Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przypominamy, że trwa konkurs "Dziewczyny w podróży 2019 - Pamiętnik z podróży". Pokażcie, jak podróżujecie i co dają Wam podróże. Czekają atrakcyjne nagrody!

Pięć sukienek, trampki, japonki, trzy pary szortów, bluza, bielizna, piżama, jakieś T-shirty. Jedna składana kurtka przeciwdeszczowa. Długie spodnie.

Dla chłopców: po 12 koszulek, dwie bluzy, dwie pary długich spodni, trzy krótkich, czapki od słońca – to koniecznie.

Dla niemowlaka – oprócz ubrań – 15 wielorazowych pieluszek, zabawki na drogę.

To tak w wielkim skrócie.

Michał pakuje się sam, nie zabiera wiele. Lista gotowa, Paulina wystawia ją na blogu Domowa.tv. Wystarczy przeczytać i spakować się na wakacje bez zbędnych rzeczy.

Pakowanie kampera potrwa dwa dni.

Mycie i przygotowanie pojazdu – pół doby.

Dojazd z Polski do Francji – 17 godzin.

Chcą podróżować ponad miesiąc.

Pokonają ponad 5 tys. kilometrów.

Z dwójką kilkuletnich dzieci i dwuipółmiesięcznym niemowlakiem.

I z 200 tys. followersów.

Po co zabierać dzieci?

Paulina kocha kempingi za świat nieidealny. Namiot nie zawsze stoi równo, podłoga co chwila się brudzi, w nocy tną komary. Nie każdy to lubi. Ale ona tak. Po pierwsze: dobrze się przygotowuje na różne scenariusze. Po drugie: to ma swój urok.

Jasne, nigdy nie jesteś w stanie przewidzieć wszystkiego. Bo może zaskoczyć cię pogoda – tak jak ich kiedyś we Włoszech – a wtedy, jeśli jesteś pod namiotem i nie masz podłogi zintegrowanej z tropikiem albo zrobionych okopów, pływasz na karimacie. Udało im się tego uniknąć, bo ludzie, którzy śledzą bloga, doradzili Paulinie dobry namiot. Pisali, jakie sprawdziły się w trudnych warunkach.

Teraz Stępniowie pierwszy raz jadą własnym kamperem, więc wiedzą, że akurat ulewą nie muszą się przejmować. Brakiem prądu (jak kiedyś na pewnym kempingu w Szwecji) też nie – kamper ma swój prąd z akumulatora (zasilanego solarami na dachu). To daje niezależność.

Co na pewno Paulina zabierze? Klawiaturę podłączaną do telefonu – żeby pisać, zdawać relacje dzień po dniu na blogu, Instagramie, Instastories i Facebooku. Wie, że jej odbiorcy na to czekają. Śledzą każdy dzień na trasie.

Często wrzuca na Instastories pytania, np.: „Co radzicie? Hiszpania czy Francja? Gdzie jechać dalej? Co sprawdzi się z dziećmi?”. Natychmiast dostaje odpowiedź. Plusy i minusy decyzji opisuje na blogu.

Kilka razy słyszała: „Po co w taką długą drogę zabierasz dzieci, zwłaszcza to maleńkie. Przecież i tak nie będzie nic pamiętało”. Ludziom się wydaje, że spontaniczna podróż z trójką małych dzieci to znój. Że na wyprawę z nimi trudno się dobrze przygotować, że to przesada ciągnąć je po kempingach. Niektórzy się boją, wolą mieć sprawdzone miejsca, opiekuna wycieczki, nocleg w hotelu, animatora. To nie dla Pauliny. Ona i Michał żyją podróżami. To ich styl życia. Kiedy ruszają w trasę, rodzicielstwo staje się przyjemniejsze. Widzą to już ich odbiorcy na blogu. Inne matki piszą do Pauliny: „Masz fajne macierzyństwo! Przełamujesz lęki!”.

