Barbara Szubert dobrze pamięta kampanię przedwyborczą z 1989 roku. Oczywiście na tyle dobrze, na ile można pamiętać coś, co dzieje się na przyspieszonych obrotach – komitety obywatelskie w całym kraju szykowały się do czerwcowych wyborów w tempie nie do wyobrażenia. Miały na to niespełna dwa miesiące.

„Organizowanie wyborów zaczynaliśmy, nie mając NIC, absolutnie NIC. Wydawało się, że to absurd, utopia” – wspominała Barbara Szubert w 2014 roku podczas rocznicowego seminarium w Pałacu Prezydenckim.

Zatem najpierw zebrania w salce katechetycznej i narady u niej w mieszkaniu. Wreszcie prezydent miasta przydzielił lokal. Ten sam, w którym urzędowała „Solidarność” w krótkim karnawale od sierpnia 1980 roku do 13 grudnia 1981. Było tam podniszczone krzesło i poza nim nic. „Od czego zacząć?” – rozglądała się. – „Skąd wziąć biurka, krzesła, telefon, maszyny do pisania, papier, powielacz i pieniądze?”. Barbara Szubert zupełnie nie miała pomysłu.

Barbara Szubert: Nie sądziłam, że wolność to coś tak wspaniałego

Rzecz dzieje się w Chełmie, wówczas wojewódzkim 55-tysięcznym mieście, gdzie partia robi wszystko, by ludzie pamiętali, że to kolebka Manifestu PKWN, a nie jakichś wywrotowców z „Solidarności”.

Barbara Szubert nigdy nie darzyła sympatią Manifestu, ale jak wszyscy w pracy – pracowała w Rejonie Dróg Publicznych – należała do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i sprzyjającego władzy Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. Któregoś dnia, był koniec lat 70., uzmysłowiła sobie, że całe życie trwa w kłamstwie, co innego mówi w domu, co innego w pracy i ma tego serdecznie dość. – Pomyślałam: „Do cholery, nie może tak być, zacznę żyć w prawdzie” – opowiada.

Na początek wypisała się z TPPR. Ludzie mówili: „Co? Szkoda ci dwóch złotych?” – tyle mniej więcej wynosiła miesięczna składka i dodawali: „Po co ci to?”

Odpowiadała, że już nie ma z przyjaźnią ze Związkiem Radzieckim nic wspólnego. A potem wypisała się z OPZZ. – Wtedy zaczęła się robić koło mnie niewesoła otoczka – wspomina.

Wkrótce powstała „Solidarność”.

– Niczego nie umiem robić połowicznie, więc zaangażowałam się całkowicie. I tak zaczęła się ta moja historia – mówi Barbara Szubert. Zakładała „Solidarność” w zakładzie pracy, bywała w regionie, wreszcie została wiceprzewodniczącą regionu chełmskiego. Działała od świtu do nocy. W pracy brała urlopy, korzystając z przepisu, że od czasu do czasu można związkowca oddelegować do pracy w związku na trzy miesiące. Sprowadzała bibułę, współtworzyła „Biuletyn Informacyjny Regionu Chełmskiego". Roboty z tym było niemało, bo informacje trzeba było zdobyć, zweryfikować, napisać, sporządzić matrycę.

Spała po kilka godzin na dobę, a jednak wspomina ten czas bardzo dobrze: – Nigdy nie sądziłam, że wolność to coś tak wspaniałego. Móc wszystko powiedzieć, być wolnym człowiekiem. To mnie oszołomiło. Już wiedziałam, że nigdy wolności nie dam sobie odebrać. Nawet w zamknięciu.

Barbara Szubert: Z małego Chełma szły relacje na cały świat

W sobotę 12 grudnia 1981 roku była w regionie z kolegą. Przewodniczący Bogusław Mikus pojechał na Komisję Krajową do Gdańska. Akurat wtedy dotarł do nich nowy nakład biuletynu, w którym przewodniczący ostrzegał w wywiadzie przed możliwością wprowadzenia stanu wyjątkowego. Musieli to rozkolportować. Dzwonili po zakładach, ludzie zaczęli przychodzić i mówić, że żony milicjantów przyszły do pracy z dziećmi – nie wysłały ich do szkoły ani przedszkola. Jak gdyby bały się czegoś i wolały mieć dzieci przy sobie.

