Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Podróżujesz od lat. Dawniej jeździłaś głównie do Egiptu, by nurkować,  a teraz częściej jeździsz ze swoim mężem Maćkiem do Indii. Zmieniłaś kierunek, ale też motyw podróży.

Nie kręcą mnie już podróże do miejsc tylko po to, by coś zobaczyć, takie dosłowne. Bo w pewnym momencie to, co widzimy wokół siebie, to nic innego jak zmieniające się obrazki. Dziś zdecydowanie bardziej interesują nas podróże w głąb siebie. Można je odbyć, siedząc w domu na kanapie, jadąc do Indii, ale też - czego doświadczyliśmy - np. na Podlasie.

W Indiach zafascynował nas ich aspekt duchowy. Nasza ostatnia podróż do Kerali była wielowymiarowa. Z jednej strony poszukiwaliśmy korzeni ajurwedy, najstarszej, bo liczącej ponad 5 tysięcy lat, nauki o zdrowiu. Z drugiej strony to była nasza pierwsza wyprawa do Indii z Jasiem, naszym 2-letnim synkiem. Podróże z małym dzieckiem są niezwykle kształcące - dowiadujemy się dużo o sobie, ale też o dziecku.

Na pierwszym planie Maciek, dalej Karolina z Jasiem.Na pierwszym planie Maciek, dalej Karolina z Jasiem. Fot. Jarek Tokarski

Powiedziałaś kiedyś, że gdy ty i Maciek pisaliście pierwszą wspólną książkę - a było to pięć lat temu - słowo ajurweda było w Polsce „zakazane”. Tymczasem napisaliście „Jedzenie, które leczy” - całą książkę na ten temat. Co się zmieniło?

Jeszcze kilka lat temu ajurweda kojarzyła się głównie z ziołolecznictwem, z czymś mocno niekonwencjonalnym. Świadomie unikaliśmy więc powoływania się na nią. Nie operowaliśmy też w naszych książkach naturą termiczną produktów (nie określaliśmy, czy są rozgrzewające, czy wychładzające) ani ich właściwościami wynikającymi z konkretnych smaków. Unikaliśmy tych pojęć jako mocno zakorzenionych w medycynie Wschodu. 

Dziś przy naszych publikacjach współpracujemy ze specjalistami, którzy podobnie jak my łączą, a nie dzielą. Korzystają ze współczesnej dietetyki, ale odwołują się również do medycyny Wschodu, np. ajurwedy. Warto dodać, że mówiąc ajurweda, mam na myśli naukę, którą od 1979 roku akredytuje Światowa Organizacja Zdrowia i klasyfikuje jako „koncepcję zdrowia i terapii”. Jest to również jeden z niewielu systemów medycyny niekonwencjonalnej, który od tysięcy lat wykorzystuje chirurgię, w tym chirurgię plastyczną. 

W moim i Maćka przekonaniu ajurweda jest kompletna i wielopoziomowa. Nie skupia się tylko na leczeniu poszczególnych chorób. Jest nauką dotyczącą całego życia. Z jego wszystkimi zakamarkami, niuansami i zmiennościami.

Jest wielopoziomowa, czyli jaka?

Postrzega zdrowie na czterech poziomach: cielesnym, umysłowym, społecznym, duchowym. Mówi, że tylko wtedy, kiedy panuje równowaga na wszystkich czterech poziomach, człowiek jest zdrowy. Jeśli zaś, na którejś płaszczyźnie równowaga jest zachwiana, wtedy już o zdrowiu mówić nie można.  Ajurweda wyróżnia aż sześć poziomów choroby, przy czym tylko na dwóch ostatnich choroba wyraźnie manifestuje swoją obecność i daje trudne do przeoczenia zewnętrzne objawy. Przy czterech wcześniejszych poziomach organizm wysyła sygnały, których jednak najczęściej my - ludzie Zachodu - nie odczytujemy we właściwy sposób. Te sygnały to mogą być problemy z trawieniem, bezsenność, migreny, stres. Zwykle reagujemy w ten sposób, że łykamy proszki przeciwbólowe i nasenne, bezrefleksyjnie, nie zastanawiamy się, który to już raz w tym tygodniu. Przecież nic się nie dzieje i tylko boli nas głowa. A według ajurwedy nic nie boli bez powodu. Ból jest sygnałem nierównowagi w organizmie. Najpiękniejsze w ajurwedzie jest to, że kieruje się zasadą, by zapobiegać, a nie leczyć. Czyli by wychwytywać nierównowagę na takim etapie, kiedy ona jest niegroźna i można z nią sobie poradzić, np. odpowiednią dietą.  

