Tekst pochodzi z Wysokich Obcasów Extra nr 12, wydanie z 24/11/2016

Zacznę z grubej rury, ale zawsze chciałem w tej kwestii się skonfrontować.

Proszę bardzo.

Chodzi mi o to, że jak kobieta ma okres...

Miesiączkę.

W zasadzie chodzi mi o ten czas tuż przed, bo wtedy przeważnie kobieta zachowuje się jakoś inaczej...

Niekoniecznie.

W każdym razie są kobiety, które tak mają, a czasem nawet to komunikują: "Wiesz, kiedy zbliża mi się miesiączka, dzieją się ze mną różne dziwne rzeczy, na przykład łatwo się denerwuję, wpadam w złość".

Ja bym polemizowała, że czasami, że są takie kobiety, że w trakcie miesiączki itd.

Słyszałem takie teksty na własne uszy.

Ale równie dobrze jak o zespole napięcia przedmiesiączkowego można mówić o owulacji. Że wtedy, pod wpływem hormonów, mamy nienormalnie dobry nastrój - nie dajmy się więc zwariować. W każdym momencie cyklu, bo tu o to chodzi, jesteśmy w jakimś okresie. Czy wzrostowym, czy apogeum, czy zniżkowym.

Ja w ogóle wolałabym nie myśleć w ten sposób, bo odbijając piłeczkę, mogłabym powiedzieć, że mężczyzna cały czas jest pod wpływem testosteronu, mniej więcej trzynaście razy ma go więcej niż kobieta, więc teoretycznie cały czas chodzi naszprycowany tym hormonem agresji. I właściwie nie można by było z tej perspektywy w ogóle poważnie go traktować.

Ale mnie chodzi o coś innego.

O co?

O to, że kobiety potrafią przyjaciółce, a czasem nawet partnerowi, powiedzieć: "Zachowywałam się wtedy tak i tak, bo akurat miałam zespół napięcia przedmiesiączkowego, to było bez sensu, przepraszam".

Każde usprawiedliwienie się jest dobre.

A ja myślałem, że to jest komunikat typu: "Są takie sytuacje, w których nie za bardzo się kontroluję". I ja w związku z tym bym chciał, żeby potem, kiedy on nawiązuje do tamtego doświadczenia, mówiąc: "Może nie kłóćmy się o to w tej chwili, bo może twoja złość wynika z tego, że za chwilę będziesz miała okres" - to ona nie odpowiada: "Jak śmiesz tak mówić!", tylko: "Może tak".

Ale przecież kobieta, nawet jak - przypuśćmy - jest pod wpływem hormonów, to chce rozmawiać, czy nawet się kłócić, racjonalnie. I wtedy argument hormonalny jest poniżej pasa.

Ona sama może stwierdzić, że chyba dzisiaj trudniej jest jej opanować emocje, bo się gorzej czuje, ale taka ocena ze strony partnera jest dyskredytująca.

Ale to nie jest ocena, tylko pytanie: "Kochanie, może dziś to nie jest najlepszy czas na tego typu rozmowy?".

Ale to i tak jest dyskredytujące.

Proszę sobie wyobrazić, że kobieta mężczyźnie mówi: "A może nie będziemy dziś o tym rozmawiać, bo chyba masz podwyższony poziom testosteronu?".

Pamiętam, jak raz kłóciłem się z partnerką, byłem przekonany, że to, o co walczę, jest niesłychanie ważne, a ona: "Chyba jesteś głodny". I to rzeczywiście doprowadziło mnie do szału.

Widzi pan.

Ale potem przyszliśmy do domu, zaserwowała mi kanapki…

I się okazało, że miała rację.

Dokładnie. Od tamtej pory, jak ktoś mi mówi: "A może ty się tak awanturujesz, bo jesteś głodny?", biorę to pod uwagę.

Ale pan sam musiał dojść do tego wniosku.

Tak, ale przecież kobiety w przypadku zespołu napięcia przedmiesiączkowego mają mnóstwo okazji do wyciągnięcia tego typu wniosków.

I jedne wyciągnęły, a inne nie.

Myślę, że to nie tylko o to chodzi.

A o co?

Mam wrażenie, że gdyby "Chyba masz zespół napięcia przedmiesiączkowego" powiedziała przyjaciółka, to kobieta by to przyjęła. A jak wychodzi od faceta, to następuje blok.

