Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

NAGRODA GŁÓWNA FOTO:

BASIA FIRLEJ: To my w Norwegii – ja i mój chłopak Mateusz. Tamtego lata (nadmienię, że naszego pierwszego wspólnego) pracowaliśmy ciężko przy malowaniu na czerwono pięknych norweskich chatek, ale w wolnych od pracy chwilach jadaliśmy wspólnie śniadania na trawiastym dachu

WYRÓŻNIENIA FOTO:

KATARZYNA KWAŚNIK: Zdjęcie zostało wykonane za pomocą drona na wyspie Gam archipelagu Raja Ampat w Indonezji. Wybrałam się tam z moim chłopakiem w trakcie prawie rocznej podróży po Azji i Oceanii. Faunę morską można oglądać nawet bez schodzenia pod wodę:)

.. Katarzyna Kwaśnik

DARIA BARTOSZEK: Podczas naszych romantycznych wakacji to ja odgrywam rolę szofera, taka mała odmiana w życiu.

.. Daria Bartoszek

MACIEK: Jeden z wieczorów z ukochaną w naszym „domku” podczas podróży dookoła Bałtyku. Zdjęcie zrobione w Estonii.

.. Maciek

GŁÓWNA NAGRODA LITERACKA:

Lofoty bez Ciebie

Kiedy myślę o podróżach, myślę o Tobie. Myślę o tej najdłuższej – 13-letniej – naszej przez życie. O tej podróży, która miała mieć finał we wspólnej starości, ale go nie będzie. Kochaliśmy wspólne odkrywanie nowych miejsc, smaków, kolorów, widok z namiotu o poranku – te wszystkie chwile, które zatrzymywałam na zdjęciach, na potem, na zawsze. Gdy umarłeś, zostałam z tysiącami zdjęć i złamanym sercem... A jednak to myśl o tym, by wrócić do podróżowania, była najnaturalniejsza – poczułam, że gdzieś tam daleko znowu będziemy razem i że muszę wyjść z domu, bo nie czekasz już na mnie w jego zaciszu.

Bolało, ale sprawiło, że zaczęłam spoglądać na mapę coraz częściej. Trochę chciałam uciec, trochę zobaczyć, jak to będzie być z daleka od wszystkiego, co było nasze, a czego już nie ma. Czułam, że do tego byś mnie zachęcał.

Decyzja o wyjeździe na Lofoty była pierwszą, którą podjęłam sama, bez konsultacji z Tobą. Wyjazd, w którym miało być wszystko, co tak kochaliśmy: przygoda, piękno i wrażenia, pozbawione luksusu bycie tu i teraz. W folderze zobaczyłam żółte kajaki i poczułam, że to coś dla mnie. Do dziś nie wiem dlaczego – skoro panicznie boję się wody. Byłam tak zaaferowana tym pomysłem, że umknęło mojej uwadze, co jeszcze czeka mnie na wyjeździe i... Z jednego ze szczytów schodziłam z płaczem, pokonana. Podczas deszczowego trekkingu na inny tak zmokłam i zmarzłam, że wróciłam do sił, dopiero wtedy, gdy ktoś wcisnął mi batonik do ust i włożył kolejną warstwę ubrań. Byłam gotowa tam zostać i poddać się zmęczeniu. Na kajakach bałam się tak bardzo, że zapomniałam niemal zupełnie cieszyć się nimi. Udało mi się zalać śpiwór, telefon i jedyne buty drugiego dnia; a do domu wróciłam chora.

Brzmi jak katastrofa? Ale jaka piękna! Unieść ją bez działającego telefonu, w którym internet od razu połączyłby mnie z tymi, którzy pocieszą... Poradzić sobie bez Ciebie, bo przecież Ty przygotowałbyś nas do tej wyprawy lepiej... Być na końcu świata i wciąż widzieć jego niezaprzeczalne piękno, choć czasem przez łzy...

Poza serią katastrof, które dziś wydają się przemyślaną, trudną lekcją od życia, wracam o wiele bogatsza! O noclegi w miejscach, które stworzył niezwykły architekt krajobrazu. O smakowanie dań kuchni jednomenażkowej, w której łączy się: fasolka po bretońsku, makaron ryżowy i kasza kuskus ugotowane na małej butli gazowej gdzieś na parkingu z widokiem na fiord. O ciepło ludzi obcych pierwszego dnia, a ostatniego bliskich jak nigdy dotąd. Pod powiekami widzę miniaturowe chatki poutykane w fiordach, a w kieszeni brzęczą mi muszelki otulone w strzępek owczej wełny. Na nadgarstku plączą się linki wyrzucone przez morze, a w kuchni czeka filiżanka – ręcznie robiona w pracowni w Portugalii – którą kupiłam w lumpeksie w Tromso.

Już wiem, że marny ze mnie piechur górski i nie lepszy wilk morski.:) To była ogromna nauka... Przede wszystkim swoich granic, ale także tego, że życie niesie wciąż nieprzewidywalny strumień zdarzeń, a nasze paniczne pragnienie, by wszystko zaplanować, nie wystarcza. Że czasem warto się poddać swojej bezradności. Nie możemy zaplanować życia niczym budżetu w korporacji (z doświadczenia wiem, że często nie zgadza się z rzeczywistością). Możemy je przeczekać, marząc o zrobieniu czegoś ważnego, trudnego, a może przerażającego. Możemy też po prostu wyruszyć w podróż, jaką jest życie, i nie przegapić niczego, co to spotkanie przyniesie.

Wracam z tej podróży silniejsza i gotowa na kolejną. Na zdjęciach widzę piękną, dzielną kobietę, której z mokrych butów wystają worki foliowe. Ta kobieta, choć jej serce jest złamane, odkrywa nowy punkt oparcia – w sobie.

Agnieszka

WYRÓŻNIENIA LITERACKIE:

Stołeczek w Wietnamie

To był wyjazd w trójkę – z Anthonym Bourdainem. Programy szefa kuchni i podróżnika od dziecka oglądałam z zapartym tchem. Jako zachuchana dziewczyna z małego miasteczka nie śmiałam nawet marzyć o dalekich podróżach. Coś się zmieniło w 2011 r. To był wyjątkowy okres w moim mysim życiu – dostałam się na stypendium zagraniczne, byłam zakochana i stałam przed wyborem – co robić po studiach. Postanowiłam zrobić coś szalonego (przynajmniej według moich ówczesnych standardów).

Od zawsze marzyłam, żeby podróżować, poznawać i smakować inne kultury, jak Bourdain. Nawiązując do Wietnamu, podróżnik wyliczał: „Wszystko, czego potrzebuję do szczęścia: niski plastikowy stołek, jest. Malutki plastikowy stół, jest. Coś dobrego w misce, jest”. Pomyślałam sobie, że mnie też to wystarczy do szczęścia. I namówiłam przyjaciółkę na wspólną podróż.

Przygodę zaczęłyśmy w Ho Chi Minh, czyli dawnym Sajgonie. Tam pierwszy raz widziałyśmy wszechobecne w Wietnamie motory. Odkryłyśmy niezwykłą zdolność Wietnamczyków do pomieszczenia pięcioosobowej rodziny na jednym motorku i uczyłyśmy się, jak wypatrzyć osobę dość kompetentną, aby podłączyć się pod nią, żeby przejść przez ulicę.

Zjadłam tam najlepszą bagietkę banh mi i wypiłam pierwsze Saigon Beer na plastikowym krześle. Z Ho Chi Minh wyruszyłyśmy nocnym autobusem do nadmorskiej miejscowości Nha Trang. Nie byłam pewna, czy przeżyję przejazd! Nocne autobusy w Wietnamie mają miejsca leżące. Początkowo byłam zachwycona, ale później autobus ruszył. Całą drogę trzymałam się zabezpieczających barierek, żeby nie spaść z piętrowego łóżka. Gdy dojechałyśmy nad ranem do Nha Trang, kupiłyśmy świeże owoce i zjadłyśmy je na plaży. Dla takiej chwili warto było jechać dziewięć godzin ze śmiercią w oczach.

Następnym punktem naszej podróży było malownicze Hoi An. Naprawdę zapiera dech w piersiach, zwłaszcza wieczorem. Słynie z festiwalu lampionów, na który nie udało nam się trafić, ale i tak uliczki przyozdobione były pięknymi lampionami. W Hoi An koniecznie trzeba spróbować cao lau, tak zwanych tajemnych noodli miasta, najlepiej w jednej z restauracji nad rzeką. Po posiłku obowiązkowa kawa po wietnamsku, którą uważam za najlepszą na świecie.

Kolejny dłuższy postój zrobiłyśmy w Hue, byłej stolicy kraju. Kojarzy mi się z jednym z bardziej ekstremalnych posiłków, jakie miałam okazję w Wietnamie zjeść. Chodzi mi o pikantną zupę bun bo hue, która nam została zaserwowana ze skoagulowaną krwią… Zdecydowanie nie był to mój ulubiony obiad, ale wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Po długiej podróży dotarłyśmy do Hanoi. Udało nam się wypić piwo ze starszymi panami grającymi w szachy, spotkać nowożeńców przy stoisku z lodami o smaku duriana i dostać ananasy na patyku posypane ostrą papryką w podzięce od nastolatek, które chciały na nas poćwiczyć angielski.

Wróciłyśmy cięższe o kilka kilogramów, ale przede wszystkim bogatsze o przeżycia. Ale najbardziej jestem wdzięczna Anthony’emu, bo to on przez lata pokazywał nam nie tylko, jak smakować, ale przede wszystkim jak poznawać świat: z otwartym sercem, pokorą i ciekawością. Gdy na malutkim plastikowym stole mamy przed sobą miskę dobrego jedzenia, to jest szczęście. Świat nie jest idealny, ale w takich chwilach staje się lepszy. Podróżowanie jest dla mnie kolekcjonowaniem właśnie takich chwil. Dziękuję, Tony.

Marta Szczygieł

Spokój na Dalekiej Północy

Dziś są moje 40. urodziny. Właśnie wróciłam z podróży marzeń. Spędziliśmy z mężem i dwoma kotami rok, jeżdżąc kamperem po Europie. Podróż nie miała celu, ale miała przyczynę.

Gdy jestem dzieckiem, nie przyznaję się, że czuję więź z prababcią, która zostawiła pradziadka pływającego gdzieś na statku oraz dwójkę małych dzieci we Władywostoku i odpłynęła z kochankiem do Szanghaju. Czuję też więź z pradziadkiem, który przemierzał morza. Tuż przed wojną jego statek zatonął wraz z załogą. Prababcia trzyma trzyletnią mnie na kolanach. Mieszka z moim dziadkiem (swoim synem) i babcią. Jestem malutka. Bardzo mnie lubi. Umrze, zanim moja pamięć zachowa tę chwilę. Noszę w sobie te dwie niezwykłe osoby i marzę o podróży, z której wrócę, gdy będę chciała, a nie musiała. Ale to tylko marzenia. Są dwa kredyty, dwa mieszkania, praca.

Dziesięć lat temu dowiadujemy się, że mamy małe szanse na naturalne poczęcie. Zamiast o podróży śnię o dziecku. Wiele lat. Praca robi się ciężka, codzienność zaczyna być nie do zniesienia. Dużo wyjeżdżamy. Podróżujemy po USA. Jeździmy na narty w Dolomity, pływamy jachtem po Chorwacji, robimy wypady na deski na Hel, wyjeżdżamy na obozy taneczne. Po powrocie demony wracają. Pracujemy dużo, żeby zapomnieć. Mąż wyjeżdża na kontrakty, często zostaję sama. Szaro.

Kolejne wakacje już nie dają rady pocieszać nas z powodu braku tego trzeciego. Nie mieścimy tej tragedii w 26 dniach. Czuję się coraz gorzej. Źle śpię. Leszek zamyka się w swoim świecie. Jest informatykiem introwertykiem, ja mam potrzebę rozmowy. Przygotowujemy się do in vitro. Robię badania krwi. Wieczorem dzwoni lekarz. Mam mało płytek krwi, zabieg niemożliwy. Piszczy mi w uszach. Życie staje w miejscu na dwa lata. Spędzę je głównie w szpitalu obrzęknięta od sterydów, a mąż w drodze z domu w odwiedziny. Walczę dalej, pracuję ze szpitala. Prowadzę przecież najważniejszy w firmie projekt, nie mogę odpuścić. Trzy tygodnie w pracy, tydzień w szpitalu. Tak spędzam rok. Usuwają mi śledzionę, żadne leki nie działają. W któryś długi weekend znów trafiam na oddział. Płytki spadły. Operacja nie dała rezultatów. Coś we mnie pęka. Widzę prababcię, pradziadka, tego trzeciego, uśmiechają się, głaszczą po głowie. Widzę spokój i dobroć mojego męża. Widzę moje zmęczone ciało i opuchniętą od smutku duszę, widzę wypalenie po drugiej stronie obrotowych drzwi biurowca.

Po dwóch latach lekarze znajdują lek immunosupresyjny, który działa bez ubocznych skutków. Możemy znów przystąpić do in vitro. Gdy obumiera nasz ostatni zarodek, sprzątamy mieszkania i wystawiamy oferty wynajmu. Za oszczędności kupujemy kamper. Składam wniosek o roczny urlop bezpłatny.

Maj 2017. Ruszamy. Przez Niemcy, Holandię, Danię, Szwecję, Norwegię docieramy na Nordkapp. Tu, na Dalekiej Północy, odzyskujemy spokój. Na zimę ruszamy na południe, przez Włochy, Francję, północną Hiszpanię, do Portugalii. Znów Hiszpania, za nią Francja, Włochy z Sycylią. Przepływamy do Czarnogóry, potem Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Węgry i powrót Kresami Wschodnimi do Lublina. Produkujemy wspomnienia. Piszę bloga. Chcę zatrzymać każdą godzinę.

