Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Lan Sang to malutki park narodowy w Tajlandii, jeden z wielu w zielonym pasie ciągnącym się wzdłuż granicy w Mjanmą, z ładnym bambusowym laskiem i kilkoma wodospadami. Idę do niego kilka kilometrów z drogi głównej; jest pusto i cicho, a w gęstej zieleni na poboczu stoją tylko pojedyncze słupy ze słowami układającymi się w zdania: "W tym parku nie ma koszy. Nie śmieć. Weź czarny worek". Dostaję go na checkpoście razem z biletem i zaleceniem, żeby zdać ze śmieciami, gdy będę wychodziła. Kemping nad ostatnim wodospadem z równiutko przystrzyżoną trawą i naturalnymi huśtawkami z lian jest idealnie czysty. Rzuca się w oczy tym bardziej, że kontrastem są zaśmiecone miejsca, które często spotykam, podróżując. Plaże pokryte foliówkami jak dywanem, markety jedzeniowe, na których wszystko, łącznie z napojami, pakuje się w torebki (napoje trzeba zawiązać i dodać plastikową słomkę do przebicia), zużyte chusteczki upchnięte pod skałami w górach i kontenery przy parkingach, z których śmieci wylewają się jak lawa.

Brak koszy uwiera, ale szybko się przekonuję, że to niezły pomysł na ograniczenie śmiecenia. We wnętrzu Islandii, która od kilku lat przeżywa najazd, widziałam znaki informujące, że do najbliższego jest 100 km. Piechurzy i rowerzyści mogą zostawić śmieci przy schroniskach. Z kieszeni wygrzebuję kilka papierków po chałwie i cukierkach; ponieważ wędruję od kilku dni i liczył się dla mnie każdy dodatkowy gram, spakowałam się tak, żeby nie mieć zbędnych rzeczy i opakowań. Gotuję kasze z suszonymi warzywami i musli własnej roboty, które niosę w wielkich workach. Ludzie w autach mają zgrzewki puszek, kartonów i liofilizaty - wygodne dania gotowe po zalaniu wrzątkiem, każde w osobnym opakowaniu. To wszystko i tak zostanie na wyspie, tyle że na zaludnionym wybrzeżu. Na Grenlandii kontenery stoją w miastach, ale napisano na nich prośbę, żeby zużyte baterie zabrać z wyspy ze sobą - a turyści produkują ich sporo, bo dostępu do prądu czasem nie ma przez długie dni. Problemem są też odchody, na które w skale nie można przecież wykopać dołka. W kilku chatach przy szlakach są osobliwe toalety: przed skorzystaniem trzeba włożyć do nich worek, potem go zawiązać i wrzucić do szczelnie zamykanej skrzyni. Miejscowi wywiozą je dopiero zimą, kiedy będzie można po nie przyjechać saniami. Jedna z podróżujących koleżanek opowiadała mi, że podobny worek na odchody dostała wraz z pozwoleniem na wejście na Aconcaguę, najwyższą górę Ameryki Południowej. Musiała go zdać razem z drugim ze śmieciami, gdy schodziła.

Overtourism

Masowa turystyka szkodzi światu coraz bardziej. Coraz częściej słychać słowo overtourism - przyjezdnych w jakimś miejscu jest tak dużo, że wkurzeni są i miejscowi, i oni sami. Wiele miast wprowadza ograniczenia, pojawiają się opłaty za wjazd, dodatkowe bilety, limity wejść, zamykane są plaże i wyspy. Wielu ludzi podróżuje zwyczajnie głupio i ciągle się zastanawiam, po co, bo spędzają czas na robieniu i wrzucaniu zdjęć do sieci. Osobiście jednak uważam, że równie głupi byłby całkowity zakaz podróży, bo - jakkolwiek banalnie to zabrzmi - jeśli się chce, to coś się z nich wynosi. Na pewno trzeba je jednak ograniczyć i inaczej o nich myśleć. Skoro branie jednorazowej torebki na zakupy jest obciachem, to dlaczego nie jest nim na przykład latanie?

