Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Góra Przeznaczenia" Grażyny Wyczałkowskiej leży nie w Mordorze, ale na Wzgórzach Piastowskich, pół godziny marszu od amfiteatru, w którym przez ćwierć wieku odbywał się Festiwal Piosenki Radzieckiej. Pięknie pofałdowane, porośnięte gęstym lasem wzgórza są częścią Wału Zielonogórskiego, czyli najwyższych wzniesień między morzem i górami w zachodniej części Polski. W pogodne dni można z nich dostrzec nawet zarys Karkonoszy.

„Góra Przeznaczenia" porównana do jakiejkolwiek innej nie robi wrażenia, ale w tym krajobrazie jest jak z innej bajki: szerokie, dość strome zbocze wygląda jak schody do nieba. Wyszłyśmy wcześnie, żeby uniknąć palącego lipcowego słońca, ale promienie przebijają się między smukłymi sosnami i zaczynają już dawać w kość. Moja przewodniczka ma 65 lat, krótką blond fryzurę, butelkę z wodą przy pasie i stawia długie kroki tak szybko, że ledwie za nią nadążam. A przecież chodzę dużo i na co dzień to ja zostawiam wszystkich w tyle. Grażyna tryska energią, ani przez chwilę nie słyszę szybszego oddechu, przerwy na jego zaczerpnięcie, choć opowiada i opowiada. – „Góra Przeznaczenia" to nie jest żadna nazwa geograficzna, sama ją wymyśliłam. Trenowałam biegi na 200 i 400 metrów, niby szło mi dobrze, ale zawsze czegoś brakowało na ostatniej prostej. Trener przyprowadził mnie wtedy tutaj i kazał wbiegać z obciążeniem na nogach równym tempem na szczyt.

Wdrapujemy się na niego, grzęznąc w piasku i omijając wystające korzenie. Jestem trochę zawiedziona, bo niewiele stąd widać, panoramę przesłania las, tylko z jednej strony jest brzozowy zagajnik. Grażyna, wskazując go, mówi: – Wyrósł jak szalony, kiedyś było tu gołe zbocze z ładnym widokiem. Las się zmienia, inny jest wiosną, inny jesienią, tu coś wytną, tam coś wyrośnie, nawet te same miejsca wyglądają inaczej. Dlatego tak lubię po nim chodzić.

– Czy ty się czasami męczysz? – pytam. – No pewnie – odpowiada, zbijając mnie z tropu, ale tylko na chwilę, bo coś mi tu nie pasuje. Precyzuję więc: – Ale jak chodzisz? – A nie, wtedy to nigdy.

Z wykształcenia jest inżynierem, od lat zarabia na życie jako instruktorka fitnessu, dziś też pobiegnie jeszcze dać kilka lekcji. – W piątek po południu jestem zwyczajnie zmęczona codziennością – mówi.

Spacery? Przecież to nuda

Na trop Grażyny wpadłam dwa lata temu, kiedy pisałam książkę „Poczuj.pl" o tym, co można przeżyć w Polsce. Dowiedziałam się wtedy, że Lubuskie – które wcześniej znałam mniej niż średnio – jest polską stolicą nordic walkingu, a Grażynę nazywa się „matką szlaków". Był środek pandemii, mogłyśmy więc porozmawiać tylko przez internet, życząc sobie spotkania z chodzeniem w lepszych czasach.

– W nordic walkingu najpiękniejsze jest to, że może go uprawiać każdy. Jest prosty, tani, nie trzeba specjalnych kurtek, butów. Wystarczą chęci i jakiś wariat, który nas tym zarazi. Polecam tę formę rekreacji każdemu i w każdym wieku, bo nawet jeśli ktoś nie umie odbijać prawidłowo kijków, to jednak wyszedł z domu, oddycha, poprawia wydolność tlenową – zachęca, żeby po chwili dodać: – A ja kiedyś tak bardzo nie lubiłam chodzić. Spacery mnie zwyczajnie męczyły.

