Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przypominamy, że trwa konkurs "Dziewczyny w podróży 2019 - Pamiętnik z podróży". Pokażcie, jak podróżujecie i co dają Wam podróże. Czekają atrakcyjne nagrody!

Na pewno ktoś się przyczepi. To niemożliwe, że mogę zostać w takim miejscu: jeziorko jest małe, ale woda tak przejrzysta, że widać dno, brzeg piaszczysty, za mną rośnie las, a przede mną są dwa wierzchołki w czapkach ze śniegu, chociaż to środek lata. Właśnie spod nich uciekłam, bo w górze wiatr urywał głowę, padał nieprzyjemny deszcz, skały były coraz bardziej śliskie. Chciałam rozbić namiot gdzieś po drodze, z daleka od domów, ale Lofoty to góry wyrastające z wody i znalezienie na nich płaskiego kawałka ziemi bywa ciężką sprawą.

Doszłam już prawie do wsi, kiedy w lasku przy szlaku nad jeziorkiem zobaczyłam namiot, a przed nim dwójkę turystów – w botkach puchowych, z parującymi kubkami, na tle tej scenerii wyglądali jak reklama. – Postaw namiot tutaj, nikt ci nic nie powie – zachęcili i nawet pomogli go rozbić. Zasypiałam przy otwartym tropiku, z widokiem na lofockie szczyty, bo o tej porze roku ciemności nie zapadają w ogóle. Z niektórych miejsc można zobaczyć nawet midnight sun, czyli jaskrawopomarańczowe słońce wiszące nocą tuż nad horyzontem. I rzeczywiście – nikt nie zwrócił nam uwagi, że śpimy w tym miejscu.

W kilku krajach nordyckich obowiązuje tzw. prawo wszystkich ludzi. Piszę nordyckich, a nie w Skandynawii, bo Finlandia formalnie się do niej nie zalicza, choć leży na Półwyspie Skandynawskim. Zgodnie z nim każdy człowiek ma prawo korzystać z zasobów przyrody – swobodnie wędrować, pływać, łowić ryby, zbierać jagody i grzyby, rozbić namiot na jedną noc – wszędzie, także na terenach prywatnych, byle nie zakłócać spokoju ich właścicieli. Tak jest właśnie w Finlandii, Norwegii i Szwecji, skąd allemansrätten się wywodzi.

Camping w NorwegiiCamping w Norwegii Yadid Levy / Anzenberger Agency

Dość duża swoboda z biwakowaniem panuje też w Islandii, choć tam właściciele mają prawo zakazać go na swoim terenie, i na Grenlandii, która jest terytorium zależnym Danii. Sama Dania to jedyny kraj skandynawski, gdzie biwakowanie na dziko jest zakazane. Ludzie uważają, że podróżowanie po Skandynawii – i Finlandii – jest bardzo drogie. To prawda. Jeśli przeniesiemy nawyki znane z innych wyjazdów – chodzenie po restauracjach, spanie w miejskich hotelach, kupowanie zorganizowanych wycieczek – będzie drogo skandalicznie. Ale na Północ nie jeździ się przecież dla muzeów czy wyrafinowanej kuchni, tylko dla przyrody i widoków. A one – w przeciwieństwie np. do Chin, gdzie obiletowano niemal wszystko – są za darmo. Dla samych Skandynawów namiot, wędrówki, biegówki i przerębel, w którym łowią ryby, to nie konieczność, ale styl życia.

Dojazd: egzotycznie jak na Spitsbergenie

Skandynawia jest jednym z najtańszych i najłatwiej dostępnych kierunków samolotem, upolowanie biletu do Oslo, Sztokholmu czy Göteborga poniżej 100 zł to żadna sztuka. Jak to tanie linie, lądują bardzo daleko od miast i dojazd do nich często kosztuje więcej niż lot. Na szczęście nie trzeba tam jechać: z lotniska Torp zamiast do Oslo ruszyłam na skaliste wybrzeże na południu, a ze Skavsty nie do Sztokholmu, tylko na szlak Sörmlandsleden, który zaczyna się zaraz za halą przylotów. Jeśli jednak chcecie jechać do miast, najlepiej wybrać pociąg.

