Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK: Jaki mamy teraz rok według kalendarza Majów?

RENATA KOPER: To rok 5 Iq – rok wizjonerów i marzycieli, spełniania siły wiatru, która daje moc do realizacji tego, co wydaje się efemeryczne, ale jest twoje i wiesz, że jesteś w stanie to zrobić. Kalendarz Majów ma 360 dni plus pięć dni na moment przejścia – Nowy Rok, czas przemyśleń, oczyszczenia poprzez ceremonie ognia prowadzone ku czci wody i nieopodal niej.

Ceremonie te odbywają się wtedy codziennie u podnóża wulkanów, które są święte, bo to piersi matki, a lawa to mleko, pożywienie ziemi, i na kamiennych ołtarzach wokół jeziora Atitlán. Kamienie to istoty żywe, słuchają i zatrzymują przekazy przodków, starodawną wiedzę. Podczas ceremonii ognia Majowie słyszą ich szepty. Dużo jest śpiewu i tańca.

Ale jezioro Atitlán to stały punkt „gringo trail”. Backpackersi masowo przyjeżdżają podziwiać widoki i pić wódkę ze św. Maximónem.

Wódkę piją też miejscowi. A oni rzeczywiście wierzą, że w ten sposób Maximón, święty będący połączeniem wierzeń majańskich i katolickich, lekarz, który uwielbiał papierosy i alkohol, może ich uleczyć – wzorem katolickiego duchownego z XVI wieku zwanego San Simónem. Atitlán to taka newage’owa mekka, która sprzedaje różne elementy duchowości z całego świata – joga, porody lotosowe czy warsztaty majańskiego gotowania. Ale obok jest świat równoległy, nieoznaczony szyldami, niekoniecznie wizualnie atrakcyjny – rodzina, która mieszka w niedokończonym betonowym domu, praktykuje tradycje i wierzenia, które przetrwały wiele tysięcy lat. To tam zabrałam znajomego Kanadyjczyka, który chcąc zrozumieć kulturę, błądził od kursu malowania do tkactwa. Kiedy poznał rodzinę Taty Pedro, Strażników Kalendarza Majów, i doświadczył ceremonii temazcal – do małego pomieszczenia wnosi się rozżarzone kamienie, a następnie polewa je wodą – zrozumiał, że świat Majów jest prosty i bogaty jednocześnie. Z szałasu potu wyszedł wyciszony i uważny.

>>Kalendarz Majów źle odczytany. Końca świata nie będzie

Jak odróżnić duchowość jako kolejny produkt turystyczny na sprzedaż od tej prawdziwej?

Na przykład ośrodki duchowe ukryte w uroczym miasteczku San Marcos La Laguna nad Atitlán mogłyby się znajdować równie dobrze gdziekolwiek indziej. Duchowość dla turystów w powierzchowny sposób czerpie z rdzennej tradycji i dostosowuje ją do potrzeb np. tygodniowego kursu. Opiera się na przygotowanych pakietach, certyfikatach i stopniach. A kultury rdzenne po prostu pozwalają dołączyć – nie przygotowują żadnej ładnie opakowanej, wycenionej usługi. Uczestnictwo w rytuałach wymaga pokory i otwartości. Do Taty Pedro, szamana z San Pedro, zawiezie was każdy kierowca tuk-tuka. Tylko musicie wiedzieć, czego szukacie.

Skąd znasz takich ludzi jak on?

Poznałam go w Polsce w 2012 roku, gdy przyjechał na pewien festiwal, a potem zaprosił nas do Gwatemali na ceremonię. A pozostałych – rodziny lamów z Butanu i Indii, Shipibo z Peru, szamanów buriackich, Wixáritari w centralnym Meksyku i innych – poznałam w czasie ostatnich siedmiu lat podróży.

Organizujesz wyprawy do tych społeczności. Skąd pomysł?

