Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jest 2018 rok, stoisz na rozdrożu i pytasz siebie, co sprawia, że jesteś szczęśliwa. Jak dotarłaś do tego momentu?

Przez sześć lat studiowałam fotografię w Chicago. W międzyczasie zmieniałam wizę. Gdy przyjechałam do Polski, miałam starać się o kolejną i wrócić do nagranej w USA pracy. Ale plan nie wypalił – nie dostałam wizy. Zorientowałam się, że wspinam się po drabince, która jest oparta nie o tę ścianę, na jakiej chciałabym być – miałam pracować jako fotografka na statku wycieczkowym po Karaibach. I pod prysznicem – łazienka ma to do siebie, że człowieka nachodzą pytania – pojawiło się w mojej głowie pytanie: co sprawia, że czujesz ogień w sercu? Odpowiedź przyszła sama i mnie zadziwiła: rower. Nie był częścią mojej tożsamości.

Nie jeździłaś na nim regularnie?

Jeździłam codziennie do pracy, ale nigdy wyczynowo, nie miałam supersprzętu ani nawet kasku. Najdłuższy dystans, jaki pokonałam, to było 50 km, jak miałam 12 lat.

To jak z tej konstatacji pod prysznicem zrodził się pomysł na półroczną wyprawę rowerową po Europie?

Poczułam, że w Europie mogę być wolna, przemieszczać się między granicami. Kiedy pierwszy raz podzieliłam się tym pomysłem z moim dawnym WF-istą, nie wyśmiał mnie, ale mi uświadomił, że jestem kompletnie nieprzygotowana. Potem przeliczyłam, ile to będzie kosztowało, i zdecydowałam się wyjechać do pracy do Londynu. W Londynie długo przekonywałam sama siebie, że to nie jest dobry czas, by wyjechać, że jeszcze potrzebuję pieniędzy, że przecież zaczęłam nową pracę. I nagle straciłam pracę. Dwa tygodnie później wyruszyłam w drogę.

Z Londynu?

Z Polski, bo tutaj sprzęt był znacznie tańszy. Potrzebowałam kupić rower, sakwy i inne niezbędne rzeczy. Musiałam się spieszyć, bo to była końcówka lata, więc w północnej Europie zostało tylko kilka tygodni dobrej pogody.

Zaplanowałaś trasę?

Zasadniczo nie przygotowałam się za bardzo. Przekartkowałam pierwszy lepszy poradnik, znalazłam w nim listę i kupiłam mniej więcej to, co na niej było. Chciałam zrobić europejską pętelkę, ale nie zakładałam, czy to będzie pięć krajów czy 20, jechałam trochę na oślep z przekonaniem, że wszystko się ułoży. Uznałam, że jestem na tyle zaradna, że poradzę sobie z przeciwnościami.

Zapakowałaś coś niepotrzebnego?

Mój główny problem polegał na tym, że chciałam ze sobą zabrać starą Olę, nie zdawałam sobie sprawy, że ta, która pojedzie na rowerze, będzie trochę inna.

Naładowałam kosmetyków, a potem się okazało, że zajmują zbyt dużo miejsca, więc kiedy się skończyły, nie dokupywałam już nowych.

Miałam 30 kg, wiele z tego zajmował sprzęt fotograficzny. Jak czegoś mi zabrakło albo coś się zepsuło, zatrzymywałam się w sklepie sportowym i dokupywałam na trasie.

Z jaką intencją wyruszałaś w tę podróż?

Aby to była podróż w głąb siebie. Ale na początku wcale nie czułam w sobie tej podróży. Dopiero po kilku tygodniach zauważyłam pierwsze zmiany. Dla mnie istotne było to, że jechałam sama. Wiedziałam, że gdy ucichnie cały ten hałas, który jest dookoła, gdy znikną stresy związane z pracą i świat, do którego jestem przyzwyczajona, wkroczę do czegoś innego. I tak było. Wtedy pojawiły się przemyślenia na temat tego, co chciałabym robić w przyszłości. Wiele osób z mojego kręgu mówiło: „Jak to pół roku, bez pracy?". Było to dla nich nie pomyślenia. Jestem wdzięczna, że miałam ten przywilej, by spędzić trochę czasu sama ze sobą. Ta podróż była dla mnie zatrzymaniem się, mentalnym i duchowym, w którym mogłam usłyszeć swój głos. Dzięki rowerowi nabrałam świadomości.