Bilety kupione z wyprzedzeniem pozwalają dojechać nawet do Laponii za równowartość 150-200 zł. Wizz Air ma też kilka ciekawych kierunków położonych na wybrzeżu Norwegii. To przede wszystkim Bergen (loty z kilku polskich miast od 150 zł), które jest bramą do najpiękniejszych fiordów, i Stavanger, skąd można się wybrać na słynną ambonę – zawieszoną nad fiordem skałę Preikestolen, jeden z najbardziej pocztówkowych obrazków z Norwegii. Z Gdańska można dolecieć także do położonego daleko za kołem podbiegunowym Tromsø, a od tego sezonu do Bodø – jest tam port, z którego wyruszają promy na Lofoty. Połączenie do fińskiego Turku pozwala wybrać się do niedalekiej Doliny Muminków w Naantali, w rejs na Wyspy Alandzkie albo w trzy godziny dojechać autobusem do Helsinek.

Ostatnie lata to także wysyp tanich lotów (od 150 zł) na Islandię; z zimnej wyspy zrobił się tak gorący kierunek, że nie wiadomo, czy miejscowym należy zazdrościć, czy im współczuć liczby turystów. Podane wyżej ceny są jednak „gołe” – bez bagażu, często poza sezonem – dlatego warto rozważyć linie, które mają łagodniejszą politykę bagażową, lądują na głównych lotniskach, oferują bilety z przesiadkami – np. SAS (taniej jest często z Berlina) albo Norwegian. Ten drugi ma tak egzotyczne kierunki jak Kirkenes na dalekim północnym wschodzie przy granicy z Rosją, Spitsbergen (od 800 zł) i bardzo dobre ceny na loty wewnętrzne – np. z Helsinek do Rovaniemi (od 100 zł w jedną stronę) czy ze Sztokholmu do położonej w dalekiej Laponii Kiruny, skąd można dojechać na start szlaku wędrówkowego Kungsleden.

Przeprawy promowe są najlepszą opcją dla podróżujących własnym autem w kilka osób. Najpopularniejsze to Gdynia – Karlskrona (Stena Line) i Świnoujście – Ystad (Polferries), oba porty docelowe znajdują się na południowym wybrzeżu Szwecji. Zwykle tańsze bilety są na rejsy dzienne niż nocne, warto szukać ofert specjalnych, np. auto z pasażerami, kabina gratis, albo rejsów z krótkim pobytem na miejscu na promie. Inna popularna opcja to trasa lądem do Tallinna, stamtąd przeprawa do Helsinek – promy mkną jeden za drugim – pętla dookoła Zatoki Botnickiej (dłuższa) albo przez Wyspy Alandzkie (krótsza). Na Bornholm w sezonie można dopłynąć promem z Polski, poza nim – z niemieckiej Rugii.

Jeśli chcecie się tam wybrać tylko z rowerem albo wypożyczyć go na miejscu, lepszy będzie katamaran Kołobrzeskiej Żeglugi Pasażerskiej kursujący od wiosny do jesieni (210 zł w obie strony, 50 zł za rower). A rower na Północ to idealne rozwiązanie, ponieważ jest wiele ścieżek, miejsc na piknik, kempingów. Z czubka Danii odpływa też prom na Islandię. Jest on dużo droższy od lotu i wypożyczenia auta na miejscu, chyba że jedziemy przerobionym wozem strażackim, bo takie też widziałam – ale to przygoda sama w sobie z obowiązkowym trzydniowym postojem na Wyspach Owczych.

Smoegen, SzwecjaSmoegen, Szwecja Yadid Levy / Anzenberger Agency

Transport na miejscu: poproszę o prom

Moim ulubionym środkiem transportu na długich dystansach w Skandynawii są jednak pociągi – czyste, punktualne, nocni pasażerowie dostają z biletem kocyk i opaskę na oczy, co przy białych nocach jest błogosławieństwem.