Lubię być pomostem między kulturami. Przez ponad dziewięć lat jako pilotka wycieczek poprowadziłam ponad sto wypraw. Obserwowałam, co sprawia, że ludzie czują się dobrze, nabierają energii. Nie jest to luksus ani przeładowany zwiedzaniem program, gdy jedzie się do oddalonego o 400 km miejsca, by zakreślić kolejny punkt na mapie. Ludzie szukają naturalności i poznania poprzez doświadczanie. Uświadomiłam to sobie m.in. na wyjeździe trampingowym na Jedwabnym Szlaku w zachodnich Chinach koło Dunhuang. Spontanicznie zaproponowałam: może pojedziemy na pustynię na dwa dni? Uczestnicy powiedzieli mi potem, że pustynia była esencją tej wyprawy, nigdy nie widzieli takich gwiazd. I ta cisza! Tylko piasek i namioty. To mnie ośmieliło. Czasem klienci nie wiedzą nawet, dokąd chcą jechać, tylko to, jak się chcą czuć w trakcie wyprawy.

>>Mliczewska o podróżach. "Myślałam, że Majowie noszą pióropusze. A spotkałam szamana w gumiakach"

I jak takie wyjazdy wyglądają?

Kluczem do każdej wyprawy jest kontakt z drugim człowiekiem i przyrodą. Organizuję dwa rodzaje wyjazdów – do wspomnianych kultur rdzennych, gdzie naszymi gospodarzami są opiekunowie wierzeń i tradycji: majańscy Strażnicy Ognia, tybetańscy koczownicy, bhutańscy lamowie czy buriaccy szamani. Dzielą się swoją mądrością życiową przez ceremonie i rytuały, ale też codzienność – kuchnię, rozmowy. Drugi rodzaj to fotoekspedycje kulturowo-przyrodnicze z profesjonalnymi fotografami, np. Pawłem Charą, który prowadzi do pingwinów królewskich czy niedźwiedzi grizzly, ale też do nomadycznych plemion Merak czy na Kubę. Wyprawy trwają od 11 do 17 dni, kosztują średnio 13 tys. zł – od 9 tys. zł (Uzbekistan z reportażystą Bartkiem Sabelą) do nawet 45 tys. zł za fotoekspedycję na Alaskę, gdzie cały program oparty jest na oddalonych od cywilizacji lodgach, a transport odbywa się prywatnymi awionetkami.

>>Podróże na Północ. Rowerem na niedźwiedzie

Kultury rdzenne – co to takiego? Ile ich w ogóle jest?

Trudno oszacować, bo w samej Gwatemali jest 25 różnych majańskich etni, mówią w 23 językach, podobnie jest z Shipibo-Conibo w Peru – na granicy Indii z Birmą jest ich ponad sto. A kto wie, ile plemion jest w Afryce? Rdzenne to znaczy, że są praktykowane nieprzerwanie od kilku tysięcy lat. Na przykład tradycja ludzi Wixáritari, którzy mieszkają w Sierra Madre w Meksyku, ma 3,5 tys. lat, więcej ma tradycja szamańska ludów buriackich mieszkających nad Bajkałem. To właśnie stamtąd szamanizm rozprzestrzenił się na obie Ameryki. Te wszystkie kultury, czy to Meksyk, czy Mongolia, są podobne, łączy je szacunek do matki ziemi, drugiego człowieka, mądrość w relacjach – skoro przeżyły kilka tysięcy lat, to znaczy, że ich wartości i idee danej kultury są ważne.

Jakie to idee?

Żyj blisko przyrody, rodzina jest twoją siłą, kochaj innych, bądź wdzięczny. Ale to nie słowa są najważniejsze, tylko to, czego doświadczasz w czasie podróży. I co zabierasz do swojej kultury.

Żeby napisać pracę magisterską na dziennikarstwie, spędziłaś w Kirgistanie trzy miesiące. Skąd się tam wzięłaś?

W 2006 roku, w czasie sześciomiesięcznej podróży z przyjaciółką Magdą po Azji, na trzy tygodnie wylądowałyśmy na mongolskim stepie. I nie było tam niczego, co do tej pory stanowiło o moim życiu: teatru, książek, barów i zasięgu. To było mocne doświadczenie. Zastanawiałam się, czy te rzeczy przypadkiem nie są wypełniaczami życia. A jeśli tak, to co jest jego esencją? Pamiętam, moja przyjaciółka nosiła aparat na zębach, taki z kolorowymi gumeczkami, i jak się Mongołki dowiedziały, że niebawem go zdejmie i wyrzuci, zmartwiły się – bo nigdy nie widziały tak pięknej biżuterii na zębach! Uderzyło mnie, jak różnią się kody kulturowe – to, co u nas brzydkie, gdzie indziej może być atutem. Wtedy zafascynowałam się nomadami, szukałam innych, i tak trafiłam do Kirgizów.

