ALEKSANDRA BOĆKOWSKA: Kiedy w 1991 roku przyszła do pani Shana Penn, amerykańska historyczka i slawistka, by rozmawiać o kobietach „Solidarności”, spytała ją pani, czy nie jest za późno, by zmieniać historię, która już została przedstawiona światu. Już wtedy było za późno?

BARBARA LABUDA: Nie wierzyłam, że uda się skorygować oficjalną historię podziemia, w której od początku nie było prawie nic o kobietach. Prawdę mówiąc, dalej mam duże wątpliwości. Miałam ostatnio wzruszającą rozmowę z moimi wnukami – 12-latkiem i 10-latką. O PRL, „Solidarności”, stanie wojennym, nowej Polsce.

W pewnym momencie wskazali na swoje podręczniki do historii: „Babciu, ale tu nic o tobie nie ma”. Ja na to, że może jest o innych paniach, które były szefowymi różnych struktur, wymyślały, w jaki sposób mamy walczyć, zagrzewały ludzi. Oni: „Nie, tam nie ma o żadnej babci ani słowa”. Zajrzałam – i rzeczywiście. O żadnej Helence Łuczywo, o żadnej Grażynie Staniszewskiej, o żadnej… Ani słowa.

Pamięta pani czerwcowe wybory?

– Głównie dlatego, że syn skończył w marcu 18 lat i pierwszy raz mógł głosować. Był przejęty, że odda głos, taki prawdziwy, liczący się, i to na mamę. Poszliśmy we trójkę z mężem i synem do szkoły obok nas. Jak to w Polsce, nikt nie okazywał uczuć żywiołowo, ale ludzie miło się uśmiechali, porozumiewawczo spoglądali. Można było przypuszczać, że idzie dobrze.

W ciągu dnia przyszły wyniki z koszarów na Kozanowie – 90 proc. głosów było na nas. To był bardzo dobry znak, że wojsko głosuje na „S”, ale powstrzymywaliśmy się przed radością. Chyba w nocy któraś zachodnia rozgłośnia podała, że potwierdza się nasze zwycięstwo.

Fragment muralu 'Kobiety Wolności'Fragment muralu 'Kobiety Wolności' 

Było oczywiste, że to pani będzie kandydować, a nie szef regionu Władysław Frasyniuk?

– Tak. Wtedy przecież nie było jasne, co się stanie po wyborach, a mieliśmy doświadczenie ze stanu wojennego, kiedy władzy udało się większość naszych struktur rozbić. Uważaliśmy, że część przywódców, w tym Władek, musi zostać i pilnować związku.

Parę miesięcy wcześniej pani głośno mówiła, że zabrakło kobiet w delegacji na plenarne obrady Okrągłego Stołu. Kiedy zmarł Klemens Szaniawski, pani spowodowała, że jego miejsce zajęła Grażyna Staniszewska.

– Byłam w szoku, gdy zobaczyłam skład naszej delegacji. Faceci, którzy nie zrobili jednej trzeciej tego, co kobiety! Alarmowałam, ale koledzy mówili: „Basia, to prawda, ale musimy mieć kogoś ze Stalowej Woli, kogoś stąd czy stamtąd”.

To oczywiście nie była specyfika „Solidarności”. Druga strona była identyczna.

Czy biali, czy czerwoni, czy bezpieka – wszyscy mieli ten sam sposób postrzegania kobiet jako nieistotnych w wielkim dziele zwalczania: my ich, oni nas.

A były istotne.

– Na pierwszym posiedzeniu Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „S” w kwietniu 1982 roku było trzech mężczyzn i pięć kobiet. Bogdan Lis, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Helena Łuczywo, Ewa Kulik i ja.

Źródła historyczne przeważnie wymieniają tylko mężczyzn.

– W 2007 roku marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, też legenda „S” i podziemia, zorganizował uroczystości z okazji 25-lecia powstania TKK. Józek Pinior powiedział wtedy, że przywódczyniami były również kobiety. Rozległ się gremialny śmiech.

Co pani robiła w podziemiu?

– Budowałam struktury. To w ogóle nie jest łatwe, a co dopiero, gdy większość siedzi.

W tym, w noc stanu wojennego, pani mąż. Pani zostaje z synem i...