A wyprawa z niemowlakiem? Łatwiejsza niż ze starszym dzieckiem, przyznaje Paulina. Maluch potrzebuje mamy, karmienia piersią i suchej pieluchy. Kiedy zwiedzają, Paulina nosi go w chuście, zawsze ma go blisko.

O starszych dzieciach więcej trzeba myśleć i bardziej ich przypilnować: żeby coś zjadły, najlepiej o konkretnej godzinie, żeby odpowiednio wcześnie położyć je spać, zająć czymś w trasie.

Dzieci w drodze czasem płaczą. Zawsze są kryzysy. Rodzice trójki mają na to sprawdzony sposób: zatrzymują się i robią przerwę. Od razu jest lepiej.

Paulina w podróży zawsze ma najmłodszego synka przy sobiePaulina w podróży zawsze ma najmłodszego synka przy sobie Fot. Michał Stępień

Kleszcze w Szwecji

Czasem zatrzymują się gdzieś w trasie na noc, czasem w ciągu dnia wyskoczą na lody. Podróż z dziećmi trzeba umilać. Gdy sama sobie wyznaczasz drogę, czas i godzinę, nigdzie nie musisz się spieszyć. To daje poczucie wolności.

Dzieci (imion Paulina nie podaje, chroni ich prywatność, nie pokazuje synów ani na blogu, ani w mediach społecznościowych) żyją wyprawami, planują, proszą, by wcześniej wydrukować im mapę z trasą.

Paulina tak organizuje wycieczki, by po drodze znalazły się atrakcje: – Raczej nie szukamy dmuchanych zamków czy parków rozrywki, ale małych szczytów do zdobycia, latarni morskich, na które można wejść. Przygoda, tajemnica – takie rzeczy kręcą moich chłopców. Ale czasem zdarza się też huczna podróż – byliśmy w zeszłym roku w Legolandzie.

Zawsze w drodze musi być jakiś dodatkowy cel dla chłopaków. Teraz, zanim dojadą do Francji – drewniany park za Görlitz, przy granicy polsko-niemieckiej. Wcześniej – zwiedzanie jaskiń, parki linowe. Źródła termalne we Włoszech. Piękne jezioro w Szwecji. Ścieżka w chmurach w Czechach.

Po pierwsze: chłopcy dostają w tym czasie sto procent uwagi. Po drugie: po każdej kolejnej podróży nabierają pewności siebie, więcej wiedzą o świecie, chętnie opowiadają o wyprawie kolegom. Po trzecie: stają się samodzielni, bo o swoje obowiązki na kempingu dbają wszyscy w rodzinie.

Zdarzają się nieprzyjemne przygody. W zeszłym roku jedno z dzieci miało kleszcza. Akurat byli w Szwecji. Podjechali do kliniki. – Spotkanie ze szwedzką służbą zdrowia było jak dobra przygoda – mówi Paulina. – Lekarz, jego podejście, zagadywanie synka, niesamowite. Byłam pod wielkim wrażeniem. Potraktowaliśmy to jak kolejne doświadczenie na trasie.

Podróżować po swojemu

Paulina: – W pierwszą spontaniczną podróż pojechaliśmy z Michałem osiem lat temu. Jeszcze byliśmy bezdzietni. Dwa miesiące dookoła Europy, samochodem. Nocowaliśmy w różnych miejscach dzięki Airbnb, ale mieliśmy też własny namiot. I to był moment, który zmienił nasze podejście do podróżowania. Wcześniej wypadaliśmy na tydzień, ale to były zorganizowane wycieczki w jedno miejsce. W 2011 roku zrobiliśmy sobie objazdówkę. Zobaczyliśmy zupełnie inne miejsca niż te znane, oklepane. I co najważniejsze, odkryliśmy, że lepiej podróżować po swojemu. Opcja all inclusive nam nie pasuje. Jesteśmy szczęśliwi, kiedy możemy odkryć lokalną winnicę, sklep z serami, kameralną plażę.

