Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jako dzieci byłyśmy skryte. W końcu miałyśmy siebie, nie potrzebowałyśmy tak bardzo innych ludzi. Nie zaczęłyśmy podróżować, bo byłyśmy otwarte. Na odwrót: to podróże nauczyły nas otwartości wobec ludzi – mówią BLIŹNIACZKI Z TWINSONTOUR.

„Znacie ten typ postaci, którą wszyscy postrzegają jako uroczą niezdarę, nieustannie wpadającą we wszelkiego typu tarapaty? To właśnie ja. Wystarczy tylko odjąć przymiotnik »urocza«” – pisała kiedyś o sobie KAROLINA PONZO. – Zawsze mi się wydawało, że komu jak komu, ale mnie to na pewno nic w życiu nie wyjdzie – mówi. – Długo trwało, zanim zrozumiałam, że taka filozofia doprowadzi mnie donikąd.

– Kiedyś pracowałam na etacie. Po pracy gotowałam obiad i sprzątałam. Wydaje mi się, że to było nie pięć, ale 25 lat temu. Jakbym miała takie życie przed życiem, przed tym prawdziwym – mówi ANIA SKURA, AUTORKA BLOGA WHATANNAWEARS. – Czytelniczki często do mnie piszą: „Gdyby nie dzieci, nie kredyt, wyjechałabym na drugi koniec świata i zmieniła swoje życie”. To nieprawda.

Bliźniaczki dookoła świata

– Nasz duet zawsze zwraca uwagę, niezależnie od kraju. Życzliwą.

Mają 26 lat i wyglądają niemal identycznie. Wychowały się w Nisku na Podkarpaciu, studiowały w Krakowie, ale dzisiaj Kasia pracuje jako inżynier w elektrowni w Opolu, a Karolina jest projektantką produktu w Trójmieście. Podróżują razem, żeby się spotkać.

Kasia: – Przez całe dzieciństwo byłyśmy razem. Mieszkałyśmy w jednym pokoju, chodziłyśmy do jednej klasy. Wiadomo, kłóciłyśmy się bez przerwy o jakieś duperele. Kiedy trochę od siebie odpoczęłyśmy, gdzieś tak na drugim, trzecim roku studiów, obie zauważyłyśmy, jak bardzo siebie potrzebujemy.

Karolina: – Im jestem starsza, tym mocniej czuję, że bardziej mi zależy na pogłębianiu relacji z bliskimi niż na zawieraniu nowych znajomości. A najbliższa ze wszystkich ludzi na świecie jest Kasia. Zawsze najbardziej tęsknię za nią. Inne rozłąki jakoś da się znieść.

Ich pierwsza wspólna podróż, w 2010 roku, jeszcze na studiach, to była podróż do Francji, gdzie mieszka ich starszy brat. Zaraz potem pojechały autostopem do Budapesztu. Złapały bakcyla. Kiedy Karolina dostała stypendium i wyjechała na pół roku do Hiszpanii, a potem do Peru, Kasia do niej dojeżdżała.

Przez pierwszą część wakacji pracowały jako kelnerki albo hostessy, a potem ruszały w drogę – po Europie, a potem coraz dalej. Autostopem, tanimi lotami, z CouchSurfingiem.

Karolina: – Podobne jesteśmy tylko z wyglądu. Kasia jest dynamiczna, działa jak tornado, ja idę powoli, małymi krokami, Kasia ma umysł ścisły, ja – humanistyczny. Kłócimy się często, ale trzy minuty później się godzimy. Nie ma chyba rzeczy, która mogłaby nas skłócić naprawdę.

Na pomysł wspólnego bloga wpadła trzy lata temu Kasia podczas samotnej wyprawy do Czarnej Afryki.

– Bardzo mnie ciągnęło do Afryki, Karolinę mniej. Pierwsze dni samotności były straszne, ale to właśnie z tego wyjazdu przywiozłam najwięcej wrażeń. Wróciłam z poczuciem siły, tego, że jestem w stanie sobie w każdej sytuacji poradzić. Wtedy też wymyśliłam, żeby opowiedzieć na blogu o naszych wspólnych podróżach. Na początku był pamiętnikiem dla przyjaciół.

Gdy zasmakowałam podróży, chciałam wyruszać coraz częściej i dalej. Dlatego z redaktorki i marketingowca przekwalifikowałam się na product designera i pracuję zdalnie. Kupiłam już bilet w jedną stronę na Karaiby – w październiku rozpoczynam podróż dookoła świata! Mam nadzieję, że Kasia dołączy do mnie na którymś etapie wyprawy, bo długo bez niej nie wytrzymam.

