, tak jak nasi sąsiedzi, którzy zostawiali nam zakupy na płocie. Postanowiłam, że po upływie kwarantanny oddam osocze dla covidowców. Mam rzadką grupę krwi B Rh-, nie mam chorób współistniejących. A osocze może uratować życie ciężko chorym na COVID lub poprawić przebieg choroby.

Jak w tym trudnym czasie zachować optymizm?

Jest ciężko, ale nie wolno się poddawać. Kultura to obszar, gdzie restrykcyjnie przestrzegane są obostrzenia. Gramy za mniejsze stawki, ale to, że możemy dzielić się swoimi talentami i emocjami, jest najważniejsze. Nie słyszałam o nikim, kto zdecydowałby się nie grać przy drastycznie obniżonych honorariach.

Będziemy się trzymać do ostatniego widza. Jesteśmy dumni i szczęśliwi z każdej maseczki na widowni – nie możemy zawieść niczyjego zaufania. No, chyba że będzie całkowity lockdown i znów zamkną teatry.

Patrząc na liczbę projektów, w które jesteś zaangażowana, ewidentnie lubisz pracować.

Tak! I mam pewną nadruchliwość. Tzn. działanie, np. sprzątnięcie kuchni, mnie uspokaja, wycisza. Jestem kobietą pracująco-domową. Jak większość kobiet w naszym kraju. Spełnioną. Rodzina jest dla mnie najważniejsza.

Kiedyś powiedziałaś, że jesteś jak wiatr, który wpada jednym oknem, przelatuje przez całe mieszkanie i wypada drugim.

Czasami wiatr porozrzuca wszystko i tak zostawi. (śmiech) Jestem osobą energetyczną. Nie myślę: no dobra, jestem już po pięćdziesiątce, to trochę jeszcze pogram, byle do emerytury i jakoś to będzie… Tylko: kurczę, jaki mam teraz fajny czas! Dziewczyny wyprowadziły się z domu, zaczęły swoje życie, mam tyle jeszcze do zrobienia!

Katarzyna ŻakKatarzyna Żak Fot. Iza Grzybowska. Stylizacja: Andrzej Sobolewski, włosy: Łukasz Pycior, make-up: Ola Łęcka/ Buku Team, postprodukcja: Beata Biernacka

Córki postawiły się?

Tak. Cudownie odsunęły mnie od swojego świata, bo ja, jak mama kwoka biegająca za swoimi kurczętami, upewniałam się, czy aby na pewno napiją się z tej kałuży, z której trzeba się napić, czy na pewno zjedzą, czy na pewno nie spotka ich nic złego. Nie powiedziały: „Mamo, nie wtrącaj się!”, tylko założyły konfederację przeciwko mnie, która polegała na nieinformowaniu mnie o żadnych rzeczach. (śmiech) Poza tym zapytały, czy ja nie popełniłam w życiu jakichś błędów. Oczywiście, że popełniłam mnóstwo błędów. „A czy wyciągnęłaś z nich wnioski?” Z niektórych tak, z niektórych niestety nie, musiałam się jeszcze ze cztery razy sparzyć, żeby się nauczyć być odrobinę asertywną. „Bingo – powiedziały. – Dasz nam się teraz poparzyć?”

Ola miała wtedy 26, a Zuzia 20 lat. Dziś mają 32 i 26. Idą swoją drogą. Młodsza jest lekarzem i teraz, w pandemii, drżę o jej zdrowie i życie codziennie.

Dobrze ci z tym, że masz więcej przestrzeni dla siebie?

Tak. Dziewczyny się fantastycznie usamodzielniły. A nasze relacje się „wyspokoiły”. Mówimy o trudnych sprawach, szukamy rozwiązań. I im jestem starsza, tym bardziej jestem przekonana, że rozmowa to jest podstawa. R o z m o w a. Z każdym człowiekiem i na każdy temat.

Czyli: mówienie i słuchanie?

Właśnie. Myślę, że szczególnie z osobą, której nie znam, to bardziej słuchanie.

