Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tekst po raz pierwszy został opublikowany w listopadzie 2020.

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

ALEKSANDRA KLICH: To kiedy to się zaczyna?

MARTYNA GORYNIAK: Gdy budzisz się w nocy zlana zimnym potem i myślisz: co ja w tym wszystkim robię, o co mi chodzi? Jak się tutaj znalazłam, dokąd idę? I po co?

Koniec żartów? Życie to nie jest próba generalna?

Tak można powiedzieć.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Wiek ma znaczenie?

Nie. Gdy zaczynamy zdawać sobie sprawę, że jest za nami duża część życia, możemy mieć 50 lat, możemy 30.

Mam wielu znajomych, którym się już to zaczęło. Męczą się w pracy, duszą w związkach. Ale inni ich gaszą: wejdź na Facebooka, znajdź sobie kogoś do seksu, nie narzekaj. Słusznie?

Ja bym nie bagatelizowała tych emocji. Choć zagłuszane, trwają w nas i jeśli je ignorujemy, powodują depresję. I w końcu musimy się nimi zająć, czy tego chcemy, czy nie.

Te nocne pytania to wezwanie, wołanie duszy, żeby przyjrzeć się temu, co się w nas dzieje. Żeby to się stało, musimy się zatrzymać. Pozostać dłużej ze sobą. A my, nieustannie zajęci, nie mamy czasu.

Chyba że przeżyjemy jakąś stratę: rozstanie z partnerem, śmierć kogoś bliskiego, wypadek, własną chorobę. Wtedy gwałtownie hamujemy.

Większość z nas pytania typu „po co to wszystko?" leczy pocieszeniami: co prawda moja praca jest bez sensu, ale mam stanowisko, służbowy samochód, jakoś wytrzymam, odliczając do emerytury albo planując wakacje. A na emeryturze wreszcie wszystko nabierze sensu.

Te „tabletki" – stanowisko, sukces, pieniądze – w drugiej połowie życia już nie działają. Albo znieczulają na chwilę, a potem pytania, lęk i niepokój wracają.

Sama tego doświadczyłam i doświadczam. W pierwszej połowie życia odpowiadałam na to, czego świat ode mnie oczekiwał. Wszyscy to wtedy robimy: chcemy być mistrzami i chcemy, żeby wszyscy to widzieli. Wzmacniamy ego.

Dziś już nie ma we mnie tej potrzeby. To, co istotnego miałam zrobić w swoim życiu zawodowym, zrobiłam. Wystarczy. Nie mam potrzeby iść wyżej i wyżej, w nieskończoność.

Zatrzymaj się, daj światu odpocząć od siebie? Jak w tytule książki Wojciecha Eichelbergera?

Och, to wspaniałe, to jest wyzwolenie! Bycie w centrum uwagi jest strasznie męczące.

Albo jak mówił Carl Gustav Jung: „Pierwszą połowę życia mamy dla innych ludzi, drugą dla siebie".

Druga połowa życia to koniec z deklarowaniem wartości. W życiu stało się wystarczająco dużo, żebyśmy mogli się przekonać, kim naprawdę jesteśmy, żebyśmy mogli sobie powiedzieć szczerze: to jest moje, a to nie.

Z mojej perspektywy wartość ma to, co mnie wewnętrznie definiuje. A mnie definiuje to, że możemy tutaj teraz siedzieć i rozmawiać o tym, co jest dla ciebie i dla mnie ważne. Nikomu – ani tobie, ani mnie – nie jest potrzebny żaden prestiż.

Fajnie, że udało mi się dużo osiągnąć zawodowo, ale jeżeli jestem z czegoś w życiu naprawdę dumna, to że wychowałam swojego autystycznego syna na fajnego i zadowolonego z życia chłopaka.

Coraz bardziej szkoda mi czasu. Nieustannie myślę o tym, w co go inwestuję. Nie chcę nim płacić za rzeczy, które nie są według mnie tego warte, np. za nową drogą kieckę – choć je uwielbiam.

