Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kitesurfing

– Dla początkujących z wielu względów najlepsza będzie Zatoka Pucka – radzi Katarzyna Jaklewicz, kitesurferka i organizatorka obozów kitesurfingowych dla kobiet "Dziewczyny, które kochają kitesurfing". Dlaczego akurat to miejsce? – Po pierwsze, woda jest płytka. Można wejść 500 m w głąb zatoki i dalej mieć wodę do pasa. Łatwiej, zwłaszcza na początku nauki, kontrolować latawiec, w razie czego można stanąć na dnie. Po drugie, to ogromny akwen. Nawet jeśli latem jest tłoczono, wystarczy odpłynąć na głębszą wodę, by znaleźć dla siebie dość miejsca. Po trzecie, woda jest płaska i nie ma fal, dzięki czemu łatwiej się uczyć. I wreszcie dno jest gładkie, nie ma jeżowców, rafy, kamieni. Można pływać bez butów, nie obawiając się, że coś wbije się w nogę – mówi Katarzyna.

Zaletą Zatoki Puckiej jest też dogodne położenie - z wielu miast w Polsce można dojechać w parę godzin. Jedynym minusem może być brak gwarancji wietrznej pogody. Ale i z tym można sobie poradzić. Wiele osób jeździ na tzw. prognozę. Sprawdzają prognozę wiatrową np. na portalu windguru.cz i jeśli widzą, że będzie wiać, pakują się i wyjeżdżają na weekend.

Fot. Monika Mraczek

Gdy możemy pozwolić sobie na dłuższy wyjazd, np. tygodniowy, warto pomyśleć o Egipcie. – Tamtejsza Al Dżuna to moje drugie ulubione miejsce – mówi Katarzyna. – W Egipcie jest gwarancja ciepła, są dobre statystyki wiatrowe, które w najlepszych momentach wynoszą 70-80 proc., jest stosunkowo niedaleko (lot trwa niecałe cztery godziny) oraz jest bardzo dobry stosunek ceny do jakości. Tam także mamy płytką i płaską wodę. Duże znaczenie ma też jakość samej bazy, a polska Red Sea Zone w Al Dżunie jest pod tym względem na najwyższym poziomie: mnóstwo sprzętu świetnej jakości, łódka ratunkowa na stałe na wodzie, beachboye’ pomagający wystartować i wylądować, kompresory do pompowania latawców. To wszystko wpływa na komfort pływania. Poza tym w Al Dżunie jest masa alternatywnych rozrywek – wake park z czterema wyciągami, tor gokartowy, pole golfowe, nieopodal piękne miejsca do nurkowania. Jest tam co robić nawet, gdy nie wieje.

CZYTAJ TAKŻE: Zza biurka na deskę. Kitesurfing to nie jest sport tylko dla młodych ludzi

Slackline

Chodzenie po taśmie, czyli slackline nie musi być sportem ekstremalnym, ale może. Bezpieczny będzie, gdy taśmę rozepniemy w ogródku lub parku. Ryzykowny – gdy na szczycie budynku lub skałach i wówczas będziemy mówić o highlinie.

Przygodę ze slacklinem najlepiej zacząć nie więcej niż pół metra nad ziemią, tak żeby w każdej chwili móc zeskoczyć z taśmy. Na drzewach w odległości maksymalnie 10 metrów, rozpiąć taśmę o szerokości ok. 2,5 cm. Dobrze jeśli pod nogami mamy miękkie podłoże, trawę lub piasek, oczyszczone z szyszek, kamieni, patyków. Wchodzić na taśmę zaczynamy od brzegu, nie od środka. Przy drzewie taśma jest mocniej napięta, dzięki czemu łatwiej będzie utrzymać równowagę, o drzewo zawsze też można się oprzeć. Gdy wejdziemy na taśmę, nie patrzmy pod nogi. Skupmy wzrok na jednym punkcie, np. na przeciwległym drzewie.

Fot. Archiwum prywatne

Slacklinu można się uczyć od bardziej doświadczonych. – O kursach póki co nie słyszałem, ale w wielu większych miastach w Polsce prężnie działają społeczności slacklinerów. Są bardzo otwarte na nowe osoby, można do nich dołączyć na Facebooku i przyjść na spotkanie bez sprzętu czy przygotowania – mówi Michał Foryst, członek Slackline Warszawa, grupy, która co tydzień w niedzielę spotyka się na Polu Mokotowskim.

