Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chcę gdzieś wyjechać z psem, mam krótki urlop, nie mam samochodu. All inclusive odpada. Czyli trudny przypadek.

Damy radę. W Slowhopie mamy gospodarzy, do których piszesz: „Kurczę, nie mam samochodu, pomóżcie!”. I oni wtedy radzą, że na przykład najlepiej przyjechać PKS-em, deklarują, że odbiorą z przystanku. Zwłaszcza że teraz ludzie często rezygnują z samochodów, mamy to przećwiczone. A z jakiego powodu ty nie jeździsz samochodem?

Latem jeżdżę rowerem, zimą mam autobus spod domu do pracy, Warszawa jest dobrze skomunikowana. Po co zatruwać środowisko.

Ja też, odkąd się przeniosłam do Warszawy, odstawiłam cztery kółka. Ludzie często rezygnują z samochodu z ekologicznych pobudek, to już trend. Takich gości jak ty jest coraz więcej, więc zapytałam swego czasu naszych trzystu gospodarzy, czy pomagają w takich sytuacjach. Myślałam, że zgłosi się może z pięciu, bo na Slowhopie mamy dużo miejsc na totalnym odludziu, naprawdę trudno do nich dojechać. Ale wielu odpowiedziało, że pewnie, odbierają gości z przystanku autobusowego albo ze stacji kolejowej, a potem ich odwożą. Ja sama trafiłam do kilku pensjonatów w górach, do których nie dało się dojechać nawet własnym samochodem. Gospodarze zjeżdżali po nas ogromnym defenderem terenowym i zabierali do siebie.

A co z psem?

To grubsza sprawa. Gospodarz pensjonatu sam ustala zasady, w końcu przyjmuje ludzi często we własnym domu. Też mam dom wakacyjny na Slowhopie i ukochanego psa, a goście zjeżdżają do mnie z ogromną liczbą psów, bo mam dużą, ogrodzoną posesję. Zdarzało mi się jednak, że ludzie nie szanowali przestrzeni i rzeczy. Na przykład wycierali psy ręcznikami dla ludzi w deszczową pogodę, psy spały na pościeli zrzuconej na podłogę. Te złe doświadczenia sprawiają, że niektórzy gospodarze nie zgadzają się na czworonogi, bo przecież nie mają ekipy hotelowej do sprzątania, wszystko robią sami. Ale większość jakoś to przełyka, zwłaszcza że dokąd wyjechać z psami, jak nie na polską wieś.

Dom Aleksandry Klonowskiej-Szałek, KrzyweDom Aleksandry Klonowskiej-Szałek, Krzywe Fot. Grupa Wydawnicza Foksal

A nie pójdę z torbami, jak skorzystam ze Slowhopu?

Nocleg na Slowhopie kosztuje średnio około 100 zł od osoby. Bywają też znacznie droższe miejsca z basenami i luksusami, ale jak się spojrzy na takie domki z bali albo coś bliższego rodzinnej agroturystyce, to te ceny nie są wysokie. Tańsze są też niektóre regiony – na przykład Suwalszczyzna albo Podlasie.

Jak zrobić rezerwację?

Musisz poszukać u nas na stronie miejsca przyjaznego psom. Jest z czego wybierać: designerskie agroturystyki, butikowe hoteliki, zamienione w pensjonaty dawne łemkowskie chyże, młyny, stodoły, dworki, nawet pałace.

Warszawiacy najchętniej jeżdżą na Warmię i Mazury, gdzie są świetne pensjonaty z duszą. Polecam też Dolny Śląsk, a w szczególności Izery, bo pięknie widać tam gwiazdy. I Beskidy są niesamowite! Najmniej „slow” są miejscowości nadbałtyckie oraz Zakopane – nie ma ładnej architektury i najczęściej domy gościnne są zwykłym biznesem, a mniej pasją gospodarzy. Poza tym warto celować w termin poza sezonem, bo wtedy na przykład w pewnym pięknym miejscu w Mielnie jest najcudowniej.

Kiedy się już wybierze miejsce, zaczyna się kontakt z gospodarzem. Na Slowhopie zaznaczasz termin, wpisujesz liczbę podróżników (i podróżujących psów) i prosisz o rezerwacje. Zachęcamy do wpisania o sobie kilku słów, bo wtedy nawiązuje się fajny kontakt. Czasem takie konwersacje trwają na tyle długo, że jak już się przyjeżdża do wybranego miejsca, to już się jest swojakiem. Gospodarz czeka na gościa, a gość nie może się doczekać gospodarza. To jest początek relacji.

