Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Podroż zaczęłam od lotu z Warszawy do Frankfurtu. I był to jedyny raz, poza wylotem z Mediolanu, kiedy zdecydowałam się wsiąść do samolotu. Dalszą trasę przez Niemcy, Szwajcarię i Włochy przejechałam pociągami. W ciągu trzech dni zwiedziłam 10 miast, chociaż spokojnie mogłabym więcej. Tym bardziej, że kartę Interrail kupuje się na określoną ilość dni bez limitu przejazdów, ale o niej za chwilę.

Nigdy nie pomyślałabym, że Niemcy trafią kiedyś na listę moich ulubionych kierunków do zwiedzania. Do tej pory kojarzyły mi się raczej tylko z festiwalem Oktoberfest, którego uczestnicy wypijają łącznie jakieś 5 milionów litrów piwa i z tłustym Wurstem – tradycyjną, niemiecką kiełbasą. Sprawdzam, czy tylko mnie. Niemcy mieszczą się wprawdzie w pierwszej dziesiątce krajów, do których Polacy jeżdżą najczęściej, ale to ciągle raptem 5 procent z nas. A szkoda. Ci, którzy nie byli, nie wiedzą, co tracą.

Dzień 1 Z Kolonii wzdłuż Renu do Heidelbergu

Trasa z Kolonii do Heidelbergu zajmuje około 2 i pół godziny. I oznacza początek zwiedzania. Z łagodnych, zielonych wzniesień pociąg zagłębia się w coraz mocniej zarośnięte, zalesione tereny. I tak dołącza do jednej z najdłuższych rzek w Europie, Renu i płynie razem z nią na południe. Nieopodal miasteczka Sankt Goarshausena mija skałę Loreley usytuowaną nad brzegiem rzeki w jej najwęższym miejscu, z którą związane są liczne legendy.

Nieopodal Sankt Goarshausena pociąg mija się skałę Loreley usytuowaną nad brzegiem Renu w jego najwęższym miejscuNieopodal Sankt Goarshausena pociąg mija się skałę Loreley usytuowaną nad brzegiem Renu w jego najwęższym miejscu Paula Szewczyk

Wedle jednej z nich pod wysoką na 120 metrów górą zakopany jest skarb mitycznych karłów Nibelungów, rozsławionych przez Ryszarda Wagnera w jego dziele życia „Pierścieniu Nibelunga”. Inna opowieść mówi o młodziutkiej Niemce Lorelei, która zdradzona przez kochanka, z rozpaczy rzuca się ze skał w nurt rzeki, do świata wraca pod postacią syreny, zwodzi okolicznych rybaków, rozbijających przez nieuwagę swoje statki o zbocze ostrej skały.

Po drodze za oknami podziwiać można liczne niemieckie zamki i przez dolinę Reńską dojechać do  stacji pierwszej - Heidelbergu.

Tam czeka jeden z najsłynniejszych i najbardziej romantycznych zamków w kraju, położony na zboczu góry Königstuhl Heidelberger Schloss. Dziś to w zasadzie zapierające dech gotycko-renesansowe ruiny otoczone wielkim ogrodem. Wzmianki o budowli pochodzą już z XIII wieku, ale dopiero w na przełomie XVI i XVII zyskała sławę, zamieniając się z zamku obronnego w reprezentatywną rezydencję. Dziś Heidelberger Schloss jest symbolem niemieckiego romantyzmu, inspiracji szukał tu sam Johann Wolfgang Goethe, największy twórca epoki. Nic dziwnego, że tak wiele par decyduje się na ślubną sesję właśnie tu, z widokiem na piękny ogród Hortus Palatinus, który jest równie popularnym punktem dla mieszkańców i turystów, jak warszawskie Łazienki. Nic jednak nie równa się z widokiem z najwyższego punktu ogrodu rozciągającego się na rzekę Neckar i całe stare, i nowe miasto, otulone z lewej strony Czarnym Lasem - Schwarzwaldem.

