Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Plecak: 0,8 kg.
Porcja jedzenia na jeden dzień: 1,2 kg.
Namiot, sprzęt do gotowania i do spania: 4 kg.
Ubranie: 2,5 kg.
Kosmetyki: 0,2 kg.

Razem: 8,7 kg. Tyle ważył bagaż Doroty Szparagi podczas samotnej podróży w obie strony Głównym Szlakiem Beskidzkim. 25 dni, ponad tysiąc kilometrów.

Pomyśleć o sobie

– Moja przygoda ze sportem zaczęła się 15 lat temu. Miałam 31 lat i czas, żeby zacząć myśleć o sobie i swoich pasjach. Ukończyłam studia, potem studia podyplomowe, wyszłam za mąż, wyremontowałam dom, miałam niezłą pracę i stagnację, która nie dawała mi do końca satysfakcji. Wcześniej wydawało mi się, że szczęście da mi to, co mają inni wokół mnie, czyli tzw. normalne życie – praca, dom, rodzina. Ale im bardziej wchodziłam w ten model, tym bardziej rozumiałam, że to nie daje mi szczęścia. Potrzebowałam odskoczni, czegoś, żeby nie zwariować – mówi Dorota.

Zaczęło się jednak nie od wypraw górskich, ale od łyżwiarstwa figurowego. Przez sześć lat trenowała solo i w parach. – Łyżwy to nie tylko treningi na lodzie, ale też poza nim: lekkoatletyka, taniec. Trenowałam jak zawodowiec, poświęciłam się temu całkowicie, na lodowisko jeździłam 150 km, spod Warszawy do Łodzi – opowiada.

Wystartowała w pierwszych mistrzostwach Polski amatorów. – Potem doszłam do ściany. W pewnym momencie zrozumiałam, że już nic więcej nie osiągnę, a nie umiałam jeździć dla samego jeżdżenia. Musiałam mieć cel.

Pojawiły się kolejne sporty: pływanie, rower, biegówki, skitoury, bieganie. Pewnego dnia do Doroty zadzwonił kolega z pracy: „Bierzemy z chłopakami udział w Biegu na Kasprowy, ale jeden ma kontuzję. Zastąpisz go?”. Dorota rzuciła: „Tak”. – Spodobało mi się – mówi. Zaliczyła Bieg Rzeźnika, przebiegła maraton (czas poniżej czterech godzin), wkręciła się w biegi górskie ultra.

I znów zaczęła szukać nowych wyzwań.

Dorota Szparaga na szlakuDorota Szparaga na szlaku Fot. Archiwum prywatne z fun page Szparaga we wlasnym sosie

Sulayr, czyli Szlak Słońca

Kumpel przekonał ją: „Jedziemy z namiotem wędrować po górach”. Kupili najtańszy w supermarkecie, pojechali razem na trzy tygodnie w Pireneje do Hiszpanii, by przejść 800-km szlak od Atlantyku do Morza Śródziemnego. Nie udało się, pokonali 650 km. – Nie byliśmy przygotowani na taką wyprawę. Nie wzięliśmy ubrań przeciwdeszczowych, bo przecież w Hiszpanii nie pada – śmieje się Dorota. GPS zostawili na lotnisku, na miejscu kupowali mapy, błądzili.

Po ośmiu dniach ciężkiej wędrówki, ciągłego podchodzenia w górę, usuwania gałęzi i przeszkód z trasy Dorota wieczorem wcisnęła się w śpiwór. „To był świetny dzień” – powiedziała do kolegi. Popatrzył i odparował, że zwariowała, było przecież strasznie. – Wtedy zrozumiałam, że im jestem dalej w górach, tym jestem szczęśliwsza, że tam, gdzie inni mają dosyć, ja się dopiero rozkręcam.

Kupiła lepszy namiot, porządne buty i plecak i rok później wyruszyła sama na pierwszą wędrówkę, by przejść trasę, której wcześniej nie udało się ukończyć.

Końcówka była trudna. Był wrześniowy wtorek, dni coraz krótsze, do przejścia pozostało 70 km, a następnego dnia o 10 rano Dorota miała samolot do Polski. Żeby zdążyć, musiała iść bez przerwy. – Skończyłam o 7 rano, dotarłam stopem do najbliższego miasteczka. Stamtąd autobus, pociąg, metro, samolot. Z lotniska w Warszawie pojechałam prosto do pracy.

Rok później przeszła samotnie szlak Sulayr GR240 – Szlak Słońca w górach Sierra Nevada w Hiszpanii. – Jest niedługi, 300 km, ale dziki, pusty, biegnie na wysokości ok. 2 tys. metrów. Przez dziewięć dni byłam całkiem sama. To było zupełnie nowe doznanie – opowiada.