A dzisiaj? Pod amfiteatrem, pod którym się spotkałyśmy, zaczyna się pięć szlaków do nordic walkingu wytyczonych przez Grażynę. Dotarłam tu kilka minut przed nią i przez te kilka minut – choć jest rano, dzień powszedni – obok przemaszerowała kobieta z synkiem, na oko czteroletnim (zataczali małe pętle, chłopiec słuchał z przejęciem, że trzeba pić dużo wody); mężczyzna z dwiema dziewczynkami w wieku wczesnoszkolnym zapakowali plecaki i ruszyli do lasu; podjechała pani w średnim wieku z kijami „pochodzić trochę przed pracą", wyrywa się tu kiedy tylko może, chociaż na pół godziny.

Grażyna nie patrzy mapę, od dawna ma ją w głowie. – O, są nasze znaki – pokazuje na drzewo na początku ścieżki prowadzącej w głąb lasu. To żółte, zielone, niebieskie, czerwone i czarne ludziki z wyciągniętą ręką wskazującą kierunek. Przy płaskiej powierzchni kolor nie odzwierciedla trudności, ale ponieważ wiele osób kojarzy z gór i tras narciarskich, że czarny jest najtrudniejszy, a zielony i niebieski to pestka, Grażyna zaplanowała podobnie, żeby „nie mieszać ludziom w głowach". Tu też szlak czarny naprawdę daje w kość. – Mój najcudowniejszy – mówi o nim Grażyna jak o kochanku. 20 km, cztery-pięć godzin intensywnego marszu. Oczywiście niekoniecznie, bo jeśli się zmęczysz, odechce ci się albo spodoba coś z boku, w wielu miejscach można odbić na inny. Tworzą sieć i krzyżują się tak, że można sobie stworzyć własną trasę. Na przykład – pod samopoczucie. – A kiedy zaczynałam je wytyczać, wielu nie widziało w tym sensu. „Przecież są szlaki" – mówili. Owszem, ale wyznaczone dawno, wzdłuż dróżek, które w tym czasie zostały ruchliwymi ulicami. Albo kończące się gdzieś w środku lasu, tak że trzeba wracać tą samą drogą. A ja chciałam prostych, malowniczych tras dla zwykłych ludzi. Bo kiedy już zaczęłam chodzić po lesie, zobaczyłam dwie rzeczy: że to taka fajna forma rekreacji, ale wkurza mnie, że ciągle się gubię – opowiada.

Grażyna wędrowała więc i wędrowała, a przez miejsca, które jej się najbardziej podobały, wyznaczyła pięć kolorowych szlaków. Ponieważ lubi bajki, swoje dzieło nazwała „krainą nordic walkingu". Potem poszło już samo: z różnych inicjatyw, projektów, dofinansowań w województwie powstała 500-kilometrowa sieć.

– To którym zaczynamy? – pyta mnie pod drzewem z pięcioma kolorami. – A który najładniejszy? – Na jagodowe wzgórza.

Magiczne kije

Wiele osób, które przyjeżdżają w Lubuskie po raz pierwszy, dziwi się, nie widząc tu płaskiej przestrzeni, tylko łagodne wzgórza, pofalowane jak w Toskanii, które pozostawił wycofujący się lodowiec. Kiedy ruszamy lekko pod górkę przez gęste zielone krzaki, z przeciwka wyłania się kobieta z kijkami. Potem spotkamy ich jeszcze kilka. – Mężczyźni nie chodzą? – dziwię się. – A skąd, rzadko który! Na treningach wciąż słyszę, że tu go boli, tu pyka, na to niedomaga. Nienawidzę tego marudzenia. Do tego dochodzi ambicja, jeśli jakiś pan nie daje rady i zostaje w tyle za kobietami – odpowiada Grażyna.

Wędrujemy spory kawałek, zwyczajnie ciesząc się widokami, kiedy nagle mówi: „Tu". Dookoła rozciągają się pagórki idealne, jakby ulepione, porośnięte gęstą jagodziną. Romantycznie, nostalgicznie, cicho, bez ludzi. To tu Grażyna opowiada, jak doszła – nie tylko dosłownie – do miejsca, w którym jest dzisiaj. – Mój syn w 2002 roku zginął w wypadku. Wpadłam w czarną rozpacz, straciłam chęć życia. Wyszłam z tego drobnymi krokami z pomocą przyjaciół. W końcu wstałam i pobiegłam.

