Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newsletter ‚Wysokich Obcasów”

Krystyna Romanowska: Czy równouprawnienie w parze jest konieczne do tego, żeby seks był dobry i satysfakcjonujący?

Agata Stola: Patrzę na to nie tylko z perspektywy psychoterapeutki, ale także politolożki – to dużo bardziej złożony problem niż postawienie obok siebie dwóch haseł: równouprawnienie i dobry seks. Mimo że od uchwalenia deklaracji praw seksualnych człowieka, która mówi, że w seksie i do seksu mamy mieć równe prawa, minęło już 21 lat, to wciąż mamy kontrowersje. Na szczęście bardziej polityczno-społeczne niż ludzkie, związkowe.

Odpowiem: równouprawnienie nie jest konieczne. Brak równouprawnienia nie wyklucza dobrego seksu, ale równouprawnienie daje możliwość jeszcze lepszego seksu. Jeżeli mówimy o byciu razem ludzi w związku, to najbardziej satysfakcjonujące pożycie będą miały te pary, które w sferze seksu mają równe prawa i obowiązki. Taki model budzi jednak lęk, jest mylnie utożsamiany z „utratą męskości”. Socjolog Michael Kimmel w książce „Angry white men” opisuje, jakie korzyści osiąga mężczyzna z równouprawnienia. Pokazał, jak równouprawnienie zbliża mężczyznę do jego emocji, jak pozwala mu na bycie kochającym i ciepłym ojcem, zadowolonym z siebie pracownikiem, spełnionym człowiekiem, jak daje mu osiągnąć w seksie poziom satysfakcji i spełnienia, które w żadnej innej sytuacji nie jest do osiągnięcia.

Co daje mężczyznom równouprawnienie w seksie?

Daje im przyzwolenie na to, że nie muszą za wszelką cenę odgrywać roli niezłomnego, dominującego, dążącego do wiecznej satysfakcji swojej partnerki, mężczyzny. Wielu mężczyzn bardzo chce, ale boi się zdjąć z siebie ten ciężar. I nie chodzi o to, że on już nigdy nie będzie dominować w łóżku i że kobiety sobie teraz pomyślą: „Nie wiem, czy chcę równouprawnienia, bo stracę seks, który lubiłam”. Chodzi o to, żeby ludzie potrafili powiedzieć, na jaki seks mają ochotę w danym momencie, żeby potrafili podchodzić do siebie empatycznie i nie czuć smutku czy zawodu, jeśli jedna strona mówi, że nie jest w nastroju, albo szczerze przyznaje, że dziś nie miała orgazmu.

Ale co to znaczy równy seks?

Jest para, której wizja seksu zakłada, że jedna strona dominuje, a druga – ulega. To jest ich wybór, preferencja, taki seks ich fascynuje. Czy to seks równy? Nie. Czy równoprawny? Jak najbardziej, bo równouprawnienie to prawo do takiego seksu, który jest dla pary satysfakcjonujący. Wobec tego przywilejem par, które się decydują na równouprawnienie, jest m.in. nierówność w seksie. Dlatego że jest ich własną decyzją, ich własnym skryptem seksualnym. Patrząc na to z perspektywy komunikatów interpersonalnych, zarówno w związku, jak i w seksie chodzi o to samo: komunikację i wypracowanie wspólnego scenariusza, który jest własną, jedyną w swoim rodzaju seksualną historią pary. Zgoda na nierówność w seksie jest właśnie równouprawnieniem.

Chyba nie jest jednak tak, że liberalni i przekonani o konieczności równouprawnienia mają dobry seks tak od ręki.

Nie, nie. Także się muszą nad tym napracować. Pierwsze, co trzeba zrobić, to zidentyfikować nierówności poza sypialnią.

Nie ma tych nierówności. Przecież są równouprawnieni.