– Syna przekazuję przyjaciółce, a sama jadę na strajk do Dolmelu i Pafawagu. Po ich pacyfikacji ukrywam się przez wiele miesięcy aż do aresztowania w październiku ’82. Pomieszkuję łącznie w trzydziestu paru mieszkaniach. U przyjaciółek i ich przyjaciółek.

W tych mieszkaniach spotykaliśmy się wszyscy. Wymyślaliśmy koncepcje oporu, organizowaliśmy podziemie. Nie mieliśmy telefonów, nie bardzo mogliśmy się pokazywać na ulicach, niebezpieczne było odwiedzanie znajomych, bo nie wiadomo, co się zastanie w ich mieszkaniu. Ja i tak czasem łamałam reguły bezpieczeństwa, bo gdy wzywaliśmy do demonstracji ulicznych trzynastego każdego miesiąca, w miesięcznicę wprowadzenia stanu wojennego, to chciałam zobaczyć, jak to wygląda. Ryzykowałam, że zatrzymają mnie za przebywanie w pobliżu, ale raz czy dwa poszłam.

W budowaniu struktury pomagały przyjaciółki z uczelni. Mozolnie, tygodniami organizowały kontakt po kontakcie. Udało się zbudować redakcję „Regionu”, drukarnię, kolportaż, zespół ekspertów z różnych dziedzin, którzy zbierali dla nas informacje, wreszcie – współpracę z zagranicą. W prawie wszystkich zakładach pracy na Dolnym Śląsku mieliśmy komórki złożone z kilku, kilkunastu osób. Zbierały składki, przekazywały bibułę.

Z Frasyniukiem i Piniorem spotykaliśmy się z nimi. Zależało nam na tym, bo chcieliśmy zachować demokratyczny styl władzy – wiedzieć, czego oczekują. Czasem przychodziło na te spotkania nawet 20 osób.

Pamiętam, jak wzywaliśmy ich, żeby pracowali rzetelnie, ale bez przesadnego entuzjazmu, w sposób przyhamowany, żeby się nie przyczyniali do sukcesów gospodarczych PRL. Jeden z robotników – brygadzista, który uczył młodych – powiedział: „Nie róbcie tego, bo stan wojenny kiedyś się skończy, a oni nie będą umieli porządnie pracować”. Tacy byli prospołeczni!

To, że zamknęli nas po roku, a nie po trzech miesiącach, to cud.

Pisała pani za Frasyniuka grypsy z więzienia i wywiady.

– Bo on był szefem regionu. To oczywiste. Było ważne, żeby ludzie dostawali przesłanie od swojego przywódcy. Kiedy wyszłam z więzienia, Władek jeszcze siedział i wtedy mój dom stał się miejscem kontaktów z Radiem Wolna Europa, Głosem Ameryki, BBC. Byłoby dziwaczne, że ktoś, kto nie jest szefem, pisze nagle komunikaty. Poza tym zasady konspiry.

Zanim znalazła się pani w opozycji, spędziła kilka lat we Francji.

– To był początek lat 70. Mąż dostał tam propozycję pracy, wykładał na Sorbonie literaturę i kulturę polską. Wykorzystałam ten czas na studiowanie, obserwowanie, działanie. To był bardzo ciekawy okres we Francji – burzliwy, fantastyczny. Załamywały się bariery społeczeństwa klasowego, ludzie zmieniali podejście do życia, uczyli się współpracować, otwierały się uczelnie. Ja studiowałam literaturę i miałam zajęcia z psychoanalizy i socjologii literatury.

Chodziłam na wykłady ze strukturalizmu do Rolanda Barthes’a i Tzvetana Todorova. Związałam się z Ruchem Wyzwolenia Kobiet, poznałam wiele wybitnych kobiet z różnych stanów i stron.

Fragment muralu 'Kobiety Wolności'Fragment muralu 'Kobiety Wolności' 

Czuliśmy się w Paryżu świetnie. W sensie psychicznym, umysłowym, obyczajowym. Mieliśmy dobrą pracę, przyjaciół, to była nasza kultura.

A jednak wróciliście w sam środek PRL.