2 grudnia 2017 w „WO” ukazuje się wywiad z Dalene Heck, podróżniczką, autorką bloga Hecktic Travels. Gdy okazuje się, że nie mogą mieć z mężem dzieci, porzucają poukładane życie i ruszają w podróż.

Katarzyna Kajak

Wakacje ze zwierzętami

Słowa: "para w podróży" przywołały nieoczekiwane skojarzenie zabytkowego parowozu ("para buch, koła w ruch"). W dzieciństwie machałam im wytrwale z mostu. W wakacje studenckie żeglowałam. Z córką pokochałyśmy morze. Gdy "obrosłam w zwierzęta", a dziecko się usamodzielniło, przestałam dbać o letnie atrakcje.

W tym roku pojawiła się jednak myśl, że jak jeszcze jeden dzień powitam, patrząc na wielką, szarą kamienicę z grubym, gołym sąsiadem kopcącym w oknie, to zwariuję! Ale głupio mi było prosić koleżankę o udostępnienie działki. Ale stary pies bierze leki na wszystko i trzeba mu gotować, a tam nie ma sklepu. Ale koty mogą pójść w długą i zgubić się w lesie. Ale…No nie. Koleżanka powiedziała OK. Córka zapragnęła spędzić tydzień ze mną, a zwierzęta zaszczepione, wtarte wcierką przeciw kleszczom i zabezpieczone w suchą karmę stosowną do ich wieku i dolegliwości nie protestowały Nieoceniony przyjaciel Krzyś zgodził się przewieźć całe towarzystwo do Rosanowa pod Łodzią.

Wyprawa z pięcioma zwierzakami za Zgierz to wbrew pozorom wyższa logistyka. Psy uwielbiają jeździć, więc już dzień wcześniej objawiały radosny rajzefiber. Pakowanie ciuchów zajęło mi dziesięć minut. Torba gdzieś się zapodziała, więc wylądowały worku na śmieci. W myśl zasady, że wszędzie się go wciśnie. Ale koty! Parę razy przerabiałam ten scenariusz. Ostatnio trzy lata temu. Wtedy mruczki były cztery. Operacja Rosanów przebiega wg schematu. Najpierw bagażnik wypełniły: piasek, kuwety, żarcie zwierzaków i ich miski. Została odrobina miejsca na całą resztę. Potem na tylnym siedzeniu wylądowała brezentowa buda letnia dla rottweilera. Nigdy takowego nie miałam, ale cztery koty, o ile się nie biją, wchodzą do niej w całości. Obok może usiąść jedna szczupła osoba. W tym roku moja córka dodatkowo trzymała na kolanach średniej wielkości Zmorę rasy kundel. Obok kierowcy, ja z Pączkiem na kolanach i z klatką z najbardziej walecznym futrzakiem pod nogami. Dotąd wygląda to nawet zabawnie.

Tu jednak warto wspomnieć o metodzie znoszenia pojedynczych kotów. Najpierw trzeba je umieścić w jednym pokoju, bo przed podróżą ich inwencja znajdowania kryjówek jest spora. Psy natomiast powinny się znaleźć po drugiej stronie drzwi. W podnieceniu bowiem usiłują pomagać i w efekcie wszyscy z miauczeniem i szczekaniem gonią się i uciekają jednocześnie. Gdy więc towarzystwo rozdzieliły drzwi, zaczęłam łapać. Szesnastoletni kot zaprotestował cichutko, gdy wylądował w poręcznym kontenerku. Trudniejsza okazała się próba jego wydobycia. Tak przywarł do pojemnika (w myśl prawa kształtu, wg którego kot wypełnia każdą objętość w sposób doskonały), że musiałyśmy go wytrząsać do budy przez okienko. Gdy znalazł się w środku, błyskawicznie zapięłyśmy ekspres. Z drugim kotem poszło podobnie, tj. zaparł się przed transporterkiem, a potem nie chciał z niego wyjść. Gdy zaczął się zsuwać do budy, kot nr 1 niespodziewanie wepchnął się do niego i razem dzielnie próbowały pozostać w malutkim pojemniczku. W końcu uległy. A my otarłyśmy pot i pomknęłyśmy jak sarny po ostatnią zdobycz. Najmłodszy Felis nie poddał się bez walki, w którą włożył sporo inwencji. Najpierw zrobił rundę po pokoju dzikim sprintem. Wył przy tym jak opętany i nie starał się chować pazurów. Następnie wskoczył do szuflady pod łóżkiem (2mx2m), wymuszając na mnie podniesienie materaca o tych samych wymiarach. Rzuciłam go córce, a sama zanurkowałam pod ożebrowanie, skąd kot zdążył wystrzelić jak pocisk i zawisnąć na drzwiach metr nad podłogą w nadziei ich przeniknięcia. Tu dopadłam futrzaka. Minimalizując obrażenia własne, wtłoczyłam go do transporterka. Kot nr 3 miał w nim pozostać na czas jazdy, gdyż na niewielkiej przestrzeni mógł zapragnąć stoczyć walkę z kotem nr 2. Tego chciałam uniknąć. I tak już po godzinie „pakowania” wyruszyliśmy za Zgierz, by przez tydzień delektować się przyrodą.

Kolega Krzysztof podśmiewał się z naszych min i dotychczasowych wysiłków. Poczynione obserwacje były zapewne pouczające dla kogoś, kto nie posiada zwierząt. I utwierdzały w przekonaniu, że to słuszny wybór. Pocieszenie czerpaliśmy z faktu, że psy mające chorobę lokomocyjną tym razem nie zostały nakarmione. Tuż za Zgierzem, gdy odstaliśmy w korku i zaczął się odcinek leśny, mina naszego kierowcy wydłużyła się, a on sam zapytał: ”Co to za zapach?” Ujął problem eufemistycznie. Przypomniałam mu, że koty podtrzymują tradycję manifestowania strachu przed podróżą…No cóż. Kuweta jechała w bagażniku. A ponieważ zapach nasilał się z minuty na minutę, co i raz padało :”Daleko jeszcze?” Koty nr 1, 2 i 3 wyrażały rozczarowanie, miaucząc w tercecie. Pies i suka milczały z godnością, wbijając nam pazury w kolana. Rosanów powitał nas ciszą i zielenią. Po umyciu kotów, wnętrza auta i budy oraz pożegnaniu kolegi, usiadłyśmy na werandzie. Pomyślałam, że przez tydzień będę robić nic, czyli gapić się na trawę, czytać i gadać z córką. Poczułam błogie szczęście.

Anna Sokólska-Makara

Pod namiotem z niedźwiedziami

Wyprawa pod namiot. Pomyślcie sobie, nic wielkiego! Dla mnie podróż pod namiot zawsze była dużym wyzwaniem. Mam dużą wadę wzroku i funkcjonuje głównie w soczewkach kontaktowych. Wyprawa pod namiot byla dla mnie nie do wykonania, głównie ze względu na panujące tam warunki higieniczne. I mimo, że mam 28 lat pod namiotem nie przespałem do tej pory, ani jednej nocy.

Poznałam niedawno fantastycznego chłopaka, którego marzeniem była podróż do USA. Oboje byliśmy tuż po studiach, a nasze oszczędności nie były zbyt duże. Wyjazd do Stanów to duży wydatek, chyba ze nocuje się w Parkach Narodowych pod namiotem. Na początku byłam bardzo zdystansowana do tego pomysłu, ale po sprawdzeniu różnych możliwości lokalowych stwierdziłam, że jest to dla nas jedyna opcja!

Kupiliśmy namiot, materac, śpiwory no i w drogę! Bałam się niesamowicie. Nocowanie w namiocie, po raz pierwszy, to w obcym kraju, w obszarach z dala od cywilizacji, co ja w ogóle sobie myślałam?

Pierwszej nocy zatrzymaliśmy się w parku narodowym w górach. Zimno, ciemno, niewiele ludzi i do tego rengersi straszą nas niedźwiedziami. Super! Każdy szelest w nocy - stres, dziwne dźwięki - stres. Chyba z napiętrzenia tego stresu w końcu zasnęłam. Rano promienie słońca nieśmiało wpadamy przez namiot. Otworzyliśmy drzwi i ukazała nam się piękna, zielona polana że słońcem mieniącym się w korkach drzew. Było cicho, spokojnie, idyllicznie. Na usta ciągnęło się tylko- chwilo trwaj! To był dopiero początek podróży, ale już wiedziałam, że nocowanie pod namiotem nie jest takie straszne i naprawdę może się podobać. Takiej ciszy i bliskości z przyrodą nie jest w stanie zapewnić żaden hotel. A dzięki chłopakowi temat soczewek pod namiotem nie był już problemem.

Dzięki tej podróży dowiedziałam się, że nocowanie pod namiotem nie jest trudne i teraz rozumiem co wielu osobom się w nim podoba. Dlatego też w planach mam kolejny wyjazd, tym razem do Kanady, pod namiot, żeby być jak najbliżej przyrody.

Kasia Jurek

Moja kochana Mamusia

Nie byłam dobrym dzieckiem, wszyscy mówili, oj taka ładna z dobrego domu, a taki szlam. Szybko wyrosłam z dwóch warkoczyków i posmakowałam wódki. Za szybko, za mocno, zbyt boleśnie. Gdy miałam trzynaście lat pierwszy raz się naćpałam, potem było już tylko gorzej. Czy mogę kogoś o to winić, hymmm kochający rodzice, ładny domek na przedmieściach, tylko w mojej duszy jakaś niewypowiedziana pustka. Nie akceptowałam siebie samej. Tylko na haju czułam jakby mniej byłam sama sobą i to mi odpowiadało. Staczałam się po równi pochyłej. I ani łzy matki, ani pięść ojca by tu nic nie pomogła. Ulica nie pyta,ulica zaakceptuje każdego i przyjmie do siebie. Więc byłam na gigancie dwa razy, niewiele z tego pamiętam. Tylko tyle że chciałam już przestać istnieć. I kto wie,może nie stukałabym tu na klawiaturze gdy nie moja mama.Moja kochana Mamusia i inaczej o niej nie powiem, tylko mój Anioł Stróż.

Pewnego słonecznego poranka, kiedy wszyscy odbierali świadectwa ukończenia gimnazjum, ja leżałam w swoje brudnej pościeli cała we własnych wymiocinach. Po raz kolejny nawaliłam, zawiodłam ją i samą siebie. Pamiętam jak dziś jej twardą pięść i zimny prysznic spływający mi po ciele dreszczami. Pamiętam jej oczy takie zawzięte jak bokser stający do walki. I ten spakowany plecak, pomyślałam, że w końcu mnie wyrzuci na bruk, w końcu na to sama sobie zapracowałam. A ona ubrałam mnie, uczesała i wyszłam razem ze mną. Nic nie mówiła,a ja nie miałam siły się sprzeciwiać, nie w takim stanie fizycznym i psychicznym. Byłam na dnie. Wsadziła mnie do pociągu i po chwili już jechałyśmy obie,razem przed siebie. Jej milczenie mnie przerażało, choć jeszcze przed chwilą nie bałam się okraść staruszki. Dwanaście długich godzin w pociągu, męczarnia dla trzeźwiejącej nastolatki, milcząca matka i najgorsze myśli w głowie.Trzeźwiałam powoli, pomału trzeźwiały moje myśli. I te jej oczy, dopiero teraz zauważyłam, tak zmęczone,tak pełne rozczarowania i miłości.

W końcu dojechałyśmy przez całą Polskę nad morze. Kurcze, pamiętam jak dziś, ten gorący piasek pod stopami tą bryzę i wiatr nadziei. Nigdy nie miałam piękniejszych wakacji. Razem z mamą kąpałam się nago w morzu, razem z nią paliłam ognisko na plaży i liczyłam gwiazdy. Razem czekałyśmy na wschód słońca rozmawiając o naszych planach nadziejach,bolączkach, miłościach i w końcu dorosłam.

Powiedziałam magiczne słowo o mocy tysiąca gromów: Przepraszam. Płakałam się i śmiałam się na przemian. Konserwa za konserwą rosłam w siłę. Wytrzepując piasek z majtek poznałam czym jest matczyna miłość. Wraz z opalenizną zyskałam coś o wiele ważniejszego: zobaczyłam siebie w nowej odsłonie. Kochaną i potrafiąca kochać, przepraszać, prosić o wybaczenie. To była moja podróż życia .Dwa tygodnie które odmieniły całą mnie. Napisałam siebie na nowo.

Do dziś moja mama to moja najlepsza przyjaciółka. To ona zakręciła odpływ do kanału kiedy byłam na dnie.To dzięki niej mam dziś prace rodzinę i znalazłam swoje szczęście. Wiec jeśli jedziecie na koniec świata żeby odnaleźć siebie to dobrze wam radze słowami mądrzejszego od siebie: „Załóż wygodne buty, bo masz do przejścia całe życie!”

Lineczka192

Żegluga przez Atalntyk

Przygotowanie do długiej podróży często wymaga strategii.

Planowania trasy na miarę ścieżki zawodowej. Planowania budżetu, żeby spinał się jak w domu. Planowania wprzód, żeby być przygotowanym na nieprzewidziane sytuacje, choć to paradoks z założenia. Bo tak jak w codziennym życiu, tak i w podróży plany mogą się zmienić.

Dom przed wyjazdem zaczyna przypominać obóz uchodźców z plecakami, śpiworami, namiotem i całym majdanem rzeczy mniej i bardziej potrzebnych walających się po podłodze, zapełniających wolne powierzchnie szafek i stołów. Żeby tylko nie zapomnieć!

Nie jedziemy w końcu na spotkanie biznesowe - lecimy do Afryki.

A potem żeglujemy przez Atlantyk.

Nie opóźniono nam lotu. Nie zgubiono bagaży.

W końcu wypływamy! Startujemy z Kapsztadu, następny przystanek na Wyspie św. Heleny.