Jedzenie jako remedium na problemy z ciałem i duchem?

Jedzenie jest ważne, ale nie najważniejsze, choć współcześnie tak się często przyjmuje. Praca nad samą zawartością talerza nie przyniesie efektów, jeśli będziemy pomijać emocje. 

Obserwujemy ostatnio taki trend, również na warsztatach wyjazdowych, które organizujemy, wiarę w to, że przez sposób, w jaki się odżywiamy, możemy zmienić całe swoje życie. Jak za „pociągnięciem magicznej różdżki” wykluczanie kolejnych produktów z diety przyniesie nam szczęście. Podam ci przykład. Organizujemy z Maćkiem holistyczne wyjazdy. We wrześniu już trzeci raz lecimy na Sri Lankę. Ich elementem są wykłady łączące psychodietetykę z filozofią Wschodu, uczymy technik oddechowych, medytujemy, praktykujemy jogę, wspólnie gotujemy i najpierw delikatnie oczyszczamy ciało, a później je odżywiamy.  Pierwszego dnia zawsze proszę uczestników, by powiedzieli kilka słów o sobie. To, co nas uderzyło, to to, że coraz częściej tą informacją, która pada zaraz obok imienia, jest: nie jem glutenu, nie jem nabiału albo jestem na diecie wegańskiej. Zupełnie jakby to, co jemy lub czego nie jemy, definiowało nas, określało to, kim jesteśmy. W taką pułapkę wpadamy zwykle, gdy życie wymyka się spod naszej kontroli - wtedy jedzenie, ćwiczenia fizyczne, stają się tymi obszarami, które najłatwiej kontrolować. Wpadamy w kolejne izmy: wegetarianizmy, weganizmy, frutarianizmy. Zaczynamy się odżywiać w sposób, który makrobiotyka nazywa intelektualnym. Naczytamy się o jakiejś diecie i bezrefleksyjnie zaczynamy za nią podążać. Często nie zastanawiamy się nawet, czy nam służy. Czy np. wypijanie wychładzającego zielonego szejka codziennie rano w grudniu jest dla mnie dobre? Oczywiście w samym niejedzeniu mięsa, piciu zielonych szejków czy unikaniu nabiału nie ma nic złego. My też z Maćkiem jesteśmy od lat wegetarianami. Wszystko zależy jednak od naszej motywacji i świadomości. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy żyć po to, żeby jeść, a nie jeść po to, żeby żyć. 

Też kiedyś wpadłaś w tę pułapkę.

Kiedy poznałam Maćka ważyłam 27 kg więcej niż dziś. Życie mnie przeczołgało, stałam pod ścianą. Jeździłam do Indii, przeszłam chyba ze 20 detoksów, wydawało mi się, że się zdrowo odżywiam, praktykowałam ashtangę, a waga cały czas rosła. Doświadczałam właśnie owej wielopoziomowości. Jeżeli w środku nas są pewne mechanizmy i blokady, niewiele wskóramy samą dietą oraz ćwiczeniami. Mnie się tylko wydawało, że chcę schudnąć. Okazało się jednak, że gdzieś głęboko w środku wcale tego nie chciałam. Waga dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Dawała mi pretekst, żeby się nie lubić, nie akceptować. Dostrzegłam to dopiero, kiedy pojawił się Maciek. Pomógł mi uświadomić sobie, że nikt mnie nie skrzywdzi, jeśli nie dam mu na to przyzwolenia. Jeśli się sama polubię i zaakceptuję - choćby częściowo, bo to przecież długi proces - to nikt mi już tej akceptacji nie zabierze. Dzięki temu przekierowałam kamerkę z tego, co na zewnątrz, na to, co w środku. Możemy zatrudnić dwudziestu dietetyków, dziesięciu trenerów personalnych, ale wystarczy chwila stresu i cała ta misternie zbudowana fasadowa konstrukcja runie. 

