Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Ewa Kaleta: Niedawno rozmawiałam z profesor ginekologii, która mi powiedziała, że coraz rzadziej spotyka w gabinecie kobiety zadowolone z ciąży. Czy ten lęk jest nowy? Większy niż kiedyś?

Sabina Grzymowicz: Z jednej strony kobiety mają teraz więcej odwagi, by pokazać, co przeżywają, także strach. Z drugiej – wiele z nas się boi, czy zajdzie w ciążę, a jak już się uda, to czy dziecko będzie zdrowe. Ten lęk to wynik wiedzy: już przed zajściem w ciążę zaczynamy brać kwas foliowy, mamy USG, badania genetyczne. Ale to jest zewnętrzna warstwa, racjonalna.

A co jest pod nią?

Kontrola. Na co dzień czerpiemy poczucie bezpieczeństwa z przewidywalności, kontroli i wpływu. Kiedy pojawia się ciąża, uświadamiamy sobie, że coś rośnie w naszym brzuchu, coś nie do skontrolowania.

Zmienia się nasze ciało i nic nie możemy zrobić choćby z tymi dodatkowymi, znienawidzonymi w dzisiejszych czasach kilogramami. Tracimy nad nim kontrolę.

Bliscy chcą nam pomóc i mówią: „Tyle kobiet rodziło przed tobą”. Albo: „Przecież to jest zupełnie naturalna sytuacja”.

W ciąży jesteśmy same. Nawet jeśli mamy bardzo zaangażowanego partnera, który nas słucha i jest uważny, to mimo wszystko doświadczamy tego stanu same.

Mamy mówią: „I tak masz lepsze warunki niż ja”. Partnerzy – że przecież siostra, przyjaciółka rodziła, jako dowód na to, że blisko są kobiety, które to przeszły, i wszystko jest dobrze.

Ale prawda jest taka, że wszyscy oni również się boją i nie bardzo wiedzą, jak pomóc. Często mają poczucie bezradności i w ten sposób chcą także siebie uspokoić. Bo poród jest sytuacją graniczną, na styku życia i śmierci, jest niewiadomą i trzeba to dziewięciomiesięczne napięcie rozładowywać.

W ciąży miałam dziwne sny, koszmary, fantazje. Miałam wrażenie, że nie panuję nad swoją wyobraźnią. Bliscy mi mówili: „Nie martw się, to hormony”.

To pani wspomnienia z dzieciństwa, zapamiętane przez panią opowieści babek i matki, ich traumy związane z porodem. Ale też wynik tego, jak mama panią rodziła, jak to przeżywała, jak się panią opiekowała i jak wychowywała. To wszystko w nas zostaje.

Dlaczego to wszystko pojawia się właśnie wtedy, gdy jesteśmy w ciąży? Skąd tyle czarnych myśli, skoro chciałam mieć dziecko? A traktuję je jak jakiegoś pasożyta, który we mnie rośnie?

To wynik lęku. Najczęściej – że będziemy postrzegane jako złe matki. I przenosimy ten strach na to, co jest w nas – przyszłe dziecko. To ono jest zagrożeniem, pasożytem, jak to pani powiedziała.

Kiedy się boimy, możemy też szukać zagrożenia w lekarzach, podejrzewać, że są nieudolni, chcą nas oszukać, nie zajmą się dobrze ani nami, ani dzieckiem, porody w szpitalu są straszne, na pewno czegoś nie dopilnują, przymuszą mnie do czegoś, zostawią bez pomocy. Proszę zobaczyć, co się działo, gdy zakazano porodów rodzinnych w powodu koronawirusa.

Kobiety walczyły o prawo do nich. Powoływały się na wielu specjalistów, WHO i inne instytucje. Udokumentowały to rzeczywiście świetnie.

Bo skupiły się na walce, skanalizowały swoje lęki. I oczywiście to dobrze, kobiety mają prawo walczyć o swoje prawa.

Ale zastanówmy się nad samym mechanizmem. Kiedy walczę, koncentruję się na usunięciu trudności, nie mam refleksji i nie myślę o trudnościach, jest mi trochę lżej z własnymi lękami, bo mogę się skupić na zewnętrznym wrogu. No i często szukam sojuszniczek, przestaję być sama.