Ten dzień to sporo pierwszych razów: pierwszy raz katamaranem, na oceanie. Pierwsza tak długa trasa bez zawijania do portów. Pierwszy raz jachtostopem. Pierwszy raz zupełnie za darmo.

Zmywam z twarzy sól. Wiatr podrywa kropelki ze szczytów fal i rozprasza po całej łódce. Przez zafalowanie ściany zbliżają się niespodziewanie, trzeba zapierać się o nie rękami, biodrami, stopami - joga, rozciąganie i balance trening w jednym.

Łódka płynie, kręcąc rufą niczym modelka na wybiegu, wystawia na pokaz raz jeden pływak, raz drugi, umożliwiając falom uderzanie z hukiem w laminatowe konstrukcje.

Po jakimś czasie zaczyna się tęsknota. Napędzana stagnacją, podsycana lekką bezsilnością, czasem uderza jak obuchem w głowę.

Kiedy umysł otumaniony jest wręcz nowymi doświadczeniami, ludźmi, światem, tęsknota chowa się gdzieś w piwnicy, przysypana fundamentami spełnianych marzeń.

Ale obecna jest ciągle, dając o sobie znać, kiedy zmiany i nieoczekiwane wydarzenia trzęsą budynkiem w posadach, a wyższe piętra nagle się zapadają. Wprost do tęsknotowej piwnicy.

Ocean przybiera królewskie szaty. Głęboki błękit wody przypomina ogromnego, atramentowego kleksa skapującego z zawieszonego nad kartką papieru pióra. Fale kołyszą delikatnie, nabierając długości, ruchy łódki stają się więc coraz bardziej naturalne i rytmiczne.

Tak bardzo świat przyzwyczaił nas, że wszystko ma być na już, szybko, że teraz, gdy płyniemy ponad tydzień, a wokoło nadal tylko ocean, podróż zaczyna się dłużyć i mamy dysonans poznawczy – no bo jak to, przecież musimy się spieszyć, dlaczego to tak długo trwa?

Żeglarstwo często płata takiego figla. Odległość, którą samochodem przejechałoby się w kilka godzin, pokonujemy w dobę. Trasa, którą samolot przeleciałby w niecałe 10 godzin, zajmie nam prawie miesiąc. Nie ma rozkładu wypłynięć i przypłynięć, nie ma prognozowanego opóźnienia. Przypłyniemy, to będziemy. Spóźnimy się, to będziemy później. Nie planujemy przybycia, czyli nawet spóźnienie to tak naprawdę przypłynięcie na czas…

Kryzysy. O kryzysach się nie pisze, o nich się chce jak najszybciej zapomnieć. Wracamy z wyjazdu, z pracy, z podróży, wydarzenia oddalają się i nagle tracą dawny dramatyzm. Nie było przecież tak źle! Może to obronne działanie mózgu, taki nasz automatyczny anestetyk.

Kilka dni przed rzuceniem kotwicy oznaczającym zakończenie najdłuższego żeglowania naszego życia, przyszła nastrojowa Buka, zmroziła mentalną atmosferę i owinęła myśli gęstym, negatywnym całunem. Nie wiem, czy to z powodu odzywającego się zmęczenia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego, monotonii, czy może właśnie bliskości końca - zaczęło denerwować wszystko.

Każdy tekst i każda decyzja kapitana, zmiany decyzji jeszcze bardziej. Męczyły nieprzespane, zarywane od ponad trzech tygodni noce, doskwierało gotowanie, a czekające nas generalne sprzątanie jachtu jeszcze dodawało smaczku. Wszyscy pragnęliśmy, żeby już się skończyło.

I w końcu… Aż trudno w to uwierzyć, ale przepłynęliśmy ocean!

W kategoriach izolacji, pustki i odcięcia od świata wygrywa to ze wszystkimi bezdrożami, na jakie nas kiedykolwiek wywiało. To samotność, której nie znajdzie się już w zglobalizowanym, połączonym internetowymi neuronami świecie.

Przede wszystkim jednak zaskakuje samowystarczalność. Nie ma sklepów, w których można by dokupić brakujące jedzenie czy sprzęty, brak warsztatów, w których naprawić by można niezliczone usterki. Trzeba liczyć głównie na siebie.

Samolot powrotny to totalna miniaturka. Wydłużony dziób, małe śmigła, w środku fotele dla 20 osób. Każdy wybiera sobie miejsce, siadamy więc przy oknach, wpatrując w oddalające się stopniowo wyspy, rafy, obmywane turkusową, karaibską wodą. Żegnamy się z rejsem.

Chcemy wrócić do naszych przyjaciół i rodzin, do domu.

Przez chwilę przeanalizować, czym dla nas była ta podróż.

A potem, kto wie, być może znowu wyjechać.

To nie było odcięcie od życia. To życie w nieco mniej kształtnej i ustabilizowanej formie. Jeśli nasza codzienność, praca, rutyna to domek z klocków, życie w drodze bardziej przypomina taki z piasku. Może i ma solidne fundamenty, niezmienne zasady, pewne ograniczenia.

Ale jest zdecydowanie bardziej plastyczny.

Marta Kwiatkowska

Tajlandia zamiast łazienki

„Proszę Państwa, taniej nie będzie. 20 tysięcy z robocizną”. Pan Tomek poinformował dumnie o wycenie naszej starej, brzydkiej łazienki i zadowolony, zostawiając wizytówkę wyszedł z naszego mieszkania.

„Kochanie, 20 tysięcy to sporo. A może by tak za te pieniądze pojechać do Tajlandii”? – wypłynęło ze mnie samoistnie.

Tajlandia była zawsze moim marzeniem. Dlaczego powiedziałam to właśnie wtedy? Nie wiem!

„Tajlandia z dziećmi. Przecież tam chyba nie jest bezpiecznie?” – mąż zaczął mnożyć wątpliwości, po czym nadszedł wieczór i zakończyliśmy temat.

O poranku, siedząc już w pracy przeszedł mail…kolejny newsletter z promocją…co znowu za darmo rozdają, pomyślałam. Spojrzałam na maila w telefonie „Promocja! Bilet do Bangkoku tylko za…”!

I znowu…pik, pik…sms. No nie popracuje dzisiaj.

To mąż. „Kupuj bilety. Byle tanio”. Nie mogłam uwierzyć w to, co czytam. Kliknęłam w link do promocji.

2 marca wsiadaliśmy do samolotu. Wtedy wiedziałam, że będzie to moja podróż życia, nie wiedziałam natomiast, że tak na mnie wpłynie.

Kiedy wysiedliśmy w Bangkoku z kolejki miejskiej przeżyłam szok ze strachem, radość i uniesienie – wszystko razem wzięte. Byłam oszołomiona. A to przecież był dopiero początek drogi.

Najpierw były smaki. Różne, nieznane, które zawładnęły naszymi kubkami smakowymi. Potem był zachwyt nad przepięknymi świątyniami, a za chwilę pierwszy poznany Taj, który wiecznie się uśmiechał. Jesteśmy w „Krainie uśmiechu”. Z moich ust uśmiech nie schodził.

A potem zaczęła się nasza podróż po przepięknych wyspach aż w końcu los nas rzucił na rzadko uczęszczaną przez wyspę Ko Yao Noi.

Na wypożyczonym skuterze ( w 4kę jako nieodpowiedzialni rodzice) jeździliśmy od wschodu do zachodu słońca, aż pewnego dnia znaleźliśmy miejsce tak piękne, że wyobraźnia nie mogła tego ogarnąć. Tak spokojne, że uszy aż bolały.

Usiadłam na białym piasku. Za mną lekko szumiała palma na jasno-szarej nodze, a ja….usłyszałam ciszę. Ten dźwięk spowodował, że w moim sercu w końcu zawitał spokój. Nie było tu gonitwy, wyścigu szczurów, nie było natłoku spraw. Była tylko CISZA. Ciężko mi jest opisać słowami, co czułam, jakie myśli kłębiły się w mojej głowie, ale wtedy podszedł do mnie mąż, przytulił i już wiedziałam, że on słyszy dokładnie to, co ja. Ta cisza to była radość z życia. To taki mały pierwiastek, którego tak często brakuje w codziennym natłoku bo praca, obowiązki, szkoła, targety, spotkania, klienci.

„A gdyby tak zostać? „. Przemknęło mi przez głowę. Ale po cichu, nie powiedziałam tego głośno.

Po 4 tygodniach musieliśmy wracać.

Już w samolocie powrotnym musieliśmy „wrócić na ziemię”. Nasz rodak marudził, że wódka się skończyła, że dzieci za głośno, że stewardesa za mało się uśmiecha…..

W Polsce plucha doprowadzała mnie do płaczu. Co wieczór zamykając oczy widziałam ten sam obrazek. Te same skały wynurzające się z lazurowego morza, ta sama palma nad moją głową. I wracała cisza.

„Wiesz, chcę znowu poczuć ciszę” – powiedziałam pewnego wieczora do męża. „Ale wiesz, że nie jest łatwo, wszystko rzucić, wziąć dzieci i wyjechać”.

Znajdźmy tą ciszę tutaj, skoro tam nie możemy!

I zaczęliśmy szukać. Aż pewnego pięknego, słonecznego dnia u podnóży Beskidów zobaczyliśmy ogłoszenie „Sprzedam Stary Dom”. Czułam, że to może być to.

Kiedy staliśmy na ganku, mąż zapytał – „Słyszysz”. Bo ja tak.”.

I zostaliśmy tam w tej ciszy, choć trochę innej, ale dającej namiastkę tajskiej.

I pamiętaj drogi czytelniku….bo jeśli choć raz postawisz nogę na tajskiej ziemi, będziesz chciał wracać.

Anulagadula

Teraz albo nigdy

To było dokładnie rok temu. Ja, niemłoda (wówczas 63 lata), schorowana pani, od roku na emeryturze wyruszyłam w podróż życia, co prawda nie sama, ale i tak było to czyste szaleństwo. Od zawsze marzyły mi się podróże i nawet ukończyłam geografię na Uniwersytecie Gdańskim. W czasach mojej młodości podróżowanie nie było takie łatwe, bo paszporty, waluta, znajomość języków. Później rodzina, dzieci, praca i tak mijały lata. Zdrowie też nigdy mi nie dopisywało bo od urodzenia miałam problemy z nogami. Jeździłam oczywiście na różne zagraniczne wycieczki i było ich całkiem sporo, ale to wszystko nie było „to”. Przed kilkoma laty obejrzałam film „Droga życia” o El Camino, drodze wiodącej z Francji do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Od tej pory gdzieś z tyłu głowy tkwiła mi myśl, że też chciałabym odbyć taką podróż. Było to moim, nie do końca uświadomionym sobie, marzeniem. Nigdy jednak na poważnie nie myślałam o takiej wyprawie, bo niby jak to, ja miałabym przejść 800 kilometrów piechotą, niosąc cały dobytek na własnych plecach? Będąc już na emeryturze myślałam często o tym, że chciałabym zrobić choć raz coś naprawdę tylko dla siebie, nawet coś zwariowanego. Na początku ubiegłego roku moja córka powiedziała, że chyba rzuci pracę, że musi przemyśleć wiele rzeczy, znaleźć pomysł na życie i chyba pójdzie do Santiago. Ja, nie do końca serio powiedziałam, że też muszę coś zrobić ze swoim życiem na emeryturze i poszłabym dokądkolwiek. Córka wzięła to na poważnie i zaproponowała: chodź ze mną, razem damy radę a jak nie to zawsze można wrócić. Bałam się, że będę dla niej za dużym ciężarem, ale coś zaczęło kiełkować w mojej głowie. Poczułam, że teraz albo nigdy. Po tygodniu miałam już na biurku przewodnik z opisem trasy, po miesiącu zarezerwowane bilety na samolot do Tuluzy, po następnym tygodniu bilety na pociąg z Tuluzy do Saint-Jean-Pied-de-Port, gdzie oficjalnie zaczyna się szlak św. Jakuba. W krótkim czasie zgromadziłam sprzęt potrzebny na wyjazd. Myślę sobie, że działałam w jakimś transie i gdy wszystko już było dopięte, zaczęły się problemy ze stopą wskutek czego na 3 dni przed wylotem wyszłam ze szpitala. I cały czas towarzyszyła mi myśl, że chyba zwariowałam, że nie dam rady. 25 czerwca wyruszamy w drogę, z której wróciłyśmy 5 sierpnia.

Jak opisać tę podróż? Do tej pory nie mogę uwierzyć, że jednak dałam radę. Było ciężko, był pot i łzy i około 20 km dziennie przez deszczowe Pireneje czy spaloną słońcem Mesetę. Codzienny wymarsz przed wschodem słońca aby pokonać zaplanowany odcinek, znaleźć nocleg a po krótkim odpoczynku mieć chwilę na zwiedzanie. Każdy dzień naszej wędrówki był inny. Były proste i łatwe do przejścia odcinki ale były też bardzo trudne szczególnie w górach, gdzie często padało, było ślisko a niesiony na plecach ciężar dodatkowo utrudniał marsz. Przejście przez Mesetę płaską jak stół, ze spaloną słońcem roślinnością, bez szansy na odrobinę cienia w temperaturze około 40 stopni było czymś co zapamięta się na całe życie. 20 kilometrów drogą prostą jak strzała, bez żadnego punktu odniesienia na horyzoncie, co dawało wrażenie poruszania się w miejscu. Po godzinie, po dwóch, po trzech cały czas ten sam widok i wreszcie upragniona wioska jak fatamorgana. Były po drodze miasta i te malutkie i te całkiem duże. Były urocze wioski o zabudowie charakterystycznej dla danej prowincji, inne w Navarrze, inne w Castilli i zupełnie inne w Galicii. Były też zupełne odludzia z zapierającymi dech widokami, powodującymi trudne do opisania odczucia. Najważniejsi jednak byli ludzie, zarówno mijani po drodze wędrowcy i pielgrzymi z całego świata, jak i mieszkańcy mijanych miejscowości a także pasjonaci prowadzący schroniska i noclegownie. Ciekawe rozmowy z podobnymi jak my wędrowcami oraz niesamowita życzliwość i gotowość niesienia pomocy ze strony miejscowej ludności.