– Kusiło nas, żeby zostać. Wróciliśmy, mówiąc górnolotnie, z powodów patriotycznych. Poniósł nas entuzjazm, że podzielimy się z ludźmi w kraju tym wszystkim, czego doświadczyliśmy.

Dość długo udawało mi się prowadzić bardzo nowoczesne zajęcia z literatury francuskiej. Gdy wybuchła „Solidarność”, zorganizowałam wszechnicę. Koordynowałam pracę blisko 40 wykładowców, którzy przyjeżdżali z całej Polski, by uczyć ludzi pracy – w dużej mierze robotników, ale też urzędników, nauczycieli, studentów. Dawaliśmy im wykłady z prawa, ekonomii, ale też z literatury emigracyjnej.

Powiedziała pani w książce Marty Dzido „Kobiety Solidarności”, że karnawał „S”, te 16 miesięcy przed stanem wojennym, wspomina wspaniale, choć spała trzy godziny na dobę.

– Nie wiem, jak to wytrzymałam, bo dziecko, zajęcia na uczelni, wszechnica, rozgrzebany doktorat, do tego byłam jedną z dwóch kobiet doradczyń politycznych regionu w Polsce. Rzeczywiście spałam po dwie-trzy godziny na dobę. Przez jakiś czas tak można, jeśli człowiek jedzie na adrenalinie i poczuciu szczęścia, że robi coś ważnego.

Już wtedy widziała pani niesprawiedliwe traktowanie kobiet?

– Zawsze mnie to denerwowało, miałam konflikty z przyjaciółmi, którzy bardzo mnie lubili, kochali i mówili: „Wspaniale, Basia, tylko masz ten przechył, męczącą fiksację z tymi kobietami”. Tak się z tym oswoiłam, że nawet zapomniałabym powiedzieć, gdyby pani nie zapytała. Ciągle były na tym tle zgrzyty. One zresztą sprawiały, że mogłam ten wątek podejmować z różnymi osobami. Pierwszy był mąż, który z natury też był patriarchalny. Już nie jest.

Miała pani dwa marzenia: wolność Polski i równość kobiet.

– Półtora się spełniło. Wolna Polska była, teraz jest w groteskowy sposób autokratyzowana przez PiS. Ciągle nie nazywam tego dyktaturą, to raczej taka lekko podgniła konstrukcja polityczna przypominająca republikę bananową. Mimo wszystko sądzę, że im to nie wyjdzie. Nawet jeśli jesienią wygrają niewielką większością, to będą mieć silną i zdeterminowaną opozycję.

Marzenie o wolnej Polsce wciąż uważam za spełnione.

Dla kobiet nowa Polska przyniosła dużo zmian. Mogą się organizować, choć niespecjalnie z tego korzystają, co wynika z typowej dla Polek i Polaków postawy: „Niech ktoś to zrobi za nas”.

Są jednak możliwości. Gdzieniegdzie pojawiają się mechanizmy wyłaniania wybitnych kobiet, które mają kompetencje, siłę charakteru, wolę działania. Ciągle są zbyt słabe, by na dobre przebić szklany sufit, ale jednak on powoli pęka.

W 1995 roku poparła pani w drugiej turze wyborów prezydenckich Aleksandra Kwaśniewskiego. Zdradziła pani swoje środowisko i przeszła do obozu wroga.

– Byłego wroga.

Bardzo się zawiodłam na moim środowisku. Okazało się, że my, którzy mamy wprowadzać nowe zasady, obyczajowość, świeckie państwo, prawa kobiet, traktujemy prawa kobiet per noga. Kiedy o tym mówiłam, słyszałam: „Poczekaj, jeszcze nie teraz”. Bo potrzebowaliśmy poparcia Kościoła dla reformy Balcerowicza, dla tego, dla tamtego. Do dziś to racjonalizuję i usprawiedliwiam, aż chyba przesadnie. Bo chodziło nie tylko o reformy, ale też o to, że moje środowisko było po prostu bardzo silnie osobiście związane z Kościołem, a ja nie.