– To nas utwierdziło w przekonaniu, że coś się dzieje – wspomina Barbara Szubert.

O godz. 22 powiedziała koledze, że jakby coś, to jest pod telefonem. Ledwie położyła się spać – łomot do drzwi. Nie otworzyła. Blokowała, ile sił. Wyważyli.

W więzieniach siedziała do lipca 1982 roku. Chełm, Olszynka Grochowska, Gołdap, Darłówek.

Ośrodek dla internowanych w Darłówku, 1982 r. Barbara Szubert po lewej stronie w pierwszym rzędzie. Pierwszy od prawej Andrzej Drawicz, drugi Krzysztof ŚliwińskiOśrodek dla internowanych w Darłówku, 1982 r. Barbara Szubert po lewej stronie w pierwszym rzędzie. Pierwszy od prawej Andrzej Drawicz, drugi Krzysztof Śliwiński Fot. Andrzej Zieliński, zbiory Ośrodka Karta

Wróciła i zaraz wzięła się do działania. Mobilizowała do pracy tych kolegów, którzy już wyszli z więzień. Trzeba było odbudować podziemne struktury, zbierać składki członkowskie, sprowadzać „bibułę”, dowiadywać się, jak wiodło się rodzinom tych, którzy nadal byli internowani lub aresztowani.

Z informacjami o tym, co w podziemiu się działo Barbara Szubert pojechała do Łupkowa, gdzie w szpitalu leżał Bogusław Mikus. Nakreślili plan dalszej pracy, ale ciągle byli pod obstrzałem SB. 30 sierpnia Barbara Szubert znów trafiła do aresztu, zaraz potem internowano ją po raz drugi. Kiedy w grudniu wróciła z internowania w Darłówku, „Solidarność” właśnie rozpoczynała swoje nielegalne życie. Aktywnych działaczy było nie więcej niż 50, w tym 15-20 osób takich, na które można było liczyć. – Na szczęście był przewodniczący Bogusław Mikus – mówi Barbara Szubert. – On był motorem i mózgiem podziemnych struktur. Zgromadził wokół siebie pewnych ludzi. Nawiązał kontakty z Radiem Wolna Europa. Z małego Chełma szły relacje na cały świat.

A to nie było wcale proste. Najpierw należało znaleźć telefon nie namierzony przez SB. Numery działaczy były na podsłuchu, a kto nie działał, nie chciał się raczej narażać. Gdy ktoś już się zgodził zaryzykować, numer telefonu trzeba było przekazać tajnymi drogami do RWE, umówić się na dzień i godzinę kontaktu.

Nieliczna chełmska grupa odpowiadała za relacje do RWE, drukowanie biuletynu (drukarnia nigdy nie wpadła!), organizowanie papieru, farby drukarskiej i lokalu. Do tego utrzymywała kontakty z Lublinem, Ursusem, Warszawą, skąd docierały do Chełma podziemne wydawnictwa. Działaczy oczywiście gnębiono rewizjami, zatrzymaniami, aresztami.

– W dodatku całą działalność finansowaliśmy sami, z naszych małych pensyjek i mozolnie zbieranych składek członkowskich – mówi Barbara Szubert. – Było bardzo ciężko.

Bogusław Mikus na zatrudnienie nie miał szans. Ona straciła pracę w stanie wojennym, ale gdy wróciła z więzienia, dyrektor, chociaż partyjny, przyjął ją z powrotem. Na referenta do działu, w którym wcześniej była kierowniczką, ale była szczęśliwa, że ma na utrzymanie.

Ocenzurowana kartka pocztowa od internowanego Bogusława Mikusa do Barbary SzubertOcenzurowana kartka pocztowa od internowanego Bogusława Mikusa do Barbary Szubert 

Barbara Szubert: Wygraliśmy!