Dopiero w związku z "czarnym protestem" zrozumiałam, jak niepojętą kategorią jest siostrzeństwo. Mężczyźni mają coś innego, nie wiem, jak to nazwać, nie jestem facetem.

Chodzi mi o to, że my, kobiety, tworzymy pewną wspólnotę. I mamy swoje tak zwane święte sprawy. I one są bardzo ściśle związane z naszą cielesnością. Bo w naszej kulturze nasze ciało, a przede wszystkim obszary intymne, jest ściśle powiązane z kategorią niezależności i pojęciem godności. Bardziej niż w przypadku mężczyzn.

My mamy inny stosunek do ciała. Przez to, że mamy miesiączkę, zachodzimy w ciążę, rodzimy itd. A w związku z tym łączy nas specyficzna więź związana z seksualnością, cielesnością, przechodzeniem przez różne fazy życia

Śmiem twierdzić, że jest coś takiego jak zbiorowa tajemnica kobiet. Mężczyźni mają do tego dostęp, ale tylko, że tak powiem, po dobroci.

To znaczy?

Jakiekolwiek wtrącanie się w tę sferę - ocenianie, zarządzanie - będzie budziło nasz opór i agresję. Bo my to odbieramy jako ingerowanie w nasz świat. Dla nas, kobiet, to zresztą wynika z badań, bardzo istotną kategorią, żeby nie powiedzieć podstawową - mężczyźni też tego potrzebują, ale w innym wymiarze oraz nasileniu - jest bliskość. I my tych mężczyzn, z którymi czujemy bliskość, jakby wpuszczamy w ten nasz świat, również cielesny. Tak więc tu nie chodzi o to, że mężczyzna musi sobie zasłużyć, ale w relacji musi stać się nam wystarczająco bliski, żebyśmy mogły mieć do niego zaufanie.

Ja na to patrzę w taki bardzo pierwotny sposób, że mężczyzna jako ten, kto reprezentuje energię, siłę, nawet tę agresję w pozytywnym sensie, musi być oswojony, my musimy czuć, że on jest łagodny, że nie zrobi nam krzywdy, nie będzie inwazyjny.

No dobra, ale co to jest ta bliskość?

Ależ pytanie pan zadał. To się po prostu czuje.

On mówi: "Mam ochotę na seks", a ona, odmawiając: "Ale ja nie czuję, że jesteśmy blisko".

Na przykład.

Szalenie nieostra ta odpowiedź. Aż chciałoby się zapytać: "No to co ja mam teraz zrobić, żebyś się tak poczuła?".

Dosyć często mi się zdarza, wie pan, w gabinecie, że jak pracuję z mężczyznami i rozmawiamy sobie o potrzebach kobiet, to pada pytanie: "No, ale jak ja mam to zrobić?". I wtedy moim zaleceniem, pracą domową, jest: "Proszę nic nie robić!".

Po prostu wysłuchać. Po prostu pobyć. Poleżeć. Czyli pobyć blisko w sensie fizycznym.

Seksu nie zakończyć wytryskiem, orgazmem, tylko zatrzymać się na etapie, że jest przyjemnie. Nie wszystko ma przecież cel, koniec, nie wszystko jest zadaniem. Zresztą bliskość, jak dla mnie, wiąże się z taką cechą, która często jest nam, kobietom, przypisywana, a mianowicie, że nasza seksualność jest płynna.

"Czuję się blisko, nie czuję się blisko, sama nie wiem, jak ja się czuję".

Tak, tak, tak (śmiech). I bardzo się cieszę, że pan to mówi, bo bliskość wiąże się również z poczuciem akceptacji, z przyzwoleniem, że z tą osobą może dziać się wszystko. Że mogę być w sytuacji, trochę obok, zupełnie poza, a i tak jestem akceptowana - taka, jaka jestem. I wzajemnie.

No tak, ale jakby mężczyzna wszedł w podobny taniec, to wtedy czasami by się zgrali…

A czasami nie. Ale na tym właśnie polega bliskość.

