Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pana ojciec jest stuprocentowym mediolańczykiem, a mama?

Pochodzi z Piemontu. Ojciec się śmieje, że to po niej mam tę część, która jest spokojna, nigdzie się nie spieszy. Mediolańczycy zawsze gdzieś gnają, są zaabsorbowani swoją robotą, chcą się rozwijać, przez co mogą sprawiać wrażenie zimnych, choć mają wielkie serce i są bardzo serdeczni.

Tata był notariuszem, mama pracowała w zakładach przemysłowych Innocenti, gdzie produkowano samochody i słynne na całym świecie skutery Lambretta. Była tam kadrową.

To ojciec zaraził mnie miłością do Mediolanu. Uważa, że nie ma drugiego miasta z takim charakterem. Poza tym wszystko, co kocha najbardziej na świecie, jest tutaj: rodzina, przyjaciele, praca. Kiedy opowiada o Mediolanie, błyszczą mu oczy. Czasem złośliwie nazywa mnie turystą. Nabija się, że wszędzie chodzę z aparatem na szyi i namiętnie fotografuję różne atrakcje, "jak Japończycy". Ale jeśli chce się promować miasto, to nieuniknione.

Kiedy myśli pan: "Mediolan", co pan czuje?

Bardzo trudno wyrazić to tak, żeby nie zabrzmiało wzniośle… Wielu postrzega nas jako wyrachowanych, powierzchownych ludzi, którzy są zainteresowani wyłącznie karierą, przyszłością i nie mają szacunku dla historii - tak się interpretuje na przykład przebudowę nowych części miasta. Ale to krzywdzący stereotyp, z którym walczę.

Dlatego zaczął pan prowadzić bloga Po Prostu Mediolan?

Dokładnie tak. Chcę uświadomić tym, którzy Mediolanu nie znają, czym tak naprawdę jest to miasto, jacy są jego mieszkańcy.

Pokazać, że Mediolan to nie tylko Katedra, Galeria Wiktora Emanuela II i La Scala, żelazne punkty w każdym przewodniku. A przede wszystkim, że Mediolan ma duszę.

Kiedy zamieszczam na blogu zdjęcia Łuku Pokoju z mijającym go tramwajem albo fotografię przedstawiającą gondoliera płynącego po Navigli, tak naprawdę dzielę się z ludźmi poematem na temat tego miasta. Pokazuję oblicze Mediolanu, które dla wielu jest zaskakujące. Wiem to, bo dostaję dużo takich maili: "A gdzie to jest? Czy to Wenecja? Rimini?", "Nie wierzę, że to Mediolan!". Za każdym razem, kiedy publikuję zdjęcia z miejskich parków, reakcje są podobne. Nie dowierzają zwykle ci, którym Mediolan kojarzy się wyłącznie z betonem, korkami, hałasem.

Bloga zacząłem prowadzić dwa lata temu. Jestem wolnym strzelcem, współpracuję z wieloma lokalnymi i krajowymi redakcjami, dla których codziennie fotografuję różne wydarzenia w Mediolanie. Ostatnio zrobiłem fotoreportaż o zespołach alpinistów pracujących na wysokościach. Znam to miasto na wylot, widziałem je i pod ziemią, i z lotu ptaka, i z dziedzińców zamkniętych klasztorów. Po każdym zleceniu zostawały mi setki, tysiące niewykorzystanych zdjęć. Żal mi się zrobiło tego materiału, więc postanowiłem, że będę się nim dzielić z szerszą publicznością.

Ile osób zagląda w tej chwili na pana bloga?

Ponad 20 tysięcy dziennie. Zachód słońca, niecodzienny widok, jak na przykład gondolier prowadzący łódź po kanale w Mediolanie, przyciągają nawet 50 tysięcy osób. Codziennie publikuję od 10 do 20 nowych zdjęć, opisuję okoliczności, w jakich zostały zrobione. Robię to głównie w nocy, po tym jak skończę swoją codzienną robotę. Od jakiegoś czasu śpię góra trzy-cztery godziny. Blog cały czas się rozrasta. Dostaję po 200, 300 maili dziennie i staram się na wszystkie odpowiedzieć osobiście, chociażby: "Dziękuję. Pozdrawiam serdecznie". Mam 49 lat i czuję się jak superman, ale jeśli nic się nie zmieni, to nie wiem, czy długo tak pociągnę.