Słyszymy w gabinetach psychoterapeutycznych różne opowieści, w których widać takie przeniesione uczucia. Wróg, którego wytwarzamy po to, żeby mniej się bać, może być w mamie czy teściowej. Kobiety boją się, że one przyjadą zaraz po porodzie i będą pouczać, zagarną dziecko albo, wręcz przeciwnie, zostawią je same.

Może to skupić się również na partnerze, koleżankach, na jakichś innych, na złym świecie.

Jak to, co przeżyłam jako bardzo małe dziecko, może wpłynąć na to, jaką jestem matką – dobrą czy złą?

Melanie Klein, jedna z twórczyń psychoanalizy, twierdziła, że w umyśle dziecka są dwie matki: ta dobra, mająca mleko, które spokojnie płynie, pojawiająca się od razu, gdy dziecko zapłacze, i ta, która ma pustą pierś, która wyszła do łazienki i się spóźnia, nie przychodzi od razu, gdy dziecko zaczyna płakać. Pojawia się nawet termin: dobra i zła pierś.

Dziecko nie umie połączyć tego obrazu w jedną matkę, dlatego widzi albo tę całkowicie dobrą, albo tę całkowicie złą.

Ta debata o złych i dobrych matkach toczy się ciągle: w rozmowach z koleżankami, w mediach, w kulturze. Same zresztą jako matki ciągle tak się definiujemy – albo jesteśmy dobre, albo złe.

Tymczasem dziecko w miarę dorastania widzi nas coraz bardziej całościowo, bo łączy fakty. Na przykład obserwuje, że matkę coś fascynuje oprócz niego. Rozmawia przez telefon, dziecko ją ciągnie za rękę, a matka mówi: „Za chwilę do ciebie wrócę”.

Pamięta to pani ze swojego dzieciństwa?

Oczywiście.

Dziecko wtedy przeżywa frustrację, czuje się porzucone, rozdzielone. Zaczyna fantazjować o powrocie do wczesnego dzieciństwa, do łona matki.

Psychoterapeutka Melanie Klein twierdziła, że wiele dziecięcych zabaw to pokazuje. Dziewczynki zaczynają się wtedy interesować, skąd się wzięły. Gdy się dowiadują, że matki nosiły je w brzuchu, wyobrażają sobie, że same mają w brzuchu dziecko.

Wtedy właśnie dziewczynki zaczynają utożsamiać się z matką. Jeśli na tym etapie córka dostaje dużo pozytywnego przekazu, jest akceptowana, to jako dorosła kobieta częściej przyznaje: „Chcę być matką”.

Choć nasza chęć zostania matką może też wynikać z tego, że w nastoletnim życiu rywalizowałyśmy z matkami albo im zazdrościłyśmy.

Czyli to, jakimi jesteśmy matkami, wynika z tego, co przeżywałyśmy w dzieciństwie.

Oczywiście. W codziennym życiu nie mamy czasu myśleć o tym, jak kształtowało nas dzieciństwo. Dorastamy, urządzamy się w życiu, zdobywamy pracę i wchodzimy w związki. Myślimy o tym, czy partner nas przytuli, a nie o tym, jak przytulała nas mama, gdy byłyśmy małe.

Ciąża to moment zatrzymania. Tama z wczesnymi wspomnieniami się otwiera i bywa, że dosłownie zalewa nas to, co w sobie nosimy. Mogą to być rzeczy dobre albo złe i bolesne. Możemy przed tym uciekać albo to przyjąć.

Co nam daje ciąża? Jak nas, kobiety, zmienia?

Możemy dzięki niej lepiej siebie poznać i zrozumieć. Przeżywamy sprzeczne uczucia. Zmienia się to, jak myślimy o sobie.

Trzeba przejść długą drogę od bycia czyimś dzieckiem do bycia czyimś rodzicem. Jeśli dopuścimy do siebie to, co jest za tamą zalewających nas wspomnień z dzieciństwa, jeśli je przyjmiemy i zaakceptujemy, to pełniej i głębiej zrozumiemy siebie i swoje życie. To może być moment budowania swojej tożsamości, dojrzewania i stawania się.