Nastał kwiecień 1989 roku, pusty pokój, stare krzesło i zupełnie nic. „Z piasku bicza nie ukręcisz” – myślała Barbara Szubert. Jednak zaraz zgłosili się ludzie gotowi do działania. W chełmskim Komitecie Obywatelskim oprócz zasłużonych działaczy "Solidarności" byli adwokat, architekt, urzędnik państwowy, nauczyciel. Ani Szubert, ani Mikus nie kandydowali w wyborach. – Uznaliśmy, że nie będziemy odcinać kuponów od naszego „kombatanctwa”, postawiliśmy na ludzi wykształconych, bo tacy są potrzebni przy tworzeniu ustaw.

Kampania trwała, jak wszędzie, do ostatnich chwil. W wyborczy wieczór w sztabie dyżurowali z Mikusem sami – reszta pilnowała komisji. Barbara Szubert opisała tę noc we wspomnieniach: „Około północy dzwonek telefonu zrywa mnie na równe nogi. Wygraliśmy! Wygraliśmy! Wszystkie głosy za „Solidarnością”! Wrzeszczy jak opętany nasz członek komisji wyborczej. Jestem w szoku. Dostaję spazmów. Płaczę. Znowu płaczę. Za chwilę drugi telefon o tej samej treści. Z kim się podzielić tą niesamowitą wiadomością? Komu powiedzieć? Kto zrozumie, co to dla nas znaczy? W tym momencie dodzwania się do mnie RWE i prosi o relacje z wyborów, więc podnoszę słuchawkę i bez namysłu głosem nabrzmiałym od płaczu drę się: Wygraliśmy! Wygraliśmy! Zwycięstwo!

Potem budzę Bogdana Mikusa odesłanego na króciutką drzemkę, padaliśmy bowiem ze zmęczenia z nóg. Chodź, bardzo ważna sprawa! Gdy się pojawia, relacjonuję mu, co i jak, a ten łapie się za głowę, coś ty narobiła! Po dwóch telefonach ogłaszasz światu nasze zwycięstwo? Zwariowałaś? Gdzie odpowiedzialność za słowo? Rozum postradałaś? No, sama nawarzyłaś piwa i teraz sama wypijesz. Jak zadzwonią powtórnie, odszczekasz wszystko.

Bogdan chodzi wściekły jak lew, a ja cichutko połykam łzy i odmawiam zdrowaśki. Ale nie, rozdzwaniają się telefony z różnych stron regionu i każdy mówi to samo. Bogdanowi poprawia się humor, a ja jestem wniebowzięta, że uniknęłam światowej kompromitacji”.

Ukręcili z piasku bicz.

Gorszy sort

30 lat później Barbara Szubert mówi: – Wywalczyliśmy wszystko, wywalczyliśmy wolność i podaliśmy na tacy mówiąc: „macie”. Sądziliśmy, że spożytkują ją lepiej, rozsądniej, rozważniej. A warto było walczyć. Sto razy powtórzę, że było warto, choć widzi pani, co teraz się dzieje.

Po przełomie prowadziła księgarnię, dziś ma 74 lata, jest na emeryturze. Coraz częściej przypomina sobie, jak w 1984 roku słuchała w Radiu Wolna Europa powieści „Rok 1984” George’a Orwella. – Słuchałam i myślałam wtedy: jakie to straszne, że można wymazywać i zmieniać historię, to wprost niewiarygodne. A jednak!

To przepisywanie historii, przypisywanie zasług sobie i odbieranie ich innym szalenie ją smuci.

– Jesteśmy zapomniani, nie zaprasza się nas na żadne rocznice. Tylko dlatego, że nie po drodze jest mi z obecnie sprawującymi władzę. Jestem gorszym sortem. Gdybym nie żyła, to pewnie poszliby na moją mogiłę, położyli kwiaty, a nawet uczcili minutą ciszy. No ale ja, cholera, żyję - podsumowuje Barbara Szubert.