Z jakimi pytaniami zwracają się do pana ludzie?

Niektórzy piszą tylko, aby podziękować, że pokazałem im nowe oblicze Mediolanu, albo żeby powiedzieć, iż podobają się im moje zdjęcia. Ale inni proszą o szczegółowe wskazówki: jak gdzieś dojechać, co zobaczyć, gdzie najlepiej karmią. Są i tacy, którzy pytają mnie o techniczne porady odnośnie do robienia zdjęć. I te maile wymagają dużo dłuższej odpowiedzi i namysłu, są czasochłonne.

CZYTAJ TAKŻE: Najpiękniejsze białe wydmy na świecie znajdują się w Wietnamie

Co na to pana żona?

Uważa, że mi odbiło (śmiech).

Moja żona jest nauczycielką matematyki. Ja jestem artystyczną duszą naszej rodziny, ona jest racjonalną jej częścią. Tak naprawdę cieszy się, że robię to, co kocham, że sprawia mi to przyjemność, mimo że finansowo nic z tego nie mam. Nie spodziewałem się, że ten blog odniesie taki sukces. W ogóle nie miałem tego w planach. Sukces nie jest czymś, co leży w mojej naturze, więc muszę się zastanowić, co dalej. Mam różne oferty, od biura promocji miasta, od agencji turystycznych, ale konsekwentnie odmawiam. Chcę pozostać niezależny, żeby móc być dalej wiarygodnym dla swoich czytelników. Na kompromisy to ja mogę chodzić w swojej pracy zarobkowej.

Co się stało z domem w Navigli, w którym się pan wychował?

Mieszkaliśmy tam razem z moimi dziadkami. Kiedy miałem 10 lat, rodzice postanowili się wyprowadzić. Przenieśliśmy się w okolice dzisiejszego CityLife. Tęskniłem, ale byłem też podekscytowany zmianą, poza tym mogłem odwiedzać dziadków i przyjaciół, kiedy chciałem. Wielu z nich została wioślarzami, pływają po kanałach, obsługują turystów.

Po śmierci dziadków, jakieś 10 lat temu, rodzice sprzedali mieszkanie w Navigli. Żałuję, że nie zdecydowałem się go wtedy kupić, dziś nie byłoby mnie na nie stać. Za każdym razem, kiedy przed nim staję, wyrzucam sobie: "Dlaczego, Andrea, dlaczego tego nie zrobiłeś?". Przyjeżdżam tu regularnie raz w tygodniu. Ciągle mnie coś tu wzywa.

Zamieszkał pan tutaj, gdy miał dwa latka. Co było wcześniej?

Byłem w domu dziecka. Powiedziałem pani, że moja mama była kadrową, ale tak naprawdę mam dwie matki. Pierwsza urodziła mnie nad jeziorem Como, a po porodzie zostawiła mnie w szpitalu. Myślę o niej ciepło, ale nigdy jej nie szukałem. Nie miałem potrzeby dowiedzieć się, kim jest.

W sierocińcu przebywałem do drugiego roku życia, kiedy adoptowali mnie moi mediolańscy rodzice. Uratowali mi życie, mam wobec nich ogromny dług wdzięczności. Dali mi miłość i poczucie bezpieczeństwa, które pozwoliły mi zakochać się w życiu. Dzięki nim uważam, że problemy życia codziennego to w gruncie rzeczy błahostki. Porzucone dziecko, ciężka choroba, samotność, śmierć ukochanej osoby - to są realne problemy, a nie korki, konflikty w pracy czy zazdrość. To nie ma znaczenia.

Pana miłość do Mediolanu to hołd złożony rodzicom?

Zdecydowanie. Robiąc to, co robię, w pewnym sensie oddaję im to, co sam dostałem. Miłość w ogóle. Nie tylko do tego miasta.

Rodzice wciąż żyją?

Tak. Mają prawie 90 lat.

Widzieli pana bloga?