Większość z nas kształtuje się w odpowiedzi na to, jaka była matka: „Chcę by taka jak ona” albo „Nie chcę być taka jak ona”. Mamy zgodę na swoją kobiecość i podobieństwo do swojej matki lub brak zgody, rozpacz, ból czy złość. Ciąża to ważny moment budowania tożsamości. W pytaniu „jaką jestem matką?” kryje się wiele innych: jaką miałam matkę, jakie w związku z tym miałam życie, w co zostałam wyposażona, czego zabrakło i kim w związku z tym dziś jestem. Bywa, że potrzebujemy w tym procesie pomocy specjalisty.

Zawsze są jednak ludzie, również wiele kobiet, którzy uważają, że ciążę i macierzyństwo trzeba afirmować, zachwycać się nimi. Nie przyjmują do wiadomości, że może być traumą.

Żyjemy w czasach wymagających od nas perfekcjonizmu. Staramy się dobrze wypaść, wyjść na ludzi poukładanych i idealnie przygotowanych na wszystko. Idealizacja macierzyństwa ujawnia pragnienie naprawcze. Może kobiety, które w ten sposób to przedstawiają albo tworzą takie fasady, miały za mało matki? I przeżywają to zastępczo jako brak sukienek i pięknych przedmiotów. Te osoby często mówią: „Zazdrościłam koleżankom, że mamy o nie dbały, ładnie je ubierały”.

Jeśli w siebie nie zajrzymy, to możemy nie wiedzieć, że to tęsknota za mamą jest treścią naszego doświadczenia. I wtedy zakładamy dzieciom kokardy na głowę i robimy przeestetyzowane sesje w wiklinowych koszyczkach. Pojawia się pragnienie, żeby macierzyństwo wyglądało idealnie.

Znam sporo kobiet, które po porodzie odnalazły się w nurtach eko, domowych porodach. Szukają łączności z naturą w klimacie wręcz szamańskim. Czasem dużo w tym idealizmu. Stajemy się częścią natury, odkryłyśmy ją na nowo, jest czystym dobrem.

Ciąża łączy nas z naturą. Są osoby, którym to daje ulgę, czasem nawet zwalnia z odpowiedzialności. Oddajemy się innej matce – matce naturze.

Ale w tym, paradoksalnie, też jest kontrola: nie będę rodzić tak, jak położna mi powie, zrobię to tak, jak ja chcę, zrobię to tak, jak uważam, i nie będę zdana na lekarza.

Bardzo boimy się agresji, a poród to agresywny akt wypchnięcia. Osoby, które nie akceptują własnej agresji, mogą bardzo źle znosić poród. Ale agresja związana z porodem ma dobre konsekwencje. Musimy wypchnąć dziecko z brzucha, to jest konstruktywna agresja.

Dziecko też ma takie agresywne gesty, chce pochłaniać rodzica, przejmować całą pierś matki, zawłaszcza jej życie.

Czasem mam wrażenie, że my jako społeczeństwo urwaliśmy się w połowie sesji terapeutycznej. Przychodzi mi to do głowy, kiedy słyszę: „Po co ci dziecko, nie boisz się, że zafundujesz mu traumę, że będziesz tym znienawidzonym, nierozumiejącym, raniącym rodzicem?”.

Tak, ludzie przeczytali „Toksycznych rodziców” Craiga Bucka i Susan Forward, ale nie chcą poszukać w sobie tego, co widzą w rodzicach. Dorosłość jest wtedy, gdy umiesz przyznać, że twoja matka miała w czymś rację. Kiedy zostajemy rodzicami, budzi się w nas współczucie dla własnych rodziców. Ale oczywiście rozumieć nie zawsze znaczy usprawiedliwiać.

Koleżanki po urodzeniu dziecka często słyszą: „Kiedy wrócisz do świata?”. Kończą się przyjaźnie.

Znów mówimy o tym, co było kiedyś. Jak poukładaliśmy się z naszym dzieciństwem, z naszymi rodzicami?

Widok matki z dzieckiem wywołuje w każdym z nas inne odczucia. Czasem rozczulamy się, bo wspominamy własne macierzyństwo, niekiedy trudne – wtedy identyfikujemy się z matką. Czasem identyfikujemy się z dzieckiem i jego pragnieniami posiadania idealnej, nigdy niezawodzącej matki.