Dlatego nie biorę kolejnego zlecenia tylko dla pieniędzy. Nie mogę pozwolić sobie na pracę, która zabiera mój czas, a nie realizuje moich wartości.

10 czy 15 lat temu, gdy chciałam coś zdobyć, wchodziłam w to, nie zastanawiając się, jaką będę musiała za to zapłacić cenę. Dziś potrzebuję czasu na czytanie, spacer w lesie, bycie z synem, medytację, rozmowę z przyjaciółmi. Choć i tak mam poczucie, że pracuję za dużo.

Nie da się pogodzić życia z pracą w idealny sposób. Zyskujemy coś i tracimy coś. Zawsze jest coś za coś.

Obudziłam się pewnego poranka po śmierci Taty i pomyślałam: jestem śmiertelna. Do tamtego momentu żyłam, jakbym nigdy nie miała umrzeć. Dziś podobnie jak ty oglądam każdą chwilę dokładnie, jak banknot, i myślę, czy warto ją wydać.

Dotarło do ciebie coś, czemu nie możesz dłużej zaprzeczać. Śmierć i cierpienie są wokół nas. Wystarczająco długo żyjemy, by się przekonać, że to wszystko ma bardzo kruchą konstrukcję i właściwie niewiele trzeba, by runęła.

Bo co z tego, że prestiż i pozycja mogą dawać mi poczucie władzy, skoro wystarczy, że pójdę po wyniki badań i może się okazać, ile mogę… Nic nie mogę.

„Śmierć jest nauczycielką życia" to bardzo ważne dla mnie zdanie. Świadomość własnej śmiertelności to jednocześnie wiedza, że perspektywa naszego życia jest ograniczona. I zyskuje na znaczeniu umiejętność odpowiadania sobie na pytanie: czy naprawdę chcesz poświęcić na TO kolejny miesiąc swojego życia, być może ostatni?

Skoro, jak powiedział Sartre, zostaliśmy wrzuceni w chaos świata i w każdej chwili możemy być z niego zmieceni, jeśli jednak na razie tu jesteśmy, to po co? W tej chwili to dla mnie pytanie najważniejsze.

Czym jest ciemny las, o którym mówisz, że symbolicznie musimy do niego wejść, żeby sensownie przeżyć drugą połowę życia?

To bardzo trudne pytania, na które trzeba mieć odwagę odpowiedzieć. Czy to życie jest moje? Czy żyję według własnego scenariusza, czy takiego, który ktoś mi napisał? Na ile mogę być sobą, a na ile gram kogoś innego?

I pytanie podstawowe: kim byłabym bez tego wszystkiego, co mam, w czym funkcjonuję?

Co chcę zrobić z resztą swojego życia? Rozumiem, że nie każdy musi być zachwycony perspektywą zmagania się z nimi. Nie każdy musi chcieć wyruszyć w tę podróż. Doskonale rozumiem ten dylemat, sama go doświadczam.

To może stać się podczas terapii, ale może też poprzez lektury, medytację, rozmowy, bycie z innymi. Znam ludzi, którzy najwięcej dowiadują się o sobie, gdy są w lesie, nad jeziorem, w górach.

Taka wycieczka w głąb siebie bywa trudna, bo okazuje się, że jesteśmy kimś innym, niż chcielibyśmy być. Odkrywamy, jak często powoduje nami lęk. Jednak jeśli chcemy żyć naprawdę, to musimy powiedzieć sobie: koniec z życiem według wartości kogoś innego. Nasze ludzkie zadanie to być sobą, a nie być posłusznym.

„Jeżeli podejmiesz duchową pracę nad sobą, to ludzie będą pobłogosławieni wystarczająco tym, że siadasz obok nich" – cytujesz swoją mentorkę. Co to znaczy?