Nie. Oni są z innej epoki. Ojciec otrzymał klasyczną edukację. Słucha tylko muzyki poważnej, kocha operę, czyta mnóstwo klasycznej literatury, uwielbia Manzoniego! Kiedy próbowałem rodzicom wyjaśnić, czym jest Facebook, patrzyli na mnie jak na wariata. Ojciec jest zdegustowany tym, że można tak odsłaniać swoją prywatność. Ale pokazuję rodzicom zdjęcia. I kiedy ojciec nazywa mnie turystą, to wiem, że tak naprawdę jest ze mnie dumny i że ceni to, co robię.

Nie chciał, żeby poszedł pan w jego ślady?

Nigdy nie wywierał na mnie presji. Studiowałem języki: angielski i niemiecki. Po studiach zostałem dziennikarzem, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że nie podoba mi się, jak inni ilustrują moje teksty. 10 lat temu nauczyłem się fotografować. Jestem samoukiem.

Sprawy techniczne nie są trudne. Najtrudniejsze jest zrobienie zdjęcia w taki sposób, żeby były w nim emocje.

Paradoksem jest, że mieszka pan pod Mediolanem.

Mieszkam na wsi, 40 minut samochodem od centrum. I cierpię! Żartuję. Moja żona pochodzi spod Mediolanu, więc przeprowadziłem się tam dla niej. Naturalna kolej rzeczy, żadne poświęcenie.

Naprawdę pan nie cierpi?

No dobra. Trochę cierpię. I tak jestem w Mediolanie codziennie, na wsi tylko śpię. Chyba nie ma znaczenia, gdzie się śpi? Czy Nowy Jork, czy Londyn, po prostu się śpi. Ale poważnie: od jakiegoś czasu rozmawiam z żoną o tym, żebyśmy za jakieś 10 lat zamieszkali w Mediolanie. Nasza córka pójdzie wtedy na studia, usamodzielni się. Moja żona łatwo znajdzie pracę w szkole w mieście.

I co ona to?

"10 lat to szmat czasu. Pogadamy w 2028 roku". Żona należy do kategorii ludzi, którzy uważają, że Mediolan jest brzydki, zakorkowany i chaotyczny.

Czyli mezalians?

(Śmiech) Pracuję nad nią.

***

Arco Della Pace (Łuk Pokoju)

Arco dell PaceArco dell Pace Andrea Cherchi

Jest położony w dzielnicy Porta Sempione, jednej z centrów mediolańskiego życia nocnego. W okolicy pełno jest barów, kawiarni i klubów. Nieopodal swoje siedziby mają największe stacje radiowe oraz publiczna telewizja RAI. Budowa łuku rozpoczęła się w 1807 roku, jeszcze pod rządami Napoleona. To tu rozpoczynała się droga prowadząca z Mediolanu, przez Alpy, aż do Paryża. Główna aleja, która od niego odchodzi - Corso Sempione - za kilka lat rozmachem ma przypominać paryskie Pola Elizejskie, z eleganckimi latarniami i sklepami. Za łukiem, w parku Sempione można odpocząć, zwiedzić akwarium albo popularne muzeum sztuki i designu La Triennale.

Andrea: "Łuk Pokoju najlepiej odzwierciedla moją filozofię życia. Uważam, że zostaliśmy stworzeni do miłości, wzajemnej życzliwości i pokoju. Nie jestem wierzący, nie wywieszam flag z pacyfką na balkonie ani nie paraduję w koszulkach z napisem: »Pokój i miłość«. Po prostu staram się codziennie żyć w tym duchu. Mam nadzieję, że widać to w moich zdjęciach. Często słyszę, że jest w nich coś pozytywnego, ciepłego, i chętnie się nimi dzielę. Można je sobie do woli pobierać z mojej strony albo z profilu na Facebooku. Nie roszczę sobie do nich żadnych praw. To, co robię, robię dla wszystkich.

Na Corso Sempione jestem praktycznie codziennie i nie zliczę, ile razy uchwyciłem mój ulubiony kadr: w tle łuk, a na pierwszym planie sunący tramwaj, obok autobus.

W swoich archiwach mam setki różnych wersji tego zdjęcia, z każdej pory roku".