Bywa też tak, że zazdrościmy dziecku, jakby było naszym młodszym rodzeństwem – wtedy jesteśmy skłonni mówić, że dziecko jest rozpieszczone i źle wychowane.

No i może powstać w nas chęć rywalizacji z matką – to może być znajoma, nasza klientka, pacjentka, matka naszego ucznia etc. – wtedy jesteśmy krytyczni, mamy ochotę ratować dziecko i myślimy sobie, że bylibyśmy (bo podobnie mogą czuć mężczyźni) lepszą matką. Oczywiście bazą dla tych uczuć są nasze własne doświadczenia z dzieciństwa oraz to, jak zakorzeniły się w naszej psychice.

Dlatego tak ważne jest, aby osoby zawodowo zaangażowane w pomoc młodym matkom czy młodym rodzicom były świadome swojego bagażu emocjonalnego oraz tego, do której z tych relacji mają skłonność.

W szkoleniach psychoterapeutycznych szczególnie zwracamy na to uwagę, ponieważ zdolność słuchania, wspierania bez oceniania to podstawowe umiejętności niezbędne do skutecznej pomocy rodzicom i ich dzieciom.

Ale tę skłonność do różnych reakcji widać również na ulicach, w parkach, kawiarniach i w rodzinach. Na przykład karmimy w parku, a jakaś pani powie do nas coś w stylu: „Czemu to dziecko tak wisi na tym cycku?”. Albo partner ponagla nas, kiedy jesteśmy w toalecie, a dziecko płacze, albo wręcz odwrotnie – sugeruje, że można reagować na płacz spokojniej i się tym nie stresować. Pamiętajmy, że ludzie, którzy komentują to, jak się zachowujemy, często mówią o sobie.

Ale bolą nas te komentarze. Po każdym moim felietonie na temat macierzyństwa, który dotyczył poczucia wykluczenia, dostawałam wiadomości od kobiet, które opowiadały, jak się czują zranione, osądzane. Wyjście do świata zewnętrznego z dzieckiem jest bolesne.

Im bardziej jestem niepewna, tym trudniej mi znosić te uwagi. I większe ryzyko, że ta pani w parku komentująca nasz sposób karmienia zepsuje nam dzień. A przecież można jej odpowiedzieć: „A wie pani, że lekarze teraz tak zalecają? Tak się teraz karmi niemowlęta. Pani pewnie karmiła swoje dzieci na godziny, co?”.

I może wywiązać się całkiem ciekawa rozmowa. Ale żebyśmy mogły w ten sposób odpowiedzieć, musimy wiedzieć, co robimy, dlaczego tak wybrałyśmy, i mieć zaufanie do własnych kompetencji.

Musimy też umieć wytrzymać własne wątpliwości. Zazwyczaj takie komentarze koleżanek, rodziny czy nawet obcych poruszają nas, bo nie jesteśmy pewne, jesteśmy w procesie. Przerabiamy temat na żywym organizmie. Jesteśmy osłabione, zmęczone, niepewne, zalane wątpliwościami.

Mój kolega dziennikarz zapytał, kiedy wrócę do poważnych tematów i przestanę pisać ciągle o ciąży i dzieciach.

Zabolało to panią?

Trochę.

Bo to jest jeden z największych lęków kobiet – żeby nie wypaść z obiegu. Żeby nie zostać wykluczoną ze społeczeństwa, z czegokolwiek. Czasem dochodzą do tego ambicje. Samym nam trudno przyjąć, że nie chce nam się czytać Tokarczuk, bo teraz analizujemy rozszerzanie diety niemowlaka.

Jesteśmy wykluczone naprawdę czy tylko się tak czujemy?

Z pewnością kobiety zawsze tego doświadczały, będąc na urlopie macierzyńskim. Odsunięte od pracy, codziennego pędu, zatrzymane. W gabinetach często słuchamy o czekaniu na partnera, aż wróci z pracy i opowie, co się wydarzyło w świecie zewnętrznym.