Nic nie równa się z widokiem z najwyższego punktu ogrodu Heidelberger Schloss rozciągającego się na rzekę Neckar i całe stare, i nowe miasto, otulone z lewej strony Schwarzwaldem - Czarnym LasemNic nie równa się z widokiem z najwyższego punktu ogrodu Heidelberger Schloss rozciągającego się na rzekę Neckar i całe stare, i nowe miasto, otulone z lewej strony Schwarzwaldem - Czarnym Lasem Paula Szewczyk

Wśród krętych, ciasnych uliczek znajdzie się jeszcze coś dla fanów wina. Na zamku znajduje się największa na świecie beczka, mogąca zmieścić aż 221 726 litrów napoju! Większość turystów po zwiedzaniu ruin i ogrodów decyduje się jeszcze na spacer długimi schodami prowadzącymi wprost na Stary Most łączący dwie strony miasta, z którego da się uchwycić w obiektywie cały ogród i ruiny. Z mostu najlepiej udać się w stronę starówki, gdzie na spragnionych i głodnych czeka mnóstwo klimatycznych restauracji, a jak, z lokalnym piwem i wurstem.

Dzień 2 Z Heidelbergu przez Schwarzwald do Konstancji

Po nocy spędzonej w Heidelbergu czas na podróż drugą - Gengenbach. Miasteczko dobre dla romantyków. Wąskie, kręte uliczki, XVIII-wieczny ratusz z 24. oknami symbolizującymi adwentowe oczekiwanie na Boże Narodzenie. Wokół mnóstwo starych, ale dziś pięknie odrestaurowanych domów i wieże wartownicze na każdym rogu Starego Miasta. W chatkach, które cofają w czasie o dwa stulecia, mieszka raptem 11 tysięcy mieszkańców. Cisza, spokój, życie w wersji slow. Nie ma lepszej atmosfery, żeby napić się dobrego, niemieckiego wina. A te produkowane w rejonie Baden-Württemberg są jednymi z najlepszych w kraju. To właśnie w tym rejonie uprawie winogron klimat sprzyja najbardziej, a temperatury bywają zbliżone do tych śródziemnomorskich.

Na degustację udać się można do położonej tuż przy starówce Vinothek der Weinmanufaktur Gengenbach „Von Bender“. To tam nauczyłam się, że nie muszę znać konkretnej nazwy szczepu, żeby zamówić takie wino, jakie lubię najbardziej. Obsługa pomaga dobrać smak za pomocą kilku karteczek w różnych kolorach. Żółte, zielone i pomarańczowe to lekkość i delikatność, zwykle wybierane przy winach białych, czerwień i brąz pasują do wyrazistego smaku czerwonych. Czarna i szara kartka oznaczają przyprawy, goździki, kardamon czy cynamon. W nowoczesnym, ale przytulnym wnętrzu „Von Bender” cierpliwa obsługa pomaga wybrać nie tylko wino, ale i przekąski. Mięso, sery i warzywa tylko od lokalnych dostawców.

CZYTAJ TAKŻE: Martyna Wojciechowska: Żyję podróżą, która jest przede mną

Najedzona i napojona wsiadam w pociąg do stacji trzeciej - Triberg. Koniecznie chcę zobaczyć fabrykę zegarów „Uhrenwelt Hubert Herr” przy Hauptstraße 8. To tam w małym warsztacie w sercu Schwarzwaldu zaczęto produkować znane na całym świecie zegary z kukułką. Są ich setki. Drewniane, ręcznie rzeźbione, skromne i wystawne. Całe ściany zapełnione tykającymi maszynami robionymi do dziś z tą samą dokładnością i precyzją, co na początku XIX wieku. Trudno po zwiedzaniu fabryki pozbyć się z głowy „kuku-kuku” dźwięku, ale poznać ludzi, którzy wkładają całe serce w wyprodukowanie kolejnego zegara, który trafi w ręce nowego właściciela gdzieś w Europie lub za oceanami, bezcenne (ponoć największy rynek zbytu „Uhrenwelt Hubert Herr” mają właśnie w Stanach Zjednoczonych).