Koleje norweskie mają cenę minipris – od 249 koron (ok. 110 zł) – za którą można dojechać do dowolnej stacji, także z przesiadkami. Ponieważ pula najtańszych biletów jest ograniczona, te na sezon letni w popularnych kierunkach trzeba kupować z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, kiedy zostają wrzucone do systemu.

Bilet z Oslo do Bodø kupiłam chwilę po północy – 1200 km, przesiadka w Trondheim, 149 koron – kilka lat temu cena minipris była jeszcze niższa. Niezłe promocje mają też koleje szwedzkie, bilety na główne trasy – np. z Sztokholmu do Göteborga albo Kopenhagi – kupione z niedużym wyprzedzeniem kosztują 195 koron, czyli ok. 80 zł. Można je znaleźć na stronie Sj.se w tzw. kalendarzu niskich cen. Podobnie (kalendarz niskich cen) działają koleje fińskie, np. pendolino z Helsinek do Oulu (600 km na północ) – 20 euro, do Rovaniemi – od ok. 30 euro. W Danii i południowo-środkowej Szwecji działa znany też w Polsce FlixBus. Po Finlandii jeździ OnniBus – ceny w promocji, czyli w chwili wrzucenia do systemu, od 2 euro – za tyle, mając refleks, można dojechać np. z Helsinek do Rovaniemi albo położonego na Dalekiej Północy kurortu narciarskiego Levi; Helsinki – Turku można bez trudu znaleźć za 5 euro. Tanich autobusów w Norwegii nigdy nie znalazłam, a na wielu trasach to jedyny środek transportu. Bilety kupione w internecie są tańsze niż u kierowcy, np. z Bergen do Stavanger, Kystbussen 300 zamiast 690 koron, podróż jest bardzo przyjemna widokowo – autobus wjeżdża na mosty łączące wysepki, promy, na morzu widać platformy wiertnicze świecące jak wielkie latarnie.

Inne widokowe norweskie trasy to słynna Droga Atlantycka z groblami, wiaduktami i zakrzywionymi mostami, Droga Trolli z serpentynami zakręcającymi o 180 stopni i E10 przez Lofoty. Podróżując własnym autem, trzeba jednak pamiętać, że w Norwegii niektóre tunele i mosty są płatne, trzeba też zapłacić za promy skracające drogę przez fiordy. W Finlandii jest za to wiele darmowych promów linowych, jeśli akurat są na drugim brzegu, wzywa się je przyciśnięciem guzika.

Wynajęte auto to najpopularniejszy sposób na podróż po Islandii, większość ludzi pokonuje nim drogę Ring Road prowadzącą dookoła wyspy. Żeby wjechać do interioru potrzebne jest auto z napędem na cztery koła, bo rzeki przejeżdża się wpław. I tylko po takie przyjedzie w ramach ubezpieczenia pomoc, jeśli utknie na bezdrożu.

Nocleg: miejscówka obok ogniska

Alta, miasteczko na dalekiej północy Norwegii słynące z rysunków naskalnych, punkt wypadowy na przylądek Nordkapp, koniec kwietnia. Drewniane domki ledwie widać między zwałami śniegu. Nie jest w nich zbyt ciepło, ale w dobrych śpiworach śpi się komfortowo, a zjeść można w ogrzewanej kuchni, w której o tej porze roku jest tylko kilkoro turystów.

Dla Skandynawów kwintesencją noclegu jest hytte – domek letniskowy na odludziu, najlepiej własny.

Są też chatki na kempingach – większość działa od późnej wiosny do jesieni, informacje o nich można znaleźć np. na przydrożnych mapach, często stoją w lesie i nawet z progu można rwać jagody do porannej owsianki – oraz pojedyncze chatki przy trasach wędrówkowych albo kajakowych, np. 460 chat stowarzyszenia Norwegian Trekking Association (DNT). Niektóre są samoobsługowe – opłatę zostawia się w skrzyneczce, a jeśli nie mamy odliczonej kwoty, można zapłacić potem przelewem – do innych dostaniemy kod do drzwi wejściowych. Średnio kosztują 25-40 euro za łóżko, warunki są skromne, ale położenie piękne. Są też chaty bezpłatne, w których można się zatrzymać na jedną noc – najwięcej spotkałam ich w fińskiej Laponii. Nie da się ich jednak zarezerwować i może się okazać, że są już zajęte. Często można znaleźć także same drewutnie albo tzw. laavu, czyli duże zadaszenia z miejscem na ognisko.