Koleżanki poszły na szkolenia, awansowały, a ja nie mogę. Nie mogę nawet przejść się zwyczajnie ulicą, bo mam wózek albo nosidło. Kobietom trudno zrezygnować z bycia częścią świata, w którym zajmowały ważne miejsce. Czasem da się pogodzić macierzyństwo z tamtym światem, a czasem się nie da.

Kiedy doświadczamy wykluczenia, włącza się w nas żądanie, żeby to świat się do nas dostosował. Nie zawsze się tak da, przez jakiś czas jednak bywamy wykluczone. Bardzo nas to frustruje. Nie tolerujemy straty. Borykamy się z tym na terapiach.

Dlaczego to uczucie tak nas w środku pali? Jesteśmy spełnione jako mamy, ale gdzieś w środku boli nas, że inni się spotykają na mieście. I czasem głupio się do tego przyznać. Bo wychodzi wtedy na to, że chcemy być jednocześnie w dwóch miejscach naraz.

Powinnyśmy zdobyć tę zdolność w dzieciństwie, ale o nią naprawdę trudno. To umiejętność czasowego wykluczania i bycia czasowo wykluczaną. Jeśli na przykład nie możemy znieść tego, że niemowlę leży chwilę samo albo śpi w innym pokoju, i zamartwiamy się, co ono czuje, wydaje nam się, że na pewno jest tam nieszczęśliwe i to nie pozwala nam np. na seks czy inne własne przyjemności, to jest to temat do przepracowania na psychoterapii.

Te myśli mogą też pojawiać się, gdy zachodzimy w drugą ciążę i zamartwiamy się, czy pierwsze dziecko to przetrwa, czy nam wybaczy.

A czasem nie zachodzimy w drugą ciążę, żeby nie ranić tego pierwszego dziecka. Rezygnujemy z marzeń o większej rodzinie, bo wykluczenie, którego będzie musiało doświadczyć pierworodne, wydaje nam się nie do wytrzymania.

Wykluczane są lub tak się czują też kobiety, które nie mają dzieci. Nie chcą albo nie mogą.

Z różnych powodów ludzie nie decydują się na dziecko. Doświadczenie wypracowywania czegoś, donoszenia projektu: wydanie książki, stworzenie jakiejś organizacji, namalowanie obrazu, jest jak ciąża, poród i posiadanie dziecka. Przyzwolenie społeczne na świadomą rezygnację z macierzyństwa jest na szczęście coraz większe. Musimy pamiętać, że jest taki proces jak sublimacja, czyli nierealizowanie pragnień wprost, ale konstruktywne i twórcze ich przetworzenie. Taka idea, jak rozumiem, przyświeca instytucji celibatu w Kościele katolickim. Ojcowskie i macierzyńskie funkcje są pełnione wobec wiernych.

Przez całe życie marzymy o idealnej mamie i często z tego powodu przeżywamy traumy. Ale jak mamy własne dziecko, to też chcemy być idealne.

Winnicott mówił, że matka powinna być wystarczająco dobra.

Idealna matka nie daje przestrzeni na frustrację. A frustracja w odpowiednich proporcjach jest budująca. Nie chodzilibyśmy, gdyby nam ktoś ciągle podsuwał zabawkę, którą chcemy chwycić. To doświadczenie braku i niezaspokojenia nas buduje. Jeśli zatracamy się w marzeniach o własnej perfekcji, to jest ryzyko, że nasze dziecko nie nabędzie odporności na frustrację ani wytrwałości w zabieganiu i staraniu się.

Z drugiej strony jeśli nie pojawia się doświadczenie, że można coś osiągnąć, można chwycić i mieć, to zamiera poczucie sprawczości i wiara w to, że się uda.

Sabina Grzymowicz – psychoterapeutka psychoanalityczna pracującą z parami, rodzinami i indywidualnymi pacjentami. Członkini Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej

Sabina GrzymowiczSabina Grzymowicz Fot. mat. pras.

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Akcja społeczna Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów” i Fundacji „Gazety Wyborczej”.

Przez osiem kolejnych tygodni z uwagą i czułością przyglądamy się rodzinnym relacjom, które w tym trudnym czasie są szczególnie ważne, a ich uporządkowanie ? niezbędne do tego, by z nową energią tworzyć świat po pandemii. Będziemy rozmawiać o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat.

kulczykfoundation.org.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.