Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem świeżo po lekturze znakomitego tekstu Natalii de Barbaro "Po co kobiecie własny pokój, skoro i tak mieszka w kuchni? A osobna przestrzeń potrzebna jest każdej i każdemu z nas".

Czytając go, myślałem o mojej mamie. Nigdy nie miała swojego pokoju, nie mieszkała sama. Najpierw, co jasne, z rodzicami i bratem. Później z moim ojcem i nami, synem i córką. Kiedy ojciec zgnębił ją już tak, że musiała się wyprowadzić – zamieszkała z moją siostrą, jej mężem i trójką dzieci.

Właśnie mija rok, odkąd udało jej się wprowadzić do wynajętego po znajomości mieszkania. 38 metry kwadratowe. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Mały balkon. W bloku z wielkiej płyty. Ale ma wreszcie miejsce dla siebie. Kiedy przyjeżdżam do niej, narzekam na hałas dobiegający z ulicy. Ale jej to nie przeszkadza. Jest u siebie, ma spokój i ciszę, których brakowało jej przez całe życie. Nikomu nie musi się tłumaczyć, że nie wraca po pracy prosto do domu. Gotuje obiad, kiedy chce, a nie kiedy inni tego chcą. Wreszcie odpoczywa. I żyje.

Sebastian

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.