Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

UWAGA KONKURS! Miejsca, za którymi tęsknię. Prześlij zdjęcie i opis. Wygraj atrakcyjne nagrody!

Kobiety w podróży - konkurs
SPRAWDŹ

Czy zamiast cieszyć się wakacjami, złorzeczycie na tłumy, bo większość Polaków nadal spędza lato w kraju? To wyobraźcie sobie, że zjeżdża do nas 250 mln turystów z zagranicy, przede wszystkim w sezonie, który jest jeszcze krótszy. To nie żadna apokaliptyczna wizja, tylko jeszcze niedawna rzeczywistość Islandii, jednego z najpiękniejszych i najdziwniejszych zakątków globu.

Islandia przed pandemią

Pierwszym, co się rzuca w oczy po wylądowaniu na niej, jest wszechobecna lawa i brak drzew. To jedno z najbardziej surrealistycznych i pięknych miejsc na ziemi, geologiczny fenomen położony na styku dwóch płyt kontynentalnych – europejskiej  i północnoamerykańskiej. Jest tu nawet dzielący je rów z mostem, którym można przejść z Europy do Ameryki. Ponieważ płyty wciąż się rozsuwają, wnętrze Islandii się gotuje – pełno tu wulkanów (czynnych jest kilkanaście), gejzerów, fumaroli, gorących źródeł, pseudokraterów i zapachu siarki w powietrzu. Wodospady przestaję liczyć drugiego dnia, podobno jest ich 10 tys., a lodowce zajmują  11 proc. powierzchni wyspy.

Aktywny gejzer, IslandiaAktywny gejzer, Islandia fot. 123rf.com

Islandczycy maja na świecie opinię ludzi z jajami. Po kryzysie 2008 r. nie zgodzili się ratować banków i napisali na nowo konstytucję – byli tak zrażeni do skorumpowanych polityków, że zrobiło to 25 niezwiązanych z polityką osób w internecie. Gdy wielu wieszczyło wyspie upadek, ta oficjalnie odtrąbiła koniec kryzysu. Postawiła na turystykę, rybołówstwo i technologie. Tej pierwszej paradoksalnie pomogła wtedy też nieprzyjazna natura: wnętrze wyspy jest plenerem krainy za murem w „Grze o Tron", a cały świat łamał sobie języki na wypowiedzeniu słowa Eyjafjallajökull – wulkanu, który uziemił samoloty nad Europą.

Przed wybuchem pandemii wyspa przez kilka kolejnych lat była światowym liderem pod względem przyrostu liczby turystów – przybywało ich po 40 proc. rocznie – czym zdeklasowała nawet królową Nową Zelandię wyrosłą na potęgę po plenerach do Władcy Pierścieni.

Według danych Islandzkiej Organizacji Turystycznej (Icelandic Tourist Board) w latach 2016-19 zjeżdżało tu minimum 2 mln turystów rocznie. A to przynajmniej sześć razy więcej niż mieszkańców. W dodatku zjawiali się głównie w czasie krótkiego lata, nie zawsze zachowując się dobrze wobec natury. Dlatego na Islandii coraz częściej mówiło się o grodzeniu atrakcji przyrodniczych, wprowadzeniu opłat, ograniczeniu turystyki, a najpopularniejsze miejscowości wprowadziły zakaz wynajmowania prywatnych mieszkań przez portale, bo przyjezdnych było więcej niż miejscowych. - To miasto nie jest już moim miastem – poskarżyła się na Reykiavik dziennikarzowi "New York Times" Birgitta Jonsdottir, liderka Partii Piratów, która przebojem weszła do parlamentu. - Centrum jest jak Disneyland.

