Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Małgorzata Rymaszewska – psycholożka, psychoterapeutka. Właścicielka gabinetu psychologicznego Rodzice i Dzieci w Warszawie. Od 20 lat prowadzi psychoterapię dzieci, młodzieży i par, warsztaty dla rodziców oraz konsultacje dla nauczycieli w szkołach i przedszkolach

Anna Woźniak: "I znowu nie wstawiłeś brudnych talerzy do zmywarki” – to zdanie wypowiadam do syna średnio cztery razy w tygodniu. Domowe obowiązki to w wielu domach wieczne przepychanki i podchody. Jak przekonać dziecko, żeby o nich nie zapominało? Prosić? Kazać? Tłumaczyć?

Małgorzata Rymaszewska: – Jak w każdej dobrej relacji – pewnie uprzejmie prosić. Małym dzieciom warto pomóc, tłumacząc, że ich praca i pomoc są ważne oraz potrzebne. W przypadku starszych, jeśli prośba okaże się niewystarczająca, można zastanowić się, jakie prace z tych, które wykonujemy na rzecz dziecka, może od nas przejąć. I po prostu przestać je wykonywać. Wtedy na pewno zauważy, że ubrania nie prasują się same. Jeśli nie chce ich prasować, może w zamian posprzątać kuchnię, gdy je o to poprosimy. A może nie. Ale wtedy rodzicowi odpada jeden z obowiązków – prasowanie. A dziecku nie dzieje się krzywda, tylko chodzi w pogniecionych spodniach. Rodzina to mały świat, w którym jest wiele okazji, by w atmosferze bezpieczeństwa i miłości pokazać dziecku, jak jest w tym dużym świecie.

Czy obowiązki dziecka wpisują się w jego relację z rodzicem?

Dzielenie się pracą wpisuje się we wszystkie relacje społeczne, więc także w tę, którą mamy z dzieckiem. Zwykle jeśli nie wykonuje ono żadnych prac domowych, to źródłem problemu jest podejście rodziców – zbyt odpuszczające lub zbyt wymagające – a nie dziecka. Po wykonanym zadaniu najczęściej czujemy satysfakcję i jeśli nie dajemy dziecku szansy uczestniczenia w pracach na rzecz rodziny, zabieramy mu tę satysfakcję. Zabieramy poczucie bycia potrzebnym i ważnym członkiem naszej małej rodzinnej społeczności. Czasem dlatego, że mu się nie chce, a nam nie chce się toczyć boju o coś, co możemy zrobić w pięć minut. Tylko jeśli tych pięciominutowych zadań jest dużo, rośnie w nas frustracja i złość na dziecko.

A przecież nikt nie chce się złościć na własną pociechę.

Dlatego jednak warto dać dziecku szansę zrobienia czegoś, do czego niekoniecznie się pali, ale za co później możemy mu podziękować. Tak jak ono powinno dziękować nam za pomoc w nauce czy podanie obiadu, żeby wiedziało, że prace w domu nie wykonują się same.

Czy będzie je chętniej wykonywało, gdy relacja z rodzicem będzie dobra?

Na pewno tak, bo łatwiej spełnia się prośby osób, które kochamy lub chociaż lubimy. Ale czy musi być zachwycone koniecznością złożenia prania? Tego bym nie oczekiwała.

Relacja rodzic i dziecko to relacja wyjątkowa i dla każdego rodzica inna. Czasem dorośli zastanawiają się, czy ma być bardziej przyjacielska, czy autorytarna, czy może autorytatywna. Bardzo często nie chcą powtarzać relacji, jakie mieli ze swoimi rodzicami. Kiedy indziej chcą odtworzyć te ze swojego dzieciństwa, ale mają inne dzieci i całkiem inaczej to wychodzi. Odnalezienie się w tym bywa trudne.

To który kierunek obrać?

Badania naukowe mówią o różnego rodzaju relacjach między dzieckiem a rodzicem. Może być kumplowska, czyli pozwalanie dziecku na wszystko, oraz autorytarna, w której daje się przekaz: rób, jak ci każę.