Citylife

CitylifeCitylife Andrea Cherchi

Zwany jest największym przedsięwzięciem architektoniczno-urbanistycznym ostatnich lat w Mediolanie. Biurowce i budynki mieszkalne zaprojektowali tu m.in.: Zaha Hadid, Arata Isozaki oraz Daniel Libeskind. W skład kompleksu wchodzą przestronny park (ponad połowa powierzchni CityLife) i ekskluzywna galeria handlowa, kończy się budowa nowoczesnego, całkowicie ekologicznego przedszkola. CityLife jest wyposażone w najbardziej zaawansowane systemy wykorzystujące alternatywne źródła energii. Jest też największym obszarem w Mediolanie, dokąd samochody nie mają wstępu. Powstało w miejsce mediolańskiego centrum wystawiennictwa z 1920 roku. Żeby zrobić miejsce pod nowy projekt, wyburzono 20 starych hal targowych, a 120 drzew przesadzono do miejskich parków.

Andrea: "Zagraniczni blogerzy, którzy piszą o CityLife, mają trochę problem z tą częścią miasta. Nie wiedzą, co o niej sądzić. Narzekają, że trudno tu dojechać, choć w okolicy jest kilka stacji metra, chociażby Tre Torri i Buonarotti. Nie rozumieją, po co mieliby się tu zapuszczać, poza tym, żeby obejrzeć budynki zaprojektowane przez stararchitektów. Ja sam też w sumie nie mam wyrobionego zdania, choć uwielbiam tu przyjeżdżać. Nie jestem w tym osamotniony - mediolańskie rodziny przyjeżdżają tu na spacer, piknik, młodzi na randki. Pewnie za pięć, dziesięć lat będę umiał odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak mi się tu podoba. CityLife to nie tylko park, biurowce i ekskluzywne bloki mieszkalne, ale także wyzwanie dla nowych form sztuki. Artyści stawiają tu swoje rzeźby, malują graffiti, fontanny zyskują nowe zdobienia. Niektórzy mediolańczycy twierdzą, że ta nowoczesna sztuka ich razi. Mnie tu ciągnie do tego stopnia, że w przyszłości chciałbym zamieszkać w pobliżu".

Bosco Vericale

Bosco VerticaleBosco Verticale Andrea Cherchi

Dwa ekologiczne budynki mieszkalne zaprojektowane przez słynnego włoskiego architekta Stefano Boeriego

Andrea: "Postrzegam Bosco Verticale jako dar od Stefano Boeriego dla ukochanego miasta i jego mieszkańców, prawdziwe dzieło sztuki. Chętnie bym go za to uściskał.

Bloki nie są ogrodzone, nie ma tu biletów wstępu, ochrony. Na wysokości parteru są ogólnodostępny skwer i plac zabaw. Są też ławki, na których można przysiąść, poczytać książkę. Rodziny z małymi dziećmi przyjeżdżają tu z innych dzielnic w niedzielę spędzić parę wolnych godzin, turyści przychodzą odpocząć.

Oczywiście mieszkania w Bosco są drogie. Stać na nie nielicznych: biznesmenów, piłkarzy, popularnych muzyków, ale przestrzeń jest otwarta. Wszyscy są zaproszeni. Rozmawiałem z kilkorgiem mieszkańców i ta przystępność bardzo ich cieszy, a nie złości. Są z niej wręcz dumni.

Dla wielu osób, które bywają tu okazjonalnie, przelotem, Mediolan to tylko chaos przestrzenny, korki i smog. Zawsze im powtarzam: »Jeśli tak uważacie, to znaczy, że w ogóle tego miasta nie znacie«. Mediolan to metropolia, mieszka w nim prawie 1,5 miliona ludzi, ale jest w nim mnóstwo cichych, zielonych, nawet romantycznych miejsc. Nie można oceniać miasta o siódmej rano w dzień powszedni na głównej arterii ani gdy się stoi w dwugodzinnej kolejce do największej atrakcji turystycznej, czyli w przypadku Mediolanu, do Duomo - katedry. To, co najbardziej szkodzi temu miastu, to uprzedzenia".

