Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Anna Woźniak: Jako mediatorka przekonuje pani, że empatia jest kluczem do dogadywania się i ustalania równowagi w relacjach rodzinnych. Jak to wygląda w praktyce?

Beata Blizińska, mediatorka: Na przykład pojawia się u mnie w gabinecie para w kryzysie. Rozmawiają między sobą, a ja tłumaczę ich wypowiedzi na język uczuć i potrzeb. Po czym przekazuję to w tej formie drugiej stronie.

Co ciekawe, obydwie strony szybką uczą się „nowego języka” i po jakimś czasie (około godziny) zaczynają już w nim rozmawiać.

Co pani zazwyczaj słyszy w gabinecie?

Najczęściej to wzajemne obwinianie się. Albo jedna osoba sama się obwinia i ta druga też ją obwinia. Ogólnie jesteśmy w kręgu obwiniania, kategoryzowania i oceniania. Kobieta mówi: „Tyle razy cię prosiłam, żebyś pomógł dzieciom w lekcjach! W ogóle się nie angażujesz w rodzinę”.

Jeśli jestem po wcześniejszej rozmowie z nią, wiem, że buzują w niej takie uczucia, jak zniechęcenie, irytacja, bezsilność, zmęczenie i samotność. I dochodzimy do tego, jakie potrzeby za tym idą: współpracy, wsparcia, odpoczynku. Więc mówiąc: „Ty się w ogóle nie angażujesz w rodzinę”, miała na myśli: „Pomóż mi i zacznij odrabiać z dziećmi lekcje. Najlepiej w poniedziałki, środy i piątki przez godzinę”. Im konkretniejsza prośba, tym bardziej prawdopodobna do spełnienia.

Gdy mąż usłyszy taką prośbę, to ją zrozumie. Otworzy kalendarz i powie: „W poniedziałki i piątki dam radę, ale w środę nie mogę. Może być wtorek?”.

To jest wykonalne, ale jeśli słyszy: „Zaangażuj się bardziej w rodzinę”, to nie wie, od czego zacząć i jaką ma to mieć formę.

Rozumiem, że podczas mediacji rozmawia pani najpierw z jedną osobą, potem z drugą, a na końcu z obojgiem.

Tak jest najlepiej. Jeśli nie okażę im empatii, będzie wylewał się tylko żal i irytacja. Najpierw trzeba to wszystko z siebie wyrzucić, i to nie w samotności. Potrzebna jest przynajmniej jedna osoba, która nas wysłucha ze zrozumieniem i bez osądzania. Wtedy pojawia się ulga i tworzy się przestrzeń na rozmowę o potrzebach.

Nazwałabym to metodą wzajemnego zrozumienia swoich uczuć i potrzeb, z większym naciskiem na potrzeby. I poszanowanie ich. Ważne, aby z empatią podchodzić nie tylko do rozmówcy, ale i do siebie. Jeżeli nie okażemy sobie samemu empatii, nie będziemy w stanie udzielić jej drugiej osobie.

Jak by pani opisała empatię do samego siebie?

Jako próbę zaprzestania oceniania siebie. Zamiast myśleć: „Jestem okropna, bo się na niego zezłościłam”, spróbować zrozumieć, dlaczego się zezłościłam. Może ktoś przekracza moje granice? Empatia to wytłumaczenie samej sobie tego, co czuję i jaka potrzeba się za tym kryje. To, co czuję, jest w porządku, a nawet jest drogowskazem, który mi pokazuje, czego potrzebuję.

W jaki sposób język empatii przełożyć na relacje rodzinne? Tak aby dążyć do równowagi, a nie dominacji?

Tu dochodzimy do pojęcia głębokiej demokracji, do której możemy zaprosić dzieci, nawet małe. Oczywiście nie namawiam nikogo do rządów pajdokracji. Jestem jak najbardziej za tym, żeby to dorośli mieli ostatnie słowo w domu. Jednak cały czas biorąc pod uwagę opinię dzieci. Pytając je i rozmawiając z nimi.

