Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Magdalena Gorzkowska jest lekkoatletką i olimpijką oraz najmłodszą Polką w historii, która weszła na Mount Everest, zdobyła Aconcaguę, Kilimandżaro i Manaslu. Jednak jej zimowa wyprawa na K2 wywołała dyskusje – Magda porwała się na szczyt, którego w warunkach zimowych nie zdobyto (dokonano tego dopiero w styczniu 2021 r., gdy Magda była już na wyprawie), i ściągnęła na siebie falę krytyki. Przez ostatni rok musiała nauczyć się radzić sobie z hejtem

Rozmowa z Magdaleną Gorzkowską. 

Czego się dowiedziałaś o sobie przez ostatni rok?

To był rok otwarcia oczu, samotności i drogi do siebie. I była ona niełatwa. Z własnej przeszłości odkopałam dużo złego o sobie, ale też znalazłam przyczyny niektórych zachowań, miały początki w moim dzieciństwie. To wszystko dało mi dużo samoświadomości. Jakkolwiek banalnie to brzmi, chcę być lepszym człowiekiem.

Czy zimowa wyprawa na K2 była katalizatorem tej wiwisekcji?

Chyba tak. Wróciłam z tej góry w bardzo złym stanie psychicznym, mimo że nie było tego po mnie widać. Przez miesiąc siedziałam w domu, budziłam się codziennie i nie widziałam sensu w tym, co robię. Wstawałam, siadałam na kanapie i nie mogłam się do niczego zabrać. Ani do pracy, ani do prowadzenia treningów. To był wszechogarniający bezsens. Ta wyprawa wyssała ze mnie sens realizacji mojej pasji.

Magdalena Gorzkowska pod K2Magdalena Gorzkowska pod K2 fot. Facebook Magdaleny Gorzkowskiej

Co takiego się stało?

Bardzo dotknęły mnie śmierci, które wydarzyły się w zeszłym roku. Najgorsza była śmierć Atanasa Skatowa. W dużej mierze dlatego, że od jego wypadku praktycznie nieustannie towarzyszyłam jego narzeczonej, która była w kompletnej rozsypce.

Wcześniej byłam świadkiem śmierci Sergiego Mingote, który spadł 700 m do podnóża góry, i byłam przy nim, kiedy robił swój ostatni wdech.

Potem zginęły w górach jeszcze trzy osoby, myślałam o tym dużo. Do tego miałam bardzo trudną sytuację w życiu prywatnym. Masa rzeczy się rozsypała w tym samym czasie.

Ostatecznie nie udało ci się wejść na K2 zimą. Bardzo przeżyłaś tę porażkę?

Dla mnie to nie była porażka. Zrobiłam wszystko, co się dało, żeby wejść. Decyzja o wycofaniu była jedyną słuszną. Mój stan zdrowia był bardzo zły i nie było możliwości kontynuowania akcji górskiej. Weszłam jako pierwsza kobieta w historii świata na wysokość 6,5 tys. m na K2 zimą.

Miałaś wcześniej stany depresyjne, zdiagnozowałaś u siebie niedoczynność tarczycy i hashimoto. Te zaburzenia hormonalne mocno odbijały się na twoim zdrowiu psychicznym?

Miałam bardzo złe stany, gdy trenowałam zawodowo jako lekkoatletka. W tych okresach pomiędzy sezonami, kiedy miałam wolne od treningu, objadałam się. Nie miałam nad tym kontroli – to kontrolowało mnie. Okazało się, że byłam przez wiele lat chora, a żaden lekarz nie wysłał mnie na podstawowe badania hormonalne, chociaż miałam bardzo wiele objawów, które świadczyły o tym schorzeniu. Straciłam wiele lat treningów, borykając się z chorobą, o której nie wiedziałam. Miałam ogromne problemy z ciałem, które ze mną nie współpracowało.

Jak można było tego nie zdiagnozować? Przecież sportowcy przechodzą masę badań, zwłaszcza olimpijczycy?

Też mnie to dziwi. Dopiero kiedy skończyłam karierę, dowiedziałam się, na co jestem chora, i zaczęłam się leczyć. Sama jestem w szoku, mieliśmy badanych po kilkadziesiąt parametrów jako kadra narodowa, ale nikt nie zlecał badań hormonów tarczycy.

Bycie kobietą w takim sporcie musi być trudne nie tylko przez nieuwzględnianie w badaniach kobiecej biologii, ale też przez stereotypy.

Każdy z nas ma w sobie cechy kobiety i mężczyzny. Ja mam raczej więcej cech męskich, lepiej dogaduję się z mężczyznami i z nimi spędzam więcej czasu niż z kobietami. Tak jest od wielu lat. Typowe kobiece cechy pokazuję mniej, ale mam je w sobie i jestem świadoma swojej kobiecości. W moich social mediach nie trzeba jej specjalnie szukać. Kocham swoje ciało, wiele mu zawdzięczam i nie wstydzę się go pokazywać.

