Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prof. Iga Magda – ekonomistka, wykładowczyni w SGH, wiceprezeska Instytutu Badań Strukturalnych

Aleksandra Lewińska: O tym, że prace domowe mają realną wartość, mówimy co najmniej od dekady. To już przerobiony temat?

Prof. Iga Magda: – Mówi się o tym od kilkudziesięciu lat!

W Polsce?

– Skąd! Właściwie trudno powiedzieć, że w Polsce się na ten temat dyskutuje. Kto to robi? Ekonomiści, socjologowie, dziennikarze. Ale w społeczeństwie chyba wciąż często nie ma przekonania, że praca domowa jest w ogóle pracą.

A czym? Sprzątanie to relaks?

– Rzadko jest postrzegane jako praca. Łatwiej o pracy domowej pomyśleć w kategoriach wyceny jej wartości, gdy rozdzielimy ją na dwa bloki. Pierwszy to właśnie sprzątanie, pranie, gotowanie, zaopatrzenie, których potrzebuje każde gospodarstwo domowe. Drugi – opieka nad dziećmi, osobami starszymi, która jest prawdziwym drugim etatem. O ile usługi pierwszego bloku możemy wykonywać sami lub skorzystać z rynkowych, o tyle w przypadku opieki jest to trudniejsze i wymaga wsparcia państwa: współfinansowania usług kupowanych na rynku, budowy usług publicznych, ale też wsparcia osób decydujących się z różnych względów sprawować opiekę osobiście. To nie tylko kwestia zdobyczy cywilizacyjnej, ta inwestycja w publiczne usługi opiekuńcze się opłaca.

Jak pracę domową wyceniają ekonomiści?

– Są różne podejścia. Podstawowe pytanie brzmi: czy godzina pracy osoby, która sprząta, gotuje obiad, opiekuje się osobą starszą, jest warta tyle, ile ona „traci”, nie pracując zawodowo, czy jest warta tyle, ile ta usługa kosztuje rynkowo, czyli ile zapłacimy za obiad w barze, pranie w pralni, opiekunkę? Jeśli mamy do czynienia z osobą o niskich kwalifikacjach, potencjalnie niskich zarobkach, te dwie wartości są blisko. Ale jeśli mówimy np. o informatyczce, to kwoty te będą się znacząco różnić. Różnice te utrudniają odpowiedź na pytanie o wartość pracy domowej.

Spróbujmy jednak.

– Według różnych szacunków produkcja domowa w krajach europejskich ma wartość od 25 do nawet 60 proc. PKB tych krajów i jej zdecydowana większość ma charakter produkcji nierynkowej, na potrzeby własne. W Polsce ostatnie znane mi szacunki dr Marszałek wskazywały, że praca domowa stanowi 42-57 proc. produkcji domowej. Ważne jest to, że większość tej pracy wykonywana jest przez kobiety, co nie ma odzwierciedlenia w ich dochodach.

Jak duże są różnice?

– Dla przykładu, z danych z 2000 r. wynikało, że Polki w wieku 25-44 lata poświęcają na czynności domowe 1,5 godz. więcej niż mężczyźni, a na opiekę nad dziećmi – ponad 3 godz. dziennie więcej, czyli łącznie 4,5 godz. Późniejsze dane, z 2010 r., pokazały, że luka między zaangażowaniem kobiet i mężczyzn się zmniejsza, ale powoli. Wciąż kobiety, także te czynne zawodowo, pracują w domu o 4 godz. dziennie dłużej.

Intuicyjnie wydawałoby się, że ta dysproporcja może być jeszcze większa.

– Ależ ona jest ogromna! Gdy zsumujemy, ile to godzin tygodniowo, miesięcznie, rocznie – wyjdą ogromne liczby.

Badania pokazują także, że w szczególności wykształcone matki, pracujące, poświęcają z roku na rok coraz więcej czasu dzieciom, głównie ich edukacji. Z danych z USA wynika, że dziś pracująca matka poświęca dzieciom więcej czasu niż niepracująca kobieta 40 lat temu. Wysyłamy dzieci na zajęcia dodatkowe, do przedszkoli, ale same też z nimi pracujemy. Dzieci mamy mniej i pracę z nimi traktujemy jako inwestycję w ich rozwój, dobrostan.

Mężczyźni tak tego nie czują?

– Rośnie ich zaangażowanie w prace domowe, w tym opiekuńcze, szczególnie wśród mężczyzn lepiej wykształconych. Rośnie poparcie dla partnerskiego modelu. W 1997 r. było to 37 proc., siedem lat temu – już 46 proc. Ale wciąż mężczyźni rzadziej niż kobiety deklarują, że partnerstwo w podziale obowiązków domowych to dobry pomysł.