Co dała mi ta podróż? Na pewno pozwoliła mi poukładać sobie pewne rzeczy w głowie, nabrać dystansu do siebie i do tego co w życiu ważne, poznać choć trochę swoje słabe i mocne strony i może odrobinę poprawić relacje z córką, która mimo własnych problemów, bardzo mnie wspierała w trudnych momentach. Pozwoliła mi naładować akumulatory na następne miesiące. Najważniejsze było poczucie bycia tu i teraz, chłonięcie wszystkiego każdą komórką ciała, dające nieopisane poczucie szczęścia. Zrobiłam wreszcie coś dla siebie, spełniłam jedno swoje marzenie, tak bardzo swoje, że nawet niewiele osób poza najbliższą rodziną i garstką przyjaciół wiedziało o mojej wyprawie. Oni wspierali mnie bardzo w decyzji wyjazdu, nie chciałam natomiast wysłuchiwać komentarzy ludzi nierozumiejących po co to robię, bo przecież nie mam zdrowia, bo w moim wieku lepiej posiedzieć przed telewizorem itp. Fakt, ze zdrowiem niewesoło, ale mam satysfakcję, wspomnienia, mam zdjęcia, które potwierdzają, że to nie był sen. Teraz mam siłę, żeby zawalczyć o zdrowie, bo może zdarzy mi się w przyszłości jeszcze jakaś, choćby trochę mniejsza wyprawa.

Jest o czym pomarzyć.

Danuta

Rowerowa podróż

- Krucho. To właśnie usłyszałam od swojego męża Łukasza-ministra finansów w naszym związku kiedy spytałam o stan naszego budżetu. Zbliżał się czas wakacji, czas naszych urlopów, słońce, beztroska, chciało się żyć! Beztrosko także, jak to bywa w młodym małżeństwie, szastaliśmy kasą przez cały rok więc marzenia o dalekim wyjeździe wakacyjnym musieliśmy ostudzić.

- Rowery! Padło hasło. Łukasz wyjaśnił, że nie chodzi Mu bynajmniej o wycieczki po mieście, lesie ale o podróż rowerową. Dłuższą. Mój romantyk wymyślił wycieczkę sentymentalną do Torunia, do pewnego hoteliku, w którym po winku kategorii b. hmmm no wiecie, pierwszy raz...poznaliśmy się bliżej. Pomysł tak miło pachniał przygodą i romantyzmem, że nie zastanawiałam się długo.

Sakwy, kufry spakowane. Pies oddelegowany na kilka dni do teściowej. Pełni zapału ruszyliśmy przed południem z Włocławka. Zaledwie po 20 min. poczuliśmy pierwsze krople deszczu na naszych ciałach. Lało jak z cebra. Przycupnęliśmy pod zadaszeniem przystanku PKS, który jednak swą brzydotą nie zachęcał do dłuższego korzystania z jego gościnności.

Po kilku godzinach niezbyt pośpiesznej jazdy, zwiedzając mijane miejscowości i oczywiście fotografując ukochane przeze mnie kapliczki przydrożne dotarliśmy do naszego pierwszego przystanku-Ciechocinka. I tu czekała mnie niespodzianka-noc pod namiotem. Tak, mój dorosły mężczyzna nigdy nie spał pod namiotem i właśnie zamierzał to zrobić. Kawałka trawnika na swoim podwórku udostępniła nam pani Halinka – znajoma rodziców Łukasza, z którą wcześniej jak się wydało mój mąż załatwił wszystko. Wieczór był długi. Okazało się, że mąż pani Haliny-pan Zenon obchodzi właśnie swoje imieniny. I tak, niespodziewanie staliśmy się gośćmi Jego imprezy. Nie zabrakło wina, śpiewu i tańca, a dźwięki akordeonu gospodarza słyszeli chyba wszyscy kuracjusze w mieście. Poranek nie należał do najłatwiejszych. Z wdzięcznością pożegnaliśmy się z przesympatycznymi gospodarzami i wybraliśmy w dalszą podróż. Wbrew pozorom odcinek Ciechocinek-Toruń przejechaliśmy bardzo sprawnie z przystankiem gdzieś w leśnej dróżce na posiłek w postaci kanapek od pani Halinki. Nawet pewna pani w dość skąpym wdzianku stojąca przy drodze dopingowała nam żwawo klaszcząc w dłonie i krzycząc łamaną polszczyzną „dalyj dalyj!” Miło z jej strony.

Do celu, naszego hoteliku na starym mieście dojechaliśmy popołudniu. Pogoda w mieście Kopernika była piękna. Słońce,które co rusz zachodziło za białe obłoki dawało chwile wytchnienia. Przechodnie, dużo przechodniów, kwiaciarki, dzieci z lodami, restauracje pod chmurką. Miło, letnio, typowo wakacyjnie. Poczuliśmy luz, o który nam chodziło i który poczuć można będąc czy to w bliskiej czy to w dalekiej podróży. Pośpiesznie zostawiliśmy bagaże w pokoju zaś rowery zaparkowaliśmy na dziedzińcu hoteliku. Ten wieczór, podobnie jak poprzedni zapowiadał się ciekawie. I taki był. Spacer Bulwarem Filadelfijskim, wieczorny koncert znanego muzyka w małej knajpce dopełniony naszymi uśmieszkami, spojrzeniami, czułostkami. Nieco zmęczeni, lecz w bardzo anielskich nastrojach wróciliśmy do hoteliku chwilę przed północą. Ku naszemu zdziwieniu czekał na nas nie kto inny, a sam właściciel, który oznajmił nam z poważną miną, że nasze rowery zostały skradzione. Tak, skradzione. To koniec rowerowej podróży.

Następnego dnia wróciliśmy do Włocławka pociągiem.

Rowery kupiliśmy. Zapięcia również, porządniejsze. Spośród wszystkich podróży, które wspólnie przeżyliśmy tą właśnie wspominamy najczęściej, najmilej, z uśmiechem na twarzy. Mimo wszystko. Odrobina szaleństwa wymieszana z przygodą, stresem, dawaniem bezpieczeństwa i wsparcia drugiej osobie sprawiła, że zrobiliśmy duży krok w swoim kierunku. Ahhh i najważniejsze...

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, ze rozpoczęliśmy podróż we dwoje, a wracaliśmy we troje. Nie, nasz syn nie ma na imię Mikołaj ale za piernikami przepada.

Beata Mrozińska-Chlebowska

Dumne z siebie

Co roku. Od kilku lat. Za każdym razem, kiedy byłam w Tatrach to myślałam „podobałyby się góry mojej mamie”.

Wysiadła na stacji w białych adidaskach z przepasaną torebką. Mama to bardzo aktywna osoba z werwą nastolatki, ale potrzebująca miesięcy na dojrzenie do decyzji o wyjeździe.

Formuła - Zrobiłam nam rezerwację w górach. Pobyt na trzy dni. Dzień wcześniej przyjedź do Warszawy. Bilety pociągowe zabukowałam. Weź wygodne ciuchy. - nie do końca jej odpowiadała.

W drodze do Zakopanego pojawiające się widoki górskie malowały na mamy twarzy podekscytowanie, co z kolei radowało moje serce. Na miejscu sprawnie rozpakowałyśmy się i poszłyśmy nad Siklawicę.

- Wiesz, ja to jednak mam kondycję do chodzenia po górach - powiedziała po dziesięciu minutach marszu. Po moich namowach przełożyła do mojego plecaka swoje rzeczy, w tym między innymi perfumy?! Na trasie poza Siklawicą bardzo podobała jej się tuniczka u jednej Pani i straganiki na wejściu do doliny, choć była zawiedziona, że nie mieli plecaków.

- Cześć Ula, dzwonię do Ciebie z Zakopanego, bo jesteśmy z Karolinką w górach... u nas ładnie, tylko wiesz w górach z wysokością robi się chłodniej i powiem Ci, że ja już czuję, że temperatura spadła… ale tutaj jest pięknie… widzę Giewont, zaraz Ci wyślę zdjęcie. – dzwoniła rozradowana do cioci spacerując Doliną Strążyską. Poszłyśmy na Krupówki i zaczęła się akcja zakupu pamiątek dla pół rodziny i szukanie plecaka. Bawiła mnie w uroczy sposób przez cały dzień. Pokochałam ją na inny sposób, nie jak Mamę Krystynę, ale jak małą dziewczynkę, która jest bardzo dumna z siebie.

Kolejnego dnia plan zakładał długą trasę. Wychodząc z pokoju zajrzałam do torebki mamy, czy nie zabrała perfum. Perfum nie było, ale był lakier do włosów w mega tubie.

- Po co Ci to mamuś?

- Robią mi się w ciągu dnia kędziorki i mnie denerwują, więc muszę sobie od czasu do czasu spryskać.

Powiedziałam, że nie ma opcji, żebyśmy zabierały taki zbędny balast. Nie było łatwo, ale przystała. Zdecydowanie mniej przeszkadzał mi ciężar lakieru, ale wyobraziłam sobie widok turystów, którzy patrzą, jak mam spryskuje sobie włosy przy Wielkim Stawie.

Zdziwienie mamy przyszło przy Wodogrzmotach Mickiewicza z ostrym wejściem w Dolinę Roztoki. Przed znakiem zapytała mnie: "A co to to jest?". No i przyszedł ten moment, kiedy słyszałam, jak przełyka ślinę. Potem było: "Ja tam dalej nie idę", "Ja nie miałam pojęcia, że to tyle wspinania", "Ale chyba tam, gdzie Ci ludzie są z przodu mali to my nie idziemy?!!!!", "Jak tylko dojdziemy do Morskiego Oka to wracam bryczką, nie będę tyle szła", "O telefon mi dzwoni, ale nie odbieram!!! Ja tutaj tchu nie mogę złapać, a pewnie tata dzwoni i będzie mi opowiadał o kafelkach co dziś kładł.”

Znając jej charakter wiedziałam, że się nie podda, po pierwszych rozterkach powolutku maszerowała do przodu. Była dzielna, a na zejściu motywowała mijających. Przy schronisku w Pięciu Stawach leżałyśmy i patrzyłyśmy na góry. Mama dumna z siebie, Ja dumna z Mamy.

- Wiesz, to jest niesamowite, tak wysoko, ciężko się z czymkolwiek tutaj dostać, jeden jedyny domek i obiad ze schabowym kosztuje tylko 18 złotych! No aż się wierzyć nie chce!!!! Powinno być drożej, tyle zachodu, żeby tutaj schabowe dowieść!!!

Zabawnie mnie pytała na trasie czemu skręcamy w lewo jak Morskiego Oko jest przed nami, więc tłumaczyłam, że ścieżki są prowadzone mniejszymi wzniesieniami, żeby było nam wygodniej.

Mama Krystyna była dzielna, bo od Morskiego Oka nie wspomniała już o bryczce. Była to dla niej przygoda, ale nadal pozostała kobietą, bo w busiku na powrocie zapytałam ją czy po tym wszystkim zabrałaby lakier do włosów.

- No pewnie, że bym wzięła. Już w połowie drogi czułam, że mi się zrobiły te paskudne kędziory i mnie denerwują. -odpowiedziała:)

Kolejnego dnia rankiem usłyszałam: "To gdzie dziś idziemy?".

Szybko zebrała się z łóżka, włożyła wkładki do butów. Zabandażowała lekko bolącą kostkę, w minutę zdecydowała o ubiorze, zaparzyła herbatę, wrzuciła bluzę do plecaka, stanęła przede mną z saszetką upiętą w pasie i spytała czy długo będzie musiała na mnie czekać. Wędrowałyśmy dolinami, moczyłyśmy nogi w strumyku, zabawnie żartowała ze swoich wczorajszych kryzysów. Bawiło ją jak zarzekała się, że dalej nie pójdzie, a przecież to było oczywiste, że droga jest tylko w jedną stronę. Po trzech dniach odwiozłam mamę na pociąg.

- Teraz proszę Pana to ja jadę do wnuka, do Warszawy, taka ze mnie podróżniczka! Ciągle w trasie. Szkoda mi wyjeżdżać. Góry są pięknie. Krótko byłam, ale na pewno wrócę. Tyle się nałaziłyśmy się i gdzie my nie byłyśmy, proszę Pana!! – mówiła do taksówkarza.

- No to fajnie. A gdzie Pani była przez te dni? – zapytał.

- Na Morskim Oku, i pod Siklawicą i Giewont widziałam i….no właśnie Karolinka, gdzie ja jeszcze byłam?

Byłam stuprocentowo przekonana, że złapie górskiego bakcyla i nie myliłam się ani trochę.

Wczoraj napisał do mnie smsa: „Czy masz może w planach jakieś wędrówki po górach w tym roku? Bo ja bym się chętnie dopisała.”

Karola

Spotkanie na krętej uliczce

Moja podróż życia odbyła się 3 lata temu. Miałam wtedy 22 lata i zawsze marzyłam o zobaczeniu, czy na żywo Santorini wygląda równie pięknie, jak na zdjęciach. Ciekawiło mnie, czy budynki faktycznie są takie białe i czy dachy są tak niebieskie. Oczywiście wyjazd ten również był z powodu zapowiadających się przepięknych widoków.

Mając 22 lata i studiując ciężko pracowałam aby odłożyć pieniądze potrzebne na wycieczkę. Jednakże nie chciałam lecieć tam sama, dlatego postanowiłam zabrać ze sobą swoją młodszą siostrę. Pech chciał, że z uwagi na 4 klasę technikum siostra dostała na ten czas propozycję stażu w Hiszpanii w ramach projektu szkolnego. Chciałam już zrezygnować z wycieczki, jednak namówiła mnie bym poleciała sama i że będzie fajnie.

