Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

UWAGA KONKURS! Miejsca, za którymi tęsknię. Prześlij zdjęcie i opis. Wygraj atrakcyjne nagrody!

Kobiety w podróży - konkurs
SPRAWDŹ

Anna Woźniak: Od kiedy jesteś Smoczycą?

Marta Fiedczak: Od ponad roku. Samochód, który kupiłam, 23-letni jeep cherokee XJ z napędem na cztery koła, został nazwany Smoczysławem. Bo pali jak smok!

A Smoczycą nazwali mnie po raz pierwszy właściciele firmy, w której montowano mi namiot dachowy. Usłyszałam, jak rozmawiali między sobą, że „przyjechała ta Smoczyca". Bardzo mi się to spodobało.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Kiedy zaczęła się twoja przygoda z podróżowaniem tam, gdzie dziko?

Pięć lat temu. Zanim kupiłam auto, dużo jeździłam: BlaBlaCarem, pociągami, wypożyczyłam kampera, zabierałam się ze znajomymi. Zaczynałam od transportu publicznego, to uczy całkiem innego pakowania – w plecaku musi się znaleźć tylko to, co niezbędne i niezbyt ciężkie. Minimalizm absolutny.

Teraz masz większą swobodę podróżowania?

Zdecydowanie. Jadę dosłownie tam, gdzie mnie koła poniosą. Do auta mogę zapakować więcej rzeczy, ale też muszę wiedzieć, czy dany sprzęt nie jest za ciężki. Sam namiot dachowy waży 75 kg, a ostatnio wymieniałam amortyzatory.

23-letni jeep cherokee Smoczysław, samochód Marty Fiedczak23-letni jeep cherokee Smoczysław, samochód Marty Fiedczak Fot. Archiwum prywatne

Od kiedy jeździsz sama?

Podróże solo polubiłam ponad rok temu. Kiedy jestem sama ze sobą, wyciszam się, staję się bardziej uważna na przyrodę, ale i na siebie. Zanim natura pojawiła się w moim życiu, potrzebny był mi ktoś obok, aby było raźniej. Pierwszym wyjazdem, na którym połknęłam bakcyla dzikiej przyrody, był Winter Camp, największy biwak w Polsce na Turbaczu. Zobaczyłam zdjęcia namiotów w śniegu i poczułam, że muszę tam być. Pytałam znajomych i przyjaciół, jednak nikt nie mógł ze mną jechać i w końcu zapytałam koleżankę z pracy. Zgodziła się. Zadzwoniłam do organizatorów wyprawy, ale okazało się, że nie ma już miejsc, mają tylko akredytacje dziennikarskie. A że bardzo chciałam tam pojechać, odezwałam się do koleżanki z jednego z kobiecych magazynów i obiecałam jej materiał z wyprawy w zamian za akredytację. I tak jako redaktorka pojechałam na Turbacz.

Przeżycie było ogromne, poznałam nowych ludzi, zaczęły się pojawiać kolejne okazje wyjazdów. Planowałam trasy i każdą wolną chwilę spędzałam na łonie dzikiej natury. Jeżdżę głównie po Polsce, bo chciałabym dobrze poznać nasz kraj, póki jeszcze takie miejsca u nas są.

Mam swoje ulubione miejscówki, o których nie chcę mówić, żeby pozostały dzikie. Myślę, że każdy powinien nauczyć się zaglądać za róg i nie chodzić utartymi ścieżkami.

Do tego cały czas pracowałaś i pracujesz w korporacji w Warszawie.

Tak, jestem korpoludkiem. Zarabiam w mieście, żeby wydawać na wsi (śmiech). Kiedy z miejskiej dżungli przechodzę do dżungli dzikiej, to nie zawsze łatwo jest się przestawić. Gdy wyjeżdżam z miasta i wchodzę do lasu, na początku trudno jest się „zalogować" do natury, odciąć się od wewnętrznej papli, która żyje sprawami miasta. To dziwne uczucie, zwłaszcza kiedy zaczyna się przygodę z naturą. Ale dałam sobie szansę. Oddycham głęboko, przyglądam się spokojnie przyrodzie wokół, nigdzie się nie śpieszę i w końcu spokój przychodzi.