Kiedy opisywałam gospodarzy i miejsca na stronę, sama od razu rezerwowałam pokój, bo koniecznie chciałam poznać tych ludzi na żywo. Miałam tak na przykład z Karoliną z Przechowalni Marzeń w Mikołajkach. Opisywałam jej drogę do otwarcia własnego pensjonatu, jak najpierw znalazła gdzieś na polu stare drzwi, a potem napisała na portalu randkowym: „Szukam mężczyzny, który zbuduje mi dom wokół tych drzwi”. Pomyślałam, że to muszą być wyjątkowi ludzie. I rzeczywiście tacy są.

Ale bywa i tak, że gospodarz porozmawia z gościem i jednak go nie przyjmie?

Tak, jeśli wyczuje, że gość nie będzie zadowolony, bo oczekuje czegoś innego, np. eleganckiego spa i samotności, a nie kameralnego miejsca, w którym się obcuje z ludźmi.

Na Slowhopie opisujemy miejsca nie tylko z literackim zacięciem, ale też szczerze. Ostrzegamy np., że są muchy. Moi gospodarze często wcale nie prowadzą pensjonatów dla kasy, oni już się w życiu napracowali za biurkiem, coś tam zarobili, a teraz uciekli na wieś, chcą poznawać nowych ludzi. I przy okazji się utrzymać. To nie jest pomysł na zarobienie dużych pieniędzy. Nie pracują w branży hotelarskiej, tylko w branży hospitality, co znaczy „gościnność”.

Też w niej pracujesz jako gospodyni. Jak do tego doszło?

Ja też przeszłam swoją korporacyjną drogę, potem próbowałam stworzyć start-up, a później dostałam pracę w fajnym niemieckim portalu wnętrzarskim. Zrzeszał drobne butiki, rękodzielników, projektantów. Polubiłam bliski kontakt z małymi przedsiębiorcami, podobał mi się szacunek, jakim się ich otaczało, jak się próbowało zrozumieć ich sytuację i punkt widzenia. Zrozumiałam, że na pewno nie chcę już pracować w korporacji. Marzyło mi się za to pisanie. Zmniejszyłam sobie etat, poszłam na kursy pisarskie.

Potem kupiliśmy z mężem oborę na mazurskiej wsi. Przy okazji remontu wpadłam na pomysł start-upu, który umożliwiałby rezerwację właśnie takich klimatycznych siedlisk. Podpatrzyłam pomysł pani Ani, która prowadzi Starą Szkołę w Piaskach, i ona zainspirowała mnie do zrobienia selekcji najlepszych miejsc tego typu. Inni gospodarze podpowiedzieli, czego by od takiego portalu oczekiwali. A potem zaczęłam szukać ludzi, którzy go ze mną zbudują. Nie jestem dobra w biznesplanach, designie portali internetowych, nie mam pojęcia o programowaniu, ale spotkałam świetnych fachowców.

Od początku pomagał mi mąż, który po godzinach ślęczał nad portalem. Slowhop to już teraz zgrana ekipa kreatywnych ludzi. W 2017 roku wystartowaliśmy i platforma od początku cieszyła się wielkim zainteresowaniem. Nie spodziewałam się tego.

Dom Aleksandry Klonowskiej-Szałek, KrzyweDom Aleksandry Klonowskiej-Szałek, Krzywe Fot. Grupa Wydawnicza Foksal

A jak było z tą oborą?

Lubię temat nieruchomości, wnętrzarstwo. Szukałam ciekawych siedlisk. Zainspirowałam się gospodarzami ze Slowhopu. Oni odczarowali tę okropną agroturystykę z lat 90., z różowymi ścianami i starymi wersalkami. Mają pomysły, znają się na designie, wykorzystują upcykling i rękodzieło. Poszłam w ich ślady. Jak zobaczyłam tę oborę na OLX i jezioro, zaciągnęłam męża i natychmiast podjęłam decyzję, że bierzemy. Mąż jest trochę bardziej rozważny, więc przywiózł tam najpierw kilku kierowników budowy i oni wszyscy doradzali stanowczo, żeby zburzyć i postawić coś nowego. Nie było takiej opcji, postanowiliśmy o nią zawalczyć. Nocowaliśmy wtedy w Lawendowie i z głupia frant zapytałam gospodyni, czy nie zna dobrej ekipy do takiej roboty. Odparła, że owszem, i podesłała swojego męża. Poradzili sobie świetnie, ani razu nie usłyszałam, że „się nie da”.