Tak zostałam wychowana przez silne kobiety, przez babcię i mamę, tata też był empatyczny, przekonywał, że należy pochylić się nad człowiekiem. Nawet konflikty można rozmową wyprostować, wyjaśnić. Nie musimy zaraz przyznawać drugiej osobie racji, z tym mamy największy problem, ale możemy rozmawiać, by zrozumieć. Czasem ludzie zwracają się do mnie o radę, a jestem ostatnią osobą do ich dawania. Mam taką cudowną, przejętą od kogoś myśl: „Ja ci dobrze radzę: rób, jak chcesz!”. Mogę podpowiedzieć coś, wskazać, ale kategorycznie się nie wypowiadam. To przywilej kobiety dojrzałej, żeby raczej cieszyć się życiem, przyjmować to, co się w nim wydarza. Przestałam się martwić porażkami, bo one przez całe życie były, są i będą, i chcę cieszyć się każdym, najmniejszym drobiazgiem.

Czyli przestać się samobiczować.

O, tak! Ja z samobiczowania miałam szóstkę. Z porównywania się z innymi, potrzeby zadowolenia wszystkich. Z chęci bycia naprawdę dobrą na każdym polu już się absolutnie wyzwoliłam. Sparzyłam się, dostałam po dupie parę razy i bardzo dobrze, że tak się stało. I dzisiaj cieszy nawet mała rola, jakakolwiek – to jest cudowne wyzwanie. Cieszy mnie każdy pomysł, na jaki wpadam w kontekście swoich recitali czy monodramów muzycznych. A także – umówienie się z córkami na kawę czy nagły, spontaniczny wyjazd z mężem, wino z przyjaciółką. Cieszyć się z małych rzeczy. Wiesz dlaczego? To mnie, Kasi, pokazuje, że jestem komuś w życiu potrzebna. A żeby być komuś potrzebną, trzeba działać, coś robić. Nie uważasz?

Oczywiście, nie można siedzieć i czekać na to, że świat przyjdzie do nas, trzeba do niego wychodzić.

Właśnie. Wychodzę więc artystycznie. Gram w dwóch teatrach w Warszawie – w Och-Teatrze i Teatrze Komedia. Znowu dostałam niewielką rolę, z której się bardzo cieszę, w serialu komediowym. Nie mam już siły walczyć z wizerunkiem aktorki komediowej – skoro tak mnie reżyserzy postrzegają, a widownia tego oczekuje, to proszę bardzo. Świat dookoła jest tak smutny. Ja głównie w tych postaciach śmieję się z siebie i swoich niedoskonałości. Jest też rola filmowa w zanadrzu, trochę przesunięta przez pandemię, i jest muzyka, która bardzo wypełnia moje życie.

Płyty, recitale aktorskie, koncerty… Muzyka uzupełnia aktorstwo.

W muzyce kolejne wyzwanie przede mną. Po „Miłosnej Osieckiej” zwrócił się do mnie pan Grzegorz Wasowski, pytając, czy nie chciałabym wziąć w swoje ręce interpretacji piosenek Jerzego Wasowskiego, ale nie tylko tych, które napisał z Jeremim Przyborą, lecz różnych, bo przecież pisał i z Wojciechem Młynarskim, i z różnymi innymi autorami. Przysłał mi tych piosenek ok. 40, ja wybrałam na razie 20. To będzie nowa płyta, absolutnie nowy recital. To olbrzymia przestrzeń muzyczna i tekstowa.

Widziałam cię w akcji niejednokrotnie, mówię o rozmowach z ludźmi, z kobietami. Jak łatwo dajesz się lubić. Kobiety cię kochają, bo nie tworzysz dystansu, jesteś im bliska.

Dziękuję. Uważam, że szczerość w emocjach jest najistotniejsza. Zdarzają mi się czasem trudne rozmowy, zdarza się, że ktoś pyta o rzeczy, o których nie chcę rozmawiać, i najłatwiej by było obrazić się, wstać i wyjść, ale przez szacunek dla drugiej osoby staram się łagodzić, niwelować konflikty. Rozumieć, że każdy ma prawo do popełniania błędów, bycia innym. Do swojego zdania. Staram się niczego nie udawać.

Granie nie jest udawaniem?

Nie, granie jest pracą na emocjach. Jak aktor zaczyna coś udawać, to widz od razu to czuje. Tak samo jest, gdy udajesz kogoś, kim nie jesteś. W pierwszej czy w 15. minucie rozmowy to wyjdzie. A mnie szkoda życia na udawanie.

Pochłonęła cię budowa hospicjum w Chojnicach.