– Naukę można też zacząć od festiwalu highlinowego, prawie zawsze organizowane są tam zajęcia dla początkujących – mówi Michał. Festiwale highlinowe w Polsce to Urban Highline Festival, który odbywa się w Lublinie w ramach Carnaval Sztukmistrzów oraz Highline Days w Warszawie. – Jeżeli chodzi o miejsca, w których można rozpiąć taśmę na wysokości, to obecnie najpopularniejsza jest Jura Krakowsko-Częstochowska. Teoretycznie taśmy można rozpiąć wszędzie, wszystko jest kwestią bezpieczeństwa, czyli możliwości budowy bezpiecznych stanowisk pod zawieszenie taśmy oraz pozwoleń, np. właściciela budynku lub parku krajobrazowego, czy rezerwatu przyrody – tłumaczy Michał.

Downhill

W Polsce do najpopularniejszych miejsc, gdzie uprawia się downhill należą w Bielsku-Białej Enduro Trails na Szyndzielni, w Międzybrodziu Żywieckim Góra Żar i w województwie małopolskim Kasina Wielka. Amatorzy i profesjonaliści jeżdżą też w Zawoi na Mosornym Groniu, w Wiśle na Stożku i w Zakopanym na Harendzie, ale jak mówi Anna Sojka, sześciokrotna Mistrzyni Polski w DH i czterokrotna Mistrzyni Polski w Enduro, te ostatnie obiekty albo są jeszcze w budowie, albo mają słabiej rozwiniętą infrastrukturę. Sporo dobrze przygotowanych tras zjazdowych jest też u naszych sąsiadów na południu – w Czechach i na Słowacji.

Od czego zacząć przygotowania do zjazdu rowerowego? Od sprzętu. Jeżeli mamy rower górski, lepiej skorzystać z wypożyczalni. Rower górski może bardzo utrudniać naukę downhillu, dodatkowo jest duże prawdopodobieństwo, że zniszczymy rower i zrobimy sobie krzywdę. W wypożyczalni sprzętu można też zaopatrzyć się w kask, ochraniacze i zbroję.

Jeżeli mamy rower zjazdowy, własny lub wypożyczony, potrzebujemy wyciągu, rowerzyści wykorzystują te, z których zimą korzystają narciarze i snowboardziści. – Nie ma frajdy z podjeżdżania na ciężkim rowerze. Zmęczymy się tylko przed tym, co najważniejsze, czyli zjazdem – mówi Anna i dodaje, że dobry wyciąg to taki, na którym można liczyć na pomoc obsługi. – Zajęcie miejsca na krzesełku z rowerem może być trudniejsze niż się wydaje. Fajnie, jeśli ktoś poda nam rękę. Warto też sprawdzić, czy dany wyciąg oferuje karnety dla zjazdowców oraz dostępność tras dla początkujących. 

Wszystkie trasy są zwykle opisane i oznaczone kolorami. Te dla amatorów są często tak dobrze przygotowane, że spokojnie można się wybrać całą ekipą lub rodziną, nawet kiedy w tym sporcie zdobywa się pierwsze szlify. – W internecie jest mnóstwo filmików, które pokazują trasy. Ale uwaga - kamera spłaszcza obraz i wygładza podłoże, dlatego polecam zaczynać od naprawdę prostych tras, bo wtedy łatwiej skupić się na wyczuciu roweru, a nie myśleć: stąd się nawet nie da zejść, a co dopiero zjechać!

Pytlarczyk Foto

Dobrze jeśli przy obiekcie jest też serwis. Kwestie sprzętowe mogą nas przerosnąć i zepsuć dobrą zabawę. W takim miejscu powinna być dostępna myjka rowerowa, która przyda się, po zjeździe w błocie, a także bar lub dodatkowe atrakcje dla dzieci.

Oprócz roweru zjazdowego, możemy pokusisz się jeszcze o rower enduro, który jest lżejszy, więc da się na nim podjechać pod górę. Kto chce spróbować takiej jazdy, niech wybierze się na Enduro Trails w Bielsku-Białej lub na Srebrną Górę na Dolnym Śląsku.

Dostępnych jest coraz więcej szkółek zjazdowych, warto z nich korzystać, bo naprawdę dużo można się w nich nauczyć. – Wbrew pozorom jazda w dół jest całkiem inna niż jazda po płaskim, a kilka trików pozwoli nam jeździć szybciej i bezpieczniej – mówi Anna. Choć początki, i to dotyczy wszystkich sportach ekstremalnych, zwykle będą wiązać się z upadkami, zadrapaniami i siniakami.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.