Oczywiście, że nierówności są. Nawet wśród par, które są pewne, że realizują model równouprawnienia w związku. Identyfikacja nierówności polega na wskazaniu, jak dzielimy się w parze obowiązkami. Czyli – mówiąc wprost – ile czasu kto spędza na rzeczach, których partner/partnerka w ogóle nie widzi. Ta niewidzialność różnych, niestety częściej kobiecych zajęć jest często spotykana nawet w związkach, gdzie mężczyzna uważa się za feministę. Przykład: mężczyzna, ojciec dwójki małych dziećmi nie radzi sobie z narastającymi problemami w różnych obszarach życia, przede wszystkim jest zmęczony, niewyspany i spragniony bliskości swojej partnerki. Swój związek widzi jako partnerski, jest szczerze zaangażowany w opiekę nad dziećmi i zajęcia domowe. Realizuje najbardziej chcianą i nowoczesną formę mężczyzny – partnera, a i tak czuje się niedoceniony i odepchnięty. Jak się później okazuje, nie dostrzegał wielu obszarów pracy, ale też ciężarów i trosk swojej partnerki. Podczas naszych spotkań mężczyzna nagle zaczyna urealniać to, co się wokół niego dzieje, zaczyna widzieć sygnały, które dostawał od żony już od jakiegoś czasu. Okazuje się, że jego partnerka dzięki podzielności uwagi koordynuje sieć skomplikowanych procesów ich codziennego życia, czego on nie dostrzegał. Od prozaicznych kanapek dla każdego członka rodziny (z uwzględnieniem preferencji i alergii) przez przegląd samochodu (z uwzględnieniem cen wszystkich stacji w okolicy ich domu) po imieninową kartkę dla cioci i rozpisane w Excelu pomysły na najbliższe wakacje. Nadmienię tylko, że partnerka bynajmniej nie zrezygnowała z pracy zawodowej. Po prostu „naturalnie” bierze na siebie odpowiedzialność za dom.

W procesie „przywracania widzialności” nie chodzi o to, że para ma nagle zburzyć porządek, w którym nieźle funkcjonują. Kobieta często potrzebuje po prostu być zauważona, upodmiotowiona.

Chce czuć, że jej partner widzi to, co robi, że dostrzega jej wkład w związek. Choć najlepiej, jeśli zmiana idzie dalej niż komplementy i partner sam zaczyna szukać dróg wyrównania praw i obowiązków w związku.

Niezauważana nie będzie uprawiać spontanicznego i zmysłowego seksu.

U kobiet większość emocji, które odpychają je od kontaktu seksualnego, tkwi w głowie. Zauważenie i upodmiotowienie pomaga im czuć się sexy. Poza tym dla kobiety bardzo istotne jest bycie obiektem seksualnym nie tylko wtedy, kiedy oboje idą do sypialni. U mężczyzn podział ról i przestrzeni życiowych jest wyrazistszy: kiedy jestem z dziećmi, to jestem ojcem, kiedy w kuchni, to kucharzem, a jak w sypialni, to kochankiem. Kobiety, żeby zbudować swoją ochotę na seks, potrzebują bodźców, budowania seksualnego napięcia – muszą czuć się seksowne poza sypialnią, żeby odczuwać satysfakcję w sytuacjach erotycznych.

Czy w parach o bardziej tradycyjnym podziale obowiązków: on pracuje, ona zajmuje się dziećmi, jest szansa na dobry seks?

Oczywiście, ale w przypadku bardziej tradycyjnych układów też warto postawić na komunikację, a nie tylko na seksu mierzony orgazmami. Gdy spojrzymy na seks tylko przez pryzmat reaktywności, to owszem – można uznać ten seks za satysfakcjonujący. Partnerzy mogą nawet nie odczuwać, że czegoś (czułości, bliskości, porozumienia) w seksie brak. To bardzo indywidualna sprawa. Jednak żadne impulsy seksualne zachodzące między dwojgiem ludzi nie doprowadzą do takiej satysfakcji seksualnej, jaką może przynieść otwarta i szczera rozmowa o seksie. Jeżeli ludzie zaczynają rozmawiać o seksie, to niezależnie od tego, czy są konserwatywni, liberalni czy lewicowi, ich seks staje się lepszy. Zawsze może być lepszy.