Wybiera nocleg pod namiotem, bo to daje swobodę i wbrew pozorom jest bezpieczniejsze niż spanie wśród obcych ludzi. – Co może się stać? W górach jestem tylko ja i przyroda. I właśnie tego szukam, wędrując: wolności, przestrzeni, dzikości.

Co czuje, wędrując samotnie? – Idę sama, ale nie jestem samotna. Nie nudzę się, robię plany na przyszłość, zastanawiam się, co zmienię, czego się nauczę. Poza tym myślę o trasie, dokąd dojdę, gdzie będę spać, pilnuję, żeby się nie zgubić. Podziwiam widoki, mam kontakt z przyrodą. Ludzie rozpraszają. Oczywiście, czasami fajnie kogoś spotkać, przejść razem kawałek drogi. Ale na drugi dzień mam potrzebę być sama, mieć tę przestrzeń, której nie mam, mieszkając w mieście.

Dorota Szparaga na szlakuDorota Szparaga na szlaku Fot. Archiwum prywatne z fun page Szparaga we wlasnym sosie

500 km to za mało

„Przejdę Łuk Karpat” – przyśniło się Dorocie w listopadzie 2019 roku, podczas obozu przygotowującego do wypraw górskich. Ciągnący się od granicy rumuńsko-serbskiej po słowacką Bratysławę łańcuch górski w kształcie łuku ma ok. 2,3 tys. km.

Z trenerem zaczęła przygotowywać się do wyprawy. Biegi, bieżnia, schody mechaniczne. Kupiła bilet do Bratysławy, skąd miała wyruszyć 6 czerwca w kierunku Orszowy w Rumunii.

Plany pokrzyżował koronawirus. – 18 marca cały projekt się posypał. Zamknięto granice, lasy. Wiedziałam, że jeśli nie chcę zmarnować kilku miesięcy przygotowań, muszę znaleźć trasę w Polsce – opowiada Dorota.

I tak pojawił się nowy cel: Główny Szlak Beskidzki (GSB).

Dorota: – Problem polegał na tym, że on ma 500 km, a dla mnie optymalna długość to 800-850 km. Pomyślałam: skończę go szybko i tylko się wkurzę. Albo mogę iść trzy tygodnie, ale wtedy umrę z nudów.

Dorota postanowiła przejść trasę w dwie strony.

Bieżnię na siłowni zamieniła na bieganie wokół domu, schody mechaniczne – na schody w domu. Z piwnicy wyjęła 20-letni rowerek stacjonarny, wypożyczyła z siłowni bieżnię. Zakładała plecak i maszerowała na niej kilka godzin.

Gdy otwarto lasy, pojechała w Beskid Niski, potem w Góry Świętokrzyskie. – Na 12-km trasę, na którą ludzie wybierają się na spacer, zakładałam spakowany plecak i robiłam tę trasę kilka razy w kółko. Gdy trzeci raz mijałam parę turystów, w końcu nie wytrzymali i zapytali mnie, co ja wyprawiam, po co biegam w tę i z powrotem – śmieje się Dorota.

Na weekend zabrała w góry koleżankę. Rozbiły namiot obok wyschniętego, niewidocznego strumyka, zawiesiły hamak, rozłożyły nad nim pomarańczowy tarp – płachtę biwakową. Dorota: – Siedzimy obok namiotu i nagle w tej głuszy spomiędzy drzew wybiega mężczyzna. Za chwilę kolejny. Nie wiedziałyśmy, skąd w tym miejscu tyle osób.

Okazało się, że odbywał się tam nieformalny bieg na orientację, a pomarańczowy lampion obok strumyka miał być punktem orientacyjnym. Uczestnicy myśleli, że jest nim pomarańczowy tarp dziewczyn.

Tuż przed wyprawą GSB postanowiła założyć na Facebooku fanpage „Szparaga we własnym sosie”. – Pomyślałam, że dzięki miłości do gór mogę spotkać świetnych ludzi. Dzięki nim później przeżyłam fantastyczne chwile, idąc Głównym Szlakiem Beskidzkim.

Dorota Szparaga na szlakuDorota Szparaga na szlaku Fot. Archiwum prywatne z fun page Szparaga we wlasnym sosie

Ludzie

Szlakiem GSB Dorota wyruszyła 6 czerwca o godz. 11.06. To nie była łatwa wędrówka. Deszcz zamieniał ścieżki w płynące strumienie błota, burze nie odpuszczały, po ciepłych dniach przychodziło ochłodzenie. Przez większość szlaku maszerowała w mokrych butach i skarpetach, na trasie zepsuł jej się kijek. Najtrudniejsze momenty? Przemóc się i włożyć rano mokre skarpetki i buty. Kryzys? Gdy po całym dniu ulewy zasnęła, a o 4 rano, gdy się obudziła, znowu padał deszcz.