Dziecko patrzy na słonia

– Ja zamiłowania do podróży na pewno nie wyniosłam z domu – mówi Karolina Ponzo. – Pochodzę z Kaszub, z bardzo konserwatywnej rodziny, z miejscowości Wielki Klincz, nomen omen. Tysiąc mieszkańców, zero podróżników. Pamiętam, jak olbrzymim stresem była dla mnie jazda tramwajem, kiedy pierwszy raz sama wybrałam się do Gdańska, jak mocno biło mi serce, kiedy wsiadałam do SKM-ki! Mój tata nigdy nie leciał samolotem, nigdy nie wsiadł na statek. Powiedział mi kiedyś: „Jeśli kiedyś przeprowadzisz się poza Europę, to ja cię nigdy nie odwiedzę”. I ja mu wierzę, bo wiem, ile było walk, zanim rodzice przyjechali na mój ślub do Francji. Samochodem oczywiście, nie samolotem. Trochę bałam się ich reakcji na widok naszych przyjaciół, wśród których byli i muzułmanie, i Hindusi, i geje – ale bez znajomości języka i po kilku butelkach wina dogadali się nieźle.

Moi rodzice są religijni i zachowawczy. Oboje są prawnikami. Mnie widzieli w zawodzie nauczycielki – łatwa praca (ich zdaniem), długie wakacje, blisko domu. A ja marzyłam o podróżach. Szybko okazało się, że mam zdecydowanie bardziej liberalne poglądy od nich, ale w moim otoczeniu nie miałam nikogo, kto by myślał tak jak ja. Jako nastolatka kłóciłam się, złościłam, imprezowałam. Jeszcze ze trzy lata temu, gdy przywiozłam Anthony’ego, mojego męża, ciotka nie omieszkała mu oznajmić ze śmiechem: „Dzikiego konia nie ujarzmisz!”.

Wyprowadziłam się na studia – filologię angielską – do Bydgoszczy, ale tam zaliczyłam toksyczny związek, jeden z tych, które nigdy nie powinny się wydarzyć. Przeszłam więc na studia zaoczne do Gdańska i wróciłam do rodziców, żeby podreperować się psychicznie. Zdobyłam dotacje unijne i w Kościerzynie otworzyłam biuro podróży. Szło beznadziejnie. Całymi dniami nikt się nie pojawiał. Siedziałam więc przed komputerem, nienawidziłam swojej pracy, swojego życia i siebie.

Pewnego dnia zobaczyłam, że jest promocja na loty do Barcelony, 34 zł w obie strony, i kupiłam bilety. Taki impuls. Znalazłam stronę CouchSurfingu i pojechałam. Chłopak, u którego nocowałam w Barcelonie, był pierwszym człowiekiem, który mnie nie wyśmiał, kiedy mu wyznałam, że chciałabym podróżować i zarabiać na blogu. Ludzie, których tam poznałam, zaprosili mnie do Budapesztu i Izraela, potem do Amsterdamu. I tak to się zaczęło nakręcać. Zamknęłam firmę i wyruszyłam. Najpierw zrobiłam El Camino – szlak świętego Jakuba, 800 km piechotą przez Pireneje – a potem jechałam dalej i dalej, autostopem przez Hiszpanię, Portugalię do Maroka.

Początkowo czułam się strasznie. Ale miałam już kupione bilety powrotne z Maroka, dwa miesiące później. Musiałam jakoś przeżyć. Pieniędzy starczało mi na bagietkę, serek i butelkę wody. Ale powoli, powoli wyciszałam się. Siadywałam z tą bagietką gdzieś na schodkach i samo bycie tam napawało mnie dziwnym szczęściem. Razem ze mną wędrowało mnóstwo ludzi, w tym wielu niewierzących, którzy próbowali się poskładać. Ja byłam wtedy właśnie taką osobą. Musiałam się odbudować.

O tej podróży napisałam na blogu, który prowadziłam już od kilku lat, ale nie bardzo wiedziałam, o czym to ma być. Teraz nagle ludzie jakby utożsamili się ze mną. Pojawiły się nowe zaproszenia, nowe możliwości. Jedna z czytelniczek zaprosiła mnie do Londynu. „Hej, jeśli potrzebujesz kasy na dalsze podróże, wpadnij do mnie, załatwię ci pracę, zarobisz”. Pojechałam i pierwszego dnia pracy jako kelnerka poznałam męża, który był wtedy szefem baru.