Ograniczyć emisję dwutlenku węgla

Samoloty to jeden z największych współczesnych trucicieli. Według danych Komisji Europejskiej w ubiegłym roku wyprodukowały o kolejne 5 proc. dwutlenku węgla więcej. Ryanair trafił właśnie na listę jego dziesięciu największych producentów w Europie, za dziewięcioma elektrowniami węglowymi. A będzie jeszcze gorzej. Latamy na potęgę, bo to tanie i wygodne. Policzyłam, że w przybliżeniu i po uwzględnieniu inflacji lot z Londynu do Australii dzisiaj w stosunku do pierwszych połączeń linii Imperial Airways uruchomionych przed II wojną światową kosztuje jakieś 30 razy mniej. Zachłysnęliśmy się tanimi liniami; sama jeszcze kilka lat temu potrafiłam polecieć z Warszawy do Gdańska przez Sztokholm i co miesiąc spędzałam weekend w jakimś ładnym mieście. W świat ruszyli młodzi Chińczycy, Hindusi, na lśniącym lotnisku w Tajpej nad ranem spotykam młodego Koreańczyka w pierwszej podróży zachwyconego, że to takie proste. Dziesięć dni, pięć lotów: Singapur, Bangkok, Tajpej, Hoszimin, i do domu.

Żeby średnia temperatura na Ziemi nie podniosła się o więcej niż 2 st. C, co jest poziomem krytycznym i początkiem zmian, których nie da się zahamować, każdy człowiek może wyprodukować maksymalnie 2,3 tony dwutlenku węgla rocznie (za: Atmosfair, niemiecką organizacją zajmującą się ochroną środowiska).

To mniej więcej lot w jedną stronę do popularnej Tajlandii.

Wmawiamy sobie, że sami i tak nic nie zrobimy, bo środowisko najbardziej zanieczyszczają Afryka i Azja. Otóż przeciętny mieszkaniec Afryki nie wsiądzie do samolotu ani razu, a jeśli ma jakiś własny pojazd, to jest nim rower. Ja sama się usprawiedliwiam, że nie latam już na weekend i na krótkich dystansach, poza tym oszczędzam na swoją emisję w codziennym życiu: trzy dekady nie jem mięsa, nie mam samochodu, nie kupuję niepotrzebnych rzeczy, odpowiadając wciąż na pytania, czemu na zdjęciach z podróży jestem w tej samej czerwonej kurtce - mam ją od ośmiu lat. Ale to wszystko kropla i moje ograniczenia diabli biorą, kiedy liczę ślad węglowy w kalkulatorze uruchomionym niedawno przez UNFCCC (międzynarodowa konwencja dotycząca zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych). Jeśli ograniczę się do dwóch podróży lotniczych rocznie - jednej dłuższej, powiedzmy na południe Afryki, i drugiej kilkugodzinnej, np. do Iranu - to i tak wyprodukuję 150 proc. średniej polskiej i 250 proc. światowej.

Czy można to jakoś odpokutować? Szybko znajduję pojęcie offsetu, czyli kompensowania. Trzeba policzyć, ile dwutlenku węgla wyprodukowałam moim lotem, a potem skompensować to w inny sposób - np. sadząc drzewa, które pochłoną taką właśnie ilość.

Oczywiście nie muszę sadzić ich sama, wystarczy moja karta kredytowa i zapłacenie organizacjom wspierającym ekologię. Zajęcie jest fascynujące i smutne zarazem, spędzam w necie godziny, porównując w kolejnych kalkulatorach to, jak podtruję naturę, lecąc do Singapuru przez Dubaj, a jak bezpośrednio (loty bezpośrednie są mniej szkodliwe), jak pod tym względem wypadają różne linie (emisja zależy m.in. od floty i zapełnienia samolotów) i ile powinnam zapłacić. Koszt zniwelowania dwutlenku węgla zależy od tego, jaki projekt wesprę. Oprócz sadzenia lasów mogą to być np. farmy wiatrowe, hydroelektrownie, wydajne piece. Ponieważ większość z nich dotyczy krajów rozwijających się, są tanie - na stronie UNFCCC najtańsze projekty wymagają 30 centów (około złotówki) dla zniwelowania tony dwutlenku, najdroższe - ok. 10 dolarów, na innych można wybrać też droższe inicjatywy. Dla zobrazowania: lot na popularną Islandię i z powrotem to blisko 1,2 tony dwutlenku węgla.

Miniwysypiska

Do Chhattisgrahu nie dotarła jeszcze nie tylko turystyka masowa, ale także żadna. Położony dobę jazdy pociągiem z Kalkuty, zamieszkany przez górskie plemiona jest najrzadziej odwiedzanym stanem w Indiach. Mieszkam na wsi w domu z klepiskiem, ze sławojką w podwórku i zawijanym jak labirynt płotem z patyków, w którego sercu znajduje się kilka wiader z wodą. Za koszem rozglądam się bezradnie z przyzwyczajenia, bo już od dawna wiem, że w takich miejscach go nie ma. Śmieci lecą przez okna autobusów, z wyższych pięter domów i hoteli pod stoły w restauracjach. Jeden z miejscowych, który próbuje rozkręcić w rejonie turystykę, instruuje: - Zostaw je w rogu podwórka, tu wszyscy tak robią.