Skoro mówisz o tym, jak ciebie odbierają w sieci, to czego ty się nauczyłaś w trakcie tego roku o innych? Czy krytyka była trudna do udźwignięcia?

Wiem, że w sieci zawsze jest jakiś procent ludzi, którzy mnie hejtują i krytykują, mimo że mnie nie znają. Wyprawa na K2 pokazała ogromną skalę tego zjawiska. Porwałam się na szczyt, którego w warunkach zimowych nie zdobyto. Pisano, po co tam poszłam, kwestionowano moje doświadczenie.

To nie jest dla mnie zaskoczenie. Społeczeństwo nie składa się tylko z tych kibicujących mi i mnie wspierających. Dlatego też przyjęłam strategię, że nie wchodzę w żadne interakcje z komentującymi. Na Facebooku tylko publikowałam, nie czytałam żadnych komentarzy. Odpowiadanie hejterom tylko ich nakręca, ja nie tracę na to czasu i energii. Mam inną społeczność na Instagramie, tam ludzie widzą, jak żyję, ile energii wkładam w treningi, jak organizuję swoje wyprawy. Z kolei dla tych z Facebooka, niewiedzących o mnie za wiele, jestem jak urwana z choinki.

Kiedy ktoś rzuca w moją stronę krytyczne komentarze, to odzwierciedla tymi słowami swoją rzeczywistość, postrzeganie samego siebie i własne wąskie horyzonty. To nie jest moje.

Współczuję nawet tym ludziom, wiedząc, jak ograniczone jest ich patrzenie na świat. Ale nie jestem w stanie ludzi zmienić. Mogę ich co najwyżej inspirować.

Magdalena GorzkowskaMagdalena Gorzkowska Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

A czy zdawałaś sobie sprawę, jak wielki zamach na męskie ego robisz, decydując się na tę wyprawę? Wyruszając na górę, której zimą nie zdobył żaden Polak?

Nie interesowało mnie to.

Nie interesuje mnie, kogo boli to, że spełniam swoje marzenia. Każdy ma do tego prawo, a już w szczególności kiedy sam zdobędzie na to środki.

Na drodze przygotowań do wyprawy spotkałam się z niemałą pomocą męskiego grona doświadczonych himalaistów.

Jednak negatywna opinia Marcina Miotka, jedynego Polaka, który zdobył Mount Everest bez dodatkowego tlenu, to nie komentarz anonimowego hejtera, tylko osoby, która się zna. Określił twoją wyprawę mianem „najmniej poważnej w dziejach polskiego himalaizmu", a wobec ciebie używał określeń typu „panienka", „dziewczę".

Ja już tego nie czytałam, bo byłam pochłonięta przygotowaniami. Marcin Miotk nie zna mnie. Nie zna mojego przygotowania. Co obcy człowiek może mieć do powiedzenia na temat mojej wyprawy? Ja też nie mam potrzeby udowadniania innym swojej wartości i pokazywania, ile trudu włożyłam w przygotowania. Nie ma dla mnie znaczenia, co myślą o mnie inni.

Masz podejście dalekie od romantycznej wizji gór wysokich, do której przyzwyczajeni są Polacy.

Góry są tylko górami. Nie zamierzam tam ginąć, mimo że czasem ryzyko jest duże. Mnie tam pcha pasja, a nie romantyczne uniesienia. Niech sobie każdy robi, jak chce, ja nawet nie potrafię sprzedawać się w taki mistyczny sposób. Dużo ludzi zauważa, że jadę w te góry sportowo. Plan, treningi, realizacja. Nie chcę popełnić błędów innych ludzi, którzy przez zbyt duże ambicje czy za duże ego zrobili sobie krzywdę. Ja jadę cieszyć się górą, doświadczać nowych rzeczy – to są moje priorytety. Każdy może podchodzić do gór, jak chce. Jeden bardziej mistycznie, inny mniej.

Co takiego ciągnie cię w góry wysokie? Wspinać można się przecież w dużo przyjemniejszych miejscach, bez ryzyka odmrożenia sobie palców.

Uwielbiam to, że każdy jest z tą górą sam. Nawet jeśli idę z Szerpą, to każdy sam doświadcza tego ogromu trudności. Dzięki temu poznaję siebie – swoje granice, reakcje na ekstremum. Niezależnie od tego, jak jest ciężko czy zimno, wiem, że nie spanikuję i będę spokojna oraz podejmę możliwie najlepsze decyzje. Każda góra jest też inna i bardzo mnie to pociąga. Każda wymaga różnorodnych cech – umiejętności organizacji, planowania, zarządzania ryzykiem, odpowiedzialności za innych, przygotowania fizycznego, przygotowania mentalnego, doboru sprzętu – ja to lubię, czuję się w tym jak ryba w wodzie… Jadę w góry bez presji, robię, co mogę, chcę to przeżyć, wrócić bogatsza o doświadczenia i mądrzejsza.