W miejscowości Krzywe.

Tak, obora też była krzywa i krzywy był nasz budżet. Nic się nie trzymało kupy, ale wszystko się udało. Wyremontowaliśmy budynek i jest super. Polubiłam miejscowych. Są otwarci, rozmowni, autentyczni, odwiedzają się bez zapowiedzi. Mój tata uwielbia przyjeżdżać do Krzywego aż ze Szczecina, bo wie, że tam nigdy nie będzie sam, zawsze wpadnie ktoś, kto akurat przechodzi.

Ale „Dom nad rozlewiskiem” to nie jest.

Nie, to po prostu polska wieś. Ktoś mi napisał opinię na Slowhopie: „Tu jest trochę jak u Smarzowskiego, ale fajnie”. Może z tym Smarzowskim to przesada, ale na Mazurach bywa różnie. Trafiłam na eleganckie wsie w całości zamieszkane przez warszawiaków po marketingu. Jednak u mnie jest zwyczajnie – kury, krowy, świeże powietrze, jezioro, ale też alkohol. Czyli wszystkie plusy i minusy polskiej wsi. Jeśli ktoś pojedzie, oczekując „Domu nad rozlewiskiem”, to pewnie przez chwilę tak będzie – bo ptaki śpiewają tak, że człowiek się budzi o piątej rano, kwiaty w ogrodzie intensywnie pachną, jest wino na pomoście o zachodzie słońca. Ale jak się w to głębiej wejdzie, to może się nie spodobać. Bo jak krowy, to też muchy, jak jezioro, to komary, itd.

I nie narzekacie na brak gości.

W latach 90. zaczęliśmy w Polsce zarabiać i jeździć do hotelowych spa. Świetny standard, ale też brak duszy. Teraz ludzie z miasta chcą czegoś innego, wolą poznawać miejsca, ludzi, szukają czegoś kameralnego. Często słyszę od gospodarzy, że ich goście się nimi zainspirowali i też założyli pensjonaty. Jest na przykład pani Iwona, która prowadzi dom Butterfly Factory na Warmii. Zapytałam ją, czy się nie boi sama siedzieć na odludziu. A ona na to, że połowa jej znajomych zamieszkała w okolicy.

Jak radzą sobie mieszczuchy w roli gospodarzy domów na prowincji?

Uczą się. Najpierw mają marzenie i wizję, a potem odwagę, żeby wszystko rzucić i założyć dom gościnny. Kiedy pisałam książkę „Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury”, rozmawiałam z panem Piotrem Ciszkiem, który stworzył pensjonat i manufakturę ceramiczną w bardzo klimatycznym pałacu w Nakomiadach. A przecież wcześniej był PR-owcem, nie miał o tym wszystkim pojęcia. Ci ludzie uczą się od zera piec chleb, robić sery, prowadzić gospodarstwo rolne. Niby slow life, ale w okresie wakacyjnym mają pełne ręce roboty z gośćmi. Gotują, sprzątają, rozpalają w piecu, bo ktoś nie umie tego sam zrobić, robią za hydraulika, bo wywala szambo. Dzięki samozaparciu zaczęli nowe życie. To świetnie, że goście przyjeżdżają i pozwalają im to drugie życie rozwijać.

Kim jeszcze są gospodarze oprócz pana PR-owca?

Pisarzami, dziennikarzami, fotografami, architektami, byłymi naczelnymi gazet, podróżnikami. To są superfajni ludzie. Mają ogromną klasę, są wyrozumiali dla mnie jako założycielki Slowhopu, wybaczają, że czasem nie wszystko działa, jak powinno. Dlatego też Slowhop chroni swoich gospodarzy, czujemy się jak w rodzinie. W wielu poprzednich pracach nie miałam takich ludzkich relacji, bardzo mi tego brakowało.

Pewnie zdarzają się wśród tych gospodarzy kolorowe ptaki.

Na przykład Grażyna z Pomorza Zachodniego. Kobieta po pięćdziesiątce, która potrafi podać mężowi na obiad gotowane bycze oko. Albo dodaje do sałatki pędraki chrząszczy majowych smażone na głębokim tłuszczu. Gdy się stresuje, idzie na Kilimandżaro, dosłownie, a zimą pływa z mężem w przeręblu.