Navigli

NavigliNavigli Andrea Cherchi

Mediolańskie kanały i Darsena, port, w którym spotykają się dwa kanały: Naviglio Pavese i Naviglio Grande

Darsena była kiedyś ruchliwym miejscem przeładunkowym transportu wodnego. Dzisiaj, po rewitalizacji, jest pulsującym centrum Navigli, dzielnicy pełnej restauracji, barów, osterii. W weekendy odbywają się tu targi żywności, staroci. To także centrum sportów wodnych. Można tu wynająć kajak, łódkę, przepłynąć się statkiem pasażerskim, a nawet gondolą, zupełnie jak w Wenecji.

Andrea: "Dawno temu Mediolan był miastem położonym na wodzie. Otaczały go liczne kanały, które wgryzały się w miasto. Dziś zostało ich ledwie kilka, choć słyszałem, że istnieje miejski projekt rekonstrukcji starych kanałów.

Navigli to bezsprzecznie moje ukochane miejsce. Stąd pochodzą moi dziadkowie, tutaj mieszkali moi rodzice, wujostwo, kuzyni. Tu spędziłem dzieciństwo od drugiego do 10. roku życia. Navigli były wtedy bardziej swojskie, rodzinne. Mieszkaliśmy w casa di ringhiera, typowej mediolańskiej kamienicy, gdzie do mieszkań wchodzi się ze wspólnego balkonu. Drzwi pozostawały otwarte całą dobę. Bez przerwy odwiedzaliśmy się z kolegami, kuzynami. Na dziedzińcu graliśmy w piłkę, biesiadowaliśmy z sąsiadami. Wszyscy sobie pomagali: oddawali sobie drobne przysługi, załatwiali sprawy za miastem, pilnowali dzieci. Te czasy już, niestety, minęły. Jeszcze w latach 40., 50. w kanałach można było popływać, kobiety robiły pranie. W latach 70., 80. nie wolno nam już się było w nich kąpać, ale ciągle bawiliśmy się nad wodą. Brzegi nie były jeszcze uregulowane.

Ojciec urwałby mi głowę, gdybym wrzucił do kanału papierek. Dzisiaj, niestety, robią to nie tylko dzieci. Pojawiła się też nowa zabawa: topienie miejskich rowerów. Znajomy, który regularnie czyści kanały ze śmieci, wyciąga po dziesięć takich rowerów dziennie.

Po rewitalizacji Navigli stały się atrakcją turystyczną. Otwarto nowe restauracje i kawiarnie, zbudowano promenadę. Ale wielu turystów nadal nie ma o tym miejscu pojęcia, choć trudno o dzielnicę z porównywalną atmosferą. Tu jest życie. La vita. I chociaż ceny mieszkań znacznie wzrosły, a niektórym rdzennym mieszkańcom nie podoba się ta nowa twarz dzielnicy, to panuje tu względna harmonia. Po kanałach pływają stare łódki i nowoczesne kajaki, a elegancka kamienica sąsiaduje z ośrodkiem dla uchodźców. Mają identyczny widok na wodę.

Wciąż mieszkają tu moi znajomi z dzieciństwa i wciąż istnieje tu najlepsza restauracja na świecie - Trattoria Milanese, w której mój wuj przez kilkadziesiąt lat w każdą niedzielę jadał świąteczny obiad z rodziną. Serwują tu najlepszy kotlet po mediolańsku".

Wieżowiec Palazzo Lombardia

Wieżowiec Palazzo LombardiaWieżowiec Palazzo Lombardia Andrea Cherchi

161 metrów wysokości, 39 pięter, siedziba główna rządu regionu Lombardii

Co niedziela otwiera swoje podwoje dla turystów, żeby z ostatniego piętra mogli podziwiać panoramiczny widok na cały Mediolan.

Andrea: "Mimo że młody (powstał w 2010 roku), już stał się ikoną miasta. Za każdym razem tutaj czuję się jak król Mediolanu, a to marzenie każdego mediolańczyka - być królem tego miasta choćby przez jeden dzień.