Czas na miejsce czwarte - Konstancję. Pociąg wjeżdża już w górskie tereny. Po drodze co rusz zaskakuje kolejna dolina z niewielkimi wodospadami. Ma się wrażenie, że Schwarzwald się nie kończy. Klimat jak z magicznej powieści. Patrzę za okno i nie dziwię się, że las inspirował braci Grimm do ich najmroczniejszych baśni.

Do Konstancji z Tribergu jedzie się tylko półtorej godziny. To ostatnie miasto niemieckie przed granicą ze Szwajcarią.

Dworzec kolejowy oddalony jest od niej raptem 500 metrów! Położony tuż nad Jeziorem Bodeńskim daje wrażenie, że pociąg wjedzie wprost do wody. To ona stanowi naturalną granicę trzech krajów, Niemiec, Szwajcarii i Austrii. A jezioro jest jednym z najczystszych na świecie. Przy niedużej głębokości przy brzegu spokojnie można zobaczyć dno. Od czasu oczyszczenia akwenu, wodę pitną czerpie z niego aż 4,5 miliona ludzi! A przy tym ten zielono-błękitny kolor. Przez chwilę zapomina się, że to przecież ciągle tak blisko Polski.

Konstancja miała szczęście. Leżała na szlaku handlowym z Włochami, mogła się prężnie rozwijać i bogacić. Nie ma dziś nad jeziorem Bodeńskim większego miasta. To na jej terenie w 1418 roku wybrano papieża. Wybór ten oznaczał koniec wielkiej schizmy zachodniej, było to jedyne konklawe zorganizowane na północ od Alp i stanowiło światową sensację. Chociaż w historię miasta wpisało się też niechlubne spalenie na stosie reformatora kościoła, czeskiego bohatera narodowego, Jana Husa. W czasie II wojny światowej Konstancja jako jedno z niewielu miast okolicy nie zostało zniszczone. I tu los się do niej uśmiechnął. Położona była przecież tuż przy neutralnej w konflikcie Szwajcarii.

Ponoć dziś Konstancja jest wypadowym kierunkiem na zakupy. Zastanowiło mnie, dlaczego w liczącym ledwie 80 tys. mieszkańców mieście, tylko na jednej ulicy było kilkanaście zakładów fryzjerskich i salonów kosmetycznych. Właśnie dlatego, że jest na nie popyt, a klientami są głównie chcący trochę zaoszczędzić Szwajcarzy.

Najlepszym widokiem w mieście jest ten przy starym dworcu kolejowym, dziś przerobionym na pensjonat i restaurację Konzil, w której można zjeść dania powstałe na bazie przepisów sprzed 600 lat!

Dzień 3 Z Konstancji do Lucerny i pod górę Pilatus

Zanim odjedzie pociąg do Lucerny, nie można przegapić podróży statkiem po Jeziorze Bodeńskim. Piątym punktem na trasie jest wyspa Mainau, zwana też wyspą kwiatów. Trudno o bardziej trafione określenie, jej teren jest bowiem jednym wielkim ogrodem, odwiedzanym rocznie przez średnio milion turystów! Kwitną tu kwiaty z całego świata, o każdym kolorze i kształcie. Miłośnicy motyli mogą podejrzeć ich setki w specjalnie przygotowanym do tego miejscu. Na głodnych czeka ogromna, ale klimatyczna restauracja Schwedenschenke. I chociaż kelnerzy przynoszą tu dania pod krawatem, są skłonni do żartów. W tej luźnej atmosferze można już tylko rozkoszować się widokiem kwiatów. Prom z Konstancji płynie na Mainau kilkanaście minut, mniej więcej co pół godziny. Wyspa dostępna jest dla zwiedzających od wschodu do zachodu słońca przez 365 dni w roku.