Pracę nad sobą wykonujemy, żeby być również lepszymi dla innych. Wtedy bez strachu możemy pokazać drugiemu człowiekowi, kim jesteśmy naprawdę, bez udawania. Żeby to się udało, trzeba się odkleić od myślenia, czy to, kim jestem, zostanie zaakceptowane i przyjęte. Przez niektórych zostanie, przez innych nie. Jedno i drugie jest w porządku. Czyjeś słowa krytyki będą miały destrukcyjną moc tylko wtedy, gdy sami siebie nie akceptujemy. Jeśli akceptujemy siebie, to możemy spokojnie przyjąć, że komuś mogę się nie podobać.

„To, co mówisz, jest głupie. Nic dla mnie nie znaczysz. Jesteś śmieszna". Da się to znieść?

Ludzie mają prawo komentować w różny sposób to, co robię i mówię. Jeśli nikogo nie ranię, mam prawo podążać za sobą. Wtedy ta krytyka jest bardziej o nich, mniej o mnie.

We wspólnocie łatwiej jest funkcjonować, gdy człowiek jest posłuszny. Jedna z moich koleżanek, która pracuje w korporacji, gdy słyszy o autentyczności, puka się w głowę i mówi: „Jak ściągnę zbroję, to mój wróg wbije mi nóż w plecy". Więc ze strachu jej nie ściągamy i gramy role, które niewiele mają z nami wspólnego.

Jeżeli żyjesz i pracujesz w miejscu, w którym obowiązują zasady niezgodne z twoimi podstawowymi wartościami i pragnieniami, to prędzej czy później skończy się to nerwicą albo depresją. Bo funkcjonujesz w stanie głębokiej wewnętrznej niespójności.

Ja osobiście godzę się z tym, że moja autentyczność może komuś się nie spodobać.

Twoja koleżanka mówi o dylemacie funkcjonowania w grupie. Nauczyliśmy się, że jeśli nie będziemy spełniać oczekiwań innych, zostaniemy odrzuceni.

Lęk, że ujawnienie swoich pragnień spowoduje wykluczenie, tworzy rodzaj wewnętrznego napięcia. Nieustannie musimy dokonywać wyborów, w jakich momentach chcemy pokazać, co myślimy i czujemy, a w jakich nie.

Czasami wolimy milczeć, bo lubimy symbole tego, co społecznie jest postrzegane jako sukces: stanowiska, samochody, domy, dobre sukienki, garnitury. Podświadomie jesteśmy przekonani, że bez nich nic nie znaczymy. A jeśli powiemy coś, co naprawdę myślimy, możemy to wszystko stracić.

Nasza duchowość – albo, jak kto woli, psychika – nigdy nie śpi, jej głos rozlega się w nas nieustannie, jej mądrość nie pozwala się na dłuższą metę oszukiwać.

Możemy się odcinać coraz radykalniej: przez alkohol, narkotyki, bujne życie towarzyskie, seksualne przygody albo po prostu pracoholizm. Ale w końcu dopadnie nas konflikt między tym, czego pragniemy, a tym, czego oczekują od nas inni. Gdy ciśnienie wzrośnie, wybór powinien być oczywisty.

Rzucasz robotę.

To nie dotyczy tylko pracy, ale też ról społecznych. Np. bywa, że jako żony czy matki obsługujemy wszystkich dookoła, a nasze życie wewnętrzne i aspiracje są na piątym planie, żeby nikomu, ani mężowi, ani dzieciom, ani rodzicom, nie przeszkadzały.

W tak tradycjonalistycznym kraju jak Polska siła tych społecznych oczekiwań jest ogromna i straszliwie napiera na kobiety. Uwielbiam memy Marty Frej, w których pokazuje zderzenie wewnętrznego życia kobiety, jej prawdziwych pragnień i żywych, prawdziwych uczuć, również nieprzyjemnych, z lukrowanym obrazem kobiety, która dla wszystkich jest miła i ich obsługuje.

Uśmiecha się, malując paznokcie.

Nigdy się nie złości. Po prostu udręka.