Rozpiera mnie duma, kiedy na nie stąd patrzę. Jeszcze 20 lat temu okolice Palazzo Lombardia to była tak zwana zła dzielnica. »Jeśli zamierzasz wybrać się do Varesine, uważaj na siebie! - przestrzegali mnie rodzice. - Najlepiej, nie jedź w ogóle!«. Nie lubili, kiedy się tu zapuszczałem. Centrum dzielnicy stanowiło wesołe miasteczko. Wokół kręciły się podejrzane typy, można było dostać w zęby, zostać okradzionym. A dziś? Znajdujemy się w jednym z najwyższych drapaczy chmur we Włoszech, naprzeciwko stoi ikoniczny już Bosco Verticale (Pionowy Las), obok mamy plac Gae Aulenti - kolejny symbol nowoczesnego Mediolanu, a nieopodal stoi 230-metrowy wieżowiec UniCredit, w tej chwili lider wśród włoskich wysokościowców. Świadczą o metamorfozie, jaką przechodzi miasto. Ale kamienice z dawnego Varesine wciąż tu stoją. Stare współżyje z nowym, zamożne z mniej zamożnym. To charakterystyczna cecha Mediolanu. Jest demokratyczny.

Widzi pani ten szary, niski budynek z płaskim dachem ukryty pomiędzy wieżowcami? To dworzec Porta Garibaldi, perełka z lat 60. Kiedy studiowałem, wydawało mi się, iż świadczy o tym, że Mediolan osiągnął szczyt swojego architektonicznego potencjału. Początek XXI w. pokazał, jak bardzo się myliłem".

Cimtero Monumentale, (czyli mediolańskie Powązki)

Cimitero MonumantaleCimitero Monumantale Andrea Cherchi

Jeden z dwóch największych cmentarzy, zwany muzeum pod gołym niebem, pełen jest zabytkowych, finezyjnych nagrobków, sarkofagów i pomników wykonanych przez najwybitniejszych rzeźbiarzy. Nekropolię w XIX w. zaprojektował architekt Carlo Maciachini. Główne wejście prowadzi przez Famedio, dziedziniec, na którym pochowano zasłużonych obywateli, m.in. Alessandro Manzoniego, pisarza, Aldę Merini, poetkę, czy Giorgio Gabera, piosenkarza. Imponujące grobowce mają tu także znakomite rody z północnych Włoch.

Andrea: "Zawsze kiedy tu jestem, pierwsze kroki kieruję do grobowca Alessandro Manzoniego, wybitnego pisarza okresu romantyzmu. Manzoni to człowiek Mediolanu, tu żył i tu zmarł. Jego najbardziej znanym dziełem jest powieść »Narzeczeni«. Opowiada historię zakochanych Renzo i Lucii, którzy nie mogą się pobrać ze względu na hiszpańskiego pana - don Rodrigo. »Narzeczeni" to lektura szkolna. Katują nią przez całą szkołę i potem i »Narzeczonych«, i Manzoniego szczerze się nienawidzi, ale kiedy się dorasta i czyta tę książkę na nowo, dopiero okazuje się, jaka jest wspaniała. »Romeo i Julia" się do niej nie umywa".

Plac Gae Aulenti

Plac Gae AulentiPlac Gae Aulenti Andrea Cherchi

Tak jak plac Duomo, przy którym stoi słynna mediolańska katedra, jest historycznym sercem Mediolanu, tak plac Gae Aulenti stanowi centrum nowoczesnej metropolii, która cały czas się rozbudowuje i zmienia. Nazwa placu zaprojektowanego przez Argentyńczyka Césara Pellego jest hołdem złożonym włoskiej architekt i dekoratorce wnętrz Gae Aulenti, która zmarła w 2012 roku. Wokół placu usytuowane są kawiarenki, pasaże handlowe, a na środku znajduje się w fontanna, którą w upalne lato dzieci traktują jak basen. Plac przykryty jest panelami słonecznymi wytwarzającymi energię dla przylegających do niego biurowców.

Andrea: "Tuż obok Gae Aulenti powstaje w tej chwili jeden z najważniejszych parków publicznych w Mediolanie zwany Biblioteką Drzew (Biblioteca degli Alberi). Zostanie otwarty jesienią. W parku posadzono różne gatunki roślin z całego świata, stąd jego nazwa. Dokładnie w tym miejscu kiedyś znajdował się owiany złą sławą lunapark".

CZYTAJ TAKŻE: "Daleko jeszcze"? Czyli jak przetrwać rodzinną podróż z dziećmi

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.