Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Kiedy siadam za kierownicę, mam wrażenie, że mój tatarski przodek uśmiecha się do mnie z siodła. Tylko on zrozumiałby potrzebę przemieszczania się, którą mam, odkąd pamiętam. Kiedy zwijam swoją jurtę na kołach i jadę, myślę o nim czasami. Bo w jechaniu przed siebie jest magia dawnych nomadów.

Rajd maluchem

Zaplanowałam je w wieku 13 lat. Wszystko przez książki dziecięcej drogi: Selma Lagerlöf, „Klub włóczykijów”, „Każdy pies na dwa końce”, „Boczne drogi”, „Tatuś Muminka”. Usiadłam nad starą mapą Polski i metodą stukania w nią palcem ustaliłam, gdzie są miejsca, które chciałabym zobaczyć, o których czytałam, o których uczyli mnie w szkole i udało im się mnie zainteresować. A moja szalona matka zgodziła się pojechać maluchem, z namiotem w rajd po Polsce, który wymyśliłam.

Od tego czasu co roku pakuję się i jadę przed siebie. Samochodem, kiedyś rowerem, ostatnio najczęściej kamperem i mój dom jest tam, gdzie go zaparkuję.

Silnik uspokaja

Jestem nerwuską, raptuską, furiatką. Krzyczę, klnę. Uspokajam się za kierownicą. Ludzie, którzy mnie znają i jadą ze mną po raz pierwszy, są zdumieni, że jestem tak spokojnym kierowcą. Co więcej, zdarza mi się wsiadać do samochodu, właśnie żeby się uspokoić, zebrać myśli. Dźwięk silnika. Automatyka ruchów. Mijane drzewa. Słupki kilometrażowe. Nawijanie asfaltu na koła. Niebo. Zen. Mindfulness. Medytacja w drodze. Korek? No to co?

Nie ma nic lepszego niż planowanie kolejnych wyjazdów. Może poza wyjazdami. Nigdzie nie czuję się lepiej niż za kierownicą, kiedy mam przed sobą pustą drogę. W tej zabawie nie chodzi o to, żeby gdzieś dojechać, ale żeby jechać.

Czasem bywa, że mam trzy, cztery tygodnie i nieograniczone możliwości. Czasem mam dwa dni i jeden bak. W czasie jednej wyrypy potrafiłam przejechać ponad 10 tys. km. Samochodem, który maksymalnie jedzie 100 km/godz., to naprawdę sztuka, jeśli chce się coś po drodze obejrzeć. Ale ciągle wolę przejechać dziennie 20 km, zjeżdżając we wszystkie ciekawe miejsca, poleżeć nad jeziorem, niż pędzić przed siebie. I dobrze nie znaczy wcale daleko.

Punkt powrotu

Zdarzało mi się nie planować. Dosłownie. Bo nie miałam czasu, bo nie miałam ochoty. Pakowałam wtedy samochód, rano zapraszałam do niego rodzinę i sto metrów od domu pytałam: „Prawa, lewa? Gdzie jechać?”. Zazwyczaj jednak wiem, w jakim kierunku jadę. Na północ, na zachód, na południe. Odjechać 50 km od miasta, a potem się pomyśli.

Planując wyjazdy, wyznaczam to, co nazywam punktem powrotu. I to, co mogę powiedzieć, jeśli ktoś mnie zapyta, gdzie jadę na wakacje. Nad morze, na Peloponez, do Wiżajn, na Sycylię, na Roztocze, do Szkocji, w Góry Sowie, do Bretanii, w Międzyrzecki Rejon Umocniony, na Nordkapp, do kolegiaty w Tumie. Ale i ja, i mój samochód wiemy, że nie chodzi o Sycylię czy Tum, ale o to, co między nimi a domem. Nie o przestrzeń, tylko o czas i jak go wypełniamy. Gdzie byłam? Wszędzie. We wrześniu. Kreślę kołami po mapie fantazyjne kółka, bo nie lubię wracać tą samą drogą. Zamazałam już całą Europę i ciągnie mnie na wschód.