Kiedy urodził się pierwszy syn, był dosyć wymagający, wiadomo, pierwsze dziecko. Miał rok, gdy pojechali do Londynu. Wtedy stwierdzili, że w podróży jest im z dzieckiem łatwiej niż w domu. Więc zaczęli skakać: Berlin, Paryż, polskie morze. A kiedy urodził się drugi – między nimi jest tylko półtora roku różnicy – zabrali go w podróż, gdy skończył dwa miesiące. Miał rok, gdy pojechali w objazdówkę po Chorwacji (zawsze wyjeżdżają na wakacje na dłużej niż trzy tygodnie). Ale jeszcze wtedy rezerwowali sobie pokoje. To było trudne.

– Airbnb z dziećmi to woltyżerka. Musisz dojechać z maluchami na konkretną godzinę. Często się spóźnialiśmy. Kombinowaliśmy, jak to sobie ułatwić, jak zorganizować te wakacje, by nie być od kogoś uzależnionym – mówi Paulina.

Wtedy postanowili, że będą jeździć pod namiot. Po pierwsze: na większym luzie. Po drugie: dużo taniej. Od kiedy mają trójkę dzieci, tylko raz byli zmuszeni przenocować w hotelu.

– Gdyby tak wyglądały nasze podróże, moglibyśmy wyjechać na tydzień, a nie na cztery. To za drogo. Podliczyliśmy – hotele i hostele nam się nie kalkulują – wyjaśnia Paulina.

Namiot fantastycznie się sprawdzał w trasie po Europie. Ale już pod koniec podróży, kiedy mieli go rozkładać po raz 17., mieli dosyć.

– W namiocie fajnie posiedzieć w jednym miejscu dłużej. A my skaczemy co dwa, trzy dni z trójką dzieci – mówi.

Z tej Chorwacji wracali w potwornej ulewie. Trudno było się gdzieś zatrzymać. To wtedy Michał rzucił: „Słuchaj, a może przyczepa?”.

Zaczęli się śmiać. – Przyczepa kojarzyła się nam z osobami w wieku naszych rodziców. Jeszcze tego samego dnia znalazłam ogłoszenie o wynajmie przyczepy kempingowej i zarezerwowaliśmy ją na następny miesiąc – wspomina Paulina.

Przyczepa oznaczała wyzwania. Trzeba zamontować hak w samochodzie. Zabrać podkładki, by stała w miarę równo, gdy rozłożysz podpory. Zapłacić za wynajęcie – ok. 100 zł za dobę.

W pierwszą podróż z przyczepą pojechali po Polsce, zwiedzili wszystkie latarnie morskie. I euforia – byli zachwyceni, bo w każdej chwili mogli się zatrzymać i coś ugotować. Trzy razy byli z przyczepą. Zaczęli szukać własnej. Byli już bliscy kupna, wypatrzyli nawet parking, na którym mogliby ją trzymać i z którego łatwo ją będzie wyprowadzić, ale wtedy Michał powiedział: „Słuchaj, a może jeszcze spróbujmy kampera?”. I to był początek miłości.

Naleśniki na trasie

Najważniejsze, co trzeba zabrać: pudełka na jedzenie i bidony z wodą, by móc je napełniać w każdym miejscu. Koniecznie ciepłe śpiwory – noce, nawet w Chorwacji, mogą być chłodne, zwłaszcza po deszczu. Wanienka i małe łóżeczko dla niemowlaka.

Gdy ruszają kamperem, celują w drzemkę dzieci. Czasami robią tak: sadzają dzieci w fotelikach, już po umyciu zębów i ubrane w piżamy, jadą godzinę, a gdy chłopcy zasną, przekładają ich do łóżek. Jak zajmują dzieci w trasie? Książeczki, figurki, rozmowy o tym, co za oknem. Starają się, by jazda nie była za długa, żeby chłopcy nie mogli się zanudzić. To nic fajnego, gdy mówią: „Mamo, kiedy? Mamo, kiedy?”. Nie zabierają tabletów, które spełniają funkcję wypełniaczy. Nie chcą, by chłopcy spędzali czas wpatrzeni w ekran. Ale rozumieją, że czasem nie ma innego wyjścia. Są różne dzieci, różni rodzice, nie każdy zniesie marudzenie maluchów, a każdy chce jakoś dojechać na wakacje. Nie krytykują innych, to nie w ich stylu.