Z powodu charakteru Islandii, tego, że jej bogactwem są przede wszystkim widoki, popularne jest biwakowanie. Kempingi prowadzą nawet farmerzy, proponując kawałek łąki – przy kamienno-wulkanicznych podłożach dla śledzi to zbawienie – oraz wyjęte jak z katalogu drewniane budki z toaletą z jednej i kranami z drugiej strony. Mnóstwo ludzi rozbijało się na dziko, ale z czasem miejscowi zaczęli na to krzywo patrzeć. I słusznie, bo samochody rozjeżdżały księżycowy krajobraz, rzeki, mięciutki mech. Żeby załapać się na nocleg pod dachem, w popularnym miejscu hotel trzeba było zarezerwować w styczniu. Latem na miejsca do spania przerabiało się nawet sale gimnastyczne. Trafiłam do takiej pod wodospadem Skogafoss, na końcu szlaku z tęczowych gór Landmannalaugar, żółtych, czerwonych i niebieskich od zawartych w nich minerałów. Pokojówka w wykrochmalonym fartuszku pokazała górę materacy i kazała wybrać miejsce pod drabinkami, na których suszyły się namioty, śpiwory i kurtki.

A tymczasem: w roku ubiegłym na Islandię zjechało niecałe pół miliona gości.

Islandia: co trzeba zobaczyć

Wodospad Gulfoss to jeden z punktów tzw. złotego kręgu, czyli napakowanej atrakcjami i widokami popularnej trasy turystycznej. Nazywają ją „Islandią w pigułce" – nie masz czasu objechać całej wyspy, u nas zobaczysz jej największe atrakcje. Dwie charakterystyczne kaskady Gulfossu są nie podrobienia, ścieżki wokół pozwalają podejść tak blisko, że stoję w zimnej mgiełce unoszącej się nad dudniącą wodą. Obok wraz z głośnym „ach" z setek gardeł wybucha najsłynniejszy islandzki gejzer - Strokkur, obowiązkowy element na zdjęciach. Właściwie to „podróbka", bo bardziej znany jest znajdujący się po sąsiedzku Geysir, od którego w wielu językach wzięło się słowo „gejzer", ale żeby zobaczyć tryskająca z niego fontannę trzeba mieć szczęście. Kilka dekad temu jakiś głupiec częściowo go zablokował wrzucając kamień, by sprowokować erupcję. Dookoła bulgoczą mniejsze i większe gorące oczka. Pod względem gotowania się we wnętrzu ziemi Islandia nie ma sobie równych – ląd paruje, wybucha i cuchnie siarką, dlatego na kempingach zasilanych wodą geotermalną trzeba wycierać po sobie umywalki. W porannym rytuale rangerzy wywieszają na nich informację o prognozie pogody, która jest bardziej pobożnym życzeniem, bo potrafi się zmieniać nawet kilka razy dziennie, oraz ostrzeżenia o aktywności geotermalnej. Kiedy budzi się któryś z wulkanów pod lodowcem, przybywa topniejącej wody w rzekach i drogi mogą być nieprzejezdne. Niszczącą potęgę żywiołu można zobaczyć przy drodze głównej numer 1 na południu wyspy, gdzie polodowcowe wody zmyły prawie kilometrowy most.

Zorza polarna, IslandiaZorza polarna, Islandia fot. Pexels.com

Nieco w głąb wyspy zabiera mnie zatrzymany ranger. Jedziemy w cieniu najwyższego na Islandii wulkanu Hekla, w średniowieczu uważanego za wrota piekieł. Jego czarny wierzchołek złowrogo tonie w chmurach. – Gleba jest zniszczona wybuchami, przyroda wolno się regeneruje, bo lata i czas wegetacji są krótkie – wylicza mężczyzna. W tym miejscu drogi zaczynają się już urywać, bo na rzekach nie zbudowano mostów. Trasę wyznaczają żółte słupki, ale często przeprawy rozlewają się znacznie szerzej, a brzegi rozjechały setki kół – na takie drogi można wjechać jedynie samochodami z napędem na cztery koła, a niektóre mają wielkość tych od traktora. Kierowcy stojących przed nami aut lustrują rzekę szukając przejazdu, jest ich dużo, bo droga prowadzi do wspomnianych tęczowych gór Landmannalaugar. Zaczyna się tam czterodniowy szlak pieszy przez wielu okrzyknięty najpiękniejszym na świecie: cztery dni wędrówki przez księżycowe krajobrazy, kojenia mięśni w gorących źródłach, a przy jednej z chat-schronisk ranger pokazuje ciekawskim jak w mini-gejzerze ugotować jajko (tylko przynieście je tu w plecaku). Ale uwaga – ten szlak, choć nieźle oznakowany i pełen ludzi, potrafi być zwodniczy jak cała Islandia. Siedząc w namiocie dwa dni w deszczu i czekając na ustabilizowanie się pogody przeglądam bezpłatną gazetę, która ktoś zostawił. Największy tekst przypomina wydarzenia z 2004 r. Na pierwszym – zaledwie 12-kilometrowym odcinku szlaku zginął w burzy śnieżnej i mgle 25-latek z Izraela. Zamarzł zaledwie kilometr od schroniska, a był koniec czerwca i szukało go kilkadziesiąt osób, bo kiedy się zgubił zdążył jeszcze zadzwonić na numer alarmowy i do rodziny.