Wyspa Mainau na Jeziorze Bodeńskim zwana jest wyspą kwiatów. To jeden wielki ogród odwiedzany rocznie przez milion turystówWyspa Mainau na Jeziorze Bodeńskim zwana jest wyspą kwiatów. To jeden wielki ogród odwiedzany rocznie przez milion turystów Paula Szewczyk

By dojechać do Lucerny z Konstancji trzeba przesiąść się w Zurychu. Można zwiedzić i to miasto, ale celowo omijam je w myśl zasady: bez tłoku, bez pośpiechu i bez korków. Trasa zajmuje raptem półtorej godziny, z czego mieszkańcy Konstancji są niezwykle dumni. „Od nas wszędzie jest blisko! Zurych, Bazylea, Strasburg, średnio dwie godziny drogi” - zachwalają w rozmowach.

Lucerna (stacja szósta) robi niesamowite wrażenie. Położona na zachodnim brzegu Jeziora Czterech Kantonów stała się jednym z najszybciej rozwijających się miast Szwajcarii. Osadę założono jeszcze w VIII wieku przy klasztorze benedyktynów. To tu znajduje się Kapellbrücke - Most Klasztorny, najstarszy most drewniany w Europie - rok budowy 1333. Niecałe 30 lat temu na nieszczęście mieszkańców, spłonął. Udało się go odbudować w dawnym kształcie, pozostawiając mu rolę wizytówki miasta. Tuż za nim jest jeszcze Most Młyński - Spreuerbrücke zbudowany niecały wiek później ze słynnymi przedstawieniami tańczącej z ludźmi śmierci. 

W Lucernie znajduje się Kapellbrücke - Most Klasztorny, najstarszy most drewniany w Europie - rok budowy 1333W Lucernie znajduje się Kapellbrücke - Most Klasztorny, najstarszy most drewniany w Europie - rok budowy 1333 Paula Szewczyk

Lucerna przewagę nad innymi miastami Szwajcarii zyskuje nie tylko swoją historią, ale położeniem. To stąd rozciąga się widok na górę Pilatus, z której wedle legendy zrzucono zwłoki Poncjusza Piłata. Szczyt uważany był z tego względu za przeklęty, Piłat miał w każdy Wielki Piątek ukazywać się wędrownym z rękoma we krwi, prosząc o pomoc w zmyciu z siebie winy za śmierć Chrystusa. Przez lata obowiązywał zakaz wspinania się na wysoką na 2132 metry górę.

Na wolących pozostać na ziemi czeka w Lucernie Muzeum Picassa i Muzeum Wagnera.

Dzień 4  Z Lucerny do Engelberg

Czas na Alpy! Siódmy na kolejowej mapie jest Engelberg, słynny ośrodek sportów zimowych, na świecie znany z faktu, że znajduje się tu Gross-Titlis-Schanze - skocznia narciarska, na której rok w rok odbywają się konkursy Pucharu Świata. 

43 minuty. Tyle jedzie się do Engelberg z Lucerny, tym samym tylko tyle zajmuje przeniesienie się z miasta na wysokość tysiąca metrów, bo mniej więcej na takiej wysokości usytuowane jest miasteczko. A można być jeszcze wyżej. Wystarczy piechotą ze stacji kolejowej udać się w kierunku kolejki linowej, która zabiera prosto na szczyt Brunni - 1860 metrów i rozkoszować się widokiem, jakiego można Szwajcarom pozazdrościć. Słońce, czyste, rześkiej powietrze i cisza, którą zakłóca jedynie dźwięk pasących się spokojnie alpejskich krów. Widok dosłownie jak z reklamy czekolady, z taką różnicą, że zwierzęta nie są fioletowe.

Na szczycie Brunni można sprawić mała przyjemność dla umysłu i ciała, chociaż wcale nie jest to takie proste. Polega na zdjęciu butów i skarpetek, i bosym przejściu wokół niewielkiego jeziora Härzlisee. Otoczone jest barierkami, przy których stoją płytkie na głębokość stopy czasem kolana korytka, a w nich: lodowata loda, błoto, liście, piasek, lodowata woda jeszcze raz, drobne kamienie, większe kamienie, łagodne i ostre, szyszki, drewniane wióry, lodowata woda i tak na zmianę aż dojdzie się do punktu startu. Po co to wszystko? Jak to, żeby zbliżyć się do natury. Przy okazji zahartować ciało i ducha. Nie wszyscy moi towarzysze zdobyli się na tę odwagę, niektórzy dopiero widząc frajdę innych, dołączali do wędrówki, jeden przewrócił się i wpadł do wody po pas.