Wyruszyliśmy razem w podróż po Azji. Po pół roku, w Indiach, odkryłam, że jestem w ciąży. Była trudna, musiałam dużo leżeć, więc pojechaliśmy do Prowansji, gdzie Anthony odziedziczył po babci dom. Zaczął pracować w rodzinnej firmie związanej z lawendą, a ja siedziałam w domu z niebieskimi okiennicami, wśród lawendowych pól, pisałam książkę i – nudziłam się. Kiedy tylko urodziła się Mila, wiedziałam, że czas ruszać w drogę. Za każdym razem, kiedy wchodzę na lotnisko, oddycham z ulgą.

Mila miała dwa tygodnie, kiedy wzięłam ją w pierwszy trekking w nosidle, 14 tygodni, kiedy poleciałam z nią na Maltę, trzy miesiące, kiedy pojechaliśmy z nią samochodem z południa Francji na północ Polski, a osiem – w podróży dookoła Europy, przez 11 krajów. A gdy skończyła 14 miesięcy, wyjechałyśmy we dwie w dwumiesięczną podróż po sześciu krajach Azji – m.in. na Bali, do Malezji i Chin. To nakręciło blog. Ludzie chyba pomyśleli, że jestem szurnięta, i byli ciekawi, czym to się skończy...

Karolina Ponzo z 14-miesięczną Milą na plaży w Malezji. Wyruszyły razem w podróż po sześciu krajach Azji, 2017 r.Karolina Ponzo z 14-miesięczną Milą na plaży w Malezji. Wyruszyły razem w podróż po sześciu krajach Azji, 2017 r. Fot. archiwum prywatne

Anthony intensywnie wtedy pracował, a ja chciałam podróżować. Nie wyobrażałam sobie, że mogę Milę zostawić. I ja bym tęskniła, i ona. Więc wzięłam ją po prostu pod pachę i poleciałyśmy.

Starałam się postępować rozsądnie. Przed wyjazdem do Azji miała wszystkie szczepienia. Przez półtora roku karmiłam ją zresztą piersią, co jest w podróży bardzo wygodne. Nigdy na nic nie zachorowała, w Malezji miała zwykłą trzydniówkę. Raz stało jej się coś poważniejszego – w naszym domu we Francji, kiedy oglądała z tatą „Świnkę Peppę” i tak nieszczęśliwie ześlizgnęła się z kanapy, że złamała obojczyk. Byłam wściekła! „To ja – krzyczałam na męża – biegam z nią po dżungli i po Wielkim Murze Chińskim i nic jej nie jest, a ty jej nie potrafisz upilnować na kanapie?!”

Wiadomo, z dzieckiem jest trudniej podróżować. Nie lubię tych cukierkowych opowieści, w których dzieci nigdy nie płaczą i nie cierpią na jet lag. Mila cierpi na straszliwy jet lag. Ale w ostatecznym rozrachunku – warto.

Łatwiej jest mi zająć się nią w podróży niż w domu. W domu, otoczona toną zabawek, się nudzi, a w drodze ciągle się coś dzieje. Gdybyś widziała jej minę w Kenii, kiedy zobaczyła biegające żyrafy, albo w Tajlandii w parku słoni! Chciałabym jej przekazać, że może prowadzić życie, jakie chce, że na nic nie jest skazana. Że nawet jeśli będzie otoczona ludźmi, którzy jej nie akceptują, to na świecie są miliony innych.

Teraz mieszkamy w Gdańsku. Mila poszła do przedszkola, podszkoli polski. Nie wiem, jak długo zostaniemy. Teraz to ja dużo pracuję, a Anthony zajmuje się córką.

Niekoniecznie w brudnych butach

– Pięć lat temu odwiedziłam siostrę, która mieszkała wtedy w Chinach i uczyła angielskiego. Razem poleciałyśmy na Filipiny – opowiada Ania Skura. – Podróże chyba mamy w genach. Rodzice poznali się w klubie kolarskim, jeździli rowerami po Polsce i po Azji. Kiedy byłyśmy małe, zabierali nas w podróże po Europie. Koleżanki mieszkały w fajnych hotelach, ale w Karpaczu, a my – na kempingach, ale pod Paryżem.

Pamiętam taki moment na Filipinach: płynę w oceanie, wokół mnie lazurowa woda, chłonę całą tę egzotykę. I myślę: życie może być takie piękne. Po co mam zastanawiać się, czy obiad jest ugotowany?

