Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Nie boisz się?". Myślę, że to pytanie padało najczęściej po tym, jak poinformowałam bliskich o swoim planie. Oczywiście, że się bałam. Kto by się nie bał wyjazdu na drugi koniec świata i w dodatku w pojedynkę? Ale to nie wyjazdu bałam się najbardziej. Największy strach wzbudzało we mnie odejście z pracy - tej, w której pracowałam osiem lat, która dawała mi poczucie komfortu i stabilizacji. Ale również pracy, która przestała rozwijać i przynosić satysfakcję, a zaczęła szarpać i tak nadszarpane nerwy.

Podróż była marzeniem jeszcze za czasów licealnych, ale przez lata byłam pewna, że już na zawsze pozostanie w obszarze marzeń. Jesienią 2016 roku po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że to marzenie może się spełnić. Zrobiłam bilans swojego życia: byłam zdrowa, tak samo jak i moi rodzice, miałam kilkuletnie doświadczenie zawodowe, chęć zmiany pracy i oszczędności. Rana po rozstaniu z ostatnim partnerem jeszcze się goiła. Zapytałam sama siebie: kiedy, jeśli nie teraz?

Najtrudniejszy okazał się moment złożenia wypowiedzenia umowy o pracę. Po tym zdarzeniu jakby wszystkie zmartwienia się rozwiały, a w głowie zawitała myśl: to się dzieje naprawdę. Wyjeżdżam. Każde kolejne kroki wzbudzały we mnie nie strach, ale ekscytację i ciekawość. Co mnie czeka? Kogo spotkam na swojej drodze? Czy świat jest naprawdę tak piękny jak na pocztówkach? (odpowiedź: jest piękniejszy). Z uśmiechem na twarzy kupiłam bilet do Bangkoku. W jedną stronę. Pierwszy raz w życiu miałam podróżować w pojedynkę. Pierwszy raz od dawna nie miałam konkretnego planu. Postanowiłam, że do domu wrócę, kiedy będę na to gotowa.

Złe samopoczucie, niezadowolenie z pracy i mojego życia towarzyszyło mi już rok przed wyjazdem, więc niezmiernie ucieszyło mnie to, czym przywitała mnie Tajlandia: słońcem, przepysznym jedzeniem i uśmiechniętymi ludźmi. Potrzebowałam czasu, żeby odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale zmianę zauważałam w sobie z dnia na dzień.

To, czego najbardziej w Azji szukałam, to natura - tak różnorodna od naszej. Nie zawiodłam się. Przynajmniej kilka razy zaniemówiłam z wrażenia na widok, który ukazał się moim oczom. Tak było, kiedy nurkowałam w Indonezji i zobaczyłam ogromne manty i przepiękny podwodny świat, tak było, kiedy przemierzałam lasy deszczowe w Malezji, czy wtedy, gdy przechadzałam się po tarasach ryżowych na północy Wietnamu. Zaniemówiłam, oglądając wschód słońca w świątyni Angkor Wat w Kambodży oraz podziwiając zachody na malutkiej wyspie w południowej Tajlandii. Cieszyły mnie małe przyjemności, takie jak kąpiel w wodospadzie, wspólne gotowanie w międzynarodowym towarzystwie czy trekking po dżungli. Pokonałam strach i nauczyłam się jeździć skuterem. Pokonałam wstyd i inicjowałam rozmowy z nieznajomymi. Pokonałam stereotypy i zaprzyjaźniłam się z ludźmi z najróżniejszych zakątków świata. Pokonałam swoje słabości i wspięłam się na wulkan w środku nocy, by ze szczytu zobaczyć wschód słońca. Pomimo zmęczenia uśmiech nie schodził z mojej twarzy.

Ani razu podczas podróży nie poczułam, abym była w niebezpieczeństwie - owszem, podróżowałam rozsądnie, ale bardziej zaskoczyła mnie dobroć i chęć pomocy ze strony mieszkańców Azji niż niebezpieczeństwo, przed którym tyle osób mnie ostrzegało. Często spotykałam się z żywym zainteresowaniem moją osobą, a i ja chętnie wsłuchiwałam się w historie tubylców. Historie niestety nierzadko smutne. To tutaj widziałam biedę, której nie widziałam nigdy wcześniej. I tu chyba pierwszy raz doszło do mnie, jak dużo w życiu mam: wspierającą i kochającą rodzinę, pomocnych przyjaciół, zdrowie, wykształcenie, możliwość podróżowania. Kiedyś wydawało mi się, że to niewiele. Dziś uważam, że to aż nadto. To dużo więcej niż ludzie, których spotykałam na swojej drodze. Nauczyłam się doceniać to, co mam.

Podróżowanie w pojedynkę daje niesamowitą swobodę - zwiedzałam te miejsca, które chciałam, w tempie, który mi odpowiadał, poznając przy tym niesamowitą liczbę nowych osób. To także czas, w którym człowiek poznaje siebie. Ja uświadomiłam sobie, co lubię robić, co sprawia mi przyjemność, a co jest dla mnie stratą czasu. Jakich ludzi lubię, a jakich wolę unikać.

Kilkumiesięczna podróż otworzyła mnie na ludzi, jak nic wcześniej. Dodatkowo stałam się mistrzem w wyszukiwaniu informacji, tanich połączeń i ciekawych miejsc do zwiedzenia, dysponując niskim budżetem - części trików nauczyli mnie inni podróżnicy poznani podczas wyprawy, część odkryłam sama. Nauczyłam się lepiej planować - zarówno podróż, jak i budżet. Stałam się lepiej zorganizowana i bardziej odpowiedzialna. Bardziej niż kiedykolwiek uwierzyłam w siebie.

Podczas podróży w pojedynkę uświadomiłam sobie, że lubię swoje towarzystwo, i polubiłam osobę, którą się stałam.

Wróciłam po kilku miesiącach - z uśmiechem na twarzy, pełna nadziei, spokojniejsza, pozbawiona obaw, chętna do pomocy innym i wdzięczna. Odbyłam najważniejszą podróż w swoim życiu: nie tylko w głąb krajów, które zwiedzałam, ale co ważniejsze - w głąb siebie.

***

Praca nadesłana w konkursie "Moja najważniejsza podróż". Jeśli chcesz wziąć udział w konkursie, opisać podróż lub wysłać zdjęcie, skorzystaj z formatki. Konkurs trwa do 15 sierpnia 2017 do końca dnia.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.