Że to się dzieje w moim życiu, to nie wierzę! Pojechałam na „Noc poezji” do Chojnic i zaśpiewałam krótki recital przed Stanisławem Sojką, myślałam, że zejdę ze stresu. A potem, późno w nocy, dwie lekarki, które założyły objazdowe hospicjum dla obłożnie chorych, głównie onkologicznych, powiedziały mi, że im się marzy zbudowanie w Chojnicach hospicjum. Są po rozmowach w gminie, dostały kawałek działki w parku, w pięknym miejscu. Zobaczyłam tę dziurę, olbrzymią, i nad nią dwie absolutnie zapalone kobiety (trzecia z nich już założyła Towarzystwo Przyjaciół Hospicjum) i sobie pomyślałam: jakieś nienormalne! Nawet z moim optymizmem to jest niewykonalne. Czy one wiedzą, ile to będzie kosztowało i jak my to zbierzemy?! Chciały zorganizować koncert, cegiełki sprzedawać.

Zaczęłam od pisania listów do sponsorów, firm budowlanych, prywatnie. Pisałam, że na niczym się nie znam, że nie prosimy o pieniądze, tylko jeżeli im coś zostanie, np. parę worków cementu, piasek, to poprosimy. Rozmawiałam z ludźmi, którzy pracowali w różnych fundacjach, o tym, jak się ubiegać o fundusze, spotkałam się z władzami. Wszyscy z uśmiechami na twarzy mówili, że nie ma pieniędzy, a ja – żeby pomogli znaleźć rozwiązanie. Bywało bardzo pod górę. Po sześciu latach budynek trzyskrzydłowy stoi! Otynkowany, zadaszony. Są okna. Jest jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia na zewnątrz i w środku, ale dziękuję wszystkim ludziom, którzy pomogli!

Angażujesz się też w wiele innych projektów, na przykład w ochronę środowiska.

Działam w MSC Polska [Marine Stewardship Council, organizacja promująca zrównoważone rybołówstwo]. Przy tym ociepleniu klimatu każdy z nas, robiąc tak niewiele, może zrobić tak wiele. Wystarczy gasić światło, segregować śmieci, nie jeździć autem, jak nie trzeba. W teatrze wyłączam wszystkie lampy, krzyczę na wszystkich, żeby zakręcać wodę. Jak dziwnie na mnie patrzą, to mówię, że jestem z Torunia i mam niemieckie wychowanie. (śmiech)

Promujesz czytelnictwo, namawiasz kobiety do regularnych mammografii i cytologii, zbierasz pieniądze na pierwszą protezę serca dla dzieci. Jak znajdujesz czas na to wszystko?

Już wielu rzeczy odmawiam, bo nie mam czasu. Poza tym, robiąc wszystko, człowiek staje się niewiarygodny. Ale jak dostaję zaproszenie na rozmowę o aktywizacji kobiet 50+, to jadę.

Kobiety są ciekawe, jak wygląda Solejukowa?

Oczywiście. Wątek Solejukowej pojawia się zawsze. I to, na ile miałam wpływ na kształt postaci. Mówię, że w ogóle, to wszystko scenarzyści. Ta postać, która tak cudownie się w serialu „Ranczo” rozwijała, pokazała Polkom, że naprawdę nie musimy być na drugim planie, możemy robić znacznie więcej. Przeszła wielką zmianę – od tej kobiety w pierwszym odcinku, która nawet nie lepiła pierogów, tylko tolerowała biedę w domu, pijaństwo męża i przemoc fizyczną, po kobietę, która wzięła się do biznesu, zmieniła dom, pilnowała wykształcenia dzieci, z nimi się uczyła. Czyli wzięła los w swoje ręce i pokazała kobietom w Polsce, że można!

Dodaje otuchy kobietom, które nie wierzą w siebie, w swoje zdolności.

Dlatego mówienie o tym jest takie ważne. Dostaję mnóstwo e-maili z prośbami o użyczenie wizerunku Solejukowej, czego nie mogę zrobić, bo nie mam prawa do postaci. Ale gratuluję tym kobietom i trzymam za nie kciuki. Jedna, porzucona przez męża, założyła pierogarnię. Inna – koło językowe w gminie. Kolejna zauważyła, że angielskiego mogą się uczyć razem dziadkowie z wnukami. To Solejukowa była tym zaczynem pomysłu. Nie ja, tylko postać, którą grałam.

Czego ty się nauczyłaś od Solejukowej?