Ratownicy niemal codziennie odbierają zgłoszenia od turystów, którzy utknęli w wodzie albo błocie. Sama widziałam starszą parę w niedużym samochodzie, która mimo ostrzeżeń ruszyła na zamkniętą  trasę w kierunku Askji – gigantycznej kaldery w środku wyspy. Mijając mnie uśmiechnęli się i radośnie pomachali.

Jak podróżować do i po Islandii

Najtańszy i najprostszy sposób na zobaczenie atrakcji wyspy to przylot tanimi liniami i wypożyczone na miejscu w kilka osób auto. W letnie noce, które bardziej wyglądają jak polski zmierzch, bo słońce chowa się ciut za horyzontem tylko na kilka godzin, na lotnisku w Keflaviku wre jak w ulu. Z hali przylotów wylewa się rzeka ludzi w górskich butach i goreteksach szukając drogi wśród tysiąca aut. Niemal wszyscy na pierwszy nocleg ruszą do Reykiaviku drogą, która jak na połączenie głównego lotniska ze stolicą kraju pozostaje dość podrzędna. Próbowano wytyczyć nową, ale mieszkańcy stanęli okoniem, bo miała wieść przez terytorium… elfów. I nie był to jedyny taki przypadek; gazety co i rusz obiegają informacje o protestach albo inwestycjach, które zniszczyły niewidzialne elfie domy, co zawsze spotyka się z oburzeniem. Islandczycy w te baśniowe stwory wierzą całkiem poważnie. Z kolejnych badań wynika, że ich istnienie dopuszcza 60-80proc., wielu zanim zacznie budowę domu wzywa potrafiące porozumiewać się z elfami medium sprawdzić, czy nie wejdą na ich teren. Położone na południowym wybrzeżu Hafnarfjordur jest trzecim co do wielkości miastem na wyspie. To na ludzkiej mapie. Na elfiej jest ich stolicą, mają tu niemal takie sama prawa jak jego mieszkańcy (z tych zresztą wielu twierdzi, że widziało stwory na własne oczy). Na wyspie podśmiewają się z tego tylko przyjezdni. Islandczycy to jeden z najbardziej frapujących narodów. Potomkowie Wikingów nie tylko wierzą w trolle i elfy, ale też zamiast nazwisk noszą patrymonia (np. Björk Guðmundsdóttir to Björk  córka Guðmunda), wymyślają islandzkie nazwy na nowe rzeczy i zjawiska, przez co w ich języku nie ma kołczów i telewizorów,  na Euro zaś wysyłają drużynę, którą trenuje dentysta, a w bramce stoi reżyser. Drużyna z fantazją pokonuje Anglików, a kibicuje jej – dosłownie – cały kraj.

Prawie 90 proc. powierzchni Islandii jest bezludne.

Jak większość jej mieszkańców żyje w aglomeracji Reykiavik, tak większość przyjezdnych porusza się po jej południowej części od Reykiaviku po Vik, lodową lagunę Jökulsárlón i ogromny lodowiec Vatnajökull, a na północy - w okolicach jeziora Myvatn słynącego z dymiących fumaroli, pseudokaterów i meszek lecących za dwutlenkiem węgla w płuca jak ćmy za światłem. Sami wyspiarze   zachęcają do odwiedzenia mniej popularnych Fiordów Zachodnich i Wschodnich. Na tych pierwszych, wyrastających w kierunku Grenlandii jak rozcapierzony homar, trafiłam kiedyś nawet na darmowe kempingi z infrastrukturą. Ich północna część z półwyspem Hornstrandir to jeden z najdzikszych kawałków Europy: ostatni farmerzy wynieśli się stąd pół wieku temu, nie ma dróg, a na plaże można dostać się jedynie promem.

