Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Justyna Kachel jest zwyciężczynią konkursu "Pamiętnik z podróży"

Czy jesteś szczęśliwa? - zapytała mnie bliska mi osoba. Jechałam wtedy do pracy i wiedziałam, że szczera odpowiedź na to pytanie jest negatywna, do czego bałam się wtedy przyznać nawet przed samą sobą. Zaparkowałam pod biurem, poszłam do pracy i otworzyłam laptop. Dzień przeleciał bardzo szybko. Jak każdy.

Oddech łapię podczas weekendów, jak zresztą większość pracujących, samodzielnych mam. To zadane mi pytanie nie dawało mi jednak spokoju. Zaczęłam się zastanawiać: czym jest to dla mnie szczęście? Jeśli nie czuję go w sobie, co mogę zrobić, aby je poczuć? Zamknęłam oczy. Zobaczyłam łąkę nad jeziorem. Było ciepło, słonecznie. Leżałam na kocu i patrzyłam w niebo. O tym marzyłam. W natłoku spraw zapomniałam, że najbardziej na świecie chcę właśnie przez chwilę móc odpocząć, zwolnić tempo i skorzystać z tego lata, z życia, z przyrody.

Uświadomiłam sobie, że moja niespełna czteroletnia córka Ala już nigdy nie będzie tak mała jak teraz. To właśnie ta jedna myśl skłoniła mnie do tego, aby wziąć wakacje od życia. Dosłownie i w przenośni. Wakacje od życia, w którym wszystko musi być na wczoraj.

W przeciągu tygodnia, po głębokim namyśle, przeanalizowaniu wszystkie "za" i "przeciw", złożyłam wypowiedzenie w pracy i zdecydowałam, że od maja do września poświęcam się córce, sobie, wypoczynkowi i drobnym przyjemnościom, na które obie mamy ochotę, ale zawsze brakuje nam na nie czasu. Oszczędności miałam, przeszłam więc do realizacji planu.

Postanowiłam - to czas dla nas, w którym nie będę się o nic martwić na zapas. Miałam bardzo trudny rok, świat zawalił mi się po zakończeniu mojego małżeństwa. W wieku 31 lat musiałam powrócić do domu rodziców. Ego cierpiało. Bardzo się ze sobą szarpałam. Uciekłam w pracę, której oddałam się bez reszty. Mimo pomocy wielu osób i ogromnego zaangażowania mojej rodziny w pomoc w opiece nad moją córką, czułam, że jeśli nie zwolnię tempa, dosłownie rozpadnę się na kawałki jak porcelanowa lalka. Byłam wydmuszką - zestresowana, blada, nieszczęśliwa. Nie chciałam taka być. Bliscy poparli mnie, nie uznali tego za wybryk. Od wielu osób usłyszałam , że należy mi się taka przerwa. Należy mi się czas, który w pełni będę mogła spędzić z córką, ale też z samą sobą.

W maju rozpoczęły się wakacje mojego życia. Wraz z Alą zaczęłyśmy od przekopania grządki - na naszej działce wyhodowałyśmy rzodkiewki, pomidory, roszponkę i bazylię. Pod małym drewnianym domkiem, który mamy na ogródku, wyrosły posadzone przez nas kwiaty. Do glinianych doniczek z ziemią wsadzałyśmy pestki z cytryn - wyrosły nam trzy krzaczki. O nasze roślinki dbałyśmy i dbamy codziennie. To nasz rytuał - wstawanie rano i doglądanie grządki - podlewanie, przeganianie łopatką ślimaków i wyrywanie chwastów.

Odtąd wszędzie jeździłyśmy na rowerze - do sklepu, do znajomych, do parku czy na kawę. Mieszkamy pod Warszawą - korzystamy również z wielu atrakcji oferowanych dzieciom i dorosłym. Jeździłyśmy więc na festyny, kina plenerowe, a także na pogawędki z koleżankami na piknikowym kocu. Tak po prostu. Bez umawiania na parę dni przed. Spontanicznie i bez kalendarza. Miałam wreszcie czas dla 90-letniej babci i cioci, które mieszkają razem blisko nas. Jeździłam do nich i chłonęłam ich historie i życiowe porady.