Marta Fiedczak, miłośniczka wypraw na łono natury: Gdy wchodzę do lasu, spokój nie przychodzi od razuMarta Fiedczak, miłośniczka wypraw na łono natury: Gdy wchodzę do lasu, spokój nie przychodzi od razu Fot. Magda Krzywosińska

A do miejskiej dżungli wraca się łatwiej?

Nie. Gdy wjeżdżam do miasta, drażni mnie zapach spalin, hałas, zaczynam inaczej oddychać. Poważnie! Nie wiem, jak to się dzieje, ale kiedy idę przez dzikie tereny, gdzieś hen, za horyzont, czuję, jak moja klatka piersiowa otwiera się, oddech staje się głębszy i spokojniejszy. Po to właśnie jeżdżę tam, gdzie dziko. To moje sanktuarium, przyroda mnie uleczyła, i to dosłownie.

Czyli?

Pięć lat temu pojawiły się u mnie problemy ze zdrowiem. Endokrynolożka zdiagnozowała chorobę Gravesa-Basedowa. Chciała mi dać pół roku zwolnienia lekarskiego. Wbiło mnie w fotel. Wpadałam do niej między jednym zawodowym spotkaniem a drugim i myślałam sobie: jakie pół roku? Przychodzi nowy dyrektor, muszę się wykazać, pilnować swojego poletka.

Dziś wstyd mi samej przed sobą, że miałam źle ustawione priorytety.

Ta choroba autoimmunologiczna dopada często pracowników korporacji, ludzi żyjących w pędzie i stresie. Ja miałam początkowe stadium, a informacja o chorobie, szczególnie kiedy sobie o niej dokładnie poczytałam, była dla mnie jak zderzenie z pociągiem. Na szczęście trafiłam na świetną lekarkę, która nie tylko przepisała mi leki, ale też uświadomiła, że właśnie to, jak żyłam, wpędziło mnie w ciężką chorobę.

Drugie „zderzenie z pociągiem" przeżyłam u fryzjera, gdy okazało się, że mam początek łysienia plackowatego, czyli kolejną chorobę autoimmunologiczną. Mój organizm mówił mi zdecydowane „stop".

To był trudny czas w moim życiu. Oprócz stresującej pracy przeżywałam problemy osobiste, zawiodłam się na bliskich osobach i tego wszystkiego było za dużo.

Zaczęłaś się leczyć?

Tak, ale ważniejsze było to, że jakiś anioł – czytaj: przyjaciel – przesłał mi link z informacją o kobiecej wyprawie do Laponii. Trzeba było przejść z plecakiem 110 km Szlakiem Królewskim. Trochę się obawiałam o swoją kondycję, ale postanowiłam jechać. Namówiłam na wyprawę przyjaciółkę. Zabrałam ze sobą leki, którymi smarowałam chorą skórę, aby łysienie się nie rozprzestrzeniało, i codziennie maszerowałam przez Laponię. W sumie spędziłam tam dziesięć dni.

Zabrzmi to jak oklepany tekst, ale wróciłam z tej wyprawy odmieniona. Pamiętam, że poznana w Laponii osoba zapytała mnie, czy mam jakąś śmiertelną chorobę, bo zachowywałam się jak ktoś, kto wygrał życie. To, co się wydarzyło, zmieniło moje myślenie, zmieniło mnie.

Czyli po Winter Camp i Laponii przebywanie blisko natury stało się twoim sposobem na życie?

Tak. Planowałam weekendy i dłuższy urlop. Mój ekwipunek campingowy się powiększał, dziś na przykład kupiłam przenośną lodówkę. Dzięki Smoczysławowi mogę jechać, gdzie chcę, sama gotuję sobie obiady na butli gazowej, mogę zaszyć się gdzieś w lesie czy odwiedzić agroturystykę. Ważne, żeby było dziko, blisko natury i spokojnie.

Podczas pierwszego lockdownu, kiedy możliwość podróżowania była ograniczona, zdarzało się, że o 5 rano wsiadałam do auta, jechałam pod Warszawę, szukałam spokojnego, zielonego miejsca, wyjmowałam z bagażnika rozkładane krzesełko, siadałam wygodnie i patrząc na przyrodę, regenerowałam się i odpoczywałam.

Liczne badania naukowe potwierdzają, że natura ma na nas zbawienny wpływ.

Ja zaczęłam z niej czerpać intuicyjnie, dopiero później dowiedziałam się, że kąpiele leśne są przepisywane na receptę w niektórych krajach, że drzewa wydzielają olejki aromatyczne o różnym działaniu, w tym uspokajającym, itp.