Jestem też w procesie rozumienia tego, co się działo przez ten rok. Co chwilę poznawałam ludzi, zmieniałam miejsca, miałam okazję testować się fizycznie i mentalnie z wielu stron, to było jak skondensowane doświadczenie z dziesięciu lat.

Jakie doświadczenia były dla ciebie szczególnie ważne?

Moje pierwsze spotkanie z oceanem w okolicach Royan we Francji. Mijały blisko trzy miesiące, a jedna z osób, które poznałam po drodze, powiedziała, że te trzy miesiące to taki magiczny moment, kiedy korzenie zostają ucięte i pojawia się rodzaj wolności, której trudno jest doświadczyć w jakiejkolwiek innej sytuacji życiowej.

Był to też dla mnie powrót do natury, z którą grubo ponad dziesięć lat nie miałam kontaktu, bo mieszkałam w metropoliach.

A jakieś trudniejsze momenty?

Po raz pierwszy, gdy w północnej Hiszpanii pokonywałam pierwsze konkretne wzniesienia. Wiatr, deszcz, walka z podjazdami, do których nie byłam przygotowana, bo miałam za sobą co prawda 3 tys. km, ale głównie po płaskim terenie. Było tak ciężko, że musiałam pchać rower. Wychodziły ze mnie i łzy, i złość, którą tłamsiłam, z pewnością też dlatego, że relacja z chłopakiem, która pojawiła się niespodziewanie we Francji i trwała, mimo że byłam w drodze, też się wtedy skończyła. Wyrzuciłam z siebie wszystko jak flegmę i dokopałam się do swojej siły.

Chorowałaś, prawda?

Złapałam bakterię E. coli, byłam tak słaba, że nie mogłam zwlec się z łóżka. To był styczeń, byłam w Lizbonie, mieszkałam u gospodarza z Couchsurfingu. Dzięki niemu odzyskałam wiarę w ludzi. Wychowałam się w domu, w którym mówiono: „Nikt ci za darmo nic nie da, ludzie muszą czerpać korzyści z tego, że ci pomagają". A on pomógł mi całkiem bezinteresownie, przyjaźnimy się do dzisiaj.

Korzystałaś z portali Couchsurfing i Warm Showers, by znaleźć noclegi?

Warm Showers w pandemii jakoś w ogóle nie działało, Couchsurfing też gorzej, ale korzystałam z niego przez pół roku, a to dlatego, że na początku byłam przerażona wizją nocowania samej w namiocie. Dlatego robiłam to sporadycznie, gdy nie było innej opcji. Potem poprawiła się pogoda, chciałam więcej czasu spędzać na łonie natury i w samotności. Wtedy zaczęła się prawdziwa wolność, bo nie byłam uzależniona od decyzji osób, które miałyby mnie przyjąć do domu. Poza tym fantastycznie poznawać ludzi, ale każda interakcja zabiera dużo energii, a ja jestem introwertyczką. Przez trzy ostatnie miesiące polegałam prawie zupełnie na kempingu na dziko.

Miałaś budżet 50 tys. zł. Co pochłonął?

Na początku wydawałam pieniądze na rzeczy, na które nie powinnam – jadałam obiady w restauracjach jak turystka. Potem zmieniły mi się priorytety. Przez ostatnie cztery miesiące podróży wydałam tyle, co na początku pierwszego. Po drodze kupiłam też drona, rozwaliłam dwa telefony, wydawałam także pieniądze na utrzymanie roweru. 50 tys. zł to wcale nie tak dużo kasy w perspektywie roku. Chociaż zakładałam o połowę mniej, ale też o połowę krótszy wyjazd.

Skąd decyzja o jego wydłużeniu?

Miałam wrażenie, że nie mogę zakończyć sześciomiesięcznej wyprawy, jeśli dwa miesiące spędziłam w jednym miejscu, a że nauczyłam się wydawać mniej, mogłam sobie pozwolić na więcej. Zależało mi też na tym, by wrócić do domu tak, jak z niego wyjechałam, czyli na rowerze.

Jak sobie radziłaś z naprawami roweru?

Nie wiozłam ze sobą żadnych części zapasowych. Upewniłam się przed wyjazdem, że zabrałam dobry rower – kanadyjskiej marki Kona Sutra, rocznik 2018. Nawet nie pamiętam, ile dętek podczas 13 miesięcy przebiłam, chyba z siedem? Zawsze znajdowałam serwis, gdzie mi je zmieniali, najwięcej musiałam przejść 10 km, zwykle ok. 2 km. Raz zerwał mi się łańcuch. Profilaktycznie bywałam w warsztatach, żeby zapobiec problemom. Jechałam z założeniem, że wszystko się uda.