Powiem coś nieprzyjemnego dla nas: mam często wrażenie, że ten stereotyp jest dużo silniej zainstalowany w kobietach niż w mężczyznach. Łatwiej jest myśleć, że mężczyźni są szowinistami, ale trudniej przyjąć do wiadomości, że same kobiety przekazują sobie i wymagają wzajemnie od siebie przestrzegania patriarchalnego wzorca kobiecości – kobiety pokornej i uległej wobec mężczyzn. Podwaliną takiego tradycyjnego myślenia o męskich i kobiecych rolach społecznych jest oczywiście w dużej mierze wpływ instytucjonalnego Kościoła katolickiego.

Moim zdaniem dla nas ważniejsze powinny być własne oczekiwania wobec siebie, a nie oczekiwania społeczne. Dlaczego kobiety są na autopilocie tych drugich, a nie pierwszych, nawet jeśli nikt nie wyraża ich wobec nich bezpośrednio? Dlaczego to, co dobre, możliwe do przyjęcia i zaakceptowania, płynie ze społeczeństwa, a nie ze mnie?

Właśnie: dlaczego?

Między innymi wychowujemy dziewczynki tak, by tłumiły swoje uczucia, nie zabiegały o swoje, by były ciche i pokorne. A to wyklucza dążenie do tego, co ważne. Bo dążenie do swojego to często walka i wchodzenie w konfrontację.

Dziewczynki wychowuje się tak, żeby się nie konfrontowały. A chłopców – by nie akceptowali dziewczynek, które się konfrontują.

W drugiej połowie życia te dziewczynki, wcześniej tłumiące własne potrzeby, budzą się i pytają: no dobrze, a gdzie jestem ja? Co jest potrzebami innych, a co moimi? Skoro zbliża się śmierć, to jak chcę przeżyć resztę życia, która mi pozostała, tak żebym nie umierała sfrustrowana, ale w poczuciu, że choć przez jakiś czas byłam w życiu sobą?

O kobietach po pięćdziesiątce, które zmieniają pracę, zakładają firmy, odchodzą od mężów, zaczynają podróżować, ludzie mówią: „Co za wiedźma, odbiło jej".

Nic dziwnego. Ludzie widzą kobietę, która musi: zostać matką, zająć się dzieckiem, wychować je, ogarnąć dom, jednocześnie pracować.

Nikt jej nie pyta, ona siebie często też nie: „A czego chcesz naprawdę?".

Kobiety po czterdziestce, których dzieci się usamodzielniają, zaczynają realnie przyglądać się swoim związkom, pracy. Myśleć, czy naprawdę chcą z tymi partnerami, w tej pracy spędzić resztę życia. I okazuje się, że odpowiedzi są kompletnie inne od tego, co się w życiu tej kobiety działo przez ostatnie 20 lat.

Więc się nie dziwię, że otoczenie jest zszokowane, gdy ona zaczyna robić to, czego naprawdę pragnie. Ten show jest jak chorągiew wyciągnięta na znak tego wszystkiego, co było stłumione. Wystarczyło trochę wolności i eksploduje.

A co to jest w ogóle wolność?

A ty wiesz?

Zastanawiam się przez całe życie.

Ja też. To jedna z najważniejszych dla mnie wartości: być wolną i decydować o sobie w sposób autonomiczny.

Ja żyję w ciągłym napięciu między wolnością a zniewoleniem. Czasem uciekam: w góry, w pisanie, do lasu.

Czyli godzisz się z tym, że czegoś nie masz, i znajdujesz sobie niszę gdzie indziej.

Ja też uciekam, rzucam wszystko, jadę nad morze albo na wieś i „jestem na gigancie". I to jest wspaniałe. Martwię się tylko, jak nie chce mi się wracać do normalnego życia, że jest w nim coś nie tak, skoro tak czuję.

Całkiem się nie uwolnimy.

Pewnie, że nie. Nie ma wolności bez odpowiedzialności i one są w konflikcie. Jeśli ktoś chce być całkowicie wolny, to nie może brać etatowej roboty, męża ani rodzić dzieci. Naszą wolność ogranicza odpowiedzialność.