Tak się wkręciłam w naturę, że postanowiłam pójść na „dzikie studia" (dzika pedagogika). Chcę uporządkować swoją wiedzę na ten temat, dowiedzieć się, co mnie otacza, być bardziej świadoma natury i tego, jaki ma na nas wpływ. Jest to roczny kurs. Wcześniej upewniłam się, że ja, dziewczyna z korpolandii, nadaję się do tego. Powiedziałam, że mam zielone serce, ale małą wiedzę praktyczną. Nie chciałam sobie dokładać stresów związanych z presją czy trudnymi egzaminami.

Pamiętasz najtrudniejszy egzamin?

O tak! Spałam sama w lesie przez dwie noce. Dałam radę, ale nie wiem, czybym chciała to powtórzyć.

W dzieciństwie byłam w harcerstwie i pamiętam, że nie lubiłam spać w lesie, bałam się go, potrafiłam rozpłakać się, kiedy miałam sama przejść przez las. Gdy miałam to zrobić jako dorosła kobieta, przeżywałam podobne emocje, ale potraktowałam to jak wyzwanie.

Zawiesiłam hamak między drzewami, zakopałam się w śpiwór i po zmierzchu poczułam, jak ogarnia mnie stres. Ogromny, jakbym czekała na ważny egzamin. W ciemności zmysły się wyostrzają, a ja nagle usłyszałam jakiś przeraźliwy dźwięk. Byłam przekonana, że to dzik, ale to było dziwne kwiczenioszczekanie. To coś niebezpiecznie szybko zbliżało się w moją stronę, wyhamowało i popędziło gdzie indziej.

Tej nocy nie zmrużyłam oka, ale zostałam w hamaku. Gdy opowiadałam o tym koleżance, powiedziała, że był to najprawdopodobniej kozioł sarny, który wydaje z siebie takie nieco przeraźliwe odgłosy.

Druga noc była spokojniejsza, ale na razie takich emocji mi wystarczy.

Od jakiegoś czasu twoim kompanem w podróży jest pies. Bez problemu odnajduje się w trasie i w namiocie?

Mój pies nazywa się Pasja, jest owczarkiem australijskim. Ma zaledwie pięć miesięcy i już od pierwszych dni swojego życia wykazuje pasję do natury i motoryzacji. Bardzo dobrze znosi wyprawy samochodem – głównie śpi – a na miejscu zachwyca się naturą tak jak ja. „Wzrusz" mnie bierze, gdy widzę, ile radości jej to sprawia. Uwielbia spać w namiocie na dachu, ma dobrze opanowaną procedurę, tzn. wie, że muszę ją wnieść i znieść po drabinie, nigdy tego nie utrudnia, zawsze grzecznie czeka, stara się współpracować. Ale powoli myślę o rampie, aby sama mogła wchodzić i wychodzić.

Pasja, półroczny owczarek, jest wierną towarzyszką podróżyPasja, półroczny owczarek, jest wierną towarzyszką podróży Fot. Archiwum prywatne

Jak na twoją pasję reagują najbliżsi?

Wspierają, choć czasem boją się o mnie. W zeszłym roku zabrałam mamę na jedną z moich wypraw, jeździłyśmy Smoczysławem, polubiła go. Podróżowałyśmy i żyłyśmy w rytmie slow.

A jak twoje zdrowie?

Przez kilka miesięcy po diagnozie choroby brałam leki, chodziłam na akupunkturę i leczyłam się naturą. Potem zrobiłam badania i okazało się, że jestem zdrowa. Choroba się cofnęła. Podobnie łysienie.

A jeśli chodzi o moje wnętrze, chyba ktoś wymienił mi oprogramowanie. Gdy patrzę na siebie sprzed dziesięciu lat, na dziewczynę, która cały dzień biegała w szpilkach w szklanym biurowcu ze spotkania na spotkanie, widzę, jak bardzo się zmieniłam. Całkowicie przewartościowałam swoje życie. Dziś inaczej myślę, inaczej działam. I nauczyłam się odpoczywać!

Marta Fiedczak na co dzień pracuje w korporacji, w wolnych chwilach wyjeżdża na łono natury 23-letnim jeepem Smoczysławem z suczką Pasją i namiotem na dachu. Prowadzi profil Nature Lovers

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.