Schodziliśmy z góry w mokrych nogawkach i boso. Ale nie było nikogo, kto by się po tym doświadczeniu nie uśmiechał.

Przed zejściem z powrotem do doliny trzeba przygotować się na jakieś dwie godziny marszu - warto najpierw zajrzeć na obiad do Brunnihütte, która jak to w górach, nie jest typową restauracją z obsługą, a raczej stołówką dla spragnionych wędrowców. Kto nie chciałby zjeść tradycyjnego szwajcarskiego obiadu w alpejskiej chacie z widokiem na przykrywający górę Titlis lodowiec, górujący nad miastem na wysokości 3238 metrów? A jeśli ma być tradycyjnie, to tylko Rösti. To taki duży na całą patelnię placek, jak nasze placki ziemniaczane, z grubo startych ziemniaków, ale zamiast śmietany posypany i zapieczony serem, przykryty na wierzchu, wedle uznania, jajkiem sadzonym lub kiełbasą.

43 minuty. Tyle jedzie się do Engelberg z Lucerny, tym samym tylko tyle zajmuje przeniesienie się z miasta na wysokość tysiąca metrów43 minuty. Tyle jedzie się do Engelberg z Lucerny, tym samym tylko tyle zajmuje przeniesienie się z miasta na wysokość tysiąca metrów Paula Szewczyk

Nie mogę nie wspomnieć jeszcze o małej kawiarni Roastery Engelberg usytuowanej już w miasteczku po drodze na dworzec, do której kieruje nas zapach świeżo-mielonej kawy. Prowadzi ją przesympatyczne rodzeństwo, Szwedzi Sophia i Oscar, którzy przyjechali do Szwajcarii na chwilę, ale jak to bywa w życiu, zostali na stałe. Dziś kuszą kawą paloną na miejscu z ziaren przywożonych przez nich samych z Kenii czy Etiopii, tworzą własne smaki mieszanki, i jak zapaleńcy, wiedzą o kawowym interesie wszystko.

Dzień 5 Z Lucerny do Ospizio Bernina

Po całym dniu w Engelbergu lepiej ze względów logistycznych udać się na jeszcze jedną noc do Lucerny i stamtąd w dalszą drogę. Z rana małe wyzwanie, trasa do ósmego punktu na mapie, miejscowości Ospizio Bernina wymaga trzech przesiadek. Ale nie ma co narzekać, bo gwarantuje jedne z najbardziej spektakularnych górskich widoków na całym kontynencie, niektórzy uznają ją za najpiękniejszą na świecie. Przekonuje do tego fakt, że wiadukt na trasie Chur-St. Moritz został równo dziesięć lat temu wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Pociąg Bernina Express wije się między górami jak wąż. Mija łącznie prawie 200 mostów, wjeżdża aż do 55 wąskich tuneli.

Wiadukt na trasie Chur-St. Moritz został równo dziesięć lat temu wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCOWiadukt na trasie Chur-St. Moritz został równo dziesięć lat temu wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO Interrail

To właśnie tu odpowiadam sobie na pytanie, dlaczego pociąg. Bo sprawia, że podróż sama w sobie jest zwiedzaniem. Widoki za oknem bywają spektakularne. Bernina Express ma nawet specjalne wagony zaprojektowane do robienia zdjęć. Zamiast miejsc do siedzenia są w nich tylko stanowiska do fotografowania z przeznaczonymi do tego dużymi, przesuwanymi szybami. W czasie jazdy obsługa zmienia się w przewodników, opowiadających, jakie zabytki pojawią się na trasie, a maszyniści celowo zwalniają bieg, by zdążyć się im przyjrzeć.

