Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

To nie było tak, że jako młoda dziewczyna siadałam z mamą w kuchni i mama mówiła: teraz będziemy rozmawiać o pielęgnacji i urodzie. Ale o kosmetykach rozmawiałyśmy często. Szczególnie kiedy zmagałam się z trądzikiem. Razem z mamą zastanawiałyśmy się, jak go leczyć (po wielu nieprzynoszących zmian wizytach u dermatologów), jak pielęgnować podrażnioną skórę i czym na co dzień trądzik zakrywać. Mama nauczyła mnie, że wysuszoną od antybiotyków twarz najlepiej myć krochmalem lub lnem. Zresztą jej zdaniem len jest dobry na wszystko. Zewnętrznie do nawilżania włosów czy skóry, przy gojeniu ran, wewnętrznie – na podrażnione gardło, żołądek. Innym sposobem na podrażnioną, wysuszoną skórę, który znam od mamy, jest natarcie dłoni i stóp rozgrzanym olejem kokosowym (za PRL-u: olejem spożywczym) i włożenie ich na noc do wełnianych rękawiczek lub skarpet. Jeśli po zimie dłonie są przemrożone, można do oleju dodać soku z cytryny – zniweluje przebarwienia.

Pytam moje przyjaciółki, czy ich mamy nauczyły je podobnych trików.

Anka: U nas rozmowy o kosmetykach zawsze zaczynają się w łazience. Nie wchodzimy sobie z mamą do łazienki bez pukania, ale też nie barykadujemy się i zawsze druga może wejść. Moja mama do wszystkiego, co wie o swoim ciele doszła sama. Babcia była pochłoniętą sobą imprezowiczką. Niewiele rozmawiały. Z kolei mama jest osobą bardzo otwartą. Jeśli chodzi o pielęgnację, nie ma dla niej tematów tabu. Niczego się nie wstydzi. Nawet teraz, kiedy ma prawie 70 lat, otwarcie mówi o tym, jak ciało się starzeje. Nie przejmuje się tym, dzięki niej ja też nie. Inna sprawa, że czasami wygląda lepiej niż ja.

– Jak to?

– Może to dlatego, że nigdy się nie malowała? Nie używała żadnych kolorowych kosmetyków. Nie malowała nawet paznokci. Zaczęła dopiero po pięćdziesiątce. Wcześniej – ani kremów, ani zabiegów. A jeśli już to tylko naturalnych – okłady z rumianku na spuchnięte oczy, nafta kosmetyczna dla gęstszych i mocniejszych włosów. Ja też tak robię. Za to zawsze mama mi mówiła: „ruch, ruch i jeszcze raz ruch” i „jak długo się ruszasz, tak długo jesteś zdrowa”. Zafiksowała się na tym punkcie, chodziła po lesie, jeździła na rowerze. Dziś prawie nie ma cellulitu. Ja mam, bo w pracy głównie siedzę.

Monika: U mnie jest podobnie. Moja mama dużo się rusza i mnie też do tego namawia. Dużo też czyta o zdrowiu i powtarza, że pielęgnacja zaczyna się od środka. Na piękną cerę i skórę trzeba brać beta-karoten, witaminę D, pić sok z marchwi i wodę. Nie chodzi o to, żeby pić dwa litry wody dziennie, ale żeby ją zmieniać i nie pić ciągle tej samej. W ten sposób dostarcza się organizmowi różne minerały. Mama wciąż mi też powtarza, jak ważne jest nawilżanie. Wciera w ciało kremy, balsamy, oleje. Nie muszą być naturalne, mogą być kupne. Niestety chyba jestem zbyt leniwa, żeby wziąć z niej przykład.

– Dzięki mamie testujesz też dużo kosmetyków.

– Moja mama ma wrażliwą cerę i trudno jej dobrać dobry kosmetyk, więc testuje wszystkiego po trochu. Kupuje dużo kosmetyków ze sklepów zielarskich i części z nich używa tylko raz, więc po mamie testuję je ja.

Zostaje jeszcze kwestia pielęgnacji włosów. Pamiętam, że odkąd byłam mała, moja mama nigdy nie wychodziła z domu bez ułożonych włosów i zrobionego makijażu. Rano zawsze włosy myła, kręciła na wałki, a później obficie lakierowała. Zawsze miała pomalowane paznokcie i kolorowy makijaż – podkład, puder, róż, tusz do rzęs, kredka do brwi. Owszem, to eleganckie, ale też strasznie pracochłonne. I ta blokada w głowie, że czy na rower, czy na zakupy – musisz się uszykować. Obserwowanie mamy, która zawsze wstawała godzinę przed wszystkimi, żeby się wyszykować, sprawiło, że jako dorosła kobieta nie chciałam się malować, a włosy chciałam ściąć tak, żeby nigdy ich nie układać. Ale eksperymentować z kolorem lubiłam. Mama pokazała mi np., że włosy można naturalnie rozjaśnić wodą utlenioną.

Anka: Mnie moja mówiła, że rumiankiem. A przyciemnić korą dębu. Działało, w liceum często tak robiłam.

Monika: Wzmocnić po koloryzacji podobno można też, płucząc w wodzie brzozowej.

Sporo nauczyłyśmy się od naszych matek, ale i one od nas.

Ja moją mamę zaraziłam zamiłowaniem do kosmetyków naturalnych. Opowiadam jej o szkodliwych składnikach i o tym, że w popularnych drogeriach można bez problemu kupić kosmetyki „cruelty free”, czyli nietestowane na zwierzętach. Pokazałam też mamie makijażowe tutoriale na YouTubie. Razem oglądałyśmy filmiki, jak konturować twarz i malować brwi. Później wspólnie wybierałyśmy dla niej tusze do brwi, cienie, pędzle i żele. Razem odkryłyśmy też naprawdę skuteczne odżywki do brwi i rzęs.

Monika: U nas też brwi są głównym tematem. Nauczyłam mamę, jak samej robić hennę w domu i jak regulować brwi, żeby nie były zbyt cienkie. Często robimy to razem.

Anka: Ja mamę zaczęłam wyciągać na masaże. Szczególnie rehabilitacyjne kręgosłupa. Teraz sama wykupuje sobie całe serie. Pokazałam jej też aplikację na komórkę do skanowania kosmetyków, która mówi, jakie składniki mogą być toksyczne i rakotwórcze. Mówię też mamie jakie to są kosmetyki naturalne, jakie wegańskie, jakie eko, bio, co to parabeny, sls-y, że warto kupować produkty nietestowane na zwierzętach. Kiedyś ludzie nie mieli takiej świadomości i dostępu do informacji. Nie było też takiego wyboru. Mojej mamie bardzo się to podoba.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.