To, co jest niesamowite, i to jest wielki dar, z pewnością pan to zna, to jest niezależne od płci, jak możemy z kimś milczeć i dobrze się z tym czujemy. Jak jest dobrze, to z dziećmi tak mamy. Z przyjaciółmi. Z partnerką lub partnerem. Bo przecież nie cały czas musimy się puszyć. I tak samo, jeśli chodzi o seks, cielesność: mogę być ognista, ale mogę być też zimna, może mi się chcieć, ale może nie chcieć.

A wracając do miesiączki, to jest obszar związany z naszymi granicami, z naszą cielesnością, która jest jakoś tak zlepiona z tym, kim jesteśmy - nie potrafię lepiej tego wyrazić. Jeśli więc z kimś walczymy, z kimś się spieramy i ten ktoś jest mężczyzną i uderza w ten obszar, to my ten atak czujemy podwójnie.

Ale mnie zawsze się wydawało, że bliskość polega również na tym, że ktoś nam mówi pewne rzeczy, o których nie mówi innym, a w związku z tym daje nam też prawo…

Tak, to prawda, ale to nie działa w przypadku konfliktu.

Jeżeli to byłoby w sytuacji czułej, pełnej troski - kobieta wraca z pracy, zmęczona, jest tuż przed okresem i on, nie chcę tu jakichś superromantycznych obrazków serwować typu kąpiel, kwiaty, on po prostu ze zrozumieniem do tego podchodzi, czyli zrobił zakupy, czeka na nią, mówi, żeby się położyła - to wtedy, owszem, mogą o tym porozmawiać. Bo on wchodzi w tę intymność nieinwazyjnie. I wtedy, jestem przekonana, kobieta się tym podzieli, że się gorzej czuje, że ma gorsze wyniki w pracy, że ma labilność emocjonalną.

Tak, ale rozsądniejsze chyba byłoby podejście, że jak wiem, że przed miesiączką mam tego typu nastroje, to biorę to pod uwagę.

Owszem, ale to nie może być argument w walce.

Jednak to często nie jest element jakiejkolwiek walki, tylko tak to jest odbierane.

Musi pan wziąć pod uwagę to, że istnieją różne perspektywy.

Mężczyźni są bardziej przyzwyczajeni do konfrontacji - to, co dla nich jest jeszcze rozmową, wymianą argumentów, dla kobiety może być już walką

Dużo mówi się teraz o aborcji, pani też już zahaczyła o "czarny protest", no, a moje wrażenie jest takie, że w tych dyskusjach, manifestacjach kompletnie pomija się to, że dziecko ma również tatę.

Tak, ma pan rację. Dla mnie jako kobiety, feministki, ale też edukatorki seksualnej, podstawową sprawą, również w kontekście aborcji, jest dostęp do antykoncepcji oraz wyzwalanie w sprawcach ciąż, potencjalnych ojcach, poczucia odpowiedzialności za swoje zachowania seksualne.

Prawdopodobnie 99 proc. kobiet, uczestniczek protestu, personalnie nie jest za aborcją. Tylko za prawem do aborcji. A wynika to z tego, że jako kobiety zbyt często czujemy się pozostawione przez mężczyzn, którzy są zainteresowani seksem kompletnie nieodpowiedzialnym. A już na pewno nie ojcostwem.

Poważne zarzuty, tymczasem mnie chodzi o sytuację, że ona zachodzi w ciążę, mówi, że nie chce tego dziecka, a on…

...chce.

Właśnie.

Rozumiem pana perspektywę, ale my, kobiety, przed nią się buntujemy, bo jednak płód rozwija się w naszym ciele. Czyli to jest anektowanie naszego ciała. Ale jeśli mężczyzna, wrócę do bliskości, łagodności, odpowiedzialności, umie z kobietą porozmawiać, to jestem pewna, że może ją przekonać, żeby urodziła ich dziecko.

Mężczyzna ma taką moc, ale powtórzę, tylko po dobroci. Bo to jest jej ciało.

Pani ciągle o tej bliskości, a to jest przecież kategoria, sama pani to powiedziała, płynna, niejasna.

A czy wszystko musi być jasne, pewne, stabilne?

Oczywiście, kobieta, chcąc wejść w bliską relację z mężczyzną, też powinna nauczyć się przyjmować jego perspektywę. Czyli że nie będziemy się tylko przytulali, opowiadali sobie, co czujemy, ale również, że ona z nim pojedzie na ryby albo na koncert rockowy, bo na wspólnym robieniu czegoś polega bycie blisko, po męsku, z mężczyzną.