Na przełomie lipca i sierpnia pojechałyśmy także nad morze. Nad mój ukochany Bałtyk, który muszą zobaczyć przynajmniej raz w roku. Dołączyłyśmy do grupy znajomych, którzy zaproponowali nam transport i miejsce w drewnianym domku w lesie. Pobyt był magiczny, ze względu na bajeczną okolicę - Słowiński Park Narodowy. Wybrałyśmy spokojną miejscowość, gdzie do morza trzeba iść kilometr przez las. Taka wycieczka w jedną i drugą stronę uspokaja - zieleń drzew i szum morza to najlepsze, co możemy sobie zafundować. A miejscowość nazywa się Smołdziński Las. Nie potrzeba wcale luksusów - spaghetti dla sześciu osób przyrządzane wspólnie po całym dniu aktywności na plaży to nie tylko posiłek, ale też przyjemność przebywania z innymi, rozmawiania, żartowania i "gimnastykowania" się nad dwoma palnikami w malusieńkiej kuchence za małego domku.

Podczas tych ośmiu dni nad morzem pogoda nam sprzyjała i codziennie plażowałyśmy. Ponadto odwiedziłyśmy latarnię morską w Czołpinie, skansen w Klukach, spacerowałyśmy po lesie w poszukiwaniu klatki z orłem bielikiem, odwiedziłyśmy dziką plażę i aktywnie uczestniczyłyśmy w odbywającym się w okolicy festynie ekologicznym.

Po powrocie znad morza zdecydowałam, że nie może to być ostatni wyjazd tego lata. W porozumieniu z przyjaciółką i grupą znajomych zorganizowałyśmy dwa weekendowe wyjazdy na kajaki. Wybraliśmy rzekę Wkrę, gdyż jest przepiękna, malownicza i znajduje się niecałą godzinę drogi od podwarszawskiej Podkowy Leśnej, skąd pochodzę. Cały dzień na kajaku to niesamowita przyjemność, możliwość bezpośredniego kontaktu z naturą, odcięcia się od spraw pochłaniających nas na co dzień. Zieleń otaczająca nas z każdej strony uderza nas i jest swoistym kontrastem dla obrazów, do których nasze oczy przyzwyczajone są na co dzień. Wspólne jedzenie kanapek na kajaku to ogromnie integrująca przyjemność, a ciepła herbata z termosu smakuje jak wtedy, gdy jeździłam z rodzicami na wycieczki nad morze czy w góry.

Powoli wracam do życia po tych wakacjach. Mam pewną refleksję - życie jest cudem. Jest też krótkie. Każdy dzień daje nam okazję do tego, aby się nim zachwycić i przeżyć w sposób taki, jaki chcemy. Możemy być smutni i martwic się o przyszłość - życie często doświadcza nas bardzo boleśnie. Mamy jednak wybór - możemy narzekać i gonić wiecznie własny ogon albo zabrać się do pracy. Do pracy nad sobą. Zatrzymajmy się, niekoniecznie na miesiąc, może na kilka dni. Spójrzmy na własne życie z boku. "Czy jestem szczęśliwa?", "co jest dla mnie ważne?", "czy chcę wiecznie użalać się nad swoim losem"? - zadajmy sobie te pytania i szczerze na nie odpowiedzmy. Zacznijmy żyć, to jedyne, co mamy w darze - życie, doceńmy to, co prawdziwie ważne dla nas - bliskich, przyrodę, naszą społeczność. Wiem, że nie każdy może sobie pozwolić na czteromiesięczne wakacje. Wiem, że to luksus. Jednak ja na ten luksus zapracowałam - odłożyłam zawczasu taką sumę, która starczy mi na skromne przeżycie tych paru miesięcy. I nie żałuję. Życzę jak w piosence "sobie i Wam, by nas było stać na święty spokój..." 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.