Bez planu i przymusu

Nie planuję noclegów, nie rezerwuję kempingów. Przymus dojechania w konkretne miejsce odczuwam jako przykrą opresję. Jestem codziennie gdzie indziej, z miejsca na miejsce. Wiem, co chcę zobaczyć po drodze, ale nie jest to lista ani obowiązująca, ani zamknięta. Wieczorem patrzę na mapę i myślę, co dalej. Codziennie na tej mapie znajduję miejsce, o którym nie pomyślałam, planując wyrypę. Czasami jest bo zabytek, artefakt, o którego zobaczeniu marzę od lat, czasami przypomni mi się, że gdzieś chciałam jechać, czasami przeczytam coś w przewodniku, czasami zobaczę po drodze drogowskaz. Codziennie jestem gdzie indziej, ale czasami gdzieś mi się tak spodoba, że zostaję kilka dni. Czy to jest wolność? Nie wiem.

Pustej drogi żal

Wracam do domu, porządkuję tysiące zdjęć i czuję żal do siebie i świata, że tylu rzeczy nie zobaczyłam. I nie chodzi o te wspaniałe zabytki czy muzea. Chodzi o te wszystkie trasy, którymi nie pojechałam. Większe i mniejsze kawałki świata, których nie zobaczyłam, zachody słońca, których nie sfotografowałam. Pędzi mnie przez świat poczucie, że coś przegapiłam, że nie zdążę, że byłam daleko, gdy coś ważnego działo się blisko. Kwitły stokrotki, młoda zieleń była tylko mgiełką. Tak wielu rzeczy żałuję, że dopóki mogę, mam co oglądać.

Czego żałuję? Tej każdej pustej drogi, w którą nie skręciłam. Uczucie, że coś przegapiłam, towarzyszy mi cały czas.

Spędzanie wakacji w trasie to nie tylko marzenie introwertyków, ekstrawertyków z fobią społeczną i odludków. Planowanie trasy może uwzględniać potrzeby i zainteresowania całej rodziny. Rodzinne wyprawy z dziećmi i nastolatkami robią się nie tylko znośne, ale też całkiem ciekawe. Dla każdego coś miłego. Nastolatek zaopatrzony w Kindla będzie miał zajęcie na kilkaset kilometrów, a jadąc, da się nie tylko czytać, ale też grać w planszówki (są wersje podróżne) czy rysować. Można także zaplanować trasę po parkach rozrywki, miejscach z seriali i gier.

Co z chorobą lokomocyjną? To problem, z którym empatyzuję. Nie jestem w stanie jeździć jako pasażerka osobówką, a w kamperze z tyłu nawet daję radę poczytać książkę. Duży samochód jest dla nas łagodny.

Z psem i kotem

Nie masz z kim zostawić kota czy psa? Zabierz go ze sobą. Oczywiście zwierzaki trzeba do podróży przyzwyczaić, muszą mieć szelki, pasy, smycze i kontenerki. Ale to są oczywistości. Nie wszystkie koty lubią podróże, ale znam załogi, które bez nich nie wyruszają w trasę. Pies w kamperze to pełnoprawny załogant, w niektórych przypadkach pełniący funkcję autoalarmu. Oczywiście im mniejszy pies, tym skuteczniejszy alarm.

To się przydaje, zwłaszcza jeśli podróżnik czuje się niepewnie. Moja matka zawsze się bała. Jeżdżąc z namiotem, z psem rasy terier wielomazowiecki mieszkałyśmy na (teoretycznie) strzeżonych parkingach. Moje późniejsze doświadczenia mówią, że kempingi są najmniej bezpiecznymi miejscami, szczególnie w weekendy, zwłaszcza te w miejscach atrakcyjnych turystycznie. A na pewno są najmniej komfortowe, jeśli nie przepada się za towarzystwem nietrzeźwych i głośnych sąsiadów.

Da się po Polsce?