Gdzie to jest?

Malownicze Fiordy Wschodnie to ulubiony rejon wędrówkowy miejscowych. Moi znajomi wiedzą, że byłam na Islandii kilka razy, dlatego oglądając jakiś islandzki film i zachwycając się krajobrazem – czyli zawsze – pytają: „gdzie to jest?". Niezmiennie odpowiadałam: „może być wszędzie". Z wyjątkiem serialu „W pułapce" (polecam jeśli chcecie poczuć Islandię), bo „grający" w nim krajobraz Fiordów Wschodnich jest nie podrobienia. Po stopniach zielonych zboczy spływają jak po schodach nitki dziesiątek wodospadów, a w górze ciągle leży śnieg. To właśnie tu, do miasteczka Seyðisfjörður, po epickiej 47-godzinnej podróży z kontynentu przybija raz w tygodniu prom Norrona. Wygląda jak łódź olbrzyma w królestwie liliputów, która zasłania cieniem całe miasto. W głąb lądu sunie sznur dżipów, podrasowanych furgonetek (widziałam nawet stary wóz straży pożarnej), motocykli i rowerów, a właściciel jedynego kempingu ze stoickim spokojem wystawia twarz ku słońcu czekając, aż ludzie odpłyną i będzie mógł posprzątać.

W północno-wschodniej części wyspy leży też kanion Asbyrgi, którego ściany ochroniły brzozowe lasy. Ponieważ Islandczyków banalna dla nas zieleń przyciąga tak, jak mnie czarno-szara księżycowa twarz Islandii, jest ich ulubionym miejscem odpoczynku. Na ogromnym kempingu stoją namioty wielkości domów, moja sąsiadka spędza wieczór na leżaku robiąc na drutach (kolorowe włóczki zajmują jedną z dwóch alejek sklepu przy recepcji), a jej mąż struga w tym czasie flet. O północy alejkami spacerują matki z wózkami, z namiotów dobiega płacz niemowląt, a przestrzeń w suszarni zajmują przede wszystkim ubranka maluchów. Islandia wraz z Irlandią i Turcją ma najwyższy przyrost naturalny w Europie. Pół-Szwajcarka, pół-Islandka, którą spotkałam w drodze opowiedziała mi, że kiedy przyjechała w odwiedziny, zastała 17-letnią kuzynkę w ciąży. - W Szwajcarii byłby płacz, że zmarnowała sobie życie. A tutaj wszyscy się cieszą, że będzie nowe dziecko w rodzinie.

Żeby zobaczyć prawdziwe oblicze Islandii trzeba zmierzyć się z jej środkiem. Interior. Wygląda tak samo złowrogo jak brzmi.

To przeraźliwa pustka, kraina najbardziej czarnej lawy, największych lodowców, najdziwniejszych gór, gorących źródeł i mchu miękkiego jak aksamit, do której można wjechać tylko latem. Hoteli właściwie brak, śpi się pod namiotem albo w nielicznych chatach, w których w sezonie dyżurują rangerzy-wolonatriusze. Nad Hvitarnvatn, pięknie położonym jeziorem, do którego spływa jęzor lodowca jest wietrznie tak, że kiedy wychodzę do sławojki strażnik każe mi na wszelki wypadek zabrać kijki. Bez nich pod wiatr nie sposób wrócić.

Wjazd do interioru jest jednak wart każdego wyjącego wichru i padającego poziomo deszczu, od którego szybko robię się mokra, bo wlewa się przez rękawy. Patrząc na krajobrazy myślę, że stwórca musiał się albo pomylić, albo nieźle bawić. Góry są pomarańczowe, skały – różowe, rzeki – zielone albo szare, pod stopami bulgoce niebieska glina, a w powietrzu unosi się zgniły zapach siarki. W Hveravellir plują dymem białe stożki kraterów, a błękitne źródełka bulgocące w łuskowatej ziemi wyglądają jak oczy żywego smoka. Nad strumykiem wisi tabliczka z ostrzeżeniem: „ „Nie wchodzić. Temperatura powyżej 90 st. C!". Rzeczka zasila mały basen obok schroniska. Rano, po oszronionym po nocnych przymrozkach mchu i lawie, do parującego oczka biegną postaci w kostiumach kąpielowych. Wchodzimy obok rury z lodowatą wodą, która pozwala oswoić się z temperaturą i po chwili przesunąć w bardziej gorące miejsce. Energii termalnej na Islandii jest tyle, że zimą podgrzewa się chodniki w stolicy, żeby nie zalegał na nich śnieg, a tuż pod nią z pola zamiast główek kapusty wyrastają wielkie szklarnie.

