Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Michał Rusinek - literaturoznawca, tłumacz, pisarz. Ostatnio wydał: „Dobra zmiana, czyli jak się rządzi światem za pomocą słów” (z Katarzyną Kłosińską) i „Od mikmaka do zazuli. Atlas regionalizmów dla dzieci”

Natalia Waloch: Wydaje się, że nie ma nic bardziej wspólnotowego niż rodzina. Rodzina, czyli „my”, a ty mówisz, że to „my” to podstępna rzecz.

Michał Rusinek: - Oczywiście. Weźmy pod lupę rodzinę z dzieckiem. „My” może oznaczać ojca z synem przeciwko mamusi albo córkę z mamusią przeciw tatusiowi. Najmniej szkodliwy jest układ, gdy dzieci sprzymierzają się przeciw rodzicom.

Gorzej, gdy jest odwrotnie: rodzice razem przeciw dziecku.

– Front rodziców przeciw dziecku jest straszny. Od razu mówię, że nie chcę wkraczać w psychologię. Ja patrzę, jak to wygląda przez pryzmat języka. Zaimki mają tak zwaną funkcję deiktyczną, co oznacza, że zakotwiczają nasz język w rzeczywistości, a zarazem jakoś ją językowo naznaczają, stawiają granice albo budują mosty.

Weźmy takie zdanie: „My tu czekamy głodni z kolacją, a ty się spóźniasz”. Ktoś tu się sytuuje w pozycji ofiary. Co więcej, to przenosi odpowiedzialność na kogoś.

Są wokół nas ludzie, płci obojga, którzy nie potrafią powiedzieć: „Cholera, zagapiłem się i przypaliłem ryż”, tylko: „Widzisz, to przez ciebie, bo mnie zagadujesz i się przypalił” albo: „Nie przypomniałaś mi i się przypalił”.

Co właściwie stało na przeszkodzie, żeby powiedzieć wprost: „Nie gadam teraz z tobą, bo przypalę obiad”?

Jest jeszcze takie: „Przez to, że się spóźniliście na obiad, wszystko się rozgotowało”. No przecież można było to coś wcześniej odcedzić! Stoi za tym obawa, że się oberwie za rozgotowane ziemniaki, więc się samego czy samą siebie usprawiedliwia przez obwinianie innych, niejako uprzedzając atak, często wyimaginowany.

Moja wina, twoja wina. Zbliżamy się do zaimków dzierżawczych?

– A w zaimek dzierżawczy jest zawsze wpisane zawłaszczenie. Jeśli mówię „moja ręka, moja noga”, to jest to dość oczywista konstatacja. Ale posłuchaj tego: „Spójrz, co narobiło twoje dziecko!”, a z drugiej strony: „Moje dziecko dostało szóstkę z matematyki”. Chodzi o to samo dziecko.

Raz je zawłaszczamy, raz je jak gorący kartofel podrzucamy partnerowi.

– Do wyjątkowo zawłaszczających komunikatów należy: „Moja krew!”. Podszyte jest dumą, rzecz jasna, ale duma jest jednym z najbardziej podejrzanych uczuć.

Straszniejsze jest: „Jesteś zupełnie jak twój ojciec”. Co na ogół nie oznacza, że jesteś tak błyskotliwy i odpowiedzialny jak tato. A najgorsze, przynajmniej dla kobiet, jest: „Jesteś zupełnie jak twoja matka”. Tylko zabić.

– Na miejscu sądu uniewinniałbym. Przecież nie mówimy: „Jesteś jak moja matka”, ale bijemy i w matkę partnerki, i w nią samą.

Ta dzierżawczość jest niebezpieczna, bo rodzic naznacza nią dziecko na różne sposoby. Zauważmy, że rodzeństwo raczej między sobą nie mówi: „Twoja mamusia, mój tatuś”. Rodzice są wspólni, dzieci nie manipulują zaimkami dzierżawczymi, żeby prowadzić jakieś językowe wojny. Przynajmniej do czasu, kiedy się nie nasłuchają od dorosłych, jak to można robić.