Zwykło się też coraz częściej mówić, że tam, gdzie jest znakomita synergia w parach, gdzie oboje partnerzy są do siebie podobni, pożądanie znika. Czy równość na wszystkich poziomach nie powoduje spadku libido?

Często się mówi, że te pary są jak drzewa, które się ze sobą splatają. Moja odpowiedź na to jest brzmi: związek jest ciężką pracą, trzeba być czujnym, jak się do siebie za bardzo zbliżamy, to trzeba zainwestować np. w swój rozwój indywidualnym, wrócić do pasji czy hobby sprzed lat czy po prostu dać sobie nawet trochę na siłę więcej przestrzeni w życiu codziennym.

Oczywiście, jeżeli z kimś żyjemy i mamy z nim pewnego rodzaju symbiozę, dobrze się dopasowaliśmy, mamy podobne zainteresowania, czytamy podobne książki, to siłą rzeczy pojawia się pewne znużenie.

Jeżeli jednak ludzie są ze sobą blisko, mają ogromny potencjał, aby w związku i w seksie eksperymentować z różnymi rzeczami, wcielać się w różne role i w scenariusze – tak, żeby seks i życie były dla nich cały czas satysfakcjonujące. Problem jest taki, że nie zawsze wpadają na pomysł, żeby to zrobić. A seks to obszar, w którym nie można stanąć w miejscu, trzeba wprowadzić reformy, a czasem rewolucje.

Sprawa jest trudniejsza, gdy osoby wcale nie są do siebie podobne, ale tworzą przed sobą na początku związku kreację i tak siebie prezentują, żeby pokazać „jak bardzo do siebie pasujemy”. Tak częściej robią kobiety – kreują swój idealny wizerunek. Mężczyźni są mniej skorzy do tego. Potem, w toku życia związku, prawda zaczyna wychodzić na jaw. Bywa, że kobiety słabsze w związkach, w których równouprawnienia jest mniej, całkowicie podporządkowują się mężczyźnie. Patriarchat jest w tych relacjach tak silny, że one same wierzą, że lubią wszystko to, co wybiera partner. Prędzej czy później jednak coś w takich związkach pęka. Pojawia się frustracja. I to, że bliskość była złudzeniem, nie pomaga przy terapeutycznej pracy nad związkiem.

Nie rozmawiamy w związkach o seksie po prostu dlatego, że nikt z nami o nim nie rozmawia.

Ludzie mają pewną wizję seksu opartą na indywidualnym researchu: trochę z porno, trochę z harlequina, trochę z tego, co obserwowali w domu, trochę z podwórka. Jest to pewien twór wyobrażeniowy nie bardzo realnie pasujący do tego, czym jest seksualność człowieka, jaka jest rola seksu i co może im dać dobry seks. Decydując się na kontakt seksualny mamy pewne wyobrażenie. Ludzie idą ze sobą do łóżka. Raz, drugi, trzeci. Są w związku. Czy rozmawiają o seksie? Szczerze mówiąc, większość rozmów o seksie kończy się na dialogu typu: „doszłaś?”, „doszłam”, „dobrze ci było?”, „tak, dobrze”. Jesteśmy zadowoleni. Najczęściej ta „kluczowa rozmowa” odbywa się 5 minut po tym, jak miał miejsce kontakt seksualny. A to nie jest miejsce na to, żeby porozmawiać o tym, czego się chce w seksie. Trzeba zainicjować taką rozmowę, podobnie jak się inicjuje sam kontakt seksualny.