Czyli jeśli dzieci na pytanie: „Gdzie jedziemy na wakacje: w góry czy nad morze?”, odpowiedzą, że nad morze, to tam właśnie jedziemy?

Nie, my nadal możemy zadecydować, że jedziemy w góry. Musimy im jednak wytłumaczyć, dlaczego chcemy jechać właśnie tam. „Nie jest to dla nas komfortowe, że nie możemy pojechać tam, gdzie wy chcecie, ale wybraliśmy góry, bo…”. Nie musimy się bardzo tłumaczyć, ale warto pokazać, że podejmujemy decyzję, biorąc pod uwagę różne zdania i kryteria.

I dzieci nie będą czuły zawodu z powodu takiego obrotu sprawy? W końcu chciały jechać nad morze.

Czują, że liczymy się z ich zdaniem, są dla nas ważne, ale to my, dorośli, podejmujemy ostateczną decyzję. Dzieci dobrze czują się przy zdecydowanych, mocnych rodzicach. Rodzicach, którzy mają moc, żeby przeprowadzić swoją wolę.

Czyli dzieciom nie zależy na tym, aby postawić na swoim, dla nich ważniejsze jest bycie wysłuchanym?

Tak. Dzieci przede wszystkim chcą czuć się bezpiecznie, a zdecydowany rodzic daje im to poczucie.

Mamy więc empatię i głęboką demokrację. Czy te sposoby sprawdzą się także w rodzinach patchworkowych, w których każdy członek przychodzi z własnym bagażem zasad i doświadczeń?

Jak najbardziej. Sama kilka lat temu stworzyłam taką rodzinę z mężczyzną, który ma dwie córki. Ja mam syna, który jest najstarszy z całej trójki. Gdy zamieszkaliśmy razem, wszystkie różnice, przyzwyczajenia zwaliły nam się dosłownie na głowę. Okazało się, że to ja jestem kapralem, który pilnuje różnych spraw, i na początku wcale mi się ta rola nie podobała.

Musiałam zrozumieć swoje potrzeby. Potem musiałam dojść do porozumienia z mężem i jego dziećmi.

Także dzieci między sobą musiały dojść do porozumienia. Proszę jeszcze wziąć pod uwagę naszych byłych partnerów, z którymi dzieci też mieszkają. Tam także nabierają wzorców i przyzwyczajeń.

To zacznijmy od małej, ale ważnej sprawy – słodyczy. Dzieci jednego rodzica mogą je jeść codziennie, a drugiego tylko w weekendy. Co wtedy?

W tej kwestii oboje z mężem mieliśmy to samo zdanie – słodycze trzeba ograniczać. Ale inaczej te zasady interpretowaliśmy. Na przykład mąż wraca do domu z dziewczynkami z pracy i mówi, że właśnie byli na lodach. Mój syn jest zdziwiony i pyta: „Jak to?” – z podtekstem „ja też chcę lody”. Nie rozmawialiśmy o tej sytuacji przy dzieciach, tylko chwilę później na osobności. Okazało się, że mąż nawet nie przypuszczał, że robi coś nie tak, po prostu od czasu do czasu zabiera córki na lody. Szybko ustalaliśmy: „Teraz już to zostawmy, a następnym razem albo wszyscy pójdziemy na lody, albo nikt”.

Gdy chcieliśmy podjąć jakąś decyzję dotyczącą dzieci, dzwoniliśmy do siebie i uzgadnialiśmy strategię.

Dużo tych spraw było, szczególnie na początku. Małymi kroczkami wyłapywaliśmy różne pułapki i wcześniej wypracowywaliśmy nowe zasady.

Szczególnie pierwszy rok był bardzo intensywny. Jak ty to czujesz? Jak ja się z tym czuję? Czy to jest dobre rozwiązanie? Czasem nie mogliśmy ustalić nic, co by obojgu odpowiadało, i wtedy zostawialiśmy sprawę. Mieliśmy poczucie, że jest tyle spraw do zgrania, że jeżeli jakiś temat wydawał się dla nas za trudny, to go odpuszczaliśmy. On oczywiście do nas wracał, ale mogliśmy na niego spojrzeć ze świeżą głową.