Rodzice są „nasi”, ale żona czy mąż może być już tylko „moja” lub „mój”. Chyba że tak jak w anegdocie, którą opowiadała Wisława Szymborska. Co roku, do końca życia, spotykała się z koleżankami z klasy, z gimnazjum. Koleżanek było z roku na rok coraz mniej. Na ostatnim spotkaniu jedna zaczęła okropnie narzekać na męża: że stary, zniedołężniały, nic nie pamięta. Wtedy inna jej przerwała: „Przestań! Przecież to jest już nasz ostatni mąż!”.

To kwestia wzajemnego zrozumienia, akceptacji słabości innych i słabości własnych. Autoironicznego dystansu, którego nam często brakuje. Ironia wobec innych musi być równoważona autoironią, a często nie jest. Wiem to po sobie. Ja na przykład nie umiem pływać. Idę na dno natychmiast, boję się basenów, do wanny to najchętniej wchodziłbym w takich dmuchanych motylkach. W związku z tym włączył mi się rodzaj pogardy dla ludzi, którzy umieją pływać. Pogardy, której się wstydzę. Potrzebuję jakoś się wzmacniać, deprecjonując pływaków, wymyśliłem sobie w tym celu powiedzonko, że życie wyszło z wody i nie ma żadnego powodu, żeby do niej wracało. Powtarzam je zbyt często, bo moje dzieci mają go już dość.

To przejdźmy do relacji partnerskich. Na początek weźmy okropną sprawę komunikowania się partnerów przez dziecko.

– „Zapytaj ojca, czy przyjdzie wreszcie na kolację”. Podejrzewam, że to musi być druzgocące dla dziecka, bo nie dość, że widzi, że między rodzicami nie ma komunikacji, to jeszcze na nim spoczywa odpowiedzialność za porozumienie między nimi. A dalej za to, czy związek przetrwa. Jeśli więc rodzice dalej się kłócą, to myśli sobie, że coś musiało zawalić jako posłaniec.

Nasza rodzina mieszka sobie w jakimś domu. I teraz mamy niby-równorzędne określenia „pana domu” i „pani domu”, ale one jednak nie do końca tak samo określają kobietę i mężczyznę.

– „Pan domu” jest kimś, kto panuje i wymaga, żeby go obsługiwać. Jeśli jest pan, to musi być i służba. Poza tym na nim spoczywa jakaś odpowiedzialność, powinien z pewnością tego domu w razie potrzeby bronić. W takim domu centralnym punktem jest fotel ojca. Stoi tam jak tron.

„Pani domu” brzmi też całkiem dobrze. Mogłoby się to kojarzyć z panią na zamku, władczynią.

– Ale jak się bliżej przyjrzeć, co przez to rozumiemy, wychodzi na to, że ona ma głównie zestaw obowiązków. Jestem „panią domu”, więc muszę zadbać o to i tamto.

Bardziej sprzątaczka niż królowa?

– Sprzątaczka, kucharka, niania. Multitaskowa żona ze Stepford. Zauważ, że w określeniu „pani domu” nie ma żadnego seksapilu. W „panu domu” jest jakiś pierwiastek maczo, który może wydawać się atrakcyjny, w „pani domu” go brakuje.

Są nawet badania naukowe o tym, że zdjęcie rodziny na biurku wysoko postawionego mężczyzny dodaje mu prestiżu jako człowiekowi, który potrafił się ogarnąć nie tylko zawodowo, ale też życiowo. Fotografia na biurku wysoko postawionej kobiety ujmuje jej punktów, bo świadczy o tym, że nie umie oddzielać pracy od domu. Z „panem domu” i „panią domu” jest jak z „sekretarzem” i „sekretarką”. Niby to samo, a jednak nie.

