Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pakuję się zawsze w plecak podręczny. Nieważne, czy jadę na dwa tygodnie czy na dwa miesiące. Jest wygodniejszy nie tylko z racji wagi: mniej rzucam się z nim w oczy i mieszczę się do każdego minibusu, a spróbujcie wyjechać takim z Katmandu albo Limy w popołudniowym szczycie. Mój plecak ma 40 litrów i zwykle waży 7-8 kg, co wystarczyło mi na półtora miesiąca w Ameryce Południowej, cztery miesiące w Azji Środkowej i na Bliskim Wschodzie (ale to akurat pestka, bo było ciepło) i trzytygodniową wędrówkę dookoła Annapurny.

Sztukę pakowania opanowałam do perfekcji. Potrafię się umyć w litrze wody, zrobić sobie szafę i wysikać się na pustkowiu płaskim jak patelnia. Umiem też doprowadzić do porządku skórki i paznokcie, kiedy się skubane ślimaczą od wyjmowania rzeczy z głębi plecaka, choć przecież nie mam porządnych nożyczek, bo nie przepuści ich żadna kontrola bezpieczeństwa. Chciałabym powiedzieć, że robię to wszystko z niczego, ale nie – mam zestaw przetrwania. Ewoluował w czasie kolejnych podróży i bez niego nie wyjeżdżam.

>>Ciągnie Cię w świat? Poznaj sposoby na tanie podróżowanie! - rozmowa z Marzeną Filipczak

Klej zamiast nożyczek

Największą zmorą dziewczyńskich podróży wcale nie są chamskie zaczepki, kradzieże i inne strachy, ale higiena. Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy można wytrzymać tydzień bez prysznica. Bez prysznica można, ale bez mycia nie, a umyć się można niemal w każdej sytuacji (chyba że jest tak trudna, że umyć się nie można, ale wtedy też o tym się nie myśli, bo ważniejsze jest rozstawienie namiotu i ugotowanie czegoś ciepłego). Myłam się na ukraińskich dworcach autobusowych, w wietnamskiej toalecie, kirgiskiej jurcie, drewnianej budce w Nepalu na wysokości ponad 4 tys. m n.p.m. i w identycznej postawionej w odległości spaceru od równika. Akurat w tych ostatnich przypadkach gospodynie przyniosły wiaderka z wodą, ale wcześniej musiały mi wystarczyć litrowe butelki. I wystarczyły.

Kluczem do sukcesu jest kawałek gąbki, a ponieważ minimalizuję wszystko, przycinam przed wyjazdem fragment wielkości mydełka. Dzięki temu można się obmyć nawet w szklance wody. W wielu rejonach świata to i tak luksus. Do tego mydelniczka z mydłem albo jego skrawki zapakowane w woreczek strunowy. Najlepiej zabrać kilka takich woreczków – przydadzą się na niedomykające się butelki szamponu, tabletki, które wypadły z blistra, czy wilgotne pranie, które w czasie pory deszczowej potrafi schnąć kilka dni. Zestaw mydło i gąbka jest praktyczniejszy niż wilgotne chusteczki, które na mrozie zamarzają na kość, a w tropikach zwykle nie ma ich gdzie wyrzucić, bo o kosz jest tam nawet trudniej niż o wodę. Kanisterki stoją przy „toaletach”, czyli dziurach w ziemi, i jadłodajniach, czyli słomianych budkach serwujących ryż na liściach bananowca, który je się oczywiście rękoma. Po umyciu wycieramy ręce bandanką noszoną dla wygody w zewnętrznej kieszeni plecaka; sprawdzi się ona też jako chustka chroniąca głowę przed upałem, szalik w czasie jazdy minibusem (wszystkie okna otwarte albo wściekła klimatyzacja), bandaż czy zawiniątko na drobiazgi.

Dobrym i chłonnym ręcznikiem podręcznym jest ścierka z mikrofibry, a dodatkowym, np. do osuszenia włosów – zwykła tetrowa pielucha. Połamane paznokcie i poharatane skórki traktuję klejem Kropelka, który mam zawsze w zestawie przetrwania razem z kawałkiem srebrnej taśmy duct tape (do prowizorycznych napraw), ze sznurkiem, spinaczami biurowymi, z gumkami recepturkami i minikarabinkami (wystarczą takie od breloków do kluczy, którymi spinam końcówki suwaka w plecaku, wychodząc w miasto), woreczkami i przedziurawioną plastikową piłeczką wielkości pingpongowej. Zabieram niewiele ubrań, a na miejscu oddaję je do prania – ze znalezieniem takiego serwisu nie ma problemu nawet na kempingach, kosztuje to najwyżej równowartość kilku złotych. Czasem muszę jednak coś wyprać, a piłeczka służy za prowizoryczną zatyczkę do umywalki, jeśli w hotelu nie ma miski. Do rozwieszenia prania mam sznurek i spinacze. Sznurek to zresztą świetne wyposażenie do tanich pokojów, w których pojęcie „gołe ściany” należy rozumieć dosłownie. Wystarczy go rozpiąć, żeby stworzyć prowizoryczną szafę na ubrania. Najlepszym pomysłem na sznurek zapasowy jest nić dentystyczna: lekka, poręczna i mocna. Awaryjnie można z niej zrobić sznurówki, a kiedyś posłużyła mi jako naciąg do namiotu.

>>Marzena Filipczak zdradza jak podróżować za grosze

Toaleta pod spódnicą

Najbardziej przydatnym gadżetem toaletowym wcale nie jest papier czy podpaski, bo te można kupić wszędzie, a już na pewno tam, gdzie są turyści, ale długa, w miarę szeroka spódnica. Jest jak parawan, który zapewnia mi choć trochę intymności w czasie sikania na pustyniach, w górach, ale także w dworcowych ubikacjach, których drzwiczki zaczynają się na wysokości kolan i sięgają gdzieś do pasa.

Przydadzą się też: wachlarz (wystarczy taki ze sklepu „wszystko za złotówkę”) – do parnych autobusów stojących w korkach i pokojów, w których nie działa wiatrak, bo znowu wyłączono prąd, a także solidny czarny parasol – zarówno na afrykańskie słońce, jak i na monsunowe ulewy, które są krótkie i intensywne, ale ponieważ towarzyszy im zabójcza wilgotność, w kurtce o doskonałych parametrach oddychalności i tak natychmiast robię się mokra.

Niezbędny jest pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak, który chroni nie tylko od wody, ale przede wszystkim od kurzu i brudu.

Polowanie na drobiazgi

Nie mam gotowego przepisu na to, co warto kupić na miejscu, bo to zależy właśnie od tego miejsca. Jest kilka perełek. W Azji Południowo-Wschodniej (zwłaszcza w Wietnamie) szukamy jedwabnej wkładki do śpiwora: leciutka, funkcjonalna, z kopertą na poduszkę – świetnie izoluje od niekoniecznie świeżej pościeli w tanich hotelach i na pryczach w pociągach. W dużych azjatyckich miastach (Hongkong, Kuala Lumpur) warto kupić tańsze niż u nas uniwersalne przejściówki do prądu. W miejscach będących popularnym celem wędrówek kwitnie handel podrabianą odzieżą trekkingową (tu numerem jeden jest Thamel, czyli turystyczna dzielnica Katmandu). Na ogół jest kiepskiej jakości, ale drobiazgi – kijki, kompaktowe plecaki, botki puchowe – na początek przygody z podróżami w zupełności wystarczą.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.