A co by pani zrobiła, kiedy on jej mówi, że ma ochotę na seks, a ona mu odpowiada: "Nie czuję się blisko"?

Na pewno nie parłabym do celu. Choć może bym jednak się nie poddała, tylko zmniejszyła dystans fizyczny, i zapytała: "A na co masz, kochanie, ochotę?". Czyli powiedz mi, kobieto, konkretnie, o co ci chodzi. Ale w miły sposób, bez napierania.

"No, nie wiem", ona na to.

"Może to, kochanie, a może tamto?".

"Teraz ci jest dobrze?".

"Tak, ale nie mam dziś ochoty".

"Dobrze, kochanie, spróbuję jutro".

Generalnie chodzi o luz i poczucie humoru.

Czasem to nie jest proste.

Jasne, ale właśnie możliwość odpuszczenia, odroczenia, wynika z bliskości. Bo ona opiera się na zgodzie i akceptacji.

I często właśnie z tej akceptacji u kobiet wychodzi ochota na seks. Zwłaszcza jak tego pierwszego dnia mężczyzna nie naciska, tu ją połechce, tam pogłaszcze, powie coś miłego. Wtedy ona sama do niego przyjdzie następnego dnia. Z ochotą

Ale czasami chciałoby się, żeby seks był jak jedzenie. Nieobarczony tą całą grą, tymi specjalnymi rytuałami.

Że codziennie?

CZYTAJ TAKŻE: "Jak zaciągnąć kobietę do łóżka"

Również, ale przede wszystkim, żeby ta atmosfera wokół niego była prostsza, mniej zaczarowana.

Bliskość niekoniecznie na tym polega, że muszą być świece i płatki róż, tylko, w przypadku kobiety, brak presji. Ale ona powinna też zrozumieć, że męska perspektywa, o której pan mówi, wcale nie jest wulgarna.

Wulgarna?

No tak, bo skojarzenie czasem jest takie, że jak kobieta ma "męskie" podejście do seksu, to znaczy, że jest dziwką.

Jakiego określenia by pan użył, żeby nazwać taki codzienny, lekki seks?

A co mam do wyboru?

Bzykanie? Numerek? Bo pieprzenie się to chyba już za mocno?

Numerek jest w porządku.

Zapytałam, bo każda para potrafi rozróżnić rodzaj seksu, który uprawia. I na ten, o którym pan mówi, fajnie by było, żeby kobieta, z tej bliskości, potrafiła się też otworzyć. Bo większość kobiet przy pewnym otwarciu emocjonalnym odkrywa, że to jest bardzo fajny rodzaj seksu. Niezwykle więziotwórczy.

Właśnie.

I że taki drobny seks, taki numerek, nie zakłada, że my się nie kochamy, nie szanujemy.

Czyta mi pani w myślach.

Mało tego, na taki naprawdę luźny seks najwięcej miejsca jest w relacjach, w których ludzie rzeczywiście się kochają. Bo tam jest przestrzeń i czas na wszystko. Na to, żeby kochać się romantycznie, ostro, ale też jest czas na coś lekkiego.

Mnie się zdaje, że dopiero z tego numerka może wyjść to coś innego, poważniejszego. Bo jak on taki spięty, a ona do niego: "Wiesz, nie czuję się z tobą blisko", to jak on ma się uśmiechnąć, zdystansować, skoro wszystko ma ponapinane.

Stoję po pana stronie w tym przypadku, bo nieprzyjęcie równoprawne tej męskiej perspektywy sprawia, że w relacjach często seks się staje przedmiotem przetargu.

Rozmawiałem kiedyś z koleżanką, mówię, że mężczyźni, kiedy napięcie seksualne w nich jest duże, a partnerka nie ma ochoty, się onanizują. I ona wtedy: "Myślisz, że mój mąż też tak robi?".

Co było oczywiście komunikatem, że ona nie bierze tego pod uwagę.

Ba, przez jej twarz przeszedł grymas czegoś w rodzaju…

Obrzydzenia?

Świntuch. A do tego zdrajca.