– Tylko w przypadku „sekretarza” i „sekretarki” akurat seksualność wpisana jest stereotypowo po stronie „sekretarki”.

Przychodzi pan domu i pyta: „Dlaczego w tym domu jest taki bałagan?”.

– O, tu mamy zaimek wskazujący „ten”. To trochę jakby komunikat, że w jakimś tamtym domu było posprzątane. Ja bym to odczytywał jako odniesienie do tego, że on w swoim domu rodzinnym, z którego wyszedł, miał zawsze porządek i błysk.

W nas jest bardzo silnie zakorzenione to odwoływanie się do domu rodzinnego. Sam to robię, gdy mówię: „A u nas to się robiło tak”, często myślę o domu rodziców, ale bardzo często też o domu dziadków.

I tu od razu przychodzi mi na myśl, że gdy idziemy w odwiedziny, to idziemy do „dziadków”, nigdy do „babciów”. Chadzamy też do „Michałów” czy „Adamów”.

To pozostałość po czasach, kiedy pieniądze, a zatem i domy, mieli tylko mężczyźni. To też te czasy, gdy oni byli jedynymi żywicielami rodzin. Mam złe skojarzenie ze słowem „żywiciel”. Na biologii mówiło się tak w kontekście pasożytów.

– Tak, to nie jest dobre słowo.

Jak już jesteśmy przy pieniądzach, to są osoby mówiące, że dzieci to inwestycja.

– W tym jest przeświadczenie, że ktoś się będzie opiekował nami na starość, że poda szklankę wody. Albo ktoś zapłaci opiekunce, która się mną zajmie.

Myślę, że jako dziecko nie chciałabym słyszeć, że jestem inwestycją.

– Przede wszystkim nie wydaje mi się dobre przedstawianie dziecku takiej wizji schorowanego rodzica jako jego przyszłości. Dzieci zasługują na beztroskę. Tu przypomina mi się mój stryj, który jako dziecko zaczął sprawdzać wiek domowników i wyszło mu, że wszyscy, czyli rodzice i jego brat, a mój ojciec, są starsi, więc skonstatował: „Wy sobie wszyscy pomrzecie, a ja wtedy tralala!”.

Szanuję tę brawurową postawę. Tymczasem nasz pan domu wraca z pracy i pyta, dlaczego jest nieposprzątane, skoro żona cały dzień „siedzi w domu”.

– Jak to jest z tym siedzeniem w domu, to teraz chyba wszyscy bardzo dobrze poznaliśmy. Każdy, kto zajmował się domem, wie, że przebywanie w nim nie ma wiele wspólnego z siedzeniem. Miałem znajomych, którzy uważali, że skoro ja siedzę w domu i piszę doktorat, to można do mnie zawsze przyjść lub zadzwonić, bo przecież właśnie siedzę, czyli nic nie robię.

To jak „urlop macierzyński”. Skoro urlop, to prawie wakacje.

– To kiepskie określenie, bo przecież zostanie z dzieckiem w domu to nie urlop, tylko zmiana czynności, jakie się zwykle wykonuje, i to często na większą ich ilość niż te, które mieliśmy w pracy jako takiej. Często to też po prostu trudniejsze.

Pracując w domu nad czymkolwiek, musisz sobie sama narzucić dyscyplinę. Do pracy w biurze się człowiek goli czy maluje, ubiera, w domu można z tego zrezygnować, ale czasem to powoduje zanik motywacji. Praca w domu jest trudniejsza. Dlatego zawsze ścielę łóżko, golę się i ubieram. Od dzieciństwa nie znoszę chodzenia po domu w pidżamie. Byłem chorowity jako dziecko i gdy tylko trochę mi się poprawiało, od razu ubierałem się w normalne rzeczy, żeby choroba wiedziała, że zbliża się koniec jej panowania nade mną.

