Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Praca Eli Zawadzkiej otrzymała wyróżnienie w konkursie "Pamiętnik z podróży"

22 czerwca 2019

Więc dziś wyruszamy w podróż poślubną! Po czterdziestu pięciu latach. To chyba rekord do Księgi Guinnessa, ale nie wiem, czy mają taką kategorię. Ale po kolei. Tak się złożyło, że prawie pół wieku temu, w tydzień po ślubie, mąż wyjechał do Szwajcarii na wymarzoną praktykę. Oczywiście sam, bo w tamtym czasach nie było szans, bym dostała paszport. Szwajcarzy pokazywali więc sobie mojego męża, mówiąc, że jest to pierwszy przypadek faceta, któremu miesiąc miodowy udaje się spędzić w spokoju, czyli samemu. Dziś łatwo jest sobie żartować z tamtej sytuacji, ale wtedy tęsknota była okrutna: trzy miesiące żyliśmy oddzielnie, na dodatek w zupełnie innych światach. List, który szedł dwa tygodnie, był praktycznie jedynym sposobem kontaktu.

Teraz, po upływie prawie pół wieku, możemy pojechać nie tylko we własnym towarzystwie, ale w towarzystwie najbliższej rodziny: z dwójką dorosłych dzieci, z synową i trojgiem wnucząt – w sumie osiem osób. Spora grupa, jak na poślubną podróż. Wynajmujemy auto, wyznaczamy trasę, rezerwujemy noclegi i wyruszamy. Do Szwajcarii, ma się rozumieć. Ponieważ nie da się w takiej grupie i z dziećmi dotrzeć na miejsce jednym rzutem, nocujemy po drodze w austriackiej Bregencji. Piękne miasto nad Jeziorem Bodeńskim szykuje się do wystawienia „Rigoletta” Verdiego - powstaje olbrzymia scenę z dekoracjami na wodzie. Możemy sobie już wyobrazić, jak piękne będą w tej scenerii spektakle dla tysięcy melomanów.

23 czerwca 2019

Koło południa docieramy do Tänikon, gdzie mieści się rolnicza stacja doświadczalna, w której mąż spędził przed wielu laty samotnie nasz miesiąc miodowy, a nawet trzy miesiące. Widzę na jego twarzy napięcie oraz ożywienie, z jakim pokazuje nam i objaśnia, co z tamtych lat pamięta, co gdzie się mieściło, co do czego służyło. Biegnie wręcz do olbrzymiej szopy z maszynami, bo to w niej spędzał wtedy ponoć najwięcej czasu. Szuka śladów, które przetrwały w jego pamięci: - Te buki tu były, ale znacznie mniejsze; a cmentarz przy kościółku był wtedy zaniedbany – mówi. Teraz widzimy znakomicie utrzymany, niezwykle kolorowy, ale jakiś taki bardzo szablonowy cmentarz pełen kwiatów. – O tu jest grób proboszcza z tamtych czasów – mówi mąż, jakby to miało coś znaczyć. Każdy ślad z tego 1974 roku jest dla niego ważny.

Podjeżdżamy pod dom, w którym mieszkał. Zatrzymujemy się przed bramą, mąż pokazuje okna swojego dawnego pokoju na piętrze. I wtedy widzę, że jest naprawdę wzruszony: głos mu drży, zdaje się, że po policzku spływa nawet mocno skrywana łza. Dla nas to tylko ciekawostka, wnuki w ogóle o tym za chwilę zapomną, dla męża to prawdziwe przeżycie, które mnie też się po chwili udziela. Jedziemy do restauracji, w której mąż jadł pierwszy obiad na szwajcarskiej ziemi. Już pomijam fakt, że rosół z tego obiadu jest w naszym menu do dziś podawany przy specjalnych okazjach, ale najważniejszą informacją o tamtym obiedzie było zawsze to, że kosztował równowartość pięciu dolarów amerykańskich, a całe kieszonkowe męża wynosiło dziesięć dolarów. Restauracja jest kompletnie zmieniona: dziś króluje tu spaghetti i pizza, podawane w dużym namiocie.