Mówi pani, że pytaliście siebie: „Jak ty się z tym czujesz?”, „Jak ja się z tym czuję?”. Ale nie każdy umie tak rozmawiać. Dla wielu rodziców spontaniczne wyjście z dziećmi nie jest problemem.

Spytałam męża, czy widział zawiedzioną minę mojego syna, gdy dziewczynki pochwaliły się lodami. Nie widział, ale zrozumiał, że to mogło sprawiać mu przykrość. Również ja nieraz nie zdaję sobie sprawy, że mogę czymś urazić dziewczynki, dopiero mąż mi o tym mówi.

Bez oceniania, za to ze zrozumieniem.

Tak, choć i mnie czasem trudno było pewne rzeczy zrozumieć. Brałam je za kaprysy czy drobiazgi. Najważniejsze, abyśmy wszyscy w tych rozmowach wiedzieli, że mamy dobre intencje. Nikt nikomu nie robi przykrości, a jeżeli tak się dzieje, to po prostu dlatego, że jeszcze sobie czegoś nie uświadomiliśmy.

Czy według pani powinniśmy jasno podsumowywać te rodzinne ustalenia? Może gdzieś je spisywać?

Jestem zwolenniczką jasnych umów, nawet się tego domagam (śmiech). Często jest tak, że jak już się do czegoś dojdzie, uwaga się rozprasza. Zmieniamy temat i może się okazać, że owszem, mieliśmy to samo na myśli, ale ja zrozumiałam to inaczej, a mąż inaczej. Tak że warto na głos mówić to, na co się umawiamy, a nawet to spisywać.

Kiedy możemy mówić o równowadze relacji w rodzinie patchworkowej?

Kiedy każdy z każdym jest w stanie się dogadać. Czuje się ważny i wysłuchany. Tworzy się coś na kształt mocnej pajęczyny: linia mąż – żona przecina się z linią żona – dzieci męża, mąż – dzieci żony, a także dzieci między sobą. To skomplikowane, tak, wiem (śmiech).

Trudna sztuka dogadywania się przydaje się na wakacyjnych wyjazdach, kiedy kilka rodzin decyduje się na wspólny urlop. Wtedy też warto wszystko dokładnie ustalać, przecież w każdej rodzinie panują inne zasady?

Najważniejsze to chyba uważnie wybrać, z kim się jedzie na wakacje. Bo umowa umową, a nawyki nawykami. Nie znajdziemy identycznej rodziny. Dlatego jeśli już zdecydujemy się z kimś jechać na wakacje, to warto ustalić, na czym nam zależy. I nie chodzi o listę naszych warunków, które ktoś powinien spełniać. Może lepiej skupić się na dwóch-trzech najważniejszych dla nas rzeczach, a resztę odpuścić. W końcu to wakacje. Powiedzieć: „Słuchajcie, dla nas ważne jest, aby dzieciaki były w łóżkach przed godziną 22, bo inaczej następnego dnia są marudne i zmęczone. I nie przesadzamy z lodami”.

Nie wiem, czy wkładałabym dużo energii i emocji w te ustalenia. W końcu one będą obowiązywać przez tydzień, dwa.

A rodzina to „umowa” na całe życie.

Beata Blizińska - ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie i podyplomowe studia Porozumienia bez Przemocy wg Marshalla Rosenberga, a także Intensywny Kurs Mediacji w Akademii NVC oraz szkolenie w kierunku mediatora sądowego w Polskim Centrum Mediacji. Prowadzi mediacje sądowe i pozasądowe

Beata Blizińska, mediatorkaBeata Blizińska, mediatorka Fot. Aleksandra Rózga

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Akcja społeczna Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów” i Fundacji „Gazety Wyborczej”.

Z uwagą i czułością przyglądamy się rodzinnym relacjom, które w tym trudnym czasie są szczególnie ważne, a ich uporządkowanie - niezbędne do tego, by z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Wszystkie publikowane dotąd materiały można znaleźć na stronie Kulczykfoundation.org.pl/czulosc-i-wolnosc

kulczykfoundation.org.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.