Zamiast zastanawiać się, co jeść, zastanówmy się w pierwszej kolejności nad tym: kiedy jemy? Czy głód pojawia się rzeczywiście jako fizyczna potrzeba, czy może jedzenie zaspokaja naszą potrzebę bezpieczeństwa, łaknienie miłości? Tak na prawdę nie ma drogi na skróty. To jest system naczyń połączonych. 

Indie.Indie. Fot. Jarek Tokarski

W jaki sposób ajurweda wykorzystuje dietę, by wyciągnąć człowieka ze stanu nierównowagi?

Podczas konsultacji lekarz ajurwedyjski określa się tzw. konstytucję, czyli dominację określonych żywiołów (powietrza, przestrzeni, ognia, wody lub ziemi). Ajurweda podchodzi do człowieka bardzo jednostkowo, mówi, że każdy z nas jest inny, ma inną konstrukcję emocjonalną, a przez to ma inne zapotrzebowanie energetyczne, inaczej trawi, ma skłonność do wychładzania lub wręcz jest mu cały czas zimno. Na podstawie konsultacji lekarz dobiera terapię, dietę i zioła. Większość osób z wizyty u ajurwedyjskiego lekarza wychodzi z długą listą produktów spożywczych i przypraw, które są dla nich odpowiednie, ale też z informacją, jakich produktów i przypraw powinni unikać. 

Według ajurwedy każdy smak równoważy inne żywioły, ma inną naturę termiczną i uwaga: odpowiada za różne emocje. Np. słodki smak, poprzez skojarzenia z mlekiem matki, warunkuje nasze poczucie bezpieczeństwa i dostarcza przyjemności. Jest dla nas jednym z najważniejszych smaków. Dlatego nie należy z niego rezygnować, ale zastępować niezdrową słodycz płynącą z białego, rafinowanego cukru substancjami, które oprócz słodyczy dostarczają nam cennych wartości odżywczych, jak np. słody, melasy, naturalny miód etc. Tymczasem w zachodnich dietach najczęściej to właśnie słodycz jako pierwsza eliminowana jest z diety. Bez poczucia komfortu, bezpieczeństwa niemożliwa jest żadna trwała zmiana. Natomiast ostre przyprawy też nie są wskazane dla wszystkich. Zaleca się je w określonych ilościach osobom ze skłonnością do otyłości oraz depresyjnym, bo ostry przebudza i otwiera oczy. Ale też wznieca gniew.

To, co w ajurwedzie szczególnie ciekawe i co odróżnia  ją od zachodniej dietetyki, to to, że w ogóle nie operuje pojęciem wartości odżywczych. Skupia się na smaku, na naturze termicznej produktów i dań.

Skoro nie wartości odżywczych, to czego według ajurwedy dostarcza jedzenie?

Przede wszystkim tzw. prany, czyli ulotnej energii życiowej. Prana obecna jest wszędzie, np. w powietrzu, w wodzie oraz właśnie w jedzeniu. Dieta satwiczna, najbardziej zalecana przez ajurwedę, powinna być przede wszystkim świeża. Ale uwaga - pojęcia „nieświeże” nie należy mylić z „zepsute”. Według ajurwedy jedzenie staje się nieświeże po upływie 5-6 godzin od przygotowania. Wszystko, co zostaje na noc w lodówce, co jest puszkowane, odgrzewane w kuchence mikrofalowej czy mrożone - już tej energii nie posiada. Brzmi to trochę abstrakcyjnie, sama kiedyś tak myślałam. Dziś jednak wiem, jak się czuję, gdy spożywam świeże posiłki, a jak, gdy jem inaczej. Wysoki poziom energii warunkuje dobre samopoczucie. A dobre samopoczucie jest dla nas najlepszą motywacją. Wszystkie zmiany w diecie można wprowadzać na zasadzie ewolucji, a nie rewolucji. Na każdym kroku obserwując, jak się czujemy. 