Jesteś zaangażowana w każdy aspekt wyprawy. Wszystko koordynujesz sama?

Tak, od A do Z. Każda wyprawa jest w pełni zorganizowana przeze mnie. Teraz zajmuję się kolejną wyprawą i jestem w punkcie zero. Dogaduję się z agencjami, z Szerpą ? propos tlenu, dolotów, pozwoleń, wizy, transportu lokalnego. Muszę wszystko zaplanować wcześniej. Jedyne, czego nie organizuję, to życie w bazie, bo to już robi agencja.

Krytyka dotycząca twojej wyprawy skupiała się na tym, że jesteś totalnym żółtodziobem, a ty mi mówisz, że wszystko organizujesz sama.

Nie mam czasu udowadniać, że nim nie jestem. Co więcej, nie mam takiej potrzeby. Znam swoją wartość. Nie widzę siebie na wyprawie z innym liderem, bo sama chcę o wszystkim decydować i za wszystko odpowiadać. Nie znam realiów innych wypraw, dlatego trudno mi się porównywać. Ale rzeczywiście, chyba niewiele jest takich osób, którzy organizują wszystko od początku do końca.

Czy często w górach spotykasz się z brakiem wiary w ciebie? Widzą dziewczynę w czapce z pomponami, która chce wchodzić bez tlenu, i myślą: ta, jasne…

Kilka razy rzeczywiście miałam sytuację, że ktoś nie wierzył w moje siły. Na przykład moje założenia dotyczące właśnie wejścia bez tlenu czasami nie są traktowane poważnie. Ale ja nie rzucam słów na wiatr. Biorę za słowa odpowiedzialność. Znam jednak ludzi i większość ma trochę inaczej. Na Makalu miałam taką sytuację, gdy szliśmy na atak szczytowy, że wszyscy idący z dodatkowym tlenem mi uciekli. Nie było nawet mojego Szerpy, który powinien być obok mnie. Nikomu się nie podobał mój pomysł wejścia bez butli. To była ogromna presja, ale się nie złamałam. Po iluś godzinach mój Szerpa zobaczył jednak, że nadal idę bez tlenu, i potraktował to poważnie. Ludzie, którzy mijali mnie w drodze powrotnej, mówili mi, że i tak mi się to nie uda – to mnie tylko zmotywowało.

Magdalena Gorzkowska

Masz wrażenie, że bycie kobietą sprawia, iż jesteś traktowana mniej poważnie?

W Polsce tak, za granicą, gdzie standardem są wyprawy mieszane, w życiu się z czymś takim nie spotkałam. A jak ludzie słyszą, że olimpijka i lekkoatletka, to mam taki szacun, że jestem traktowana jak ktoś najlepiej fizycznie przygotowany.

To dlaczego w Polsce nie ma takiego odbioru?

Mam wrażenie, że mamy tu zupełnie odrealnioną wizję tego, jak wygląda wyprawa w góry wysokie. Ludzie utknęli w dawnych czasach. Ocenianie tego, co ma miejsce teraz, na podstawie książek opisujących wyprawy sprzed 40 lat jest po prostu dalekie od rzeczywistości. Moim zdaniem jak komuś się udaje jedna, druga, trzecia wyprawa na ośmiotysięcznik i odpowiada sam za organizację i planowanie całej akcji, to widocznie wie, jak to robić.

Mówiłaś, że trudne dzieciństwo niejako zahartowało cię do wyzwań na wysokościach.

Jestem w stanie znieść dużo cierpienia – to moja siła. Obycie z cierpieniem w górach to nie jest dla mnie nowa sytuacja. Myślę, że gdybym wychowywała się w ciepłym domku, gdzie jest miłość i bezpieczeństwo, takie warunki byłyby dla mnie trudne. Ja od zawsze musiałam sobie poradzić ze wszystkim sama, dlatego pokonywanie trudności to mój konik.

Nie boisz się, że te wyprawy są po prostu odtwarzaniem schematów trudności, które znasz z dzieciństwa?

To jest jakaś pułapka, ale myślę, że kluczem jest świadomość. Dziś rozumiem, z czego wynikają moje zachowania. Ja góry kocham w całości. Kocham tę otoczkę, naturę, ludzi, czas w samotności z górą. Więc moje cierpienie nie jest jedynym sensem takiej wyprawy. Po prostu zobaczyłam swoje predyspozycje i postanowiłam je wykorzystać jak najlepiej.

KOBIETY W PODRÓZY: Kobiety przemierzają świat. Samolotem, kajakiem, rowerem, kamperem. Ten rok będzie wyjątkowy: wracamy do miejsc, za którymi tęskniłyśmy, i jedziemy do tych, o których marzyłyśmy najbardziej. W wakacyjnych numerach „Wysokich Obcasów", „Wysokich Obcasów Extra" i na naszym serwisie wysokieobcasy.pl znajdziecie opowieści z podróży, rady, zdjęcia.

KOBIETY W PODRÓŻY
WEŹ UDZIAŁ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.