Nigdy wcześniej nie osiągnęła tak świetnych wyników, jeden po drugim notowała najlepsze czasy w życiu. I tak przez kolejny rok, aż pękła łąkotka. Nic groźnego, operacja się udała, ale przy każdym większym wysiłku kolano puchło. Zalecenie lekarza: zrezygnować z wyczynowego sportu. – To był drugi przełom w moim życiu. Wszystko zostało zrobione prawidłowo, a zostałam pozbawiona tego, co kocham. Czułam się bezsilna – mówi.

Szukając pomysłu „co dalej", znalazła przypadkiem informację, że w Warszawie rusza jeden z pierwszych w Polsce kursów dla trenerów nordic walkingu – wówczas aktywności niemal nieznanej. Pomyślała, że może to dla niej. – I to była magia! – zapala się. – Chodzenie z kijkami jest zupełnie inne od spacerów, idzie się szybciej, łapie rytm. Nagle stałam się turystką we własnej miejscowości, chodziłam i zachwycałam się, że nie znałam wcześniej tych miejsc.

Stoimy na jednym z wyższych wzgórz, kontemplując okolicę i popijając wodę, a Grażyna po kilku łykach kontynuuje: – Chciałam, żeby te piękne, dzikie miejsca mogli zobaczyć także inni. I zabrałam się do wytyczania szlaków. To było szaleństwo, mnóstwo uzgodnień z urzędami, dziś w życiu bym się na to nie porwała. Wtedy myślałam, że to wszystko, co wydarzyło się w moim życiu wcześniej, wydarzyło się po coś. Że przecież żyję i mogę coś zrobić.

Tak zaczęła się historia szlaków, którymi dzisiaj wędrujemy. Kiedy docieramy do kolejnego rozwidlenia, Grażyna pyta: – Gdzie chcesz teraz?

– Na coś innego niż do tej pory – mówię. Bez zastanowienie skręca na czarny szlak, a ja za nią – pięć minut, dziesięć. – I to mają być trudności? – dziwię się. – To zobaczysz dalej – śmieje się. No i wykrakałam. Jeszcze kawałek i zaczyna się droga prawie jak zabawa w wesołym miasteczku. Hop – do góry, hop – w dolinkę, równiutko jak od linijki, trochę ciężko pod stojącym coraz wyżej słońcem, ale kije rzeczywiście mają w sobie coś magicznego i prawie same niosą. Nawet jakby się nie chciało, to się idzie. To najładniejszy i najbardziej uczęszczany fragment Wału Zielonogórskiego.

Docieramy do malowniczego jeziorka; oglądane ze skarpy wygląda jak Morskie Oko w miniaturze. – Tu można iść do Ochli [stara wieś, od niedawna osiedle Zielonej Góry] i dalej do skansenu, a w tę stronę jest ogród botaniczny – mówi Grażyna. – Naprawdę jest dużo możliwości. Kiedy ktoś do mnie przyjeżdża i mówi: „Idźmy pochodzić", pytam, ile ma czasu. „Godzinę" – odpowiada. Ja się wtedy zaczynam śmiać.

Na koniec, bo dla nas zaczyna się już piąta godzina, zostawiłyśmy szlak żółty. To nieduża pętelka z parkingu wytyczona jako treningowa, bo wiele osób jest ciekawych, czy z czasem wędruje się szybciej. Tu mogą to sprawdzić z zegarkiem.

Na pożegnanie Grażyna opowiada: – Amfiteatr to popularne miejsce na spotkania, ja też czasem się tu z kimś umawiam. Kiedy przyjeżdżam i widzę, ilu ludzi chodzi z kijami, serce mi rośnie. Wiem, że to wszystko miało sens i że coś po mnie zostanie.

KOBIETY W PODRÓŻY: Kobiety przemierzają świat. Samolotem, kajakiem, rowerem, kamperem. Ten rok będzie wyjątkowy: wracamy do miejsc, za którymi tęskniłyśmy, i jedziemy do tych, o których marzyłyśmy najbardziej. W wakacyjnych numerach „Wysokich Obcasów", „Wysokich Obcasów Extra" i na naszym serwisie wysokieobcasy.pl znajdziecie opowieści z podróży, rady, zdjęcia.

KOBIETY W PODRÓŻY
WEŹ UDZIAŁ
icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.