Jest też relacja, w której rodzic pozwala dziecku na popełnianie błędów, jednocześnie pilnując, żeby obszar, w którym się to dzieje, był bezpieczny. „Możesz dostać jedynkę w szkole. Zdarza się. Nie zagraża to twojemu życiu i zdrowia ani twojej przyszłości”. Ale jeżeli zachodzi jakiekolwiek zagrożenie dziecka lub osób wokół niego, rodzic mówi zdecydowane „nie”.

Dorosłego można porównać wtedy do latarni morskiej, która pokazuje, gdzie jest bezpiecznie, a gdzie nie.

Przypuszczam, że ta ostatnia relacja jest dla dziecka najlepsza.

Badania jasno wskazują, że tak. Dzieci dobrze się wtedy uczą, mają lepsze relacje z rodzicami i z rówieśnikami, jest im generalnie lepiej w życiu. Ale taka relacja to praca na żywym organizmie. Trzeba ją budować i o nią dbać. Najłatwiej jest, gdy dorośli mają dobry wzorzec, czyli takie relacje z domu rodzinnego. Jednak często uczą się tego dopiero na własnych dzieciach. Trochę chcą być kumplem, trochę strażnikiem. Nie wiedzą, gdzie postawić granice. A dzieci wtedy czują się zagubione.

Uważam, że kumpli, przyjaciół i kolegów dzieciaki będą zawsze miały mnóstwo, a rodziców ma się jednych. Jeśli nie mają kolegów, trzeba koniecznie sprawdzić, co takiego się dzieje. Ale to nie znaczy, że rodzic ma się stać zastępczym przyjacielem.

Oczywiście dzieciom takie podejście nie musi się podobać. Mówią: „Chciałbym/chciałabym, żebyś była bardziej wyluzowana”. Ale w trudnych sytuacjach nie można się oprzeć na rodzicu kumplu. Dzieci przychodzą do dorosłych często właśnie po to, żeby usłyszeć od nich: „Nie, to nie jest dobry pomysł”.

Nie będzie miało problemu ze zrozumiem matczynego czy ojcowskiego „nie”?

Jeśli wcześniejsze doświadczenia nauczyły je, że „nie” rodzica nie jest podyktowane jego widzimisię czy udowadnianiem, kto jest silniejszy, tylko troską – zrozumie i zaakceptuje ten sprzeciw. Będzie wiedziało, że „nie” jest po to, aby je chronić.

I posłucha rodzica?

No, nie zawsze. Może z ciekawości chcieć sprawdzić, co się stanie, jeśli zrobi inaczej, niż tłumaczył rodzic. Są przecież dzieci, które mają dużą potrzebę przekraczania granic. Ale dziecko nie zawsze musi słuchać rodzica, za to zawsze powinno czuć, że cokolwiek się wydarzy, usłyszy od niego: „Jestem z tobą. Nie jesteś w tym sam”.

Czyli nie bać się mówić „nie”?

W rodzicielstwie, podobnie jak w życiu, ważne jest, aby nie robić nic wbrew sobie. Jeżeli czuję, że nie mogę się zgodzić na coś, o co prosi mnie moje dziecko, otwarcie o tym mówię. Oczywiście jemu może się to nie podobać, będzie tupać nogami, obrażać się. Ale jeśli mam pewność, że się na to nie zgadzam, bo to zagraża jego bezpieczeństwu lub jest po prostu dla niego nieodpowiednie – mówię „nie”.

W jaki sposób można to dziecku wytłumaczyć?

Na przykład mówiąc: „Wiem, że tobie się wydaje, że to jest fajne, ważne i potrzebne, ale nie zgadzam się na to. Nie mogę zrobić czegoś, co według mnie jest dla ciebie niedobre”.

Widząc niezadowolenie dziecka, można się poczuć niefajnie. Albo – co gorsza – niefajnym rodzicem.

Można, ale to trwa chwilę, a ważniejsze są cele długoterminowe. Przecież zależy nam na relacji opartej na miłości, szczerości i bezpieczeństwie. Dajemy przekaz: „Robię to, bo cię kocham”. Dziecko przyjmie to i nie będzie uważało, że ma niefajnego rodzica.

Wspomniała pani, że relacje tworzą się trochę na wyczucie. Nie jesteśmy idealni i często staramy się dzieciom pewne rzeczy wynagrodzić. Jak one się z tym czują?