Ja bym chciała takiej wolności, która jest rodzajem wewnętrznej spójności, czyli jeśli coś robię, to dlatego, że chcę to robić, i jestem w to całkowicie zaangażowana.

Zapadło we mnie zdanie Genpo, nauczyciela zen, że boimy się w życiu nic nie robić, ale boimy się też robić coś na maksa. Czyli boimy się powiedzieć: „Jestem w tym od początku do końca. I daję w tej sprawie z siebie wszystko".

Dlaczego się boimy?

Bo z tym wiąże się ryzyko. A jak nie wyjdzie? Nie zostanie dobrze ocenione? Zostanę zhejtowana?

I jak ty sobie odpowiadasz na pytanie, co jest dla ciebie ważne?

Mogę zajmować się tylko tym, co jest naprawdę ważne i co nie dotyczy tylko mnie. Nie mam czasu na nic innego.

Cztery lata temu z Anią Dawidziuk-Łęczycką założyłyśmy własny ośrodek terapeutyczny. Nie dla sławy, pieniędzy, samorozwoju, ale dlatego, że uważam, iż jednym z głównych powodów kryzysu w świecie jest to, że zatraciliśmy podstawowe kompetencje budowania relacji w małych społecznościach. Zatomizowaliśmy się kompletnie, każdy żyje tylko dla siebie. Samotność prowadzi do cierpienia.

Udowodniła to świetnie Susan Pinker w książce „Efekt wioski". Samotność społeczeństw generuje problemy ekonomiczne i społeczne, z którymi borykają się całe państwa.

Ale jak ty, psychoterapeutka, możesz odwrócić ten kierunek?

Tak pracuję z pacjentami, żeby wracając do świata, lepiej traktowali samych siebie i innych ludzi. Żeby innym było z nimi lepiej.

Każda rewolucja musi się zacząć wewnątrz nas. Od zrozumienia, jakie są moje ograniczenia w kontaktach z ludźmi, co muszę zrobić, żeby zmienić stosunek do siebie i innych.

Żyjemy w błędnym kole: tak jak traktujemy siebie, tak traktujemy innych. A traktujemy siebie tak jak nas kiedyś traktowano w dzieciństwie. Główna bohaterka „Innych ludzi" Doroty Masłowskiej – widziałam ostatnio inscenizację tej książki Grzegorza Jarzyny – mówi: „Wszystko jest mojego męża, moje ciało jest jedyną rzeczą, która należy do mnie, więc będą go używać tak, jak chcę. A nawet tak jak nie chcę". Ona traktuje innych jak przedmioty. Nawet o Kamilu, któremu oddaje się, kiedy chce, mówi: spłuczka. Bo sama siebie traktuje jak przedmiot.

W „Innych ludziach" widać, że w Polsce nie ma znaczenia, czy jesteś z warszawki, czy mieszkasz na wsi, czy w blokowisku. Wszędzie jest ten sam problem: ludzie doświadczają straszliwego cierpienia z powodu samotności. Kamil mówi: „Kiedyś znałem swoich sąsiadów, wiedziałem, że na ekipę spod trzepaka mogę liczyć. A teraz nie wiem nawet, kto koło mnie mieszka".

To jest mądra, prawdziwa, ale straszna książka.

Uświadomiłam sobie podczas jej lektury, że zapominamy o czymś podstawowym: rakiem naszej cywilizacji jest brak poczucia sensu i brak poczucia wspólnoty.

Jeśli tego nie odbudujemy, zginiemy.

Znasz miejsca, gdzie istnieje taka wspólnota?