Mieszkamy w kraju, który jest idealny do podróżowania kamperem. Właśnie dlatego, że turystyka karawaningowa nie jest u nas jeszcze bardzo popularna. Za popularnością idą zakazy i ograniczenia. W Polsce zakazów parkowania kampera praktycznie nie ma, nawet w tych atrakcyjnych turystycznie miejscach. Zakazu nocowania na pustych parkingach nie ma. Kampera się parkuje, a parkowanie to zatrzymanie samochodu w wyznaczonym miejscu. Parkowanie nocą nie jest nielegalne, odpoczynek zmęczonego kierowcy nie jest nielegalny, ale wręcz wskazany, nie jest nielegalne również spanie w samochodzie. Zgodnie z polskim prawem nielegalne jest biwakowanie. Jeśli zaparkujesz samochód, niekoniecznie kampera, rozwiniesz roletę, parasol słoneczny, parawan, wystawisz krzesełka, stoliki i grilla – to już jest biwak. Nauczyłam się przyjeżdżać wieczorem i wyruszać rano. Czasami zostawiam ślady opon.

Anna-Maria Siwińska za kierownicą kamperaAnna-Maria Siwińska za kierownicą kampera Fot. Archiwum rodzinne

Uważałam Polskę za idealne rozwiązanie na długie weekendy i krótkie urlopy, ale znajduję co roku kolejne miejsca warte odwiedzenia i jeszcze wiele dłuższych wypraw przede mną. W pierwszą wyrypę kamperem pojechałam na Suwalszczyznę. Zupełnie nie wiem, jak to się stało, że skończyła się na zdobywaniu odznaki Miłośnika Latarń Morskich i zwiedzaniu wszystkich udostępnionych do zwiedzania latarń polskiego Wybrzeża.

Bunkry i rowery

W okresie, kiedy mój syn był militarystą, jeździliśmy po kraju w poszukiwaniu opuszczonych bunkrów, fortyfikacji, twierdz i wyrzutni rakiet. Jest tego naprawdę dużo, ale po kilku wakacjach w okolicach Bornego Sulinowa przestało nam to wystarczać i pojechaliśmy obejrzeć Linię Maginota i bunkry dla U-Bootów w La Rochelle (to ten bunkier, z którego wypływa łódź podwodna w „Poszukiwaczach zaginionej Arki”).

Mamy mapę podziemnych skarbów Polski i choć nie ma na niej „złotego pociągu”, to jest wiele podziemnych miejsc, sztolni, kopalń i jaskiń, które polecam odwiedzić w upalne lato. Szczególnie obfituje w nie Dolny Śląsk, a w rejonie kompleksu Riese można spędzić wiele dni.

Warto na bagażnik zapakować rowery i pojechać w okolice trasy Green Velo – doskonale zaprojektowanego szlaku rowerowego przez wschodnią Polskę. Część trasy prowadzi ogólnodostępnymi drogami gminnymi i szutrem, wiele kilometrów przejechałam tam samochodem, żeby zaparkować go w miasteczku, a dalej po lesie śmigać rowerem. Rower i kamper to doskonałe połączenie.

Na tropach wodomiarów

Moje pokolenie grało w „zawichosta”. Komunikat o stanie wód głównych rzek Polski emitowany w południe w Jedynce traktowaliśmy jak loterię. Niepokoiliśmy się, czy na Bugu we Włodawie przybyło, czy też ubyło. Co tam w Raciborzu-Miedoni? Bliska była nam Kępa Polska i tama we Włocławku. I najważniejsze – czy w Zawichoście przybyło. Mnie szczególnie zafascynował ten Zawichost. To niewielka mieścina nad Wisłą, niedaleko Sandomierza, od niego zaczęłam zwiedzanie rzecznych wodomiarów. Po drodze obejrzałam pół Polski. Polecam tę trasę!

Poza wodomiarami mamy rzeki ze spływami. Na większości można wypożyczyć kajak i usługę wywiezienia w górę rzeki, a potem niespiesznie spłynąć sobie do zaparkowanego na przystani samochodu. Takich rzek jest mnóstwo, niektóre blisko domu, idealne na weekend.