Na sesjach terapeutycznych wychodzi, że najtrudniej jest mówić ludziom o seksie w cztery oczy, w towarzystwie osoby trzeciej, specjalisty, potrafią się otwierać i mówić o swoich potrzebach. Pamiętam spotkanie skądinąd kochającej się pary – kobieta powiedziała swojemu partnerowi: „od lat nie mam z tobą orgazmu”. A on na to: „ale dlaczego, kiedy pytałem, czy masz mówiłaś, że tak?”.

Co „nie” znaczyłoby dla ich seksu?

Nowy początek albo całkowity koniec. Wszystko zależy, jak do tego podejdą jako zespół. Są małżeństwem z 25-letnim stażem, więc mimo że mają ogromne braki w komunikacji, jest potencjał, żeby ostro wziąć się do pracy. Okazuje się, że ona go okłamywała, bo nie chciała mu robić przykrości. Tłumaczy, że robiła to z miłości. Gdyby na początku przegadali ten problem – na pewno wypracowaliby sposób na bardziej satysfakcjonujący seks lub po prostu wybraliby się do seksuologa. Ta historia daje jednak nadzieje, bo okazało się, że zasoby równouprawnienia w tym związku były spore, choć tak późno odkryte.

Mój ukochany film optymistycznie opowiadający o seksualności i propagujący komunikację w seksie to węgierski „Strumień miłości”, w którym babuszki w chustkach na głowie rozprawiają o... seksie oralnym przy obieraniu ziemniaków.

Raczej nie pochodzą one z małżeństw, w których obowiązuje równouprawnienie....

Na pewno nie. Ale być może konserwatywni mężowie dokładali wszelkich starań, żeby nie znalazły sobie kochanków. W swoich prostych rozmowach te kobiety pokazują, jak ważnym i niezbędnym elementem życia jest dla nas seks. Dlatego nie powinniśmy odbierać sobie prawa do tego, żeby był on dobry i satysfakcjonujący. Wtedy przynosi największe szczęście.

Chcę myśleć o tym, że te starsze panie miały satysfakcjonujący seks w ciągu całego życia.

Są różne etapy w seksie. Dlatego dobrze jest być w parze, w której jesteśmy w stanie zasygnalizować drugiej osobie: „teraz przyszedł moment, że potrzebuję bardziej czułego seksu” albo „dzisiaj mam ochotę, żebyś mnie związał”.

I tu jest dobry moment, żeby zapytać o granice własne i granice swojego partnera w seksie. Czy znasz je? Wiele osób mi odpowiada: „tak, tak, wiem, jaka jest jego/jej granica. Wiem, bo przecież czuję w łóżku”. Ale czy możesz zagwarantować, że wiesz co on/ona czuje w łóżku?

Czyli jak powinna wyglądać taka rozmowa? O seksie i o granicach w seksie.

Jakbym się miała skupić na technicznych aspektach, to najważniejsze jest zrzucenie niepotrzebnej presji i wstydu z drugiej osoby. Ona może być nieprzygotowana na taki dialog. Trzeba więc wybadać grunt. Zachęcającym do rozmowy tematem są fantazje. Są bezpieczne. Na początku dobrze jest porozmawiać, czy w ogóle one są, jeśli nie, to jakie mogłyby być, bez konkretów. Fantazje pomagają w refleksji nad naszymi preferencjami i granicami („na to nigdy bym się nie zdecydował/a”) i są bezpiecznym obszarem do rozmowy na temat tego, co byś chciał/a i w jaki sposób. Ale nie jest to jeszcze konceptualizacja tego, co chcemy wpuścić do naszej sypialni.

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Tekst powstał w ramach akcji społecznej Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów” i Fundacji „Gazety Wyborczej”.

Z uwagą i czułością przyglądamy się rodzinnym relacjom, które w tym trudnym czasie są szczególnie ważne, a ich uporządkowanie - niezbędne do tego, by z nową energią tworzyć świat po pandemii. Rozmawiamy o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat.

kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.