Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przypominamy, że trwa konkurs "Dziewczyny w podróży 2019 - Pamiętnik z podróży". Pokażcie, jak podróżujecie i co dają Wam podróże. Czekają atrakcyjne nagrody!

Do domu chcieliśmy wrócić w niedzielę, bo miała się zepsuć pogoda. W południe się przejaśniło, przedłużyliśmy pobyt. Pewnie zostaniemy tu do soboty – mówi Joanna, siadająca na drewnianej ławie pod sosną.

Kiedyś bała się namiotów, pająków, komarów. Pojechała na weekend, odpoczęła, jakby spędziła tam tydzień, i już teraz wie, jak to było możliwe.

Kemping to dość pojemne pojęcie. Polska Federacja Campingu i Caravaningu co roku wybiera najlepsze kempingi, przyznaje pierwsze, drugie i trzecie miejsce. O tytuł Mister Camping ścigają się eleganckie ośrodki, w których, owszem, można rozbić namiot, ale do wyboru są też klimatyzowane domki z wygodami.

Można się pomoczyć w kempingowym basenie, zjeść w kempingowej restauracji, a jeśli chce się gotować samemu – skorzystać z nieźle wyposażonej wspólnej kuchni albo zamówić rozpalenie ogniska.

Po drugiej stronie skali leżą kempingi dzikie. A właściwie miejsca, które kempingami stają się dopiero wtedy, gdy ktoś na nich zaparkuje lub rozbije namiot.

„Zdarza nam się, że w Hiszpanii podjeżdżają do nas panowie odpowiedzialni za przyrodę i mówią: »Tu jest zakaz kempingu« – pisze mi Edyta Niewińska, gdy pytam znajomych z Facebooka o kempingowe doświadczenia. – Widzą jednak, że my do natury podchodzimy z szacunkiem: nie śmiecimy, nie rozpalamy ognia, nie puszczamy muzyki, bo wolimy słuchać ptaków. Mówią tylko: »Jutro już jedźcie dalej«”.

Fot. Edyta Niewińska / Fot. Edyta Niewińska

Edyta kempinguje głównie na południu Europy, gdzie mieszka. Ze swoim partnerem Sebastianem podróżuje przerobionym volkswagenem transporterem z końca lat 90. To nie camper – nie ma w nim kuchni ani łazienki. Domowa zasłonka oddziela siedzenia kierowcy i pasażera od dwuosobowego łóżka i schowka na bagaże. Volkswagenem wjeżdżają w las, zatrzymują się gdzieś nad wodą, by wykąpać się, złapać rybę. Szukają miejsc, w których nie słychać samochodów i nie widać ludzi. Czasem posiłkują się aplikacją Park4Night, w której ludzie polecają sobie sprawdzone miejsca na nocleg.

Edyta: „Kiedyś w drodze nad jezioro minęliśmy bramę z tabliczką »Bydło chodzi luzem, zamknij bramę«. No to otworzyliśmy, wjechaliśmy, zamknęliśmy. Wieczorem podjechał jakiś samochód, wysiadł facet i zaczął iść w naszą stronę. Sebastian właśnie kąpał się w jeziorze. Ruszył pędem do samochodu, bo był bez gaci. A facet za nim! I mówi: »Nazywam się Manolo, to jest moja ziemia, możecie tu nocować, no problem, no problem«”.

Pośrodku skali – między kempingami dzikimi a „misterami” – leżą kempingi zwyczajne, jak ten, na którym spotkałam Joannę. Prowadzony w Sierakowie przez Ośrodek Sportu i Rekreacji, w wielkopolskiej Krainie Stu Jezior.

Infrastruktura jest tu minimalna: między drzewami stoją drewniane ławy, skrzynki z prądem. Są wspólne łazienki, stołówka serwuje pulpety na stolikach przykrytych ceratą.

Basenu brak, nie ma nawet porządnego placu zabaw, za to jest niedrogo i pachnie las.

Wreszcie są kempingi spoza skali – wymagające przygotowania niczym kemping dziki, a jednak mające gospodarza. Taki jest kemping w Skolitach na Warmii, który też odwiedzam tego roku. Nie ma na nim bieżącej wody i prądu, za to są dwie sławojki z serduszkiem, które chronią las przed zakwitem „papirzoków” (spotkałam się z takim określeniem porzuconych w lesie kawałków papieru toaletowego).

Ajent, pan Mirek, kosi trawę na polu, codziennie dowozi pitną wodę, a raz do roku wysypuje na brzegu jeziora górę piachu. Prowadzi budę z frytkami i zapiekankami. Z Holandii sprowadził stare przyczepy i wynajmuje za 60 zł za noc tym, którzy wolą plastikowy dach od namiotu.