Ze stron Wirtualnego Sztetla ściągnęłam mapę kirkutów i zrobiłam objazd zapomnianych cmentarzy w Polsce wschodniej i centralnej. To nie była wesoła wyprawa, zwłaszcza że dodałam do niej zwiedzanie miejsc po obozach w Bełżcu i Sobiborze. Mieszkamy w miejscu, gdzie nie uciekniemy od historii, a ona inaczej wygląda z bliska.

Jak to się robi?

Pandemia się nie kończy i nie wygasa. Po prostu się do niej przyzwyczailiśmy. Większości z nas nie umarł jeszcze nikt z najbliższego otoczenia, ale jeśli mogę radzić – unikajcie tłumów. A na unikanie tłumów nie ma nic lepszego niż „road trip”, czyli wakacje w drodze.

Wakacje z namiotem nauczyły mnie, że zawsze się gdzieś znajdzie kemping, pole biwakowe, życzliwa agroturystyka albo kawałek łąki. Że rezerwacje to taki mentalny plaster na stany lękowe, kotwica udomowienia, zawór bezpieczeństwa dla ludów pasterskich. Nauczyły mnie też, że ile razy coś starannie zaplanuję, to nieźle ubawię boginię chaosu i duchy moich przodków nomadów.

W namiocie miałam miskę, butlę gazową, karimatę. Potem pewnie się zestarzałam i zamarzyły mi się luksusy, a miałam to szczęście, że po ojcu odziedziczyłam kampera. Prawie 30-letniego i wartego tyle, co używany mały samochód. Zanim go wymieniłam na model nieco młodszy, wart tyle, co używany trochę większy samochód, sprawdziłam, że to jest właśnie mój sposób na wolny czas. I że zrobię wszystko, by tego wolnego czasu mieć wystarczająco dużo. W kamperze mam swoje łóżko, kąt do pracy, szafkę na książki, kuchenkę, lodówkę, łazienkę. Mam dom.

Kto może jechać w podróż przed siebie? Każdy. Można jechać rowerem, można zapakować materac do samochodu kombi i w dwie osoby pojechać na wycieczkę. Spędzić weekend bez łazienki. Wystarczy opakowanie nawilżanych chusteczek i pięciolitrowy kanister po wodzie destylowanej. Podobno można umyć się w półlitrowym kubku ciepłej wody, a i tak najwięcej zużywa się jej na zęby. Można też pożyczyć kampera i mieć dwutygodniową dobrowolną izolację w warunkach niemalże luksusowych.

Dla kogo kamper?

Czy to jest drogie? Może się okazać tańsze niż wynajęcie przyzwoitej kwatery w miejscu, w które kamperem wjedziesz za darmo. Jadąc nim, oszczędzasz na noclegach, wyżywieniu. Płacisz za paliwo. Wbrew obiegowym opiniom nie jest to wyłącznie rozrywka dla bogatych emerytów z zagranicy.

Komu odradzam ten sposób podróżowania? Tym, którzy cenią wakacyjne zdobycze cywilizacji, ćmom barowym i entuzjastom wakacji all-inclusive. Ale też urlopowiczom bez genu powsinogi, którzy lubią spędzać wakacje w jednym miejscu.

Kamper spodoba się ludziom, którzy lubią jechać przed siebie i być niezależnym od pogody, okoliczności i innych ludzi. A jednocześnie jak krasnoludki u braci Grimm lubią spać w swoim łóżeczku i pić ze swojego kubeczka. To taka trochę udawana niezależność, wolność o smaku ulubionej kawy.

Lubisz puste miejsca, jazdę przed siebie i święty spokój? Spróbuj.

Anna-Maria SiwińskaAnna-Maria Siwińska Fot. Archiwum rodzinne

Anna-Maria Siwińska siedząc za kierownicą kampera, przebyła ponad 120 tys. km. Najchętniej podróżuje poza sezonem. Nienawidzi upałów i zim w Polsce. Pracuje przez internet, zajmuje się mediami społecznościowymi i marketingiem w internecie. Czasem coś pisze (www.siwinska.net, www.wyrypy.pl)

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.