Moja przyjaciółka, która mieszka w rumuńskiej wiosce, bardzo poruszona opowiadała, że umarł jej sąsiad. Trzy dni lamentowała z kobietami ze wsi nad otwartą trumną. Potem procesja szła szóstkami i zatrzymywała się przed każdym domem. A pop opowiadał, kim dla zmarłego była mieszkająca tam rodzina. Do pogrzebie owdowiała rodzina ma wsparcie sąsiadów. Jedni wyprowadzają krowy na pastwisko, inni przynoszą jedzenie, jeszcze inni opiekują się kurami. Przyjaciółka była pod ogromnym wrażeniem tego, jak ludzie dzielą się bez wstydu uczuciami, a to pozwala rodzinie zmarłego przeżyć te trudne, silne emocje naprawdę.

Tymczasem w Warszawie żegnamy się ze zmarłymi błyskawicznie, pozostawiając rodzinę z tłumionymi uczuciami. Sama byłam na pogrzebie, podczas którego wyproszono z kaplicy żałobników, bo musiał się rozpocząć kolejny pogrzeb. A żałoba potrzebuje przecież czasu.

Taka wspólnota jest również w Kawkowie pod Olsztynem, gdzie jeżdżę na warsztaty. Jedni produkują sery, inni jajka, jeszcze inni pieką chleb. Spotykają się, żeby poćwiczyć jogę albo obejrzeć filmy na przenośnym projektorze – co tydzień w innym domu.

Jeśli będziemy w stanie się dogadywać w takich podstawowych sprawach, to nie podzieli nas nawet polityka.

Mam koleżankę, która w wieku 40 lat spaliła całą korespondencję i wyrzuciła wszystkie zdjęcia. To był gest rozpoczęcia nowego życia. A co ty radzisz na początek drugiej połowy życia?

Myślę, że w drugiej połowie życia trzeba porzucić magiczne myślenie, że jak zrobimy coś dobrego, to dostaniemy nagrodę. Zasada „jak czynię dobrze, będę mieć dobre życie" nie działa.

Rzeczywistość nie jest sprawiedliwa. Przeciwnie, jest pełna niesprawiedliwych doświadczeń, które w każdej chwili mogą stać się udziałem każdego z nas. Świat jest chaosem, w którym zdarza się mnóstwo rzeczy, na które nie mamy wpływu.

Dlatego tak ważna jest przyzwoitość – życie w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami.

Co zostaje?

Zaufać sobie. Przyjąć, że jakby co, to sobie poradzimy.

Byłam kiedyś na warsztatach, które prowadził Alfried Längle, uczeń i współpracownik Viktora Frankla, psychiatry, autora słynnego „Człowieka w poszukiwaniu sensu" – o odbudowywaniu siebie po doświadczeniu obozu koncentracyjnego.

I w pewnym momencie Längle powiedział: „Bez względu na wszystko człowiek ma zawsze samego siebie".

Zapytałam go: „A co to właściwie znaczy?".

I ten stary człowiek popatrzył na mnie przenikliwie i powiedział: „Proszę pani, kiedy pani to zrozumie, to będzie pani mogła objąć i unieść samą siebie z taką czułością i miłością, jak człowiek dotyka nowo narodzonego dziecka".

Mam gęsią skórkę, jak to powtarzam. To jest właśnie to, o co chodzi: mamy siebie wtedy, kiedy możemy się zaakceptować takimi, jacy jesteśmy, z miłością i czułością przytulić siebie: kruchych, niedoskonałych, błądzących, zagubionych, skazanych na śmierć – bo wszyscy jesteśmy na nią skazani. I podejmujących rozpaczliwe wysiłki, żeby odszukać sens w swoim życiu, nadać mu wartość i pozwolić sobie doświadczyć szczęścia i spełnienia. To jest wyzwanie.

Mamy po prostu zacząć myśleć o sobie. I o sobie w świecie.

Może kupić sobie działkę, zacząć hodować pomidory?

Tak. I rozmawiać z sąsiadem o tych pomidorach. A potem na inne tematy.

Dr Martyna Goryniak – psycholożka, trenerka i terapeutka. Cztery lata temu współzałożyła Pracownię Psychoterapii i Treningu ISTDP. Wspólnie z Maciejem Wiśniewskim prowadzi warsztaty „Jak odnaleźć sens w drugiej połowie życia"

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.