Na jednym z portalów społecznościowych są grupy gdzie można odsprzedać swoje wycieczki, na które nie można z przyczyn losowych się wybrać. Tak właśnie siostra odsprzedała swoje bilety.

Z Kacprem poznałam się na 1 roku studiów. Wynajmowaliśmy osobne pokoje w mieszkaniu przez rok. Później on zrezygnował ze studiów i kontakt się urwał. Nie ukrywam, że przez ten rok zdążyłam się w nim zakochać. Takie pierwsze szczenięce zauroczenie ;) Wiedziałam jednak, że nie jest to chłopak dla mnie. Zupełnie się od siebie różniliśmy. Zawsze spieraliśmy się o coś w kuchni. Każde z nas miało swoje zdanie i własne zainteresowania. Gdy się wyprowadzał miałam łzy w oczach. Niby nie byliśmy razem, różniliśmy się to jednak coś mnie do niego ciągnęło. Z jego strony jakoś nigdy nie widziałam zainteresowania.

Od wyprowadzki Kacpra minęły 2 lata. Tak wyszło, że w tym czasie nie miałam partnera, ponieważ skupiłam się na pracy i studiach - w końcu miałam cel, zarobić na wakacje na Santorini.

Podczas stania w kolejce, w gotowości do wylotu zauważyłam pewnego chłopaka. Wydawało mi się, że skądś go znam, ale stwierdziłam, że to zwyczajna pomyłka. Doleciałam na Santorini, rozpakowałam się i poszłam przekonywać się co do realności zdjęci znajdujących się w internecie danego miejsca. Wtrącając, tak ogólnie to jeśli jeszcze nie byliście w miasteczku Oia to gorąco polecam. Wspaniały zachód słońca...

Wracając do mojej przygody, no cóż chyba się domyślacie, że tym "gościem" na lotnisku był Kacper? Spotkaliśmy się na jednej z krętych uliczek. W sumie to mogę wam powiedzieć, że to było wszystko przez niego zaplanowane. Dowiedziałam się o tym, jak na niego nakrzyczałam. Tak, dobrze czytacie, nakrzyczałam na niego za to, że to właśnie akurat on musi być tam gdzie ja i psuć mi wakacje :) Wiem,to głupie no ale cóż - widać w tamtym momencie nie myślałam racjonalnie.

Widział ogłoszenie mojej siostry (nie dziwne, miał mnie znajomych na portalu społecznościowym a ja udostępniałam post sprzedażowy mojej siostry). Odkupił od niej bilet na lot. Dowiedziałam się, że to dla mnie się poświęcił gdyż wręcz nie nawidzi latać samolotem. Dostawał w samolocie ataku paniki. Miasteczko Oia pozwoliło nam poznać się na nowo i oczywiście zdecydowaliśmy się na związek.

Wiem, że historia ta brzmi nieprawdopodobnie. W sumie sama jak czytam takie historie to zawsze się pukam w czoło i myślę, ze to niemożliwe. Jednak na dowód mam przykład sama na sobie.

Obecnie jesteśmy razem. Pod koniec września wybieramy się na Kretę. Po 3 latach udało mi się namówić Kacpra na lot samolotem. Ostatecznie stwierdził,że nie było tak źle i zgadza się na wakacje. Mam nadzieję, że nasz związek przetrwa kolejne lata ;)

Od tego czasu wierzę w przeznaczenie. Wierze,że jak ktoś lub coś jest nam dane to, to dostaniemy. Życzę i Wam kochani czytelnicy takiej wiary. Wszystko w życiu nie dzieje się bez przyczyny. 

Dominika

Aneks

Znasz to? Motyle w brzuchu. Czuły szept: Z nami będzie inaczej. Obietnice: żadnego telewizora, żadnych kapci. Potem Marsz Mendelssohna, sto lat młodej parze!

Większość bajek tu się kończy.Autor stawia diagnozę, że para żyła długo i szczęśliwie ani słowem nie zająknąwszy się,co ma na myśli. Zwłaszcza pisząc:szczęśliwie! O ile doskonale wiedziałam, jak reagować na przejawy romantyzmu ze strony chłopaka,to zupełnie nie orientowałam się, że żyli długo i szczęśliwie nie wyjaśnia, co zrobić, kiedy na przykład brudne ubrania zamiast w leżą obok kosza na bieliznę lub na krześle, biurku czy po prostu na podłodze. Bo życie składa się z drobiazgów. Bo harmonogram ustala się na czas nieokreślony. Niewypowiedzianą i umowę zmieniają samoistnie aneksy: córka, syn,nowa praca,wybory i kolejny fantastyczny pomysł na poprawę poprawy (władza wie lepiej, co mnie uszczęśliwi!), mistrzostwa w czymś tam,kolejny sezon serialu…

Po uwzględnieniu wszelkich okoliczności życiowych, w sumie nie wiadomo kiedy i jak, tworzy się opatrzona rytuałami umowa życia Państwa X (nazywana tradycją), obejmująca dni powszednie, święta państwowe, kościelne, rodzinne i urlop. 20 lat po ślubie mieliśmy ustaloną burzliwie, w emocjach, czasem na złość swoją umowę. Urlop spędzaliśmy zwykle na żaglach w większym gronie. Najpierw dlatego, że taniej wychodziło wynajęcie jachtu. Potem, bo przecież w ubiegłym roku było fajnie. W końcu, bo przecież zawsze tak robimy.

5 lat temu, jak co roku,szykowaliśmy się na wakacje. Ekipa ta sama co zawsze, tylko jacht większy, taki wypasiony. Nazwaliśmy go Luksus. W trakcie rejsu okazało się, że na Luksusie, o wdzięcznym imieniu Kajtek, jest wiele udogodnień, jak elektrycznie wciągana kotwica czy lodówka. Działały przez chwilę potem albo się psuły, albo domagały prądu, co powodowało konieczność nocowania w porcie, czego nie znoszę. Dopiero gdy zrezygnowaliśmy z luksusów naszego Luksusa, poczuliśmy się panami sytuacji. Ale wyprzedzam bieg wydarzeń.

Tak więc wszystko mieliśmy ustalone. Córka na wczasach z narzeczonym,syn na obozie,a my… W dniu wyjazdu rano zadzwonił Darek. Bardzo mu przykro, ale rozchorował się i na razie nie może płynąć. Żona też nie, bo ktoś musi robić rosół choremu. Może za kilka dni dojedzie. Aneksy wywołują czasem zamęt. Na razie poczułam lekki niepokój. Kiedy chwilę później telefon znów zadzwonił i Piotrek, szczerze zmartwiony przepraszał, ale nie może na razie się ruszyć z miejsca, bo miał kontrolę Sanepidu, coś tam im się nie podoba i musi to wszystko ogarnąć,w tej sytuacji może za kilka dni do nas dobiją. Wpadłam w panikę. Co teraz?! Jechać za kilka dni? Za ile?! A jeśli Darek tak szybko nie wyzdrowieje, Piotrek nie załatwi biznesowych spraw?! Mój mąż pomilczał chwilę i zadecydował:jedziemy sami! Jak to sami?! Nigdy nie żeglowaliśmy sami! Co będziemy sami robić? O czym rozmawiać całymi dniami? Tak myślałam. Jechałam przerażona.

Początek nie okazał się taki straszny. Przy wydawaniu jachtu było trochę roboty. Musiałam też nauczyć się tego, co zwykle robili panowie: ciągnąć szoty, knagować i takie tam. Pierwsze godziny mijały na rozmowie o żeglowaniu, ustalaliśmy, gdzie będziemy płynąć,gdzie zanocujemy. Odkrywaliśmy mankamenty Luksusa, próbowaliśmy samodzielnie usuwać mniejsze usterki i czas mijał. Przyszedł pierwszy wieczór. Bez telewizora, bez kapci, bez znajomych. Para ludzi, którzy od 25 lat są ze sobą na co dzień, słyszeli wszystkie dowcipy, na pamięć znają anegdoty z życia prywatnego i zawodowego, mają wypocząć, więc to nie czas na rozwiązywanie życiowych problemów, siedzi na 10-cio metrowym jachcie i… Nie wiem, co sprawiło, że tak błogo, tak czarownie spędziłam ten wieczór. Może fantastycznie barwny zachód słońca, który mogłam oglądać przez parę godzin i nie musiałam niczego nikomu podawać? Może rozgadana cisza jeziora? Może spektakl, który dla nas odegrały ptaki, owady i ryby? Cudowne było to, że nie musieliśmy nic mówić. Nie było takiej potrzeby. Milczenie nie męczyło. Wręcz przeciwnie. Zaczęliśmy na siebie patrzeć! Uświadomiłam sobie, że od dawna nie widziałam mojego mężczyzny życia. Widziałam ojca moich dzieci, męża odpowiedzialnego za dom,ale zapomniałam,jak patrzy się na mężczyznę swojego życia.

Tego wieczoru mężczyzna mojego życia po raz pierwszy od wielu lat też patrzył na mnie jak na kobietę swojego życia! Takiej intymności nie doświadczyłam od dawna. Kiedy znajomi pytali, co robiliśmy, gdy pływaliśmy sami, odpowiadaliśmy, zgodnie z prawdą, że nic, że siedzieliśmy i patrzyliśmy. Wtedy pukali się w głowę i dodawali, że musieliśmy się strasznie nudzić. Nie miało sensu wyprowadzanie ich z błędu, bo jak wytłumaczyć, że to był najcudowniejszy rejs, że nie działo się nic, bo to był czas, kiedy my ze sobą po prostu byliśmy, a nie coś razem robiliśmy. Nawet głośno wyrażaliśmy pragnienie, żeby nasi znajomi przyjechali jak najpóźniej, a może i wcale? Od tego momentu wprowadziliśmy do naszej umowy kolejny, ale jakże ważny, aneks: przynajmniej raz w roku, przynajmniej na kilka dni jedziemy tylko we dwoje, aby przypomnieć sobie jak się patrzy na kobietę i mężczyznę swojego życia.

Katarzyna Gagacka

Nic się nie dzieje bez powodu

Moja siedmioletnia córka Zosia 19 sierpnia ma urodziny. Chciałam coś sprawdzić w internecie związanego z tą datą i jeden klik pociągnął drugi, później następny i trafiłam tutaj. Z coraz szybciej bijącym sercem zaczęłam czytać opis konkursu i piszę teraz, w środku nocy, wiedziona impulsem i obawą, aby mi to nie umknęło.Po prostu muszę podzielić się naszą historią, bo prawie każde zdanie z opisu jest o nas. O mnie i mojej córce.

Tak, to była wyprawa za ocean. Podróż życia. Przywiozłam garstkę suwenirów i dojrzałą, pełną akceptacji miłość do swojego dziecka oraz nową siebie.

W bezsennym mieście Seattle od kilku lat mieszka moja siostra. W tym roku miała przylecieć do Polski, jednak tuż przed wylotem na drodze stanęły nieoczekiwane trudności i jej lot nie doszedł do skutku. Asia szybko podjęła decyzję. Nie ma co zwlekać ze spotkaniem. To my musimy przylecieć. Ja i moja córka. Kupiła bilety i niecały miesiąc później siedziałyśmy w samolocie na trasie Warszawa - Frankfurt - Seattle. My, dziewczyny z małej miejscowości w centralnej Polsce leciałyśmy za ocean! Nieprawdopodobne :) Miałyśmy tam spędzić sześć tygodni. Teraz, po powrocie już wiem, że ten wyjazd zmienił moje, a co za tym idzie, nasze życie.

Nie mam tu na myśli wrażeń geograficznych i kulturowych, choć te, owszem, zapierały dech w piersiach. Moja siostra wypełniła nam te kilka tygodni niebywałymi atrakcjami. Zobaczyłyśmy kasyna Las Vegas i wzgórza Los Angeles, byłyśmy w Dolinie Śmierci, pływałyśmy, by zobaczyć orki, wspinałyśmy się na ośnieżony szczyt, piłyśmy kawę i jadłyśmy placek wiśniowy w legendarnej kawiarni "RR" w jeszcze bardziej kultowym Twin Peaks, pojechałyśmy 1 lipca do Canady,aby zobaczyć, jak ten naród obchodzi swoje święto narodowe (i przy okazji kupić legalnie Kinder Niespodziankę).To wszystko było fantastyczne i ktoś mógłby powiedzieć, że miałyśmy "wakacje na bogato", jednak dla mnie te wakacje były bogate pod zupełnie innym kątem.

W ferworze napiętych dni oraz zmęczenia odnalazłyśmy siebie. To był czas mój i mojej córki. Nigdy nie byłyśmy ze sobą tak blisko. Zosię wychowuję od urodzenia sama, mała nie zna swojego taty. Czasem wydaje mi się, że jestem dla niej zbyt surowa. W końcu muszę zapewnić jej i mamę i tatę. Podczas tej podróży tak naprawdę po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, jak bardzo mnie kocha, jak bardzo jestem dla niej ważna, jak jest we mnie wpatrzona. Całymi dniami rozmawiałyśmy, nie szczędziłam jej czułości, cierpliwie jej opowiadałam o wszystkim, czego byłyśmy świadkiem. Z dnia na dzień obserwowałam, jak coraz intensywniej wpatruje się we mnie tymi swoimi niebieskimi oczami. Widziałam, że jestem dla niej wzorem. Widziałam, jak jej imponuję.Nasza miłość rozkwitała. Kilka razy w ciągu dnia zapewniałyśmy siebie o swojej wzajemnej miłości. Któregoś dnia, gdy miałyśmy jechać na kolejną wycieczkę, Zosia do mnie podeszła i zapytała - "Mamusiu, czy możemy dzisiaj zostać i po prostu przejść się nad jezioro? Tylko Ty i ja, bo ja tak bardzo Cię kocham, że chcę być dziś, i jutro i zawsze tylko z Tobą. Jesteś taka miła i nie krzyczysz. Cały czas się uśmiechasz. Kocham Cię taką".