Uważałam ponadto, że druga kadencja Lecha Wałęsy byłaby dla Polski zabójcza. Poparłam więc jego kontrkandydata. Owszem, to był dawny członek PZPR, mój były przeciwnik, ale sprawiał dobre wrażenie, w Sejmie zachowuje się prawidłowo, popiera wszystkie nasze pomysły, popiera zgłoszony przeze mnie projekt nowoczesnej ustawy aborcyjnej Parlamentarnej Grupy Kobiet. Wałęsa tę ustawę zawetuje.

Osobiście Kwaśniewskiego nie znałam, ale doszłam do wniosku, że jest większą nadzieją niż mój kolega z „Solidarności”, i powiedziałam to publicznie. Zaryzykowałam reputację, zostałam odtrącona przez moje środowisko, na dwa lata obrazili się nawet rodzeni bracia, ale dziś widać, że miałam rację. Kwaśniewski okazał się najlepszym prezydentem.

Dla kobiet?

– Mógł zrobić więcej, ale trzeba przyznać, że wspierał organizacje kobiece i feministyczne. Podnosił nasze znaczenie w życiu publicznym, nominując kobiety na kierownicze stanowiska.

Pani była sekretarzem stanu w jego kancelarii.

– Szefowymi kancelarii były Danuta Waniek, Danuta Hübner i Jolanta Szymanek-Deresz. Wbrew swojemu środowisku poparł Hannę Gronkiewicz-Waltz na drugą kadencję prezesury w NBP. Z uporem namawiał kobiety na różne stanowiska decyzyjne.

Fragment muralu 'Kobiety Wolności'Fragment muralu 'Kobiety Wolności' 

30 lat to dużo. Dlaczego w kwestii równości kobiet wydarzyło się tak mało?

– Też się zastanawiam.

Nie wiem, dlaczego w niektórych środowiskach, które powinny szczególnie zabiegać o równość i demokratyczną kulturę, kobiety są wciąż niedostrzegane. Rzadko się je zaprasza do mediów, by komentowały życie polityczne, niewiele jest wśród rektorów wyższych uczelni. Przebija się głównie męski punkt widzenia, oglądamy świat z jednej perspektywy. To bardzo zubażające.

A co z tymi podręcznikami? Nie jest pani zwyczajnie przykro, że nie ma tam nic o Barbarze Labudzie?

– Przykro może nie, ale uważam za niesprawiedliwe, że organizowałyśmy coś przepięknego, włożyłyśmy wysiłek w emancypację kraju, a teraz jesteśmy z tej historii wykasowane.

Możliwe, że trzeba czasu. Często wieczorami czytam najmłodszej wnuczce. Ona kolekcjonuje książki o wybitnych kobietach i ma już chyba wszystkie, które ukazały się na polskim rynku. Zachwyca się tymi historiami, niektóre zna na pamięć. Kto wie, może Mimi kiedyś napisze o wspaniałych polskich babciach.

Barbara Labuda – ur. w 1946 r., z wykształcenia romanistka, wykładała literaturę na Uniwersytecie Wrocławskim, w PRL działaczka opozycji demokratycznej. Współpracowała z KOR, w „Solidarności” od września 1980. W stanie wojennym współtwórczyni Tymczasowej Komisji Krajowej „S” i organizatorka wrocławskiego podziemia. Zatrzymana jesienią 1982 r., w więzieniu spędziła blisko rok. W 1989 roku została posłanką z listy Komitetu Obywatelskiego „S”. Do 1995 roku w Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Potem przez 10 lat w kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. W latach 2005-10 ambasadorka RP w Luksemburgu. W kampanii do Parlamentu Europejskiego wspierała kandydatów Wiosny.

KOBIETY WOLNOŚCI

„Wysokie Obcasy” w 30. rocznicę wolnej Polski chcą przybliżyć sylwetki kobiet, które działały w opozycji w całej Polsce, a których rola jest dziś często marginalizowana. W ten sposób chcemy udowodnić, że „Solidarność” była również kobietą i oddać hołd bohaterkom, które walczyły o wolność.

W połowie lipca na przystanku PKM Strzyża w Gdańsku odsłonimy mural upamiętniający Kobiety Wolności. Autorką koncepcji jest Anna Eichler z RedSheels, pierwszej w Polsce kobiecej agencji muralowej. Projekt stworzyła z Sabiną Twardowską. Mural jest częścią akcji „Wysokich Obcasów” „Kobiety na mury”