Wierzyć w to, że w kobietach jest wielka siła. Że pomimo naszych zmian nastrojów, emocjonalności, która czasem nam przeszkadza, bo kobiety się spalają, a faceci spokój dostali w zestawie genów – to w nas jest siła i moc. Jak mówiła babcia, za każdym sukcesem męża stoi mądra kobieta.

A kto stoi za sukcesem kobiety?

Jej chęć samorealizacji i spełnienia. Kobieca ambicja. Choć uważam, że w tej naszej niezależności dobrze jest mieć też czas dla siebie. Czasem mówię Cezaremu: „Dziś mam dyżur królewny. Leżę, czytam, pachnę”. To ważne, żeby się wiecznie nie tłumaczyć, co ja robię przez półtorej godziny u fryzjera. Mówię, że królewny tak mają. Przecież facet, który jest łysy, nie potrafi tego zrozumieć. Ale oczywiście za sukcesem kobiety stoją w dużej mierze mężczyźni. Silni ojcowie, dobrzy bracia. Fajni, odpowiedzialni mężowie, partnerzy. Tacy, którzy mają do nas cierpliwość, którzy przyjmują nas z dobrodziejstwem inwentarza i nas wspierają. Gdy wyskoczę z kolejnym pomysłem, mąż długo mi się przygląda, kiwa tylko głową, że to jest wszystko nieprawdopodobne. Ale nie mówi „nie”. Nie podcina mi skrzydeł. Tylko mówi: „Dobra, chcesz, to idź, spróbuj. Sparzysz się, to trudno”.

Potrzebujesz jego aprobaty?

Oczywiście! Najgorsi są faceci, którzy sekują kobiety. Ona jeszcze niczego nie zaczęła, a on już jest na „nie”. Ja mam olbrzymie wsparcie w całej mojej rodzinie i to jest dla mnie najistotniejsze. Bo mogę działać. Bo robiąc fajne rzeczy dla innych, robię je też dla siebie. To moja inwestycja i kapitał.

Kto gotuje w domu?

Cezary. Ja piekę ciasta, on nie. Ja sprzątam. Jestem mistrzynią szmaty. Relaksuję się przy prasowaniu. Ale muszę to robić regularnie, bo jak mi się uzbiera sterta rzeczy, szczególnie męskich koszul, to mi się włącza agresor. Nauczyłam się, że regularność w obowiązkach domowych bardzo ułatwia mi życie, i nawet jak jestem bardzo zmęczona, to chcę walnąć choć cztery rzeczy, bo jutro będę miała o te cztery mniej. Taka regularność na starość dobrze mi robi.

Kiedy się zaczyna starość?

Starość zaczyna się w głowie. Ja się uważam już za mocno dojrzałą. Ale w głębi duszy mam fiołki! (śmiech) Radość życia, nieprawdopodobną wewnętrzną afirmację. Chociaż mąż uważa, że jestem życiową pesymistką. Bo pierwsza myśl to: nie uda się. Nie… Ja się do tego nie nadaję… Czy ja to dźwignę?

Jak większość kobiet. Co ci pomaga pokonać te negatywne myśli?

Sama się na tym łapię – jak nie spróbujesz, to nie będziesz wiedziała. Daj sobie szansę. Cezary też próbuje wyrzucać mi z głowy taki sposób myślenia.

W tym roku obchodzicie 35-lecie.

To jest ewenement, nie tylko w naszej branży. Podobno najwięcej rozwodów jest koło 50. roku życia, gdy dzieci się zaczynają usamodzielniać. I albo facet znajduje sobie młodszy model, albo kobieta chce czegoś innego od życia.

Ty nie czujesz potrzeby takiej zmiany?

Nie! Babcia mówiła: „Szanuj męża swego, możesz mieć gorszego!”. Z mężem jestem bardzo zaprzyjaźniona. I cenię tę przyjaźń ponad wszystko. Nawet jak się nie zgadzamy, to uwielbiamy ze sobą być, rozmawiać. To jest klucz.

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Tekst powstał w ramach akcji społecznej Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów” i Fundacji „Gazety Wyborczej”.

Z uwagą i czułością przyglądamy się naszym relacjom – tym rodzinnym i tym z nami samymi – aby je uporządkować i z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Chcemy tworzyć nową rzeczywistość. Chcemy rozmawiać o wolności kobiet w sferze świadomości, cielesności i bytu. Wszystkie publikowane do tej pory materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.