To było najpiękniejsze wyznanie miłości, jakie kiedykolwiek usłyszałam w swoim życiu. Wiem, że podczas tego wyjazdu odnalazłam w sobie zupełnie inne oblicze macierzyństwa, to bardziej łagodne, mniej wymagające, a bardziej kochające i czułe. Nie chcę już wychowywać Zosi na "twardą babkę".

Był jeszcze jeden oczyszczający aspekt tej podróży. Gdy leciałam do Stanów byłam w związku. Z mężczyzną, którego, jak mi się wydawało niesamowicie kochałam. Dwa tygodnie po przylocie do USA zerwał ze mną. Początkowo byłam w ogromnym szoku, jednak właśnie odnajdywanie wspaniałej relacji z córką nie pozwoliło, abym wciągnęła się w koszmarne i dołujące myślenie. Postanowiłam, że nic nie będę robiła i że porozmawiam z tym mężczyzną po moim powrocie. Córka i jej miłość cały czas dodawała mi skrzydeł, energii, a także, co może zabrzmieć dziwnie, bardzo wspierała moje poczucie własnej wartości i kobiecości. Widząc moją małą dziewczynkę tak radosną każdego dnia, czułam się spełnioną mamą i kobietą, która w końcu w stu procentach stwarza przyjazną relację z dzieckiem.

Do dnia powrotu zupełnie odeszła mi chęć tłumaczenia czegokolwiek mojemu, byłemu już facetowi. W tym związku od dawna się nie układało, a ja byłam mu w wielu aspektach podporządkowana i szczerze mówiąc już dawno (byliśmy ponad dwa lata) chciałam zakończyć ten związek, ale brakowało mi do tego odwagi. Po powrocie już się nie spotkaliśmy. Nie potrzebowałam tego.

Być może nie musiałam lecieć aż do Stanów, aby to wszystko odnaleźć, ale widocznie to było potrzebne. Nic się bowiem nie dzieje bez powodu. Kontynuujemy z Zosią naszą drogę i jesteśmy najbardziej szczęśliwą mamą i córką na świecie! Wreszcie siebie odnalazłyśmy i pokochałyśmy tak bardzo, bardzo, bardzo mądrze i przyjacielsko. Aż szkoda,że nie mogę dołączyć zdjęcia, ale nie starczyłoby miejsca na opis :)

Ania i Zosia

Pierwsza wyprawa samochodem zagranicę

Prababcia lubiła siadywać przed domem. Opierała plecy o nagrzany od słońca mur, przymykała oczy i w takiej pozycji trwała nieraz kilka godzin. Lubiłam na nią patrzeć, bo zawsze miała taką spokojną i cichą twarz. Teraz czasem się zastanawiam, o czym wtedy rozmyślała, bo życie od dziecka jej nie rozpieszczało. Wcześnie została sierotą, że nie miała możliwości nawet nauczyć się czytać i pisać, do końca swojego życia podpisywała się dwoma krzyżykami. Ale latem zawsze razem z babcią już z daleka słyszały podróżujące pielgrzymki, radosny śpiew, który niósł się kilometrami nad hektarami lasów, a w prababcinych dziecięcych wspomnieniach najbardziej zapisały się kolorowe wojska na koniach, które na wojnę jechały przez jej wieś. I tak do dzisiaj myślę, że wyraz twarzy siedzącej pod murem babci, to jakaś ogromna wiedza człowieka, który widział i był w niesamowitych miejscach, choć ani prababcia ani babcia dalej niż 40 kilometrów od swojej wsi nie były...

Moja mama i jej dwie siostry są równie zasiedziałe co babcie. Nigdy nie widziały nawet morza. A mnie tata odważył się zapisać na kolonie i w ten to taki sposób zobaczyłam Morze Bałtyckie i Mazury. A potem były jeszcze wycieczki szkolne w Tatry. Z dziecka stałam się kobietą, sama niedługo będę mieć dorosłą córkę, ale zawsze gdy słyszę w sierpniu idące pielgrzymki, to coś mi tam zawsze zagra w środku i przypominają się babcie...

Mimo że nikt znajomy nie chciał ze mną iść, na przekór wszystkim w rodzinie, postanowiłam również jednego sierpnia dołączyć i pieszo dojść na Jasną Górę. I wystarczyło tylko ruszyć się z miejsca, aby dotarła do mnie bolesna świadomość, że mam prawie czterdzieści lat i robię się dokładnie tak samo zasiedziała jak kobiety od pokoleń w mojej rodzinie. A co z tymi mapami i globusami, które od dziecka uwielbiałam? Albumy, które sama tworzyłam... A blogi podróżnicze, które codziennie przeglądam? Tak sobie pomyślałam, że albo teraz albo nigdy...

Okazja nadarzyła się sama. Kuzynka we wrześniu na kilka dni wyjeżdżała do Chorwacji, miała jechać z kimś innym, ale ten ktoś się rozmyślił. Musiałam szybko zdecydować, czy mogę zostawić małe dzieci mojej mamie i mężowi na głowie, czy fundusze ze skarbonki wystarczą, a to przecież były tylko cztery dni... Nie pytałam nikogo o zgodę, bo po prostu czułam, że muszę jechać i tyle. No i pojechałyśmy. To była moja pierwsza wyprawa samochodem za granicę. Zabawne, bo jeszcze nawet nie wyjechałyśmy z Polski, a już miałam telefon, że młodsza córka dostała gorączki, a oni nie wiedzą, co robić. No i tutaj pewnie niektórzy stwierdzą, że jestem okrutną mamą, ale jak większość mam domyśli się, że gorączka to tak naprawdę niewielki stan podgorączkowy wywołany katarem, który większe dreszcze wywołał w tacie i babci, a dziecku zaaplikowano aż antybiotyk, bo lekarz dziecięcy nie śmiał nie przepisać go wystraszonemu tacie. To się oczywiście okazało po powrocie, bo w trakcie podróży mąż wciąż dzwonił relacjonując mi niesamowicie ciężki przebieg choroby...

A ja tam nad Adriatykiem wypowiedziałam marzenie, które się spełniło. I teraz muszę nauczyć się z nim żyć... I odkryłam swoją pasję do fotografowania, albo raczej odkopałam ją po ponad dwudziestu latach. I zostawiłam tam dwa kilogramy swojej wagi, które gdzieś tam zniknęły i do tej pory nie wróciły, choć w tym roku mijają trzy lata, a wcześniej nawet diety cud nie skutkowały. I zobaczyłam kraba, kwitnące oleandry, szmaragdową wodę, spróbowałam ajwaru i rakiji z miodem. O tego czasu przeszłam marszem kilkadziesiąt kilometrów. Jakoś tak zaczęłam i nie mogę przestać. I przestałam palić. I dostałam nieco apetytu na życie...

Kto podróżuje ten wie, że otwierają się człowiekowi horyzonty i oczy. Że pewnie rzeczy wydają się już całkiem inne, a do pewnych należy nabrać dystansu. Że czas nieubłaganie ucieka, a pewne okazje przytrafiają się tylko raz w życiu. Że czasem trzeba mieć nieco odwagi, żeby wziąć coś dla siebie od życia, a nie czekać aż samo przyjdzie, bo to może się nigdy nie zdarzyć. A kubeł zimnej wody komuś na głowę czasem dobrze zrobi. Że podróż w pojedynkę czasem jest komuś bardziej potrzebna niż nowy telewizor lub telefon.

A gdzie para w tej podroży? To oczywiście mój aparat, z którym urządzam sobie czasem samotne, małe podróże, bo w samotności człowiek słyszy siebie o niebo lepiej...

W trzy lata po mojej pierwszej podróży nadszedł czas na nową. Właściwie wszystko już zaplanowane. Miejsce również zaczyna się na „H”. Mąż krzywo patrzy, ale sam stwierdził, że przecież mnie nie uwiąże na łańcuchu...

Mrs. Gorzka

Rzucić wszystko

Było jakoś po północy, środek listopada 2016. Nie mogliśmy spać. Nagle padło pytanie, które wywróciło nasze życie do góry nogami:

- Myślałaś kiedyś o tym, żeby rzucić to wszystko i wyjechać?

11 miesięcy później, wśród stoisk z pad thaiem i skorpionami z grilla, obserwowaliśmy przygotowania do pogrzebu. Król Tajlandii był martwy już od roku. Wszędzie czuliśmy na sobie jego wzrok – patrzył z portretów na ulicach, z ołtarzyków w metrze, z murali i niezliczonych zdjęć w sklepach, hostelach i restauracjach. Stojąc na baczność oglądaliśmy film ku jego czci, wyświetlany przed każdym kinowym seansem i sztuką teatralną. Pół roku później wyświetlano już film na cześć jego syna.

W listopadzie sajgońscy złodzieje ukradli mi torebkę, straciliśmy paszporty. Od tej chwili nasza podróż zaczęła układać się sama, według cichej umowy z Losem.

Hinduski właściciel hostelu i pracująca dla niego młoda Wietnamka pomogli nam uzyskać raport z policji, przygotowali wałówkę na 35-godzinną podróż i skontaktowali z przyjacielem w Hanoi. Uyen zapewniła również, że będzie się za nas codziennie modlić do Maryi.

W czasie pielgrzymki po komunistycznych urzędach uczyłam Krzyśka cierpliwości wobec tępego uporu oficjeli. W oczekiwaniu na paszporty ruszyliśmy pod chińską granicę. Tam to ja byłam uczniem – na szkolnym boisku, pod okiem Krzycha, ćwiczyłam jazdę skuterem. Następnego dnia pojechaliśmy w góry.

Tymczasowe dokumenty akceptują tylko niektóre kraje, a na wydanie regularnych paszportów trzeba czekać 6 tygodni. Wietnamska wiza była za krótka. W Zatoce Ha Long Bay poznaliśmy parę Hiszpanów, którzy doradzili nam Malezję, jako kraj otwarty na turystów każdej orientacji, o sprawnej biurokracji i dający 3-miesięczną bezpłatną wizę. Los znów puszczał do nas oko.

Wigilijne życzenia składaliśmy przełamując się frytką w warsztacie samochodowym, wieczorami przeobrażanym w kebabownię. Utknęliśmy w korku, nie zdążyliśmy na umówioną kolację i tylko tam był wolny stolik. Naszym Mikołajem została właścicielka baru, muzułmanka, która przy wyjściu, życząc wesołych świąt, wręczyła nam pudełko czekoladek. A to wszystko w kulinarnym sercu Malezji, a według niektórych, także świata – na wyspie Penang.

Później, aby zaoszczędzić na noclegach, zgłosiliśmy się do wolontariatu w hostelu chińskich rastamanów. Zaraz po przyjeździe poinformowali nas, że nazajutrz wyjeżdżają do Kambodży, przekazali kieszonkowe, dostępy do aplikacji, telefon i komputer, a potem zabrali na kolację. 5-letnia J nauczyła nas śpiewać „Buffalo Soldier”, a 10-letni K wtajemniczył w sekrety Układu Słonecznego i Minecrafta. Byliśmy oszołomieni i wzruszeni ich zaufaniem. W malezyjskim rasta hostelu poznaliśmy Czecha Ondreia, cybernomada o złamanym przez Japonkę sercu. Zobaczymy go znów za rok, na naszym ślubie.

Największy szok kulturowy przeżyliśmy w Laosie. Odwiedziliśmy tam wioskę animistów, którzy wierzą, że Ziemia jest płaska, a zdjęcie skraca życie fotografowanego. Ich dzieci palą tytoń, bo dym chroni przed złym urokiem, a kobiety rodzą w lesie, ponieważ poród to nieczysty proces. Dla tych, które w jego trakcie umierają jest osobna część cmentarza.

W Kambodży było najsmutniej. Zdruzgotały nas stworzone przez Czerwonych Khmerów więzienie Tuol Sleng i Pola Śmierci, a później, na ulicach, oburzali biali starcy, łakomie obłapiający młode Khmerki.

W Indonezji podziwialiśmy wschód słońca na szczycie wulkanu, pływaliśmy z majestatycznymi żółwiami, uczyliśmy się surfować i poznaliśmy ludzi o wielkich sercach, którzy ugościli nas w swojej chacie na plaży i sokiem z miejscowych pomarańczy ratowali poparzone ramiona. Tam też padło kolejne kluczowe pytanie:

- A może jednak Australia?

Decydując się na relokację auta (wskazówka znajomych z Malezji), przejechaliśmy starym fordem falconem 5 tys. km. Po drodze z Perth do Sydney poznaliśmy zasady australijskiego footballu, historię przegranej wojny z emu i dzieje emigrantów na Polish Hill. Zaliczyliśmy pościg policyjny i spróbowaliśmy słynnych win z Doliny Barossy. Podziwialiśmy watahę psów dingo i zapierające dech w piersiach widoki wzdłuż Great Ocean Road. Obiecaliśmy kangurom, że jeszcze wrócimy.

W Nepalu Krzysiek sprzątał po mnie skutki ciężkiego zatrucia, czym, mimo 8 lat wzajemnej troski, zdołał mnie rozczulić. Kiedy mdlałam po drodze do położonej 5416 m n.p.m himalajskiej przełęczy Thorong La, wciągnął mnie do schroniska. Poznaliśmy mężczyznę, który od 20 lat serwuje tam gorącą herbatę. Na koniec przerażeni patrzyliśmy w przepaść za oknem autobusu, którym zjeżdżaliśmy z gór.

Teraz jesteśmy z powrotem w domu, pełni dobrej energii i wiary w ludzi, ale też pokory. Doceniamy dostęp do służby zdrowia, edukacji, pracy. Wkurzamy się na przejawy ksenofobii i nacjonalizmu. Próbujemy pomóc ofiarom trzęsienia na indonezyjskiej wyspie Lombok. Na pewno jeszcze spakujemy plecaki, czeka przecież tyle fascynujących miejsc i ludzi. Póki co jednak jesteśmy tutaj, spokojni, gotowi założyć rodzinę i uczyć kolejne pokolenie ciekawości i miłości do tego co nowe i inne.