Butelka – lampą, kapelusz – toaletą

– Za pierwszym razem wybrałam się spakowana jak na koncert – opowiada mi Kaśka Jędrzejczak ze Skolit, mama ośmiolatka i 11-latki. Choć jej dom leży w tej samej wsi co kemping pana Mirka, jej też zdarza się tam nocować. Wraz z grupą znajomych organizuje nad jeziorem noc kupały. Pusty zazwyczaj parking przy kempingu wypełniają wtedy samochody z rejestracjami z całej Polski. Goście plotą wianki, ćwiczą taniec z ogniem, słuchają koncertów, śpią pod namiotami. Pan Mirek zapewnia organizatorom – w tym Kaśce – noclegi w przyczepach.

Po pierwszej nocy w przyczepie Kaśka – choć przecież jest doświadczoną biwakowiczką – przekonała się, że nawet nocleg na polu oddalonym o pół godziny od domu wymaga przygotowania. – Wybrałam się jak na koncert. Wzięłam koce, a zapomniałam o latarce. Do toalety i pod scenę chodziłam po omacku – wspomina.

Kemping to wakacje dla tych, którzy lubią się pakować.

Fot. Paulina Piotrowicz / Fot. Paulina Piotrowicz

Edyta wozi w volkswagenie garnki, patelnię, talerze, kubki, sztućce, sól, ocet, oliwę, zapas wody pitnej.

W pojemniku, który w drodze służy za śmietnik, przewozi butelki wina. Połowę miejsca na bagaż zajmują wędki i przynęty, na dachu jest miejsce na kajak.

Znajome podrzucają mi kolejne „niezbędniki”.

Moja redakcyjna koleżanka Danka Pawłowska chwali się nowymi łyżko-widelco-nożami. Przypomina, by zabrać linkę i klamerki.

Aneta Gawęcka-Malec, która prowadzi szkolenia dla branży IT i nigdy nie była na wakacjach all inclusive, pisze do mnie o płachcie biwakowej, z której można zrobić dodatkowy dach: „Zawiesiliśmy ją między drzewami nad namiotem. Uchroniła go przed kapiącą żywicą sosnową”.

Równie ważne okazały się małe szkicowniki i miękkie ołówki dla każdego z rodziny. – Żeby córka chętniej chodziła w góry, zaproponowałam, że na zdobytych górach będziemy robić szkice tego, co widzimy.

Różnica zdań dotyczy krzeseł kempingowych. Mięśnie pleców Anety, rozleniwione pracą przed komputerem, domagają się oparcia, ona woli jednak mniej wozić. Tymczasem dla Kaśki krzesła to najważniejszy sprzęt – minileżaki, które bez problemu mieszczą się do bagażnika.

Ula Rozmiarek, pięcioletnia córka koleżanki, podpowiada, by zabrać gry planszowe. Jej rodzicom życie na kempingu ułatwia miska, w której noszą naczynia do mycia (można wybrać droższą, składaną wersję kempingową, ale zwykła za kilka złotych też się sprawdzi), plastikowe pudła, które chronią rzeczy przed wilgocią i pomagają utrzymać porządek, dwupalnikowa kuchenka turystyczna, scyzoryk oraz włoska kawiarka.

Joanna wylicza: – Wzięliśmy suszarkę do włosów, zmiotkę z szufelką, czajnik elektryczny, grzejnik...

A jej mąż na dowód otwiera bagażnik skody octavii combi i pokazuje wcale niemałą farelkę. W supermarketowych promocjach upolowali ledowe lampki i turystyczny prysznic do powieszenia na drzewie. Słońce ogrzewa czarny worek z wodą zakończony sitkiem, nie trzeba z każdym myciem rąk biegać do łazienki.

W internetowych grupach fani kempingu dzielą się praktycznymi kempingowymi rozwiązaniami. Najlepszym rodzajem latarki jest czołówka. Nie zajmuje rąk, a w namiocie można ją zapiąć wokół dużej butli, tak by świeciła do środka. Prostym sposobem stworzyć lampę, która nie razi w oczy.

Papier toaletowy warto trzymać w puszce po kawie, w której nożem robimy pionowy otwór i wyciągamy końcówkę.

Pudełka po tiktakach przydają się do przechowywania przypraw. Sól można od razu wymieszać z pieprzem.

Jednym z ciekawszych kempingowych wynalazków jest turystyczna latryna, którą zakłada się na głowę niczym kapelusz – z długą do ziemi, nieprzejrzystą „woalką” – zasłonką. Pod tą konstrukcją siada się na składanym taborecie z dziurą, wyposażonym w wymienny worek. Przez prześwity w zasłonce można obserwować okolicę.