Bardzo szybko przyjmują to jako podstawę relacji z drugim człowiekiem i widzą się jako stronę poszkodowaną, której należy się rekompensata. „Nie ma cię często w domu, to mi coś kup. Przecież zawsze tak robisz”. A rodzic, jeśli go stać, kupi, bo nic innego nie może lub nie umie dziecku dać. Ale to nie jest coś, co karmi poczucie dziecka, że jest wartościową osobą. Przeciwnie.

Czasem zdarza się, że chcemy dać dziecku coś, czego sami nie mieliśmy w dzieciństwie. Mogą to być dobra materialne, ale i czas czy atencja. Mamy dobre intencje, obdarowujemy, ale nasze dziecko może słyszeć przekaz: „Nie widzę cię, dzieciaku”.

Bo przecież może potrzebować czegoś innego. Rodzic myśli: „W dzieciństwie ciągle brakowało mi obecności rodziców, więc ze swoim synem będę spędzać każdą wolną chwilę”. Ale czy on tego potrzebuje? Może lubi sobie pobyć sam albo jest towarzyski i woli przebywać z przyjaciółmi.

Jak więc dostrzec to, czego nasze dziecko naprawdę potrzebuje?

Ważnym pojęciem jest tutaj dostępność. Kiedy dziecko do mnie przychodzi, jestem i go słucham. Nie chodzi o wypytywanie czy kontrolowanie, ale o bycie dla dziecka wspomnianą wcześniej latarnią morską. Słuchamy i wspieramy, ale na tyle, na ile jest to potrzebne. Gdy nastolatek dzwoni do mamy 15 razy dziennie i nie pozwala jej normalnie pracować, trzeba w końcu powiedzieć: „Kochanie, wiem, że w tej sprawie sam świetnie sobie poradzisz. Robiłeś to już wcześniej, jestem pewna, że dasz sobie radę. I mnie w ogóle do tego nie potrzebujesz”.

Latarnia morska daje światło i bezpieczeństwo, ale niekoniecznie trzeba tam mieszkać.

Co sprawia, że relacja z rodzicem daje dziecku poczucie bezpieczeństwa?

Rodzaj więzi, która się między nimi tworzy od początku. Zachowania przywiązaniowe uruchamiają się przede wszystkim wtedy, gdy dziecko czuje, że może jest w niebezpieczeństwie. Na przykład trzylatek chce wejść na nową zjeżdżalnię na placu zabaw. Przygląda się jej, a potem patrzy na reakcję rodzica. Pod warunkiem że ten jest dostępny i nie wpatruje się właśnie w telefon.

Rodzic reaguje – podchodzi i mówi: „Kochanie, to nie jest bezpieczne”, i prowadzi dziecko gdzie indziej. A jeśli uzna, że ono jednak da radę, pokiwa głową i dzieciak wejdzie na zjeżdżalnię. Maluch patrzy na rodzica jak na kogoś, komu można zaufać, i więź między nimi jest bezpieczna. Jeśli zaś nie zwraca uwagi na dziecko, ono robi, co chce, a potem już nawet nie patrzy na rodzica.

Gdy nie ma dostępności i więzi, dziecko popełnia bardzo dużo błędów. Mogą one mieć wpływ na to, jak jest postrzegane przez innych. Takie dzieci nie są pewne swoich decyzji. Zdarza się, że uciekają w używki, żeby zagłuszyć swoje strachy i lęki.

Zdarza się, że tata czy mama są nadopiekuńczy. Wtedy wszystko jest zabronione.

To, co budzi lęk w dorosłym, dotyka też jego dziecko. Może i miałoby ochotę zaszaleć i zrobić coś nowego, ale ma w sobie lęk. A przecież dzieci mają naturalny „pęd na bramkę”. Są odkrywcami, lubią wyzwania i przekraczanie granic.

Jak jeszcze można dać wyraz swojej dostępności?

Dostępność oznacza: jestem i widzę. Kiedy na przykład córka wraca ze szkoły w kiepskim humorze, mama pyta: „Co tam słychać?”. A ona wyraźnie skwaszona odpowiada: „Jest OK”. A może lepiej zapytać: „Coś się chyba stało? Jesteś smutna, zdenerwowana”. Oczywiście, wtedy też może powiedzie: „Nic się nie stało”, ale na pewno czuje, że ona i jej emocje zostały zauważone. I może wystarczyć, by przyszła porozmawiać, gdy będzie gotowa.