Na Pomorzu Zachodnim spotkałam chłopaka, który z żoną założył pensjonat Jeziorownia i prowadzi gospodarstwo rybackie. W Sarbinowie prowadzili smażalnię, on o tych rybach może opowiadać godzinami. Okazało się, że jest z wykształcenia oceanografem.

W Fajnym Miejscu na Warmii spotkałam byłych projektantów mody, którzy swoje projekty sprzedawali arabskim szejkom. To są świetne historie.

A jak miejscowi patrzą na takich ekscentrycznych bogaczy, którzy zjeżdżają z miasta otwierać pensjonat na wsi?

Mieszczuch od początku wzbudza zainteresowanie. Ale czasem popełnia błąd, traktując miejscowych z góry. A przecież ci ludzie mają ogromną wiedzę na temat roślin, ziemi, okolicy. Mają w sobie mądrość, potrafią dobrze doradzić. Jeżeli mieszczuch nawiąże z miejscowymi relacje, wszyscy są zadowoleni, uczą się od siebie i czerpią z tej nowej znajomości korzyści.

A ciebie jak przyjęto w Krzywym?

Mieszkańcy byli bardzo mili i pomocni. Choć na początku patrzyli na nas trochę jak na ekscentryków, bo postawiliśmy w płocie niebieskie drzwi prowadzące do jeziora. Miejscowym wydawało się to fanaberią, ale z czasem uznali to za oryginalny element wsi. I chyba byli wdzięczni, że nie zaoraliśmy tego pięknego kawałka ziemi nad jeziorem, stawiając na nim jakiegoś architektonicznego koszmarka. Zresztą na tej naszej wsi ciągle dzieje się coś ciekawego. Mamy fajnego sołtysa. Właśnie stawia nad jeziorem saunę. Dla wszystkich.

Dom Aleksandry Klonowskiej-Szałek, KrzyweDom Aleksandry Klonowskiej-Szałek, Krzywe Fot. Grupa Wydawnicza Foksal

Ale nie mieszkasz tam, tylko w Warszawie?

W naszym domu w Krzywym nie ma zasięgu, więc trudno prowadzić platformę internetową. Kiedy tam jestem i muszę pracować, jadę rano samochodem do wsi obok, siadam pod kościołem, bo tam jest dobry zasięg, mailuję i odbieram telefony.

Ale prawda jest taka, że najlepiej odpoczywam bez internetu, w Krzywym możemy się naprawdę wyłączyć i zadbać o rodzinę. Nikt nie jest w stanie się do nas dodzwonić. Można odpocząć.

Masz od czego odpoczywać – start-up, dwoje dzieci, praca gospodyni. Jak to połączyć?

Musiałam się pogodzić z tym, że niektóre rzeczy robię źle i nauczyć się oddawać pałeczkę. Bardzo długo próbowałam wszystko robić sama, ale kiedy skończyłam 40 lat, zrozumiałam, że tak się nie da. Slowhop powstał wtedy, gdy dzieci były na tyle duże i samodzielne, żebym mogła się tym zająć. Ale przyznaję się bez bicia, że to one czasem na mojej pracy cierpią, bo nie zawsze mam dla nich czas. I to mnie boli.

Przez ostatnie dwa lata Slowhopu, kiedy wszystko się rozkręcało i pisałam „Odetchnij od miasta”, nie miałam też czasu na aktywność fizyczną, którą uwielbiam. Ale moje życie powoli wraca do równowagi. Do Slowhopu dołączył teraz mój mąż – seryjny start-upowiec i doskonały fachowiec. Wiem, że będzie się działo.

Ale na początku idziemy z mężem na Camino. Przemierzymy 200 kilometrów na piechotę drogą św. Jakuba. Bez komputerów i internetu. Wiesz, co to oznacza dla kogoś, kto prowadzi firmę internetową? Detoks. To trochę forma podziękowania, bo dla mnie życie zaczęło się tak naprawdę po czterdziestce.

Aleksandra Klonowska-Szałek 'Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury', wyd. BuchmannAleksandra Klonowska-Szałek 'Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury', wyd. Buchmann Fot. materiały wydawnictwa

Aleksandra Klonowska-Szałek „Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury”, wyd. Buchmann

Aleksandra Klonowska-Szałek – założycielka start-upu Slowhop.com, czyli platformy internetowej, na której można odkrywać i rezerwować nietypowe, klimatyczne noclegi i wyprawy. Autorka książki-przewodnika „Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury”

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.