Rzeczywiście - takie miniwysypiska są przy każdym domostwie, pełno na nich plastikowych butelek, kubeczków, tacek, a foliowe torebki fruwają jak motyle. W krajach globalnego Południa już na pierwszy rzut oka plastiku jest zdecydowanie więcej niż w Europie, na plaży często nie mam ochoty usiąść, a każde dziecko słyszało o wielorybach konających od zjedzonego plastiku. Takie śmieci prędzej czy później wylądują na ciągnących się kilometrami wysypiskach na poboczach albo ludzie spalą je w ogniskach, żeby się dogrzać. Śmierdzi bardziej niż używane kiedyś w tym celu wysuszone krowie łajno.

Kolejne państwa, głównie afrykańskie i azjatyckie, wprowadzają zakaz używania plastikowych toreb. Działa to różnie - w Rwandzie pogranicznicy dopytują, czy nie mam żadnej w plecaku, i nawet w małej wsi w piekarni pakują mi chleb do papierowej torebki. W popularnej Kenii za produkcję czy używanie foliówek grozi do czterech lat więzienia. W Bangladeszu, który zresztą wprowadził taki zakaz jako pierwszy na świecie, bo torebki zatykały kanalizację i w czasie monsunu woda na ulicach Dhaki stała po kolana, ludzie mają to za nic. W rynsztokach w portowej części stolicy leżą góry plastiku, ze staromodnego parowca płynącego deltą Gangesu za burtę lecą butelki i tylko w Sundarbanach, czyli największych na świecie lasach namorzynowych, rybak wożący turystów ma na łajbie kosz. Ale kiedy wracamy do brzegu, opróżnia go w krzakach.

Prawdziwa masakra to targi i stoiska uliczne w Azji Południowo-Wschodniej, na których jedzenie zawiązują w woreczkach, a te pakują jeszcze do torebek. Często nie ma dla nich alternatywy. Pytani miejscowi nie rozumieją, czego znowu chce ten cudzoziemiec. Kiedy mam lokalną alternatywę, korzystam z niej: wybieram jadłodajnie, w których jako talerzy używają liści banana, miseczek z suszonych liści albo glinianych jednorazówek, które wyrzucone zamienią się w pył. W aptekach zawijam blistry w kartki z zeszytu z rachunkami. Czaj pijam w szklaneczkach, a sok z trzciny cukrowej - w metalowych kubkach, które sprzedawcy myją w misce. Nigdy się nie zatrułam, ale rozumiem, że wiele osób nie akceptuje takich warunków higienicznych. Można spróbować zabrać własny kubek, ale wytłumaczenie sprzedawcy, żeby wlał do niego napój, bywa trudne. Na pewno za to warto zabrać widelec albo łyżkę: o ile kilka lat temu na stołach królowały metalowe sztućce w słoiku z wodą, o tyle dziś coraz częściej jest to plastik. Można też jeść rękoma, przynajmniej te łatwiejsze dania - pierożki, omlety, nabierane chlebkami gęste sosy.

Żeby się nie zatruć, trzeba jednak przestrzegać kilku zasad, a jedna z ważniejszych brzmi: "Pij tylko wodę butelkowaną". No właśnie. W Afryce sprzedają ją na każdym kroku, ale głównie w małych butelkach i zużyłabym ich dziennie kilka. Ratuję się tabletkami do oczyszczania, przydają się zwłaszcza na kempingach w parkach narodowych, gdzie wszystko trzeba dowozić, smak chloru neutralizując połówką multiwitaminy. W jadłodajniach w wielu miejscach świata do jedzenia podają za darmo dzbanek wody pitnej, ale nie wszędzie odważam się z niej korzystać - nigdy nie piję takiej np. tam, gdzie niedawno były powodzie. Czasem można spotkać dystrybutory z darmową wodą pitną - tak jest np. na Tajwanie, w Iranie, na wielu lotniskach (pusta duża butelka przejdzie przez kontrolę bezpieczeństwa) - niekiedy można ją w nich kupić za grosze (miasta w Kazachstanie). W Himalajach są stacje taniutkiej wody ozonowanej, trzy tygodnie dookoła Annapurny przewędrowałam z dwoma tymi samymi półtoralitrowym butelkami. Są wreszcie wygodne butelki z filtrami do oczyszczania wody, ale w kilku miejscach nie odważę się ich użyć. Nie ma takiej siły, która przekona mnie, żebym napiła się oczyszczonej wody, np. w Waranasi. To święte miasto nad Gangesem, w którym prochy spalone na stosach nad brzegiem wrzuca się do wody.