Gdziekolwiek zaczynają podróż, zawsze kończą we Włoszech. W Chorwacji dojechali do samego Dubrownika, by stwierdzić, że muszą jeszcze odwiedzić Włochy. We Włoszech wylądowali też wtedy, gdy pojechali do Skandynawii. Dotarli wtedy do Norwegii, ale pokonała ich pogoda. W nocy (wtedy jeszcze w namiocie) było zimno. Stwierdzili, że zmieniają kierunek. Chcą, by podróże były komfortowe. Szare niebo? Szukają dalej. Kiedy podróżujesz spontanicznie, zawsze możesz zmienić plan. Z Norwegii pojechali z dziećmi do Legolandu w Danii, potem do Niemiec. Zatrzymali się na kempingu. I myśleli: co teraz? Wracać do domu? Dokąd jechać?

Michał rzucił: „A może Włochy?”.

Dzieci podłapały: „Mamo, tak, Włochy! Pizza, lody!”.

– I kawa! – zachęcał Michał.

– Jedziemy – zdecydowali.

Było więc oczywiste, że na pierwszą wyprawę kamperem pojadą właśnie do Włoch. Paulina rozpisywała przygotowania na blogu dzień po dniu. Bardzo długo szukała kampera, który dałoby się wynająć po przystępnej cenie. Wiadomo – w Warszawie, gdzie mieszkają, były droższe. 600 zł za dobę. Nic się nie kalkulowało. Dlatego zaczęła sprawdzać w innych miastach. Kamper musiał mieć trzypunktowe pasy – tak by bezpiecznie zamontować foteliki dziecięce. Nie wszystkie modele mają takie pasy. Paulina szukała go całą zimę. W lutym znaleźli dobrą ofertę pod Bielskiem-Białą. Zarezerwowali kampera na czerwiec. – Zazwyczaj zaklepuje się go pół roku wcześniej. Potem trudno znaleźć coś przyzwoitego i w dobrej cenie – radzi Paulina.

W czerwcu pojechali do Bielska-Białej własnym autem. Przepakowali bagaże i ruszyli kamperem do Włoch. Wiedzieli, że najlepiej jechać przed sezonem. Ceny są o wiele niższe, nie ma jeszcze tłumów turystów i działa zniżkowa karta ACSI – za kempingi płaci się wtedy naprawdę niewiele, najwyżej 19 euro.

Pierwszą noc spędzili w Czechach. Podjechali na parking, przełożyli dzieci do łóżek i koniec. Nie trzeba niczego rozkładać, wyjmować podpór jak w przyczepie, chwila moment i gotowe. Pomyśleli: to całkiem fajne.

Kiedy dotarli do Włoch, czekała na nich niespodzianka. Dojechali do malutkiego miasteczka Spilimbergo, gdzie były miejsca postoju dla kamperów. Okazało się, że w całych Włoszech jest ich więcej. I że są darmowe. – Wtedy odkryliśmy, że kamper, poza ceną najmu, nie kosztuje nas fortuny – opowiada Paulina. – Zdarzyło się, że za postój trzeba było zapłacić więcej niż 24 euro, w Rzymie. Ale postoje płatne – jeśli są – kosztują ok. 5 euro.

Paulina zrobiła mapę darmowych miejscówek. Opublikowała je na blogu, podała namiary GPS. Zawsze wstawia bardzo dokładny opis podróży. Z jej postami można podróżować jak z przewodnikiem. Opisuje wszystko, nawet to, że właśnie robią postój, bo dzieci mają dosyć. W kamperze było łatwiej: kiedy dzieci marudziły, że są głodne, zatrzymywali się i na poboczu smażyli naleśniki.

Leniwiec na przedzie

Włochy Paulina podliczyła bardzo dokładnie. To były cztery tygodnie.