Pracując nad książką, spędziliście tydzień w aszramie. Definicje mówią, że to miejsca medytujących ascetów. Coraz więcej ludzi z Zachodu jeździ tam, by wsłuchać się w siebie. Co tam usłyszeliście?

Powiedziałabym raczej, że to miejsce uśmiechniętych, zadowolonych z życia ludzi. Asceza w naszym rozumieniu, zupełnie nie pokrywa się z ascezą w rozumieniu filozofii Wschodu. W tej pierwszej zawiera się pokuta i smutek. W drugiej radość i wolność. Rezygnujemy z czegoś świadomie, np. z alkoholu, bo to poprawia nasze samopoczucie. Coraz bardziej staje się w Polsce popularna tzw. vipassana, czyli medytacja w ciszy. Sam termin „vipassana” oznacza dosłownie „widzieć rzeczy takie, jakie są”. Wielokrotnie uczestniczyłam w warsztatach medytacji w ciszy. To przepiękny, ale momentami trudny proces zaglądania do środka i dostrzegania rzeczy takimi, jakie są. Dostrzeżenia wypieranych emocji i mechanizmów, które sprawiają, że szybko wpadamy w niekontrolowaną złość lub ulegamy depresji. W tej ciszy można w końcu usłyszeć, kim naprawdę jesteśmy. Poczuć radość, która płynie z samego środka. To są trudne do określenia i bardzo ulotne momenty. Trochę jak powrót do domu. Jak już raz wrócimy, to zawsze chcemy wracać. 

Dodam, że praktykowanie medytacji/kontemplacji w ciszy jest również obecne w tradycji chrześcijańskiej.

Komu i na jakim etapie życia polecasz ajurwedę?

Każdemu i na każdym etapie. Ważne jednak, aby robić coś, co rzeczywiście poczujemy i na co mamy ochotę.

***

Woda ziołowa - przepis Karoliny i Maćka:

Fot. Maciej Szaciłło

Kto mnie zna, ten wie, że nie jestem miłośniczką wód ziołowych i naparów. Jednak ten przepis z Ananda Lakshmi Ayurveda Retreat, ośrodka ajurwedyjskiego w Kerali, podbił moje serce. Podbił również serca kolejnych kilkudziesięciu osób, ponieważ przygotowywaliśmy go później na warsztatach. Ta woda jest słodka i bardzo delikatna w smaku. Cynamon, koper włoski i kardamon mają za zadanie poprawić trawienie. Mięta odświeża i łagodzi wychładzającą naturę wymienionych przypraw, dlatego tę wodę ziołową możesz popijać również w trakcie ciepłego lata. By nie była zbyt intensywna w działaniu, dobrze jest rozrzedzić ją dodatkową ilością ciepłej lub letniej wody. 

Składniki:

300 ml

1/2 laski cynamonu

1 łyżeczka kopru włoskiego

3 poszatkowane ziarenka kardamonu

garść listków świeżej mięty

ciepła woda do podania

Przygotowanie: Przyprawy wrzucamy do gotującej się wody. Gotujemy około 5-10 minut. Przed podaniem gotową esencję rozcieńczamy ciepłą wodą. 

Więcej przepisów Karoliny i Maćka na blogu medytujemy.pl oraz w książkach "Karolina na detoksie", "Swojsko. Karolina na tropie polskich smaków", "Karolina odNOWA", "Jedz i pracuj... nad własnym zdrowiem".

Karolina i Maciej Szaciłło, 'Jedzenie, które leczy'Karolina i Maciej Szaciłło, 'Jedzenie, które leczy' Fot. Materiały prasowe

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.