Kiełbasa z grilla ma konkurentkę

Magda i Krystian, których spotykam nad Jeziorem Skolickim, na kemping zabierają też klatkę. Dla psa. To konieczność, gdy podróżuje się z ośmiomiesięczną bulterierką, która, wskakując człowiekowi na kolana, potrafi go przypadkiem przewrócić. Tego upalnego dnia na Warmii Amfa leży jednak spokojnie pod tablicą z zakazem zrywania lilii wodnych.

Magda opala się, czytając kryminał. Krystian rozstawił wędki. Sprzęt piszczy co chwila, sygnalizując, że ryba zainteresowała się przynętą. Ryby są jednak cwane: nauczyły się porywać jedzenie, unikając haczyka. Zdobycie pożywienia jest właściwie jedyną troską odpoczywającego na kempingu turysty.

Rybę można usmażyć albo zrobić z niej zupę rybną. Krystian przygotowuje ją tak samo jak w domu: gotuje wywar przynajmniej dwie godziny, doprawia pomidorami z puszki i bałkańską czubrycą.

– A na śniadanie zrobił szakszukę – Magda pokazuje w telefonie zdjęcie jajek z pomidorami. Niestety, nie zjedli jej, bo Krystian potrącił patelnię i wywalił całość na trawnik. – Na szczęście są chińskie zupki – dodaje Magda.

Fot. Natalia Mazur / Fot. Natalia Mazur

Jajka są hitem kempingowej kuchni, niewykluczone, że w biwakowym rankingu jajecznica wyprzedziłaby nawet grillowaną kiełbasę. Jajka wytrzymają bez lodówki dwa tygodnie, a wystarczy czujny spacer po lesie, by stały się jajecznicą z kurkami. Można dokupić młode ziemniaki i przygotować letni obiad – ziemniaki z sadzonym.

Edyta samochodową lodówkę w połowie wypełnia główkami sałaty. Rwie liście palcami, kroi cebulkę, pomidory, cukinię w cienkie plasterki.

Doprawia octem z sherry i oliwą. Warzywa kupuje u znajomych, którzy uprawiają je tymi samymi metodami, co nasi dziadkowie na działkach, bez żadnej chemii. Królem biwakowych warzyw jest ogórek – ma mocną skórkę, wytrzyma nawet w kieszeni noszonego po górach plecaka.

Ale nie zawsze jest tak zdrowo. Bo wakacje to też czas fast foodów. W Sierakowie Kamila Fabiś – gospodyni kempingowej stołówki – kombinuje, jak wygrać z szybkim jedzeniem. Sukces osiąga pomidorówką i brokułami ukrytymi pod panierką. Ale tak naprawdę marzy jej się osiągnięcie smaku grochówki lub zupy gulaszowej z puszki, które pamięta z czasów, gdy sama miała latem czas na wyjazdy z namiotem.

W środku lasu smakują nawet paprykarz i mielonka, po kąpieli w jeziorze bułka z pasztetem to prawdziwy delikates.

A na deser? Klasyka lat 90. – gotowa babka z galaretką. Taka z paczki, która po pokrojeniu na kawałki wygląda, jakby miała oczy.

Graj w te karty!

Nicnierobienie kończy się, gdy zaczyna padać. Wtedy trzeba wymyślić jakąś aktywność. „Gdy ma się przy sobie peleryny przeciwdeszczowe, można wszystko” – pisze mi Aneta z IT i wrzuca rodzinną fotkę, którą zrobili we Włoszech, idąc w deszczu wzdłuż brzegu jeziora Como.

– Pod deszczem można się umyć – twierdzi pięcioletnia Ula, a jej mama Olga przytakuje ze zrozumieniem. Poleca namioty z dużym przedsionkiem, w którym można urządzić świetlicę i grać w planszówki.

Joanna i Marcin w niepogodę oglądają filmy na laptopie. Byle nie horrory. Bo potem w nocy strach iść do toalety.

Edyta podczas deszczu pisze powieści. W Hiszpanii żyje z pisania i z warsztatów literackich. Bateria w laptopie starcza na dziewięć godzin, a gdy się wyczerpie, jadą z chłopakiem do kawiarni i ładują.

– Kiedy pada? Gram w karty – deklaruje Kaśka. A przysłuchujący się rozmowie znajomy przypomina scenę z filmu „Fuks”, w którym Gabriela Kownacka, grająca matkę Macieja Stuhra, wręcza mu przed wyjazdem na wakacje paczkę prezerwatyw, mówiąc: „Graj w te karty”.