Inaczej rozmawiamy z trzylatkiem, a inaczej z 13-latkiem. Jak zmienia się relacja rodzica z dzieckiem wraz z wiekiem?

Czym innym jest bezpieczeństwo trzylatka, a czym innym 13-latka. Gdy nasz maluch ma przysłowiowy „motorek w pupie”, trzymamy go często za rączkę. Dajemy przekaz: „Teraz jesteśmy przy ulicy, jest niebezpiecznie i muszę cię pilnować. Jak tylko dojdziemy do parku, będziesz mógł swobodnie biegać. Nie musisz o tym myśleć, bo jestem obok ciebie”.

Podobnie, gdy dziecko jest starsze, pozwalamy mu na różne rzeczy, ale obserwujemy, co się dzieje. Podejmujemy decyzję, ile swobody możemy dać, a ile jeszcze powinniśmy dziecko pilnować. Nie zakładajmy z góry, że nie stanie na wysokości zadania.

Tylko że starszym dzieciom ta opieka może się nie spodobać. Będą się buntować.

Oczywiście, że tak będzie, ponieważ jest to wpisane w naturę nastolatków. Czasem rodzice myślą, że wtedy trzeba im bardziej „przykręcić śrubę”. A przecież im dziecko jest starsze, tym powinno dostawać więcej swobody. Zakazy i pilnowanie sprawdzają się u małych dzieci.

Gdy dorastają, budzi się w nich potrzeba niezależności. Gdy tylko poczują, że je ograniczamy, będą się buntować. I nie robią tego dlatego, że są wyjątkowo wredne i chcą nam dokuczyć, tylko mają to wpisane w geny – one szukają swojej własnej drogi.

Mam wrażenie, że rodzice czasem nie nadążają za swoimi dziećmi. Nie zauważają zmian i innych potrzeb dziecka, a to budzi frustrację obu stron.

Jednym z sygnałów, które powinniśmy dostrzec, jest właśnie buntowanie się. Jeśli dziecko robi rzeczy, na które się nie godzimy, to znaczy, że nie nadążamy. Około dziesiątego roku życia dzieci zaczynają bardziej trzeźwo i świadomie patrzeć na rodziców. Już nie są w ich oczach najwspanialsi i nieomylni. Zauważają, że dorosłym zdarza się kłamać albo nie dotrzymywać słowa. Dla dzieci jest to nowa rzeczywistość i muszą się w niej jakoś odnaleźć.

Także my, dorośli, musimy się w niej odnaleźć. Dawać luz czy jeszcze bardziej pilnować?

Tu znowu najlepszym rozwiązaniem będzie nasza dostępność i wyczucie. Dajemy ramy, które są bezpieczne dla dziecka, i obserwujemy, jak się w tym odnajdzie. Na przykład syn oświadcza, że nie będzie się już uczył. Ja, rodzic, nie mogę go zmusić do nauki, ale mogę wyznaczyć czas między godziną 16 a 18, kiedy powinien odrabiać lekcje. Potem może robić rzeczy, które lubi, ale przez dwie godziny powinien skupić się na nauce. Nie wiem, czy wtedy rzeczywiście będzie się uczył, ale daję mu ramy, które powinny pomóc.

A jak jest z wolnością? Ile jej dawać dziecku, oczywiście odpowiednio do wieku?

Ja zawsze myślę, że dużo. Gdy dziecko jest małe, w domu chowamy przed nim wszystkie niebezpieczne przedmioty, żeby nie zrobiło sobie krzywdy. Nie zabraniamy biegania czy poznawania nowych miejsc, tylko dajemy wolność. Bezpieczną wolność.

Potem, gdy dziecko jest starsze i chce wyjść do znajomych, powinniśmy robić podobnie. Pytamy, do kogo idzie, na jak długo – przygotowujemy przestrzeń do tego, aby poczuło się bezpieczne. A nie zabraniamy wyjścia.