Sauna fińskaSauna fińska Yadid Levy / Anzenberger Agency

Bardzo popularne są kempingi, większość z nich działa tylko w sezonie, ale w środku zimy rozbiłam się np. w szwedzkiej Kirunie, mając w nocy zorze zamiast latarni, a rankiem – widok na ludzi na biegówkach w drodze po bułki. Na większych warunki są bardzo dobre, czasem trzeba zapłacić dodatkowo za ciepły prysznic, na Islandii tanie (20-30 zł od osoby) i proste miejsca prowadzą rolnicy – często jest na nich tylko budka z kranem i toaletą, ale ważniejszy od nich jest kawałek płaskiego, trawiastego terenu, na tej wyspie prawdziwy rarytas. Podobne proste, ale darmowe kempingi prowadzą czasem lokalne władze – tak jest np. na islandzkich fiordach zachodnich albo za ostatnią wsią Å na południowym krańcu Lofotów. 

Noclegi w miastach są rzeczywiście drogie. Tam najlepiej pytać w informacjach turystycznych lub szukać na stronach lokalnych władz ofert pokojów w prywatnych domach czy szkół zamienionych latem w noclegownie.

Na Islandii najtańszy jest tzw. sleeping bag accommodation, czyli nocleg bez pościeli – trzeba mieć własny śpiwór – w chatkach, salach gimnastycznych, a nawet w przerobionych stodołach.

Jedzenie: wędzony śledź z jajkiem

Supermarkety są na każdym kroku, w Norwegii właściwie w każdej większej miejscowości. Niektóre produkty, zwłaszcza warzywa i owoce, są rzeczywiście dużo droższe niż w Polsce, inne, np. makarony, jogurty, mają ceny porównywalne do zachodnich (duże przeceny, gdy zbliża się termin przydatności), a jeszcze inne, np. ryby czy owoce morza, są tańsze. W Laponii można je kupić prosto z rożna w przydrożnych budkach. Kartusze z gazem kupimy na stacjach benzynowych, w supermarketach, czasem w informacjach turystycznych i na kempingach. Nie wolno ich przewozić samolotem nawet w bagażu rejestrowanym i tak jak na innych lotniskach dla usprawnienia kontroli służby pytają pasażerów, czy nie mają niedozwolonych płynów o dużej objętości, na Islandii pada pytanie: „No gas?”.

MakreleMakrele Yadid Levy / Anzenberger Agency

Woda w butelkach jest droga, ale właściwie nikt jej nie kupuje – pije się ją z kranu, rzeczki, źródełka, przy popularnych szlakach bywają źródła-studnie przykryte pokrywą dla ochrony przed zwierzęcymi odchodami. Na wielu swoich wyjazdach jedynie trzy razy spotkałam się z ostrzeżeniami, żeby nie pić wody w terenie (dwa razy w Islandii i raz w Finlandii) – zawsze były one wyraźne i zawsze napisano, gdzie w okolicy znaleźć wodę zdatną do picia. Co do samych restauracji: owszem, jest drogo, warto szukać ofert lunchowych albo bufetów all you can eat, ale nie wyobrażam sobie, żeby nie spróbować lokalnych przysmaków, a raczej ciekawostek. O ile się chce, bo są to np. surströmming, czyli cuchnący sfermentowany śledź (Szwecja), hakarl – sfermentowane mięso rekina (Islandia), stek z piżmowołu albo wieloryba (Grenlandia), bardziej wysublimowany bornholmer – wędzony śledź z surowym jajkiem (Bornholm) albo norweski ser brunost z długo gotowanej serwatki o karmelowym posmaku – pycha! Jeśli się oszczędza na wszystkim, to po co wyjeżdżać?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.