– Nie spodziewałam się, że w tak niskich górach może być tak ciężko – mówi. Irytacja, złość? Były na początku. – Denerwowałam się, że pogoda mnie spowalnia, bo wciąż jeszcze miałam w głowie dużo szumu cywilizacyjnego, byłam napięta. Ale z kolejnymi kilometrami się wyciszałam, przeprogramowałam swoją głowę – opowiada. – W górach organizm się przestawia, staje się bardziej odporny, bierze, co jest. Wystarczy, że jest ciepło i jesteśmy najedzeni. Gdy jest mokro, to po prostu trzeba iść cały czas, nie zatrzymywać się. Albo pomyśleć: bywało gorzej. Podczas kursu przewodników GSB zimą chodziłam w mokrych butach przez osiem dni. W mieście jesteśmy mniej odporni na różne niedogodności, szybciej rezygnujemy.

Czy coś jest w stanie Dorotę zniechęcić? – Ludzie – wyznaje po namyśle. – Toksyczni, którzy zabierają mi energię.

Na GSB na szczęście takich nie spotkała. Wręcz przeciwnie. – Choć to była samotna wędrówka, to właśnie ludzie, których spotkałam na trasie, uczynili ją niezapomnianą – mówi.

Wielu śledziło jej fanpage, na który relacje wrzucała koleżanka Doroty.

Na przykład Jakub z Jordanowa. – Na pierwszym etapie trasy po prostu podjechał do mnie na rowerze i mówi: „Cześć, czekałem na ciebie”. Gdy szłam w drugą stronę, padał deszcz. Doszłam do Jordanowa i miałam kryzys: idę dopiero cztery godziny, zimno, a mam iść na Turbacz. Nie mogę się zatrzymać, bo leje. I wychodzę z lasu, a tam stoi Jakub z dziećmi, otwarty samochód, kawa, herbata, i pyta: „Cześć, gdzie ty byłaś? My tu od godziny czekamy na ciebie” – wspomina Dorota. Cała przemoczona zabrała Jakubowi suchą koszulkę, którą miał na sobie, i ruszyła dalej. – Po 10 km patrzę, a on jedzie z żoną i świeżym chlebem. Taka zwykła dobroć.

W Beskidzie Niskim przez burzę przeszedł z Dorotą młody chłopak. Wziął mokre, brudne rzeczy, wyprał je, nad ranem przywiózł suche.

W Ustroniu na półmetku trasy czekali na nią Kasia z Tomkiem i Artur. – Przywitali mnie, nakarmili i poszłam dalej. Po 6 km zepsuł mi się kijek. Był wieczór, zadzwoniłam do Kasi i Tomka. Przyjechali po mnie, przenocowali, Tomek naprawił mi zepsuty kijek, Kasia rano odwiozła z powrotem.

Janek z Cisnej w Bieszczadach pokonał z Dorotą ostatni odcinek trasy. – Miałam 44 km do przejścia w upale, wstałam o 3.30 rano, bo o 21.40 miałam autobus do domu. Byłam przekonana, że nikogo nie spotkam, bo Wołosate, gdzie kończy się trasa, jest pośrodku niczego. Nagle wybiega do mnie Janek z ulubionym jedzeniem. Dogadał się z moją przyjaciółką, która pilnowała Facebooka.

Wędrówkę zakończyła 1 lipca o 19.02, po 25 dniach i ośmiu godzinach.

Dorota Szparaga na szlakuDorota Szparaga na szlaku Fot. Archiwum prywatne z fun page Szparaga we wlasnym sosie

Ważne, by nie odpuszczać

Dorota: – Nauczyłam się w życiu doceniać drobne rzeczy, traktować trudności jako stany przejściowe. Nie odkładać na jutro. To była ciężka wyprawa, pogoda mnie opóźniła, pokrzyżowała niektóre plany. Ale nauczyłam się nie odpuszczać, nawet jeśli nie wszystko idzie po mojej myśli. To tak jak z odchudzaniem: dajemy sobie cel minus 5 kg w tydzień. Gdy nie wychodzi, to rezygnujemy. A trzeba usiąść i zastanowić się, gdzie był błąd, oszacować możliwości, pomyśleć, co zmienić, co zrobić lepiej. I nie traktować jako porażki sytuacji, w której nie udaje nam się wykonać całego planu. Bo jeśli zrobiłam tyle, to znaczy, że na tyle mnie stać. I jestem z siebie dumna. Tego nauczyły mnie góry.

Dorota Szparaga – pasjonatka różnych form ruchu, górskich szlaków i wszystkiego, co hiszpańskie. Trenowała amatorsko łyżwiarstwo figurowe i crossfit, biega. O swoich zamiłowaniach pisze na Facebooku, na fanpage’u „Szparaga we własnym sosie”

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.