Oczywiście, im dziecko starsze, tym więcej może się wydarzyć. Nie przed wszystkim jesteśmy w stanie je ochronić. Ale częścią dorastania jest doświadczanie różnych rzeczy, także tych przykrych. Pamiętam, jak moja nastoletnia córka miała wyjechać pierwszy raz na koncert do innego miasta. „Mamo, wszystko będzie OK, przecież nie jestem już dzieckiem” – przekonywała mnie. I co się stało? Ukradli jej telefon i zgubiła klucze do mieszkania, w którym miała się zatrzymać. Czy moje wywody uchroniłyby ją przed tym? Nie. Musiała tego doświadczyć i poradzić sobie. Trudno, czasem musimy założyć, że coś złego się wydarzy. Przecież dorosłym też przytrafiają się różne niefajne rzeczy.

Warto być wtedy przy dziecku i powstrzymać się przed „A nie mówiłam?”. Zamiast tego przyznać, że coś przykrego się wydarzyło, ale nie jesteś w tym sama/sam.

Zgodzi się pani ze stwierdzeniem, że to my, rodzice, jesteśmy w stu procentach odpowiedzialni za relacje z dzieckiem?

Nie do końca tak jest. Zdarzają się dzieci, z którymi trudno nawiązać relację i są dla swoich rodziców dużym wyzwaniem. Dzieje się tak, kiedy na przykład znacznie różnią się temperamentem od swoich rodziców. Czasem jeden rodzic rozumie dziecko, a drugi ma z tym ogromny problem. Widać to doskonale w rodzinach, w których jest kilkoro dzieci i każde jest inne. Z jednym rodzic dogaduje się bez problemu i mają silną więź, z innym przychodzi mu to z wielkim trudem.

Miejmy na uwadze to, że niektórym rodzicom jest trudno w relacji z własnym dzieckiem. Nie nazwałabym tego winą dziecka, ale trudnością w dopasowaniu temperamentów i charakterów.

Energiczny tata może nie rozumieć, dlaczego jego córka przez 20 minut je śniadanie, skoro on potrafi to zrobić w trzy minuty. Jej zachowanie może odbierać jako złośliwość wobec niego. A ona po prostu tyle czasu potrzebuje na zjedzenie tego tosta. Może zamiast się złościć, lepiej wstać wcześniej i dać jej w spokoju zjeść.

Z pani doświadczenia – jakie najczęściej błędy popełniamy w relacjach z dziećmi?

Zdarza się, że nie potrafimy sobie poradzić z własnym lękiem w relacjach z dzieckiem. Maleństwo pojawia się na świecie i czujemy się za nie totalnie odpowiedzialni. Za to, jakim będzie człowiekiem, jakie będzie miało doświadczenia. I wydaje nam się, że jeśli ograniczymy mu wolność, to może będzie dla niego najlepiej. Ustrzeżemy je przed niepowodzeniami i porażkami aż do osiemnastki.

Sama przeżyłam coś podobnego. Kiedy moje dzieci chciały zacząć same wychodzić z domu, miałam ogromny problem, żeby się na to zgodzić. Po prostu bardzo się o nie bałam. Zaangażowałam więc męża, który takich lęków nie miał. Powiedziałam: „Jeśli tata pozwoli, możesz iść. Mnie nie pytaj, bo moja odpowiedź zawsze będzie brzmiała nie, ponieważ mam problem ze swoim lękiem o ciebie. Ufam mu i wiem, że nie narazi cię na niebezpieczeństwo”.

To zadziałało u mnie, ale każdy może znaleźć sposób, który sprawdzi się w jego rodzinie. Jeśli mamy jakiś problem, sami musimy sobie z nim poradzić. Nie obarczajmy tym dziecka.

***

O tym, jak rozmawiać z dziećmi, by w atmosferze życzliwości poruszyć temat wolności i jej ograniczeń oraz jak ustalać wspólne zasady, można przeczytać w tekście "Wolność bezpieczna dla dzieci? Jak dbać o atmosferę wolności w domu?" na stronie kulczykfoundation.org.pl

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Akcja społeczna Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów” i Fundacji „Gazety Wyborczej”.

Z uwagą i czułością przyglądamy się rodzinnym relacjom, które w tym trudnym czasie są szczególnie ważne, a ich uporządkowanie - niezbędne do tego, by z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat.

kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.