Joanna Kontowicz

Są podróże, które zmieniają Cie na zawsze

Lato 2005 roku. Studentka, szukam ze starszą siostrą wakacyjnej pracy. W Polsce upał i bezrobocie jak w republice podzwrotnikowej. Decydujemy się wyjechać do pracy za granicą. My i pół miliona Polaków.

Studiuję filologię francuską, więc namawiam siostrę na Paryż.

Znajdziemy pracę i zakwaterowanie w jakimś hotelu, przekonuję, kupując tanie bilety w jedną stronę. Mamy spacerować nad Sekwaną po zachodzie słońca, oglądać Sacré-C?ur z ulicy Laffitte jak Henry Miller i palić Gauloises w kawiarniach jak Picasso i Sartre.

Przed wyjazdem wysyłam nasze CV do kilkuset paryskich hoteli.

Żaden nie odpowiada. Poza słynnym Ritzem - dostajemy odmowę listownie, na eleganckiej papeterii. Otwieramy kopertę z drżeniem serca, jakby chodziło o stypendium na Sorbonie a nie pracę pokojówki. Znajdziemy coś na miejscu, mówię siostrze, pakując do plecaka ze stelażem starą grzałkę, sosy instant i kawę Prima.

Pierwszą noc w Paryżu spędzamy na metalowej ławce lotniska Orly-Sud. Kolejne 24 godziny - w budce telefonicznej. Dzwonię na ogłoszenia z lokalnej gazety, ale w weekendy Francuzi nie odbierają telefonów. W oczach siostry są łzy. To od upału, tłumaczy. Ja też kłamię w SMS-ie do rodziców: "Paryż jest piękny. Mamy mieszkanie".

Nocny portier w hotelu, do którego w końcu idziemy, patrzy na nasze wymięte, wschodnie buzie i zakurzone plecaki. Chyba myśli, że mamy w nich znaczki z Breżniewem i radziecki kawior na handel. Daje nam dużą zniżkę.

Następnego dnia szczęście się do nas uśmiecha - poznana na recepcji Polka ma do wynajęcia kawalerkę na dziesięć dni. Za pół darmo jak na paryskie standardy, ale za odpowiednik fortuny zaszytej w kieszeni mojej siostry.

Zamieszkujemy więc w mini-studio w eleganckiej kamiennicy przy placu Clichy. Kilka kroków na Montmartre i rzut francuskim beretem do szesnastej dzielnicy. Wychodząc rano wśród odrzewionych alei, czujemy się jak na planie Marii Antoniny. Wracając - jak w kopalni Germinal.

Gdzieś czytam, że paryskie metro pachnie kurzem i jaśminem. Nie wiem, bo z oszczędności wszędzie chodzimy na pieszo. Po całym dniu szukania pracy w hotelach i przydrożnych motelach, wracamy na ostatnich nogach do domu. I pustej dizajnerskiej lodówki - trzymamy w niej tylko wodę z kranu.

Po kolacji (zupka chińska lub ryż z Polski) często wychodzimy posiedzieć pod wieczornym niebem. Na placu Pigalle obserwujemy kolejki turystów do Moulin Rouge a na Polach Elizejskich Francuzki w kostiumach Chanel. Czasem idziemy do sklepu Monoprix i z najtańszym camembertem i bagietką idziemy nad brzeg Sekwany. Cała reszta jest za darmo - letnie powietrze, widoki na jasne paryskie niebo i nisko zawieszone mosty.

Z naszych starań o pracę nic nie wychodzi - hotelarze mają komplet, podrzędne bary i speluny też. Zwalniamy mieszkanie. W jednej knajpie - ostatnia szansa - mówią nam, żeby wrócić za dwa dni. To oznacza dwa noclegi w hotelu. Stać nas na jeden.

Pierwszą noc włóczymy się więc po Paryżu. O świcie idziemy do zabytkowego parku Monceau. Zasypiając pod śpiworem, ukołysana szumem fontanny, przypomina mi się, skąd znam ten park. To tutaj spaceruje francuska socjeta i wytworne damy z powieści Prousta. Budzi mnie przerażona siostra i … francuscy żandarmi. Młode dziewczyny a śpią jak kloszardki, kręci głową jeden z nich.

Za ostatnie pieniądze czekujemy się w zapyziałym hotelu, w którym rezydują prostytutki i rodziny imigrantów z Maghrebu. W toalecie na korytarzu zawieszka do papieru jest na łańcuchu. Samego papieru brak - wydaje go za opłatą stary Arab na recepcji, który pali i strzepuje popiół na dywan.

Obiecanej pracy i tak nie ma. Jedziemy - nareszcie metrem - na dworzec międzynarodowy. Siostra dostaje SMS-a od przyjaciółki z Cardiff: Jest praca, przyjeżdżajcie.

Najbliższy autokar do Polski odjeżdża następnego dnia. Ten do Londynu za 2 godziny. Patrzymy na siebie. Siostra ma wątpliwości, ale po krótkiej naradzie, 14 godzinach i przesiadce w Londynie, dojeżdżamy do stolicy Walii.

Szybko znajdujemy pracę - siostra w restauracji, a ja w fabryce czekolady. Przez sześć tygodni mieszkamy w domu z przyjaciółką siostry i ósemką innych młodych Polaków ?- ?z piekarzami, którzy spierają się o dynastię Tudorów, kelnerkami, które wertują w domu "konstytucyjne", i śmieciarzami, którzy czytają Wittgensteina.

Na pierwszą wypłatę patrzymy z niedowierzaniem. Wracamy do kraju nie tylko z pełniejszym portfelem. Umiemy skręcać turecki tytoń, doceniać fish & chips zawijane w gazetę i fakt posiadania dachu nad głową. Na lotnisku żegna moją siostrę młody Anglik. Miesiąc później odwiedza ją w Polsce. Ku rozczarowaniu mojej babci, nie nosi fraka i nie macza biszkoptów w afternoon tea. Za to robi najlepsze curry na świecie i ma świetne poczucie humoru.

Rok 2013. Jestem służbowo w Paryżu. Siostra przylatuje mnie odwiedzić z Cardiff. W kawiarni w widokiem na Sacré-Coeur dowiaduję się, że zostanę ciocią.

Karolina Mołda

Podróż sentymentalna z Mamą w roli głównej

Mama pochodzi z małej wioski w świętokrzyskim. Tam spędziła pierwsze 15 lat swojego życia. Później przeprowadziła się nad morze, do Międzyzdrojów i różne życiowe wybory i zakręty sprawiły, że w strony swojego dzieciństwa nie wracała. W świętokrzyskim została cała jej rodzina - wujkowie, ciocie, kuzynostwo. Kontakty pomału słabły, urywały się. Z czasem zamieniły się w opowieści które przekazywała nam, w kartki które znajdowala w skrzynce pocztowej na Wielkanoc czy Boże Narodzenie. Z nastaniem ery Facebooka udało się „złapać kontakt” z dalszą rodzina, z jej kuzynkami i kuzynami, które tak jak ona są już rodzicami, babciami, dziadkami; ze znajomymi ze szkoły podstawowej- cześć z nich tam została. Postanowiłyśmy więc w te wakacje wyruszyć tam, gdzie nie było jej kilkadziesiąt lat i odwiedzić te miejsca, w których się urodziła, chodziła do pierwszej szkoły, przeżywała pierwsze miłości, gdzie bawiła się z dzieciakami na trzepaku.

Wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę. Za organizację zabrałyśmy się miesiące przed wyjazdem i w miarę planowania okazywało się, ze jadąc w Świętokrzyskie mamy możliwość zatrzymywania się prawie we wszystkich województwach po drodze.Postanowiłyśmy z tego skorzystać. Przygotowując się mama"odgrzebała" stare albumy, wieczorami ja i moje dzieci słuchałyśmy jej opowieści o dzieciństwie i młodości i powiem Wam,że jej wnuki słuchały tego z większą ciekawością niż jakiejkolwiek innej bajki. Zarówno podczas przygotowań do podróży, jak i w jej trakcie dowiedziałam się bardzo wiele nowego o mojej mamie, usłyszałam opowieści, które pewnie pozostałyby zapomniane, gdyby nie ta nasza wyprawa. W jej trakcie byłam świadkiem łez wzruszenia, łez szczęścia. Czasem drętwych początków spotkań, które z każdą chwilą stawały się coraz bardziej śmiałe i serdeczne. Obserwowałam z boku, jak moja mama przypomina sobie miejsca, zdarzenia, ludzi. Jak jest nienasycona w rozmowach, spacerach. Jak mijając ludzi na uliczkach wsi rozpoznaje w nich starych znajomych. Jak z entuzjazmem pokazuje mi szkołę do której chodziła, miejsca, w których się bawiła, spacerowała, zakochiwała sie. Byłam wdzięczna za to, że dane jest mi w tym uczestniczyć. Ze mam okazję poznać osoby, dla niej ważne. I dzięki niej- zostałam ciepło przyjęta. Spotkałam ludzi w jej wieku, w moim wieku, w wieku moich dzieci. Nawiązałam dziesiątki nowych znajomości, myślę, ze część z nich ma szansę przerodzić się w prawdziwe przyjaźni. Mamy dalsze plany na rodzinne zjazdy, kolejne odwiedziny. Ten pomysł zaowocuje. I choć w tym roku byłam na egzotycznym Borneo, włóczyłam się ulicami Singapuru i Dubaju, podziwiałam Gruzję i Albanię to jednak ten wyjazd z Mamą był najważniejszy. Myślę, że żadna inna sytuacja nie dałaby nam szansy na takie zbliżenie się, zrozumienie. To był świetny pomysł. Dzięki za podróż Mamo.

Iwona S.

Bajkowe kozackie miasteczko

To był najgorszy lot w moim życiu. Z Pragi do Rostowa nad Donem, przy turbulencjach takich, że babuszki zawodziły modlitwy, a ludzie krzyczeli. Miałam lecieć przez Donieck, ale tydzień wcześniej separatyści zajęli lotnisko. W Rostowie, położonym 20km od granicy z Ukrainą, przy spokojnej nocy można było usłyszeć odgłosy wystrzałów. Mimo to uczelnia nie odwołała wyjazdu integracyjnego dla studentów rusycystyki i tym oto sposobem znalazłam się w samym środku sztormu, który ucichł dopiero po wylądowaniu.

Pierwszego wieczoru zrozumiałam, że koleżanki nie przyjechały by poznawać kulturę i tradycje, a żeby skorzystać z bajecznie niskiego kursu rubla. Ja nie miałam w walizce szpilek, sukienek i pełnej kosmetyczki. Miałam słownik, wygodne buty i płócienną torbę na zamek.

Rano byłam już przyjaciółką wszystkich tych, których poznałam poprzedniego wieczoru, gdy zamiast tańczyć w klubie spędziłam wieczór z hostelowymi gośćmi, próbując wyłapać choć kilka słów z ich rozmów. Siedziałam właśnie nad miseczką malin z ogrodu Aloszy, gdy do kuchni wszedł anglik studiujący na moim roku.

Wyglądał zabawnie, w długich włosach, okularach, koszuli w kratę na modłę rosyjską rozpiętą u góry. Był tu zaledwie dwa dni dłużej, a już zaopatrzył się w rzemyk z prawosławnym medalikiem, który podskakiwał na jego bladej piersi.

- Hi, I’m Dean! – wyciągnął do mnie rękę, uśmiechając się szeroko. - Byłaś już nad Donem? Mogę cię zaprowadzić.

Zgodziłam się na wspólne zwiedzanie trochę niepewnie, nie wiedząc, czy będziemy mieli o czym rozmawiać. A on skwitował to entuzjastycznym „great!” i zaczął bronić swojej mlecznej herbaty przed złośliwymi komentarzami.

Wydał mi się dziwny. Śmiesznie sympatyczny, chudy nerd, z poparzeniem słonecznym na nosie. Szczery i absolutnie nieprzepraszający za swój sposób bycia. Jego gadulstwo szybko zjednywało sobie ludzi, a gdy na chwilę wyszedł i wrócił z angielskimi ciasteczkami w puszce, cała sala była jego.

Śniadanie minęło nam w wesołym rozgardiaszu. Obcy studenci wzbudzali ogólne zainteresowanie i mieszkańcy hostelu chcieli nam opowiedzieć o Rosji, nie zważając na fakt, że nasz poziom rosyjskiego był, co tu dużo mówić, niski.

I tak po śniadaniu Dean i ja ruszyliśmy w kierunku promenady ciągnącej się wzdłuż szeroko rozlanego, spokojnego Donu, do którego z jednej strony przytulał się Rostów, a po drugiej migały dzikie plaże.

Po kilku minutach okazało się, że mamy o czym rozmawiać. Choćby dlatego, że oboje interesowaliśmy się sztuką, a liczne pomniki, które stały na skwerkach wzdłuż promenady rzadko kiedy miały plakietki z podpisami. Po kilku godzinach oboje byliśmy absolutnie zachwyceni Rosją. A gdy po wyjściu z muzeum usiedliśmy nad fontanną by wypić kefir, stało się jasne, że resztę wycieczki spędzimy w swoim towarzystwie.

Wycieczki, podczas której Dean będzie opowiadał o swojej dziewczynie, uhonorowanej skrzypaczce. A ja o moim narzeczonym, który został w Polsce. Gdzie któregoś dnia dostanę udaru słonecznego i Dean będzie musiał mnie zanieść do hostelu oraz że rozklekotaną marszrutką pojedziemy do bajkowego kozackiego miasteczka.

Po dwóch tygodniach byłam pewna, że po wakacjach nasze drogi ponownie się skrzyżują.

Przez kolejne dwa lata widziałam go raz, gdy minęliśmy się w drzwiach biblioteki.