Nie ma drugiego dworca w Europie, który znajdowałby się tak wysoko w górach - pociąg w miejscowości Ospizio Bernina zatrzymuje się 2253 metrze i to tuż na jeziorem Lago Bianco położonym u podnóża Alp. Tu góry, mimo że jest środek lata, pokryte są czysto białym śniegiem. Śnieg mija się także w drodze do oddalonego o kilkaset metrów pensjonatu Bernina Hospiz utrzymanego w typowo górskim klimacie, przypominającym wypoczynkowe domki w Zakopanym. Obsługa mówi tu już tylko po włosku, w końcu to tuż przy włoskiej granicy, nieopodal kantonu Ticino. Nie jest też niespodzianką, że zamiast kuchni szwajcarskiej zjeść można tu już tylko klasyczne pasty i gnocchi.

Pociąg w miejscowości Ospizio Bernina zatrzymuje się 2253 metrze i to tuż na jeziorem Lago Bianco położonym u podnóża AlpPociąg w miejscowości Ospizio Bernina zatrzymuje się 2253 metrze i to tuż na jeziorem Lago Bianco położonym u podnóża Alp Paula Szewczyk

Dzień 6 Z Ospizio Berniny do Mediolanu

Udając się z Ospizio Berniny na południe można dojechać już tylko do Włoch. Pociąg pędzi na średniej wysokości 2000 tys. metrów. Po drodze wodospady, mniejsze i większe, skarpy, urwiska, szczyty łagodne i te strome. Trudno uwierzyć, że natura w jednym miejscu może być tak różnorodna. Trasa do granicy w takim klimacie zaskakiwania zajmuje kilkadziesiąt minut. Pociąg do pierwszej większej miejscowości dojeżdża w około 1,5 godziny. W Tirano jeszcze przesiadka i drugie tyle do celu.

Po dziewiąte Lecco. To miasteczko w Lombardii liczące raptem 45 tysięcy mieszkańców. Bajeczna, niewielka starówka otoczona szpiczastymi Alpami. Temperatura i powietrze akuratne dla tych, którzy źle znoszą upały, ale daleko im do fanów jesiennego chłody. Tu jest wszystko. Słońce, lekki wiatr, zabytkowe, barwne włoskie uliczki i natura otaczająca miast z czterech stron - do wyboru góry albo jezioro di Como, albo i to i to. Stąd można wybrać się właściwie w dowolnym kierunku Włoch.

Jak działa Interrail?

Mediolan - 40 minut jazdy pociągiem, Werona niecałe 2 godziny, podobnie Turyn. Do Bolonii raptem w dwie i pół. Po drodze można zatrzymać się i przesiadać dowolną ilość razy.

O ile ma się bilet Interrail. Jak działa? To karta, dzięki której można podróżować właściwie po całej Europie (30 krajów), wykupywana na określoną ilość dni, bez określania ilości i częstotliwości podróży, jakie planujemy odbyć. Przykładowo, żeby zwiedzić całe Niemcy, Belgię i Francję przez 10 dni bez martwienia się o bilety trzeba zapłacić 269 Euro. Podobnie przy podróży bez limitu przez Francję, Hiszpanię i Portugalię. Dotyczy to tylko osób między 28 a 60 rokiem życia. Wszyscy, którzy nie ukończyli 27 lat zapłacą tylko 200 euro. Im więcej osób w podróży, tym taniej.

Jedyne, o czym trzeb pamiętać przy bilecie o Interrail, to ręczne wpisywanie rubryczek z kolejnym miastem do odwiedzenia. Kartę dostaję się pustą i to od nas zależy, w którą stronę się udamy. A kontrolerzy i kontrolerki nie bywają w tej kwestii łaskawi. Nieuzupełniony bilet kończy się mandatem. Szkoda byłoby zepsuć sobie zapominalstwem podróż, jeszcze zanim ta na dobre się zaczęła.

Ceny i połączenia można porównać TUTAJ. Interrail działa też w Polsce. Więcej szczegółów na stronie PKP Intercity.

CZYTAJ TAKŻE: Tych rzeczy nie wiedziałeś o Islandii. "Zaskoczyły mnie baseny, to ile ich jest i jaką pełnią funkcję"

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.