Dopóki zarabiają więcej niż kobiety.

– Niekoniecznie. W USA są prace pokazujące, że część kobiet, gdy zaczyna zarabiać więcej niż ich partnerzy, bierze na siebie więcej zadań domowych.

Bo?

– Chcą zrekompensować mężczyźnie to złamanie normy społecznej, utratę przez niego pozycji głównego żywiciela rodziny.

Czyli przypisywanie kobietom pracy domowej siedzi też w naszych głowach.

– Jest nadal wiele osób, wśród których trudniej się takie przekonania łamie. W Polsce już prawie w 20 proc. gospodarstw to kobieta zarabia więcej niż mężczyzna. I na razie nie ma badań wskazujących na to, by uruchamiał się w nas mechanizm, który opisali Amerykanie.

Ale kobiety w Polsce wciąż pracują rzadziej niż przeciętnie w Unii.

– W Polsce 63 proc. kobiet w wieku 15-64 lata jest aktywnych zawodowo, podczas gdy w UE to 68 proc. W Słowenii aktywność zawodowa kobiet w tej grupie wieku jest o 10 pkt proc. wyższa niż w Polsce. Wyższą średnią mają zarówno kraje skandynawskie, jak i bałtyckie czy Chorwacja. Jeśli współczynnik aktywności zawodowej byłby u nas na poziomie krajów o najwyższej aktywności kobiet, na rynek pracy mogłoby wejść jeszcze ok. 700 tys. Polek!

Najrzadziej aktywne są trzy grupy: kobiety gorzej wykształcone, mieszkające w mniejszych miejscowościach i na wsi, matki dwójki małych dzieci. Powody? Brak przedszkoli, żłobków, zbyt niskie płace, nieelastyczny czas pracy, ale też obciążenie obowiązkami domowymi i opiekuńczymi. Ponad 75 proc. niepracujących kobiet właśnie tym tłumaczy swoją bierność zawodową. Dla porównania: w Szwecji obowiązki rodzinne są powodem bierności zaledwie dla 18 proc.

Pandemia może uczynić nasze domy bardziej równościowymi?

– Może. Ale nie mam wiele optymizmu. Kryzys uderza głównie w kobiety. To one najczęściej pracują w usługach, zawodach opiekuńczych czy tych narażonych na infekcje. Tracą pracę czy część dochodu. I praca domowa, i edukacja dzieci spadają głównie na ich barki.

Ale część mężczyzn pracę straci albo będzie miała przestój. W końcu wstaną z kanapy.

– To perspektywa dużego miasta. W nich odsetek gospodarstw równościowych rośnie najszybciej. I tu pandemia może sprawić, że nastąpi kolejny skok. Przegadamy sprawę, może uznamy, że podział obowiązków był niesprawiedliwy, dostrzeżemy, kto jest mocniej obarczony. Ale statystycznie – nie sądzę, że nagle hurtowo mężczyźni mający przekonanie, że praca domowa to „naturalny obowiązek kobiety”, wezmą na siebie znacznie więcej obowiązków domowych i opiekuńczych. A w szczególności odpowiedzialność za organizację całej domowej logistyki – a to bywa najbardziej obciążające.

Jak zmieniłyby się gospodarka i społeczeństwo, gdyby mężczyźni robili więcej w domu?

– To pozwoliłoby części kobiet wejść na rynek pracy, pracować więcej, powalczyć o wyższe stanowisko i wynagrodzenie. Z perspektywy gospodarki – jak już uda się wrócić do jej funkcjonowania – oznacza to wyższe PKB, większe dochody gospodarstw domowych. Z perspektywy kobiet zaś – realizację ambicji wielu z nich. Pamiętajmy, że już teraz młodsze kobiety są lepiej wykształcone niż mężczyźni i chcą pracować. Niestety, obecny kryzys uderza przede wszystkim w nie.

***

Czułość i wolność. Budujmy równowagę w relacjach

Tekst powstał  w ramach akcji społecznej Kulczyk Foundation, Wysokich Obcasów i Gazety Wyborczej. Przez osiem kolejnych tygodni z uwagą i czułością będziemy przyglądać się rodzinnym relacjom, które w tym trudnym czasie są szczególnie ważne, a ich uporządkowanie – niezbędne do tego, by z nową energią tworzyć świat po pandemii. Będziemy rozmawiać o lękach, które towarzyszą wielu z nas, o podziale obowiązków i pomysłach na to, jak przygotować siebie i swoich najbliższych na nowy świat. Zapraszamy do udziału w ankiecie dot. podziału obowiązków.

kulczykfoundation.org.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.