Czyli seks staje się nie tylko obiektem przetargu, lecz także zawłaszczenia. Kobiety często coś takiego robią, zresztą mężczyźni też, tylko w inny sposób - patologiczna zazdrość i ograniczanie kobiety pod względem, nazwijmy to, ekonomicznym. Czyli robienie z niej niewolnicy domowej. U kobiet to jest bardziej manipulacyjne, związane z tym, że mężczyzna, a konkretnie jego seksualność, to jest moja własność. Czyli on nie może poczuć pożądania do kogoś innego niż ja, bo wtedy grzeszy.

Nie może się podniecić pod wpływem obrazu erotycznego, pornograficznego, bo to jest zdrada - o, już inna kobieta, jej ciało, go podnieca. Nie może się masturbować. W ogóle nie może doprowadzić do wytrysku nasienia poza sypialnią.

Absolutne zawłaszczenie.

Oglądanie porno to nie zdrada?

To, czy to zdrada, czy nie, to wie tylko ta osoba, która ogląda porno.

CZYTAJ TAKŻE: "Seksoholicy i zwykli łajdacy"

Jak to?

Są ludzie, którym do głowy by nie przyszło, że to jest zdrada, czyli oni to rozdzielają. Pytanie, co by taki mężczyzna powiedział, jakby się dowiedział, że jego żona ogląda porno. Albo się masturbuje. A głównym motywem jej fantazji jest na przykład kolega z pracy.

Albo wielki czarny facet. Że ona idzie na basen, a tam, pod prysznicem... I jak ona tak przechodzi, to on ją wtedy…

Bierze!

Jakby mi coś takiego partnerka powiedziała, tobym się nie zaniepokoił. Bo w Polsce w zasadzie nie ma czarnych, więc o tego typu realizację byłoby bardzo trudno. Ale gdyby to był…

...ratownik...

...z  tego konkretnego basenu?

Tak.

Oj, tobym pomyślał, że chyba powinna przestać chodzić na ten basen.

Czyli jednak.

Jednocześnie pewnie bym pomyślał, że skoro ona ma takie fantazje, to pewnie ze mną jest coś nie tak. Przypuściłbym atak w stylu: "Jak ty masz nie fantazjować, skoro nie uprawiamy seksu!".

Ale super, że pan to tak szczerze mówi, bo to właśnie tak wygląda, co nie znaczy, że pana partnerka, mając takie fantazje, faktycznie by pana zdradzała, prawda?

Podstawą związku jest zaufanie i budowanie bliskości. Czyli koncentrowanie się na tym, co pozytywne, i pozostawianie partnerowi, partnerce wolności w granicach przegadanej umowy. Nie wszystkie więc szczegóły związane z seksualnością ma pan obowiązek opowiadać swojej partnerce. I vice versa. W szczególności że pan się masturbował i o czym pan wtedy fantazjował.

Ale byłoby fajnie, gdyby ona mi opowiedziała, że fantazjuje o ratowniku…

A potem jeszcze dodała: "Właśnie uzmysłowiłam sobie, że chciałabym, żebyś zrobił mi, super-cunnilingus...".

A dlaczego dla kobiet seks jest połączony z czymś takim jak miłość, bliskość, romantyzm?

Po pierwsze, nie zawsze jest połączony. Są kobiety, które wchodzą w relacje seksualne bez tej otoczki. I to jest na przykład związane, nie bardzo bym chciała teraz o tym mówić, z samokaraniem się. Czyli wchodzeniem w przypadkowe relacje seksualne, z ostrym przekraczaniem granic itd., co ma je utwierdzić w przekonaniu, że świat jest zły, mężczyźni są źli.

Druga kwestia jest taka, że żyjąc w kulturze takiej jak nasza, gdzie mężczyźni chcą zawiadywać naszą seksualnością, jesteśmy niezwykle mocno oceniane za zachowania seksualne. Zwłaszcza te związane ze spontanicznością i otwartością.

To znaczy?

Żyjemy w kulturze, w której obowiązuje obraz Madonny albo ladacznicy. Albo jestem świętą, albo dziwką. Albo żoną, albo kochanką. I jeżeli już jako dziewczynki wzrastamy w czymś takim, to zaczynamy mieć dystans do seksualności.

Do tego jesteśmy uczone, że mężczyźni są inwazyjni. Stąd się bierze to, że mężczyzna musi pokazać, że nie jest agresorem, że jest przyjazny, troskliwy, co się też wiąże z tą otoczką romantyczności. Temu także służy osławiona gra wstępna - to jest jakby przełamywanie tych granic.