Kemping sprzyja miłości. Krystian został poczęty w Chałupach, po latach ojciec pokazał mu, gdzie był rozbity namiot.

Zachował go jako rodzinną pamiątkę. – Może i my rozbijemy go za jakiś czas? – zastanawia się Magda.

Deszcz to zresztą najmniejszy problem. Kamila prowadząca sierakowską stołówkę ma w zanadrzu kilka opowieści, w których ona albo ktoś inny opuszcza namiot (np. po to, by zapłacić za miejsce), chwilę później zrywa się wichura i konar go przygniata. Turystom tego nie trzeba przypominać: na kempingu trzeba pilnie śledzić prognozy pogody.

Anna Wachowska-Kucharska, która od lat jeździ z rodziną do Chorwacji, przypomina sobie swój pierwszy wyjazd do tego kraju. Pojechali polonezem, z namiotem. Kemping był pełen Chorwatów, ale też Francuzów, Holendrów, Niemców. Widok Chorwatów zgromadzonych przy radioodbiornikach, słuchających wystąpienia Franjo Tudźmana, wydawał jej się absurdalny. Kto marnowałby urlop na słuchanie przemówień polityków? Prawdopodobnie Tudźman właśnie wtedy ogłaszał wkroczenie armii chorwackiej do Krajiny. Następnego dnia Chorwaci zaczęli się pakować.

Kucharscy chcieli znaleźć inny kemping, we Włoszech. – Po tamtej stronie granicy kempingi są nieporównywalnie brzydsze, pozbawione właściwie drzew, a wybrzeże mniej urokliwe – opowiada Wachowska-Kucharska.

Wrócili. – Działania wojenne nie dotarły na Istrię, wyjazdy Chorwatów mogły się wiązać z powołaniami do wojska.

Wyciągasz stopę i pyk!

Czy deszcz, czy wojna, namiot można łatwo zwinąć. – Nie muszę płacić, rezerwować miejsca z wyprzedzeniem. Nie ma sytuacji jak w wynajętym domku: leje, a ty siedzisz, bo masz zapłacone – mówi Joanna.

Fot.Przemysław Rozmiarek

Jedziesz, dokąd chcesz i kiedy chcesz, a domek targasz ze sobą jak ślimak. Joanna jednak jeszcze parę lat temu nie wyobrażała sobie nocy pod namiotem. Bała się pająków. Marcin zabrał ją do sklepu sportowego. – Zobacz, tu jest tropik, pająkom trudniej się tu dostać niż do jakiegokolwiek budynku – przekonywał. Wyjechali na próbę, na weekend.

– Wypoczęłam bardziej niż podczas tygodniowych wakacji – stwierdziła Joanna po powrocie. – Dlaczego? Bo nie sprzątam! Wakacje w domku zaczynałam od porządków. Tutaj tylko raz na dzień wymiatam sosnowe igły z przedsionka – mówi.

Dziewczyny piszą mi i mówią przede wszystkim o kontakcie z przyrodą.

Aneta: – Uwielbiam to, że mogę wyjść z namiotu i od razu być cała sobą. W górach czuć ich poranny chłód, mgłę. Albo gdy nocujemy nad morzem. Nie spałam nigdy w hotelu, który byłby aż tak bardzo na brzegu, za to w namiocie owszem.

Danka: – Kempingi są w lepszych miejscach niż kwatery, na które mnie stać. W Chorwacji pokój z widokiem na morze jest bardzo drogi, a kemping przy plaży z widokiem na morze – tani. A za parę dni będę się rozbijać w Yellowstone.

Edyta: – Dla mnie i „wild camping”, i ekowarzywa to spełnianie marzenia z dzieciństwa o życiu blisko przyrody na co dzień, w każdym możliwym wymiarze.

Aneta lubi mieszające się na kempingach kultury, Edyta – przeciwnie – szuka samotności

– Teraz to mi się najbardziej chce jechać tak, żeby nikogo nie spotykać, tylko jelenie i sępy. Wtedy faceta wysyłam na ryby. I zostaję całkiem sama. Dobrze mi.

Olga: – Okazuje się, że do życia potrzebujemy mniej: mniej ciuchów, mniej rzeczy, prościej się gotuje. Córki zabrały dużo sprzętu sportowego. Nie korzystały, bo przyroda dała im dość atrakcji.

Kaśka mieszka w domu wśród łąk, a jednak chce być jeszcze bliżej natury. Pakuje dzieciaki i namiot do auta i jadą polną drogą na plażę w tej samej wsi. – Namiot czy przyczepa to takie inne spanie. Wstajesz, wyciągasz stopę, pyk – i jesteś na trawie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.