W dalszej drodze nie możemy pominąć Muzeum Polskiego w Rapperswil, które jest chyba najpiękniej usytuowanym polskim muzeum w ogóle. Mąż miał przed laty obiecany wyjazd do muzeum, ale z jakichś względów nie doszedł on wtedy do skutku. Teraz ma okazję nie tylko sam zobaczyć. Wyruszamy w drogę na nasz camping. I zaraz pierwsze cudo: Lucerna ze słynnym, pięknym nie do opisania, Mostem Klasztornym. A potem w drodze co chwila kolejne zachwyty, tym razem pięknem szwajcarskich krajobrazów, jak chociażby ten z punktu widokowego koło Lungern nad turkusowym Jeziorem Sarneńskim. Na camping w Interlaken, które stanie się naszą bazą wypadową, docieramy przed wieczorem. Okazuje się, że widok z tarasu domku nie ustępuje tym mijanym po drodze: błękitna woda jeziora Thun, soczysta zieleń, skaliste góry, na których bielą się resztki śniegu. Jesteśmy nad jeziorem, więc po zakwaterowaniu obowiązkowa dla wnucząt kąpiel, choć woda nie jest zbyt ciepła.

24-30 czerwca 2019

Zwiedzamy Szwajcarię, podróżujemy głównie po torach, pociągami. Choć także na linach, bo do górskich szczytów inaczej dotrzeć nie sposób. A każdego dnia jedziemy daleko i docieramy wysoko, choć odkrywamy, że nawet szwajcarskie pociągi potrafią się spóźnić lub mieć awarię. Ale są ciche, czyste, pełne pasażerów, choć nie nazbyt zatłoczone, a widoki z okien - często panoramicznych – tylko skłaniają do zachwytu i sięgania co chwila po aparat. Bo przecież tak chciałoby się zabrać ze sobą te krajobrazy na pamiątkę. Mąż wtedy nie miał żadnych możliwości finansowych, by ten kraj zwiedzić, więc też się zachwyca. Widzę, że jest bardzo szczęśliwy, że może nam wreszcie pokazać „swoją” Szwajcarię. Mnie podobają się nie tylko piękne krajobrazy, ale także ozdobione i utrzymane domy, ogródki, kwietniki miejskie. Jako ogrodnik zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele starań trzeba, by tak to wyglądało. Nie sądzę, by wynikało to z jakiegoś nakazu, oni to już mają we krwi, by posesje nie były gorsze niż u sąsiadów. I dotyczy to nie tylko miast, czy miasteczek – wiejskie tereny z oborami i stodołami są równie urocze. Zadbane są nie tylko ogródki, ale też trasy przy drogach, pola, górskie łąki, na których gdzieniegdzie widać pasące się - takie jakieś wyblakłe – krowy.

Przez te kilka dni żyjemy bardzo intensywnie, bo dużo jest do zobaczenia. Zermatt ze słynną górą znaną z czekolady. Zamek Chillon nad olbrzymim Jeziorem Lemańskim, po którym pływamy statkiem. Vevey, Montreux – przepiękne miasteczka wkomponowane w brzegi jeziora. Krajobrazy małomiasteczkowe i wiejskie mają zdecydowaną przewagę nad miejskimi także tu. Domy w górach wyglądają – ze względu na usytuowanie, kształt i kolorystykę – jakby wyrosły same z ziemi.

Szwajcaria to kraj konserwatywny, ale nowoczesny w trosce o środowisko. Bilety w komórce, parkingi na fotokomórkę, plastik do śmieciomatów w supermarketach.

To podziwianie krajobrazów przerywamy od czasu do czasu. A to na wizytę w wytwórni serów w Gruyre, gdzie kosztujemy i kupujemy te szwajcarskie specjały; albo w muzeum czekolady Cailler, skąd wynosimy całe siatki wyrobów; albo w winnicy, skąd wychodzimy z kartonami. To chyba też obowiązkowy program na Szwajcarię, mimo cen, które czasem przerażają.

30 czerwca 2019

Jeszcze tylko wizyta w Bernie, gdzie trzeba zobaczyć spacerującego w parku miejskim niedźwiedzia – symbol miasta, i gdzie w kościele spotykamy przypadkowo księdza z naszej parafii odprawiającego Mszę św., i możemy wracać. Kilka razy zadajemy mężowi pytanie, czy nie żałuje tego, że wtedy wrócił do Polski, choć byli tacy, którzy zostawali, wybierając inne życie. Mąż – pokazując na bawiące się z tyłu auta wnuki odpowiadał: - Jak możecie mnie o to pytać. Tego wszystkiego by przecież nie było. A gdy już dojechaliśmy szczęśliwie do domu powiedział jeszcze: - Ogłaszam przerwę w podróży poślubnej. Tam zostało przecież jeszcze tyle pięknych miejsc do zobaczenia. Przerwa w podróży poślubnej to też niezbyt często spotykana rzecz. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.