Teraz zwrot „siedzieć w domu” dla wielu mężczyzn ma szansę nabrać zupełnie nowych konotacji. Obecna sytuacja może też zrewidować nasze atawistyczne podejście do rodziny, czyli tej wizji, w której mężczyzna wraca z polowania do jaskini, którą zajmuje się kobieta. Z powodu kwarantanny te metaforyczne polowania są zakazane, więc on lepiej widzi, co ona naprawdę robi, z drugiej – musi się w to włączać.

Byle nie pomagał. Kobiety nienawidzą słowa „pomagać”.

– Mężczyzn też ono wkurza! Kiedy byłem mały, drugi mąż mojej babci pozwolił mi popracować u siebie w piwnicy, w której robił jakieś lichtarze do kościołów. Kiedy tata do nas zszedł i spytał, co robię, on odpowiedział, że mu pomagam. Miałem do niego o to żal, bo postrzegałem to jako partnerski układ dwóch robotników.

Pomagier może majstrowi pomaga, ale jednak nie jego jest ten warsztat.

– Tak. „Już? Wszystko? Mogę iść?”.

Kobiety się denerwują tym pomaganiem, bo pomóc to można starszej sąsiadce wnieść ciężkie zakupy. A dom jest nasz wspólny.

– Mamy tu też kwestię odpowiedzialności. Jak się tylko pomaga, to odpowiedzialność jest mniejsza, niż jak się robi na swoim. W dodatku za pomaganie oczekujemy wdzięczności. Nie chodzi o pieniądze, ale czekamy na „dziękuję”. Co więcej, pomagającego nie wypada krytykować, jeśli zrobi coś nie tak, jak trzeba. Sąsiadka, której wnosi się zakupy, raczej nie fuknie, że je postawiliśmy w niewłaściwym miejscu.

Kiedy kobieta narzeka, że partner za mało robi, on mówi: „Jak mi powiesz, to ja zrobię”.

– To znów kwestia poczuwania się do odpowiedzialności.

„Ale ja nie chcę ci mówić, chcę, żebyś sam wiedział, że spleśniały jogurt trzeba wyrzucić”.

– Ja to znam z relacji z dziećmi. One też nie zauważają, że coś trzeba sprzątnąć. Ostatnio byłem wstrząśnięty, bo syn sprzątnął kuchenkę, na którą coś się wylało. Dwa razy go pytałem, czy to na pewno on wyczyścił. Zapewniał, że tak.

Inwestycja zaczęła ci się zwracać.

– Najwidoczniej. Ciekawe, że moja córka zauważa, że czuje odpowiedzialność za dom, kiedy zostaje sama z młodszym bratem na dłuższy czas, np. na tydzień. I to dowodzi tego, że odpowiedzialność się pojawia, gdy pojawia się prawdziwe „my” i „nasz dom”. Bo gdy wy, rodzice, jesteście, to wtedy to są wasze obowiązki, a my, dzieci, tu tylko jemy i śpimy, i od czasu do czasu robimy to, o co nas się prosi.

Skoro jesteśmy przy obowiązkach domowych, to mam opór, żeby o dzieciach mówić jak o obowiązku. Gdybym była mała, nie chciałabym słyszeć, że rodzice mówią o odwożeniu mnie do przedszkola jak o czymś, co jest w grafiku między szorowaniem sedesu a rozładowywaniem zmywarki.

– Słusznie, bo to powoduje uprzedmiotowienie dziecka. Myślę, co z tym zrobić, bo jednak z dziećmi – nie da się zaprzeczyć – wiąże się sporo obowiązków. Myślę, że świetne jest, gdy dzieci po prostu widzą, że coś dla siebie nawzajem robimy. Jeśli tata jest czymś zajęty, to mama coś dla niego robi i na odwrót: jeśli mama musi akurat czymś się zająć albo następnego dnia idzie wcześnie do pracy, to tata robi dla niej kanapki. Odwozi, przywozi i nie mówi przy tym: „Znów muszę cię odwieźć jutro na 6 rano, szlag mnie trafia!”. To pokazuje dzieciom, że bycie z kimś jest pewnym aktem altruizmu.

