Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zawoziłam przyjaciela na odwyk w zamkniętym ośrodku – wersja hardcore: trzy miesiące, kontakty ze światem zewnętrznym możliwe dopiero po paru tygodniach. Pamiętam, że przy wejściu zabrali mu telefon i książki. Miał przy sobie dwie: kryminał i tę drugą – „Obudź w sobie olbrzyma” Tony’ego Robbinsa, amerykańskiego tak zwanego guru, który niestety wygląda tak, jakby mu się udało tego olbrzyma w sobie obudzić.

Mój przyjaciel Stasiu, metr pięćdziesiąt trzy, vintage look i życie roztrzaskane na kawałki – i ta książka w jego reklamówce, pomięta, sczytana przez innych, którzy też próbowali olbrzymem zostać. Czekałam przez chwilę na dopełnienie formalności, wzięłam do ręki tę książkę i otwarłam ją na chybił trafił. "Gdybyś chciał, mógłbyś właśnie w tej chwili odczuwać prawdziwą ekstazę" – przeczytałam. Zaśmiałam się gorzko.

Chyba najbardziej wkurzają mnie dziarskie zaśpiewy w stylu: „Możesz wszystko!”, „Sięgaj do gwiazd!”, „Sky is the limit!” – może zbyt boleśnie na własnej skórze doświadczałam tego, że to po prostu nie jest prawda. W każdym razie nie moja prawda. Co więcej, kiedy patrzę na osoby, które z uśmiechem, w makijażu w stylu nude zatykają flagi na kolejnych szczytach, czuję trochę zazdrości, trochę niedowierzania i trochę samotności. Czy to tylko ja nie ogarniam, czy tylko ja nie potrafię tak szybko biec pod górę i sięgać do gwiazd? Z odwagą podążać co dzień w nieznane, choćby wiatr w oczy?

A jednak słowo „odwaga” budzi w moim sercu poruszenie; potrzebuję znaleźć własne zrozumienie tego słowa.

Myślę o niej jednak inaczej niż w tym wojenno-wyścigowym paradygmacie. Bliżej mi do Brené Brown, która, definiując angielskie słowo „courage”, pisze tak: „Odwaga to słowo, które ma w sobie serce. Jego korzeniem jest cor, co po łacinie oznacza serce. W swoim pierwszym znaczeniu słowo »odwaga« oznaczało wypowiadać swoje stanowisko, dając wyraz swojemu sercu. Z czasem definicja się zmieniła; dzisiaj na ogół kojarzymy odwagę z heroicznymi, śmiałymi czynami. Ale moim zdaniem ta definicja nie pomieszcza wewnętrznej siły i żarliwości potrzebnej, żeby otwarcie i uczciwie mówić o tym, kim jesteśmy, o dobrych i złych doświadczeniach naszego życia. Mówienie z serca jest tym, co nazywam »odwagą codzienności«”. Hell yeah, Brené!

Nie, żebym nie wierzyła w męstwo – wielkie, bohaterskie czyny, jednoznaczne rozstrzygnięcia, gesty uwieczniane potem na postumentach, które mijamy my, tak zwani zwykli ludzie. Ale wierzę też w coś innego, jakieś żeństwo – odwagę stawiania czoła codzienności, cichy heroizm kobiet zmieniających codziennie pampersy swoim chorym matkom w pokoju obok, heroizm samodzielnych rodziców, którzy pomagają dziecku w biologii, zszywając dziurę w skarpetce i z trudem podtrzymując opadające powieki; odwagę przekraczania niewidzialnego progu na zebraniu w pracy, kiedy odważamy się wypowiedzieć prawdę swojego serca, wiedząc, że inni będą milczeć, chociaż czują to samo. O odwadze codzienności nie piszą w podręcznikach historii. Ale to ona szyje tkaninę życia.

Kilka miesięcy temu okazało się, że jesteśmy śmiertelni. To znaczy niektórzy wiedzieli to wcześniej, ale wielu z nas – jakby nie. Niektórym, wspomaganym przez napoje energetyczne, środki przeciwbólowe, widok lśniących muskułów pokrzykującego na nich trenera personalnego, udawało się nawigować przez dni w poczuciu omnipotencji. Czy nie byłam do nich podobna?

Na stronie mojego kalendarza z początku kwietnia widzę mnóstwo spotkań i wydarzeń, przekreślonych potem żółtą kredką; obok napisałam: „Kiedy chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach”.

Ktoś większy od nas wziął głęboki wdech, dmuchnął i poprzewracał klocki naszego życia. Nie, żeby wszystkie, nie, żeby każdemu, jednak większość z nas patrzy w oczy niepewności – a może to ona patrzy nam w oczy jak postacie z portretów, przed których wzrokiem nie da się uciec.

Co możemy zrobić, żeby przejść z odwagą przez czas, którego głównym przesłaniem zdaje się to, że nie ma nic pewnego i my sami jesteśmy krusi? Wykminiłam dla siebie kilka wskazówek. Ich istotą jest balansowanie pomiędzy tym ambitnym, zdeterminowanym kawałkiem, który chce działać, przekraczać granice, wystawiać się na to, co jest dla mnie trudne, porzucać to, co okazało się zbędne, i iść ku temu, co mnie woła, a szacunkiem do swojego zupełnie innego kawałka, tego kruchego, przestraszonego, który jak małe dziecko jęczy mi: nie idź tam, tam nie jest bezpiecznie!

Nie wszystkie moje ruchy muszą mieć zamaszystość ułańskiej szabli. Nie muszę sprzedawać mieszkania z kredytem i wprowadzać się do bieszczadzkiej chatki na połoninie, żeby zmienić swoje życie. I mogę sobie pomyśleć, że w środy, czwartki i soboty będę trochę odważna, a w pozostałe dni będę od odwagi odpoczywać. Wystarczy. „Odwaga nie zawsze krzyczy – napisała kiedyś pisarka oraz, jak sama się przedstawia, przedsiębiorczyni i introwertyczka Mary Anne Radmacher – czasami odwaga to cichy głos, który pod koniec dnia mówi: jutro spróbuję znowu”.

Wolę ten cichy głos niż porykiwanie olbrzyma.

Natalia de Barbaro – psycholożka. Prowadzi autorskie warsztaty rozwojowe dla kobiet „Własny pokój”, nataliadebarbaro@gmail.com

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Akcja społeczna Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów” i Fundacji „Gazety Wyborczej”.

Z uwagą i czułością przyglądamy się rodzinnym relacjom, które w tym trudnym czasie są szczególnie ważne, a ich uporządkowanie - niezbędne do tego, by z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Wszystkie publikowane dotąd materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl/czulosc-i-wolnosc

Kulczykfoundation.org.pl

embed
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.