Z tamtej perspektywy, z dystansu, zmiana wydała mi się taka łatwa! I podjęłam decyzję.

Po powrocie do Polski wynajęłam małe mieszkanie tuż przy Pałacu Kultury, który zawsze kojarzył mi się z samym centrum wielkiego miasta. Mój dzienny budżet na jedzenie wynosił 10 zł. Ubrania trzymałam w workach na śmieci.

Miałam być szaloną singielką, ale po miesiącu poznałam Marka. Na pierwszej randce pomyślałam: to jest facet, na którego czekałam całe życie. Na drugiej: to jest ojciec moich dzieci. Był podróżnikiem. „Jutro jadę na miesiąc do Maroka, cześć!” – mówił i znikał. Organizował wyjazdy surferskie. Ja nie mogłam z nim jechać, bo wciąż miałam etat. Prowadziłam wtedy już bloga, ale prawie nic na nim nie zarabiałam.

Rok później miałam przebiec swój pierwszy afrykański maraton w Marrakeszu. Marek mnie zapytał: „To jaki bilet kupujemy? One way ticket? Czy przyjeżdżasz tylko na weekend?”. To była druga przełomowa decyzja w moim życiu. W Maroku wynajęliśmy dom i zajęłam się porządnie blogiem. Bo wierzę, że jeśli nie oddamy się czemuś w 100 proc., nie będziemy mieć efektów.

Anna Skura śpi w wiszącym namiocie niedaleko Czorsztyna, 2017 r.Anna Skura śpi w wiszącym namiocie niedaleko Czorsztyna, 2017 r. Fot. whatannawears

Do tej pory pisałam o modzie. Ale kiedy opisałam swój afrykański maraton, od razu czytelniczki się zainteresowały. Zdałam sobie sprawę, że moje obserwatorki to młode kobiety, które lubią uprawiać sporty i podróżować. Tylko niekoniecznie w brudnych butach i ze starym plecakiem. Chcą wyjechać na Bali, by tam włożyć zwiewną suknię i tak rozkoszować się tamtym światem.

Zachowałam pierwotną nazwę bloga whatAnnawears, ale powstały podstrony: whereAnnaruns, whereAnnatravels, a nawet whatAnnacooks. Zaczęłam dostawać różne zlecenia, propozycje współpracy. Wzięłam udział w trzeciej edycji programu TVN „Agent – Gwiazdy”. Ale prowadzenie bloga to przede wszystkim codzienna, regularna praca, czasem od 6 rano do 22.

W tej chwili zatrudniam kilka osób – menedżerkę, grafika, fotografa, księgową. Jednak większość zdjęć wciąż robię sama. Wymyślam, stylizuję, robię sesje, piszę, organizuję eventy, żeby się spotkać z czytelniczkami. Czasem przez cały dzień odpowiadam na komentarze i wiadomości. „Chce ci się tak? Zostaw już ten komputer” – mówią niektórzy. Pewnie, że mi się chce!

Dziewczyny często mi dziękują, że np. nie wydały 100 tys. na ślub, tak jak chciała rodzina, tylko na podróż życia. W pamięć zapadła mi Gabrysia – napisała, że marzy o wyjeździe do Australii, ma taką możliwość, ale się boi. Przekonałam ją, że takie okazje trzeba chwytać! Po jakimś czasie odezwała się już z Australii!

Wiele kobiet do mnie pisze: „Chciałabym karmić żółwie na Galapagos, ale mam męża, który na pewno nie będzie tego chciał”. Co mam jej napisać? „Zostaw go”?

Ja czuję się szczęśliwa, spełniona, ale to nie przypadek, że znalazłam się akurat w tym miejscu, w którym jestem. To wynik podjętych przeze mnie decyzji.

Mamy z mężem osobne firmy, ale jak tylko możemy, podróżujemy razem. On zabiera swoją grupę, a ja dołączam. Niedługo lecimy do Stanów, we wrześniu do Japonii, sylwestra spędzimy na Sri Lance. Będą to już wyjazdy we trójkę. Na blogu stworzyłam właśnie nowy rozdział: whoAnnaloves.

Konkurs para w podróży

Z ukochanym, przyjaciółką, mamą, córką, z psem? Czekamy na Wasze opowieści i zdjęcia do 19 sierpnia 2018 r. Przeczytaj informacje o konkursie i nagrodach.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.