No, ale jeżeli jesteśmy w bliskiej relacji z mężczyzną, to tam jest przestrzeń również na seks taki ot, po prostu. I ona polega na pewności, że nie zostaniemy ocenione przez tego mężczyznę i przez otoczenie.

Ocenione?

Że jak ja mu powiem, jakie mam potrzeby, albo wejdę w to, co on mi proponuje, to nie usłyszę, że jestem wyuzdana.

"Skąd ty masz takie rzeczy w głowie?". "Gdzie ty się tego nauczyłaś?".

A co to znaczy, że mężczyźni chcą zawiadywać waszą seksualnością?

To strasznie długa historia.

Proszę ją więc skrócić.

Zaczynając od poziomu rodzinnego: my, dziewczynki, jesteśmy uczone, i właściwie już pięciolatka w odróżnieniu od chłopca wie, że nóżki z jakichś tajemniczych powodów należy trzymać złączone. Z tajemniczych, bo z reguły ona nie wie, dlaczego tak musi robić.

Ona nawet nie wie, jak się nazywają jej narządy płciowe, ale wie, że nie należy ich dotykać. I z reguły wie też o tym, że to coś, co nie wie, jak się nazywa, trzeba bardzo higienicznie traktować.

To akurat chyba dobrze.

Nie do końca. U chłopców to jest bardziej naturalne - niech się myje, jak jest brudny. A tutaj chodzi o sterylność. Też kulturową. Co wpływa na to, że my, kobiety, mamy potem o wiele częściej negatywny stosunek do własnego ciała. Że go nie lubimy. Jak wygląda. Jak pachnie.

Potem, bardzo szybko, bo już w szkole podstawowej, dziewczynka zyskuje świadomość, że jest jakaś przemoc, są jakieś gwałty, jakieś nadużycia. A kto jest ich autorem? No przecież nie kobiety.

Dobra, ale to przecież kobiety tak tej dziewczynce mówią.

Proszę dać mi skończyć.

Jednocześnie jest również przekaz związany z miesiączką. I do tego też ten stosunek jest ambiwalentny, bo to się wiąże z kobiecością, z możliwością zajścia w ciążę. Czyli także z hamowaniem zachowań seksualnych, z kontrolowaniem, z kim ona się ma spotykać itd. Generalnie więc dostajemy edukację, jeżeli to w ogóle jest edukacja, negatywną, bardzo negatywnie nastawioną do mężczyzn.

I tak, ma pan rację, to kobiety, często nieintencjonalnie, krzywdzą córki, nie prezentując im pozytywnego obrazu mężczyzny i własnej, kobiecej seksualności.

No i teraz mogę już przejść do tego, dlaczego się mówi o męskiej opresyjności. Otóż, my wciąż żyjemy w kulturowej tradycji, w której instytucja rodziny opiera się na tym, że mężczyzna ma ziemię, generalnie majątek, a jeśli chodzi o żonę i córkę, to on przede wszystkim musi ich pilnować. Żeby majątek nie doznał uszczerbku. I w to wpisana jest nasza seksualność.

My, kobiety wyzwolone, Europejki, strasznie się w tym dusimy.

Czyli mężczyzna ogranicza córkę, żeby ona nie zaszła w ciążę, bo wtedy będzie musiał karmić kogoś dodatkowego, a jeszcze, nie daj Boże, ten, kto jej to dziecko zrobił, zażąda posagu?

Mężczyźni, ojcowie i bracia, anektują i chronią seksualność córek. Co przekłada się na to, że kiedy one dorosną i same staną się matkami, trudno jest im wychować córki do pozytywnej seksualności. Czyli nie tak jak my, współczesne, wolne kobiety, uczyć, że to, co najważniejsze, to być świadomą swojej seksualności, zarządzać nią w sposób pozytywny.

Co więc powinienem zrobić, żeby tego wirusa nie zapuścić córce?

Mój ojciec mi mówił, i jestem mu za to wdzięczna: "Masz urodę i rozum. To ty decydujesz, czy masz ochotę wejść w bliski kontakt z mężczyzną, czy nie". I to jest właśnie to, co ojcowie mogą podarować córkom: moc związaną z tym, że są wolnymi ludźmi.