Wynajęcie kampera: 5720 zł

Tankowanie: 2725 zł (kamper sporo pali w trasie)

Wydatki na winiety i autostrady: 511 zł

Zakupy (głównie jedzenie): 1700 zł (sporo suchego jedzenia do gotowania zabrali ze sobą)

Lody: 455 zł

Szczegółowa rozpiska jest na blogu. Wyszło sporo, kilkanaście tysięcy. Dlatego postanowili zainwestować: kupić kampera, który zwróci się po kilku wyjazdach. Wiedzieli, że będą podróżować z dziećmi już tylko w ten sposób. Poszukiwaniami kampera żyli cały rok. Znaleźli używanego, niewielkiego, takiego, żeby łatwo było nim parkować. Z trzypunktowymi pasami. I drabinką na alkowę. Paulina kupiła naklejki ścienne, żeby go przerobić na auto „osobiste”. Z przodu nakleili leniwca. Na ścianie bocznej – kolorowe proporczyki.

Teraz planują kolejne podróże.

– Na razie, kiedy dzieci są w przedszkolu, to nie będzie trudne. Do tej pory nie robiliśmy bardzo długich wypadów w ciągu roku, za to wakacje wypełniamy wyjazdami. W pozostałe miesiące robiliśmy sobie weekendowe wycieczki, np. do Poznania na rowery. Dzieci bardzo lubią taki styl życia – mówi Paulina.

A urlopy? Paulina i Michał prowadzą firmę. Kiedyś pracowali w branży IT, w wydawnictwie. 10 lat temu Paulina założyła bloga. Najpierw kulinarnego, potem doszły podróże, rękodzieło. Zrezygnowała z pracy u kogoś. Zajęła się blogiem. Później dołączył do niej Michał. Są w stanie utrzymać się z bloga, reklam, umów z partnerami. Nie podpisują umów na partnerów na podróż – tu chcą być wolni, jechać, dokąd chcą i kiedy chcą.

Posiadanie własnej firmy to dla Pauliny komfort – możesz jechać, kiedy chcesz, albo zawsze być w domu z dziećmi, kiedy chorują. Z drugiej strony jesteś w pracy non stop, coś za coś. Nie zamkniesz bloga na dwa tygodnie. Czasem siedzą z Michałem po nocach, gdy dzieci już śpią. Dzielą się pracą: Paulina głównie pisze, Michał zajmuje się sferą techniczną, montuje filmy, prowadzi rozmowy z reklamodawcami. – Dzięki temu, że nasza praca jest internetowa, jesteśmy w stanie pracować zdalnie – mówi Paulina. Starają się nie zabierać nie wiadomo ile sprzętu na kemping, bo przede wszystkim muszą spakować rzeczy dla dzieci.

Czy mają siebie dosyć? Razem podróżują, razem pracują, troje dzieci – nie każdemu odpowiadałby taki model.

– Jesteśmy małżeństwem od 10 lat, znamy się od 17. Wydaje się, że mamy symbiotyczny związek, ale pilnujemy swojego czasu osobno. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy mógłby spędzać tyle czasu z partnerem – opowiada. – Czy mamy czas tylko dla siebie? Wieczorami, gdy dzieci zasną. O ile i my nie padniemy.

Paulina nie wyobraża sobie podróży bez dzieci. Na weekend z Michałem jeszcze tak. Ale wakacje bez ich trójki? Nie bardzo. Gdy kiedyś wyskoczyli za miasto, ciągle żałowali, że nie wzięli synów. „Popatrz, to by mu się spodobało! Ale by się ucieszył, gdyby to zobaczył!” – mówili.

– Po pierwsze, choćbyśmy chcieli, nie mamy jak podróżować bez dzieci. A po drugie, zatęskniłabym się – mówi. Ostatnio na Instagramie zapytała, co sądzą jej followersi o podróżowaniu z małymi dziećmi, o mieszkaniu na kempingach. Było gorąco. – Jedno jest pewne: coraz więcej osób tak robi – tłumaczy.

Hashtag #camplifestyle na Instagramie wstawiło już ok. 20 tys. osób.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.