Krucjata

Prowadzę prywatną krucjatę przeciw nawilżanym chusteczkom. Jest to dla mnie przedmiot tak samo niepotrzebny jak plastikowe słomki, które właśnie kończą swój żywot. Ludzie lamentują, że bez nich nie można się odświeżyć po długiej jeździe autobusem albo przed posiłkiem, ale… jeśli gdzieś nie ma łazienki, tym bardziej nie ma tam kosza. Piękny, słynący z nieziemskich krajobrazów rezerwat Eduardo Avaroa w Boliwii, który turyści przemierzają dżipami, w miejscach ich postojów zamienia się w śmietnik z fruwającymi kawałkami papieru toaletowego i chusteczkami. Jeśli mam się odświeżyć tylko dla własnego komfortu, to trudno, poczekam na wodę. Jeśli mam umyć ręce przed jedzeniem, nie jestem sama, bo miejscowi też je myją i przy jadłodajniach zawsze jest jakaś beczka albo kranik. Przy sławojkach na przeprawach promowych na wyspy na Jeziorze Wiktorii stoi obsługa z dzbankiem wody i ręcznikiem. Trudniej bywa z mydłem, dlatego zawsze mam własne - w najprostszym możliwym wydaniu w mydelniczce. W sklepach turystycznych można też kupić wygodne mydło w listkach do jednorazowego użytku.

W kontekście wody coraz więcej mówi się o szkodliwym działaniu kremów do opalania. Według danych opublikowanych w czasopiśmie "Archives of Environmental Contamination and Toxicology" co roku do oceanów spływa ich 14 tys. ton - co prawda nie tylko z plażowiczów, lecz także z kanalizacji, ale tak czy inaczej, niektóre zawarte w nich substancje są zabójcze dla rafy koralowej. Malutki archipelag Palau w Oceanii jako pierwszy na świecie zakazał używania kremów z dziesięcioma szkodliwymi składnikami. Ustawa wejdzie w życie w przyszłym roku, sprzedawcom grozi do 1 tys. dol. kary, a turystom - konfiskata kosmetyku.

Jak nie szkodzić w podróży

  • Wybieraj pociągi, autobusy, korzystaj z transportu zbiorowego zamiast z taksówek.
  • Unikaj latania. Na krótkich dystansach zrezygnuj z niego w ogóle. Tam, gdzie nie możesz zrezygnować, wybieraj loty bezpośrednie i wydajne ekologiczne linie (ranking: Atmosfair.de w zakładce media/materiały). Offsetuj loty, czyli płać za inicjatywy, które zrównoważą wyprodukowany przez ciebie dwutlenek węgla. Lista zielonych inicjatyw licencjonowanych przez UNFCCC offset.climateneutralnow.org, kalkulatory emisji i offset - także np. na stronach myclimate.org, atmosfair.de, nativeenergy.com. Opłatę za zrównoważenie śladu węglowego czasem można też zrobić przez linie lotnicze, kupując bilet - taka opcja jest np. w Lufthansie i Ryanairze.
  • W miarę możliwości ogranicz wodę w butelkach - kupuj uzdatnianą na litry, uzdatniaj (filtry, tabletki), korzystaj z wody pitnej na miejscu, o ile się odważysz.
  • Unikaj chusteczek nawilżanych, kosmetyków w saszetkach. Miej ze sobą mydło w kostce albo w listkach. Tym drugim można myć ciało, włosy, zmywać, prać, nie szkodzi ono roślinom i zwierzętom - 50 listków ok. 15 zł. Ostatecznie można wybrać mniejsze zło, żel do dezynfekcji - z użyciem albo bez użycia wody - buteleczka wystarcza na wiele razy.
  • Przed słońcem chroń się kapeluszami i ubraniem, nie wychodź na nie w środku dnia. Jeśli musisz używać filtrów, wybierz mineralne, a nie chemiczne, nie używaj tych w aerozolu. Dwie najbardziej szkodliwe substancje w składzie kremów odpowiedzialne za niszczenie rafy to oxybenzone i octinoxate.

***

Tekst pochodzi z magazynu "Wysokie Obcasy Extra" nr 141, wydanie z dnia 18/06/2019. Najnowszy numer już w sprzedaży

Okładka WOEOkładka WOE 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.