Najdziwniejsza droga przez interior to słynna Sprengisandur, najdłuższa przeprawa z południa na północ wyspy, wiodąca przez czarną pustynię między lodowcami. Idę nią i nie wierzę, bo widzę coś, co nie powinno istnieć, mózg mam kompletnie zresetowany, tracę poczucie czasu i zamiast daty na kolejnej kartce w notesie piszę: „dwa albo trzy dni później". Czuję się jak odkrywca, który zaraz do czegoś dojdzie, ale za kolejnymi wzniesieniami i zakrętami wciąż jest tylko czarna pustka. W tym miejscu trenowali kosmonauci przed misją Apollo; NASA uznała bowiem, że nigdzie na Ziemi nie ma warunków bardziej podobnych do księżycowych. Wreszcie można być sam na sam z Islandią.

Islandia: co warto wiedzieć przed podróżą

Kiedy: sezon trwa od połowy czerwca do końca sierpnia, najbardziej stabilna pogoda jest w lipcu. Pogoda bywa bardzo zmienna, jest wietrznie i deszczowo. Zimą można obserwować zorze.

Jak dojechać: prom Norrona pływa z duńskiego portu Hirtshals, można zrobić trzydniowy stopover na Wyspach Owczych. Przeprawa jest droga, niemal na pewno taniej będzie polecieć i wypożyczyć auto na miejscu. Bezpośrednie tanie loty oferuje Wizzair, dobre oferty mają też linie WowAir i Lufthansa. Transport na miejscu jest drogi, jedyne rozsądne opcje poruszania się po wyspie to: własne auto, rower, pieszo. Ja jeździłam stopem i wędrowałam – nawet przez interior - i bardzo to sobie chwalę.

Drogi w interiorze są otwarte jedynie latem (zwykle od połowy czerwca, ale niektóre czasem nawet miesiąc później) i można na nie wjechać jedynie samochodami z napędem na cztery koła – w przypadku innych ubezpieczenie przestanie tu działać. Mosty sa jedynie na drodze F35, która latem kursują nawet autobusy. Ponieważ na innych rzeki trzeba przejeżdżać wpław, dla bezpieczeństwa lepiej jechać w kilka aut.

Gdzie spać: najlepiej pod namiotem, jest dużo pól kempingowych (od 20-40 zł). Gigantyczne kempingi w miejscach popularnych – np. okolice Vik, Vatnajökull, Landmannalaugar – bywają zapchane. Z powodu silnego wiatru namioty typu igloo nie sprawdzają się.

Najtańsze noclegi pod dachem kryją się pod hasłem „sleeping bag accommodation". Są to łóżka bez pościeli – w hotelach, schroniskach, na salach gimnastycznych, w domkach – ok. 150 zł. Łóżko/materac w schronie w interiorze kosztuje ok. 100-200 zł.

Czego nie robić podróżując po Islandii: ze względu na delikatny ekosystem nie rozbijać się bez konieczności na dziko; nie zostawiać śmieci w schroniskach w interiorze – bywa, że do najbliższego śmietnika jest 100 km; nie zjeżdżać z dróg ani nie przejeżdżać rzek poza trasą; nie niszczyć mchu; nie wrzucać kamieni czy monet do gorących źródeł; nie budować piramidek z kamieni – te, które są, wyznaczają jakieś trasy dla miejscowych. Zamiast jechać na Złoty Krąg (Golden Circle) czy z Reykiaviku do Jökulsárlón, zboczyć z drogi nr 1 okrążającej wyspę na mniej popularne Fiordy Wschodnie. Lepiej wybrać czerwiec albo wrzesień niż miesiące wakacyjne.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.