Wśród metafor, jakimi mówimy o rodzinie, mamy też „strażniczkę domowego ogniska”. To brzmi chyba nobilitująco.

– Ale z drugiej strony ona ma przy tym ognisku, czyli w centrum domu, siedzieć na dupie, bo ognisko zgaśnie.

Znasz Nigellę Lawson?

– Oczywiście, znam i uwielbiam.

Wszyscy się w niej kochają: kobiety, mężczyźni, ptak i zwierzę, ale niestety ona ukuła pojęcie domowej bogini i dla mnie to jest coś strasznego.

– Bo to jest nadal ta strażniczka domowego ogniska. Bogini, pod warunkiem że nie rusza się z domu.

Strażniczka to jeszcze siedzi w domu, ale ta bogini od Lawson – w kuchni. Z mikserem, który kupił jej żywiciel za grube trzy tysiące.

– Z Termomixem. Co to w ogóle jest za słowo! Współczesna wersja domowego ogniska z mieszadełkiem. Ale mniejsza o to.

Ta domowa bogini jest jeszcze o tyle zwodnicza, że jak się wygląda tak jak Lawson, to może można tę rolę grać, ale tak wygląda promil ludzkości. Gdybym ja próbowała odgrywać Nigellę...

– Gdybym ja próbował naśladować Michele Morronego, to też nie wyszłoby dobrze. Ale wiesz, na zajęciach z retoryki pokazywałem studentom, jak mocno metafory są wpisane w język i jak wiele metafor muzycznych jest związanych z rodziną. Ktoś zawsze gra pierwsze skrzypce, ktoś dyryguje, ktoś nadaje rytm itd.

A nie byłoby dobrze mówić o muzyce, używając metaforyki sportowej? Tej, gdzie są takie słowa jak „drużyna”, „wspólny cel”, „wspólne zwycięstwo”.

– Sport jest jednak przeniesieniem militarnych relacji. Przecież generalnie tam chodzi o to, żeby spuścić łomot tym, którzy mają inny kolor koszulek. Ja byłbym tutaj pozytywistą i proponowałbym metaforykę związaną z pracą, mówiącą o podziale obowiązków. Niechby to nie była praca w korpo, gdzie jest hierarchia i współzawodnictwo. Niech to będzie praca, w której każdy ma swoje poletko, jest za coś odpowiedzialny, nie tylko za różne sprawy do zrobienia, ale też za relacje z innymi.

Może dobra byłaby metafora modernistyczna, że rodzina to rodzaj maszyny? Byle nie zabrnąć w stronę takiej sowieckiej wizji maszyn i przeświadczenia, że jesteśmy tylko śrubkami. Tego nie chcemy.

Nasza akcja nazywa się „Czułość i wolność”. Językowo te pojęcia się jakoś wiążą?

– Partnerstwo zakłada jedno i drugie. Musimy mieć czułość wobec drugiej osoby, by widzieć, jakie ma potrzeby. A wolność, bo dobrze by było jednak tworzyć dobrowolną wspólnotę, w której będzie się razem, a nie samemu. Fajnie byłoby się w rodzinie zaprzyjaźnić. A przyjaźń zakłada wolność. Czuła, dobrowolna wspólnota to chyba ideał.

***

Czułość i wolność. Budujemy równowagę w relacjach

Tekst powstał w ramach akcji społecznej Kulczyk Foundation, „Wysokich Obcasów” i „Gazety Wyborczej”. Przez osiem kolejnych tygodni z uwagą i czułością będziemy przyglądać się rodzinnym relacjom, które w tym trudnym czasie są szczególnie ważne, a ich uporządkowanie – niezbędne do tego, by z nową energią tworzyć świat po pandemii. Będziemy rozmawiać o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Zapraszamy do udziału w ankiecie dotyczącej podziału obowiązków

kulczykfoundation.org.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.