Jakie dystanse pokonywałaś?

Moją wyprawę mogę podzielić na trzy etapy. Na pierwszym sprawdzałam, czym to się je, drugi nazywam renesansem, jeździłam 60-80 km, niedużo, dawałam sobie czas na interakcje z ludźmi. Nie było w tym niepokoju i stresu, że muszę jechać, bo czas mija. A ostatni etap to moment, gdy zdecydowałam, że wracam do domu. Trudno go już nazwać podróżą, to był powrót. Znalazłam wtedy kota Fryderyka i wiedziałam, że rower nie jest dla niego idealnym środowiskiem. Dlatego przez ostatni miesiąc gnałam na Skórcz, jeździliśmy wtedy po 100-130 km dziennie z południa Włoch do Polski.

Zobaczyłaś słodkiego kotka na poboczu i postanowiłaś go wziąć. A skąd wiedziałaś, że on ma ochotę jechać z tobą?

Znalazłam go przy bardzo ruchliwej trasie, było oczywiste, że potrzebuje pomocy – był wychudzony, na końcu skróconego ogona miał szary strup. Miał może ze cztery tygodnie. Spędziliśmy noc w namiocie i zabrałam go do weterynarza. Poczułam obowiązek, by się nim zająć, ale też prawda jest taka, że brakowało mi już towarzystwa. Kiedyś natknęłam się na profil Deana Nicholsona, który podróżował rowerem i znalazł kota, bardzo mi to było bliskie.

Jak Fryderyk reagował?

Najpierw zatrzymaliśmy się na farmie, gdzie go dokarmiłam, przeszedł kurację antybiotykiem. Potem zamontowałam mu metalowy koszyk, wykładałam go swetrem, ale nadal nie chciał tam siedzieć. Czuł się bezpiecznie w plecaku na mojej piersi, ale to było dla mnie zbyt niewygodne. Pewien weterynarz zaproponował założenie siatki na koszyk i to nam ułatwiło życie. Dla mnie ten czas był najbardziej stresujący z całego wyjazdu – jestem weganką, walczę o prawa zwierząt, a w pewnym momencie miałam wrażenie, że mogę robić mu krzywdę. Na szczęście się przyzwyczaił. Nawet jak zatrzymywaliśmy się na kilka godzin na przerwy i sobie gdzieś uciekał, to zawsze wracał jak do mamy. Najdłużej czekałam na niego może z pięć minut.

Napisałaś: „Spędziłam 13 miesiąc w drodze, a tak naprawdę to był powrót z 12 lat ucieczki". Co masz na myśli?

Gruby temat. Łączy się z moim dzieciństwem, domem, w którym był problem alkoholowy. Uciekałam w wyjazdy zagraniczne – jak miałam 18 lat, wyjechałam do Londynu, potem w wieku 22 lat do USA na studia, wróciłam po sześciu latach. W mojej miejscowości przylepiono mi łatkę obieżyświata, co było fajne, bo dostawałam uwagę, której brakowało mi w domu.

Ale wyjazdy były formą ucieczki, co zrozumiałam dopiero w czasie tej rocznej podróży. Jak wracałam z niej do domu, po raz pierwszy w życiu czułam ogromny spokój i wdzięczność. To nie był tylko powrót z tej wyprawy. W końcu zaczęłam akceptować swoje życie, tożsamość, miejsce, z którego pochodzę.

Mieszkasz w Skórczu do dziś?

Tak, w miejscowości, która ma trzy i pół tysiąca mieszkańców, mieszkam od ponad pół roku. Wyjechałam jako 18-latka, wróciłam jako 30-latka. Teraz w swoim pokoju z czasów dzieciństwa piszę książkę, która opowiada moją historię. Po raz pierwszy w życiu nie czuję, że muszę wyjeżdżać. Jest mi dobrze tu, w Borach Tucholskich. To największy podarunek tej wyprawy: w końcu znalazłam swój spokój.

Kobiety w podróży

Kobiety przemierzają świat. Samolotem, kajakiem, rowerem, kamperem. Ten rok będzie wyjątkowy: wracamy do miejsc, za którymi tęskniłyśmy, i jedziemy do tych, o których marzyłyśmy najbardziej. W wakacyjnych numerach „Wysokich Obcasów", „Wysokich Obcasów Extra" i na naszym serwisie wysokieobcasy.pl znajdziecie opowieści z podróży, rady, zdjęcia.

KOBIETY W PODRÓŻY
WEŹ UDZIAŁ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.