Rozmawiałem kiedyś z pewnym panem, instruktorem, w tak zwanej szkole uwodzenia, i on mi powiedział, że jak się chce iść z kobietą do łóżka, to nie należy tego mówić wprost, tylko tak jakby koło tego seksu w rozmowie krążyć: "Czytałem ostatnio taką książkę i tam, ta bohaterka...", rozumie pani?

Obrzydliwe jest to, że są takie szkoły.

A w sumie dlaczego?

Bo uczą manipulowania drugim człowiekiem.

Ale przecież ta zabawa, męsko-damska gra, na tym polega.

Nie, zabawa polega na tym, że jedna i druga strona wie, że się bawi. A to jest świństwo.

Ja, jako dojrzała kobieta, oczekuję, że dojrzały mężczyzna będzie potrafił spojrzeć kobiecie w oczy, powiedzieć: "Zależy mi na relacji seksualnej z tobą". "Nie liczymy na nic więcej, ale może być fajnie". I pozostawia jej miejsce na decyzję.

Jeśli mężczyzna udaje, że stwarza jakąś rzeczywistość, w którą kobieta wierzy, a sam dobrze wie, że to jest gra, to jest podłość.

No tak, ale jeżeli ja wiem, że jak zacznę coś robić w określony sposób, to kobieta pójdzie w tę pożądaną przeze mnie stronę, to dlaczego mam tego nie wykorzystać?

No, przecież to jest żałosne, co pan mówi. Przecież taki mężczyzna równie dobrze może pójść i zamówić sobie dziewczynę z agencji. Problem w tym, że on z reguły ma na tyle małe ego, że sam chce tej złudy, chce omamić czyjąś duszę, bo nie może jej zdobyć naprawdę.

Mnie chodziło przede wszystkim o to, że łatwo jest zmanipulować kobietę.

Tak, ale źródłem tej manipulacji jest małe męskie ego. Poza tym kobiety też potrafią manipulować mężczyznami. Dając im różnego rodzaju obietnice bez pokrycia, wysysając ich emocjonalnie, powodując, że się zatracają, rujnują finansowo i rodzinnie. Kobiety są w tym świetne.

A jakie są te słabe kobiece strony, te dziurki, do których, jak włożę kluczyk - pytam, bo warto być tego świadomym - to w pani zapali się to, co trzeba?

Tym czymś jest wessanie się w wyobraźnię kobiecą. Również seksualną. Jak już się to zaszczepi, jak się już pojawi ta złuda bliskości, to wtedy wyobraźnia zaczyna pracować, kobieta ma przekonanie, uczucie, że jakby to się dzieje samo, choć to się przecież nie dzieje samo, tylko jest wynikiem manipulacji.

Jeżeli znamy swoje upodobania, preferencje, to wtedy jak z reklamami - nie tak łatwo nami manipulować. Ale jeżeli czegoś pożądam, nie wiem czego, i pojawi się ktoś, kto mi to poda, to za tym polecę.

I to dotyczy również mężczyzn. Podobnie zresztą jak kwestia bliskości. Myślę, że poza przyjemnością ta męska fiksacja seksualna jest związana z tym, że kobiety mają dużo możliwości, żeby wymienić się między sobą bliskością fizyczną i psychiczną, a mężczyźni normalnie tego nie mają. Może w tych przyjaźniach chłopięcych, ale potem wchodzą w kategorię walki, rywalizacji, seksu, i jedyną przestrzenią, w której mogą to zrealizować, jest relacja z bliską kobietą.

Mężczyźni są strasznie samotni i kobiety doskonale o tym wiedzą.

Prostytutki bardzo dobrze o tym wiedzą. W ogóle kobiety, które mają wielu kochanków. Że facetom, tak naprawdę, nie chodzi tylko o seks.

A o co?

Też o to, żeby się przytulić, porozmawiać, zasnąć przy kobiecie. Ale wielu z nich nie potrafi się do tego przyznać.

Dojrzali mężczyźni, mniej więcej w pana wieku, są już jakby zmęczeni tą ciągłą walką, rywalizacją, tęsknią więc za kobietą, przy której mogą się poczuć bezpiecznie.

Nie matką! Partnerką!

Tekst pochodzi z "Wysokich Obcasów Extra" nr 12, wydanie z 24/11/2016