*

Ponownie pojawił się w moim życiu dokładnie tak, jak zniknął – przypadkiem i zupełnie naturalnie.

Zaczynał się nasz ostatni rok studiów, więc zorganizowano wieczorek powitalny. Dean przywitał się ze mną tak, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi, po czym bezceremonialnie wprosił na kawę.

Ta pierwsza kawa zmieniła się w niezliczoną ilość imprez, godzin nauki w bibliotece i wystawieniem sztuki rosyjskiej. Rozmawialiśmy o jego złamanym sercu, które skrzypaczka zabrała ze sobą do Francji i o moim zbliżającym się weselu, na które Dean się wybierał. Potrafiliśmy zajadle dyskutować o polityce do wczesnych godzin porannych albo pokładać się ze śmiechu grając w gry planszowe.

Tym razem nie oddaliliśmy się od siebie, utrzymując kontakt nawet gdy nasze drogi coraz rzadziej się krzyżowały. Był prawdziwym przyjacielem, takim na dobre i na złe. Przekonałam się o tym, gdy mój świat legł w gruzach niecały rok po ślubie. Wtedy kolejny raz pojawił się przy mnie, jakby to było coś oczywistego.

*

Piszę te słowa w trasie, tak jak wielokrotnie pisałam do niego listy, które szukały go w Glasgow. Za oknem pociągu przelatuje szkocki krajobraz. Zaczynam wszystko na nowo i nie wiem, czy mężczyzna śpiący na moim ramieniu jest tym jedynym, czy znów nie będę zbierać roztrzaskanego serca. Wiem za to, że gdy jego długie włosy łaskoczą mnie w szyję, a oprawka okularów wbija się w ramię, nie mogę ukryć uśmiechu. Może naprzeciwko nas nie siedzi babuszka z torbami. Może przepełnione walizki przyjdzie mi wieźć z powrotem. Może kiedyś nasze drogi ponownie się rozejdą. Ale póki co nasza podróż trwa. Przeciągnęła nas przez całą Europę, rzuciła w kilka ślepych zaułków, pomieszała mapy i kilka razy zmieniła trasę. I z każdą stacją jest coraz piękniejsza.

Kaja Bronowska

Wachlarz charakterów

Właściwie to już nie pamiętam kto wpadł na ten szalony pomysł. Ja, będąca w trakcie mojego gap year, starająca się wycisnąć z niego maksimum, czy też Krysia, która chciała się choć na trochę oderwać od monotonii zwykłego życia? W każdym razie, po godzinach wirtualnych rozmów na linii Puławy – Łódź, zapadła decyzja – lecimy do Portugalii by z Cabo da Roca, najbardziej wysuniętego na zachód punktu lądowej części Europy wyruszyć w niespieszną podróż autostopem do Polski.

Wyposażone w kilogramy konserw, przewodniki, różowe karimaty oraz namiot z supermarketu wylądowałyśmy na lotnisku w Porto. Z myślą „jakoś to będzie”, ruszyłyśmy na pobliski parking i o dziwo po kilku minutach znalazłyśmy kierowcę, który zawiózł nas bezpośrednio do celu, czyli uroczego, niewielkiego miasteczka Agueda. Przy zwiedzaniu napchane do granic możliwości plecaki nieco ciążyły, ale obie po pierwszym stopie byłyśmy naładowane pozytywną energią. Jednak aby nasza wyprawa nabrała sensu, musiałyśmy ruszyć w stronę Cabo da Roca. Po kilku godzinach wylądowałyśmy na stacji benzynowej na peryferiach Lizbony. Zapadał już zmrok, a każda zaczepiona przez nas osoba jechała nie w tym kierunku co trzeba. Zaczęłyśmy nieco martwić się gdzie spędzimy noc. Przejazd podmiejskim autobusem poza miasto uznałyśmy za małą porażkę, ale nie miałyśmy wyboru. Niezdarnie rozbiłyśmy namiot gdzieś na pustej plaży, otworzyłyśmy butelkę wina i przygotowałyśmy się do spania. Gdy rano wyszłyśmy na zewnątrz, widoki mocno zrekompensowały nam nieprzespaną nockę. Było sennie i cicho, a naszą plażę otaczały niewielkie, kamieniste wzniesienia o które obijały się niespokojne fale Atlantyku.

Jeszcze tego samego dnia dotarłyśmy do Cabo da Roca. Mglisty krajobraz, dzikie wrzosowiska i bezkresny ocean wywarły na nas niesamowite wrażenie. Ciężko było ruszyć dalej. I tak było każdego kolejnego dnia. Plażowałyśmy na Algarve, zajadałyśmy się tapasami w Sewilii, zahaczyłyśmy o Gibraltar, odwiedziłyśmy znajomych w Madrycie… Uroki odwiedzanych miejsc i przepiękne widoki były przeplatane godzinami oczekiwań na wylotówkach i zamartwiania się o następny nocleg. A czasami zdarzało się, że spałyśmy w naprawdę dziwnych miejscach. Chociażby w przedsionku zamkniętego sklepu, gdzie empatyczny pracownik pozwolił nam rozłożyć swoje karimaty pod schodami. Kilka dni później swój namiot rozkładałyśmy na tarasie hiszpańskiej przydrożnej restauracji… Komfort naszej podróży z pewnością poprawiło kilka nocy spędzonych u znajomych Krysi w Sewilii i Madrycie. Wygodne łóżko i możliwość skorzystania z normalnej łazienki docenia się dopiero po ich stracie.

Wachlarz charakterów, z którymi miałyśmy do czynienia na trasie był niesamowity. W niektórych przypadkach bariera językowa nastręczała nieco trudności w komunikacji, ale po kilku dniach rozmówki na migi opanowałyśmy na tyle, żeby porozmawiać z Hiszpanami o szmuglowaniu narkotyków z Maroka i plantacjach czosnku w Andaluzji. Bo do auta wpuszczali nas zazwyczaj ludzie bardzo otwarci, ciekawi świata, chętni do rozmowy i opowieści o ich życiu codziennym. Przez nasze ręce przewinęło się dziesiątki zdjęć małych berbeci i żon kierowców, którzy z dumą opowiadali o swojej rodzinie. Dostałyśmy kilka zaproszeń na herbatę w przydrożnej knajpce, nauczyłyśmy się wielu przydatnych hiszpańskich i portugalskich słów. A my odwdzięczałyśmy się anegdotami o dalekiej Polsce. Każdy kojarzył Kraków, Lewandowskiego i pierogi, ale nie każdy dowierzał, że w zimę temperatura może tam spaść nawet do -15 stopni Celsjusza. Po przekroczeniu granicy hiszpańsko-francuskiej trafiłyśmy na naszego rodaka, cudownego pana Andrzeja, z którym w jego tirze pokonałyśmy setki kilometrów. Z kolei następnego Polaka spotkałyśmy niedaleko francuskiego Besançon. Pan Darek po tym jak usłyszał jak długo nie byłyśmy w domu, na postoju zrobił nam przepyszny żurek z polską kiełbasą i jajkami od szczęśliwych kur.

Przed podróżą, nie mogłyśmy doczekać się pięknych widoków, słońca i śródziemnomorskich doznań kulinarnych. I owszem, była to znacząca część naszej wycieczki, jednak najważniejszą rolę w tym wszystkim odegrali… ludzie. Każdy z tych, których napotkałyśmy na trasie dodał swoją małą cegiełkę do tego, aby ta podróż była jedną z najważniejszych w naszym życiu. Gdyby nie ci nieznajomi, to w pewnym sensie, w ogóle by się nie odbyła… Było to też swego rodzaju wyzwanie – całkowite zdanie się na innych i wyjście ze swojej własnej strefy komfortu. I każdy, kogo zżera monotonia życia, i kto za swoim korpobiurkiem po cichu marzy o czymś szalonym, powinien tego spróbować.

Natalia Gałązka

Udowodnić, że dam radę

Doskonale pamiętam ten dzień. Leżałyśmy sobie w parku, z głowami ułożonymi na naszych zbyt ciężkich, czystych jeszcze, pięćdziesięciokilogramowych plecakach i planowałyśmy wspólną podróż. Pod nowojorskim słońcem wszystko wydało nam się możliwe, słuszne, nieskomplikowane. Będąc w centrum Nowego Jorku, pijąc ulubioną coca-colę zero, w towarzystwie najlepszej przyjaciółki - nie ma miejsca na pytania typu „czy damy radę”, oczywiście, że damy. Mam taką nadzieję.

Pomysł na wspólną podróż po Stanach Zjednoczonych urodził się pod koniec kilkumiesięcznego pobytu w Hiszpanii, podczas którego wiedziałyśmy już, że chcemy więcej. Nie zastanawiając się więc długo, po załatwieniu wszystkich formalności, spakowałyśmy dwadzieścia trzy kilogramy kompletnie niepotrzebnych rzeczy i po kilku godzinach byłyśmy już w Central Parku w stanie Nowy Jork.

Nigdy nie zapomnę komentarzy osób, niekryjących się z kąśliwymi uwagami i wątpliwościami: „nie da sobie rady”, „jest zbyt nieśmiała”, „boi się wszystkiego”. Te natomiast, zamiast mnie zdemotywować i zniechęcić, dały mi niesamowitego kopa do działania. Wtedy już wiedziałam, że nie tylko chcę podróżować i poznawać świat, ale chcę też udowodnić innym, a przede wszystkim sobie, że mogę, że dam radę.

Wybór osoby, która ma być Twoim kompanem przez nieprzerwanie kilka miesięcy, która będzie na zmianę wcielać się w rolę przewodnika, gdy zgubisz drogę; powiernika, gdy zajdzie taka potrzeba; motywatora, gdy stracisz zapał i przyjaciela, ot tak, po prostu, nie zawsze jest łatwy. W moim przypadku natomiast, wybór ten był tak naturalny jak chodzenie czy oddychanie - bez wahania dokonałabym go ponownie.

Pośród tysięcy wieżowców sięgających aż do nieba, w Stanach Zjednoczonych szukałyśmy czystej natury i konkretnego, amerykańskiego klimatu, znanego nam tylko z programów i seriali telewizyjnych. Miałyśmy okazję stanąć pod słynnym znakiem „Hollywood” w Los Angeles, spojrzeć w ogromną przepaść Wielkiego Kanionu w stanie Arizona, spróbować prawdziwego teksańskiego BBQ, zagrać w największym kasynie w Las Vegas, zwiedzić Biały Dom w Waszyngtonie, imprezować do rana w Miami, czy spacerować po otoczonych palmami i rozśpiewanymi ludźmi uliczkach San Francisco. Nie to było dla nas jednak najważniejsze.

Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wszystkie te miejsca, choćby nie wiem jak były niesamowite i zapierające w piersiach dech, nigdy nie byłyby tak niezwykłe, gdyby nie ludzie, którzy w danych momentach stawali na naszej drodze. Na te kilka miesięcy zapomniałyśmy o tym, czym jest strach czy nieufność, wstawiając w ich miejsce odwagę i entuzjazm. Bardzo szybko zmiana ta zaowocowała nowymi przyjaźniami, z których większość utrzymywana jest aż do dziś. Duży wpływ odegrał Couchsurfing, dzięki któremu miałyśmy okazję zobaczyć wszystkie te miejsca z perspektywy ich mieszkańców. Warunki bywały różne: jednego dnia spałyśmy na trzydziestym piętrze na Manhattanie, z widokiem na cały Nowy Jork po przebudzeniu, drugiego dnia była to zwykła kanapa w salonie na obrzeżach miasta a trzeciego był to skrawek podłogi w garderobie. Każde z tych doświadczeń czegoś nas nauczyło. Pokazało czym jest prawdziwa dobroć drugiego człowieka, który nie mając wiele - pragnie dać wszystko co może, aby komuś pomóc; pozwoliło poznać różne kultury oraz nauczyło pokory, aby doceniać i być wdzięcznym za to, co w danym momencie posiadamy oraz to, kim jesteśmy. Pewnej nocy, nie mając dachu nad głową, włócząc się po San Francisco, napotkałyśmy na swej drodze wiele osób, większość z nich byli to ludzie bezdomni. Kto wcześniej by pomyślał, że mogą oni być ludźmi tak inteligentnymi i wrażliwymi na dobro innych? To wtedy uświadomiłam sobie jak wiele dobrych rzeczy mam w życiu: kochającą i wspierającą rodzinę, prawdziwych przyjaciół, możliwość aby podróżować po świecie, zdrowie, którego tak wielu ludziom brakuje, wykształcenie. W normalnych okolicznościach tak drobnych rzeczy się zazwyczaj nie docenia, a nawet nie zauważa, natomiast (na szczęście!) przychodzi w życiu taki moment, kiedy przestają one być rzeczami drobnymi, a zaczynają być tymi najważniejszymi. Wtedy właśnie zaczęły.

Ta podróż nauczyła mnie przede wszystkim odwagi. Odwagi by pokonywać trudności, podejmować się rzeczy z pozoru niemożliwych, wygrywać. Przez niemal cztery miesiące nauczyłam się słuchać siebie, realizować swoje pasje, czuć się dobrze zarówno sama ze sobą, jak i w towarzystwie innych, często kompletnie obcych mi ludzi. Uświadomiłam sobie jak wielką wartość stanowi przyjaźń oraz to, że można pokonać wszystkie swoje słabości, kiedy jest ktoś, kto daje prawdziwe oparcie i zrozumienie.

Cztery miesiące później, znów leżałyśmy w Central Parku, obok naszych, nieco lżejszych już i dużo brudniejszych, plecakach. Jesienny chłód próbował uderzać w nasze ciała - musiało mu być trudno, gdyż my obie nadal w środku czułyśmy lipcowe słońce. Tak jak by nic się nie zmieniło od tamtego momentu - a jednak zmieniło się wszystko. My się zmieniłyśmy. Dałyśmy radę. 

Paulina Bagrowska

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.