>>"Ow" i "jew" zamiast "uulu" i "kyzy". Kirgistan woli nazwiska z rosyjską końcówką

A w tę podróż do Azji dlaczego wyruszyłaś?

Chyba z tęsknoty za drogą. Mnie zawsze dokądś ciągnęło. Studiowałam na siedmiu uniwersytetach: w Polsce, Francji, Rosji i Finlandii. Cztery razy kończyłam pierwszy rok – na dyplomacji i stosunkach międzynarodowych, europeistyce i języku francuskim. W głębi jednak wiedziałam, że to nie to, co chcę robić. Gdy zdecydowałam się na podróż, mieszkałam wówczas od pięciu lat w Paryżu, gdzie pracowałam, studiowałam na filologii angielsko-rosyjskiej, którą ukończyłam, udzielałam się w polskiej organizacji studenckiej. Dawało mi to tyle bodźców, że nie wiedziałam, czy robię coś, bo tego chcę, czy dlatego, że mam taką możliwość – wieczorki międzynarodowe: czeskie, węgierskie, fińskie, darmowe bilety do teatru i opery. Raz siedziałam na dachu i zobaczyłam, że jestem jak ten szczurek biegający między kamienicami, pod ziemią w metrze, bez przestrzeni i natury. Postanowiłam wyjechać. Okazało się, że mam dużo czasu i pieniędzy – bo te 3 tys. zł, które starczały mi na miesiąc skromnego życia w Paryżu, wystarczyły na trzy miesiące backpackerskiej podróży po Azji.

Polska badaczka Justyna Olko od lat jeździ do Meksyku uczyć młodych Azteków, jak się pisze w ich języku – nahuatl – bo oni potrafią przeważnie już tylko mówić. Nie wydaje ci się, że rdzenne kultury są zagrożone?

Z jednej strony tak. Tata Pedro w czasie celebracji podziękował nam, przybyszom – a było nas ok. 70 proc., jakieś 60-70 osób – że swoją obecnością pokazujemy, że ich tradycja to wartość. W Gwatemali wciąż obowiązuje narracja Kościołów ewangelickiego i katolickiego, która na szamanów majańskich mówi brujos – czarownicy. Np. w autobusie, którym jechałam na celebrację, nikt inny nie zamierzał obchodzić nowego roku majańskiego. Ale z drugiej strony myślę, że potrzeba, by zachować te kultury w niezmienionej formie, często jest nasza, nie ich. Na przykład byłam na północy Indii w Zanskarze, gdzie po trzech tygodniach trekkingu trafiłam do wioski Kargyat i jej mieszkaniec powiedział mi, że nie mogą się doczekać, kiedy zbudują im drogę. Zmartwiłam się, bo przecież ta droga przyniesie alkohol, hałas, plastik. Lepiej, żeby zachowali tę swoją kulturę zza góry (przełęczy Shingo La). A on: „Ale ja chcę móc zawieźć żonę do szpitala, jakby był problem przy porodzie. Skoro ci się tak u mnie podoba, to zamieszkaj tutaj na stałe”. Bez prądu, bez żadnych wygód. To była najszybsza lekcja szacunku do wyborów innych.

>>Justyna Olko ratuje język Indian

Nasza obecność wśród rdzennych mieszkańców różnych części świata nie zaburza ich kultury? Nie niszczy?

Kiedyś tak myślałam – że jeżeli dotrę do wspólnoty i przywiozę latarkę, której nie używają, to przeze mnie ta wioska zmieni się na zawsze. Ale kultura od zawsze podlegała wymianie! Karawany na Jedwabnym Szlaku – od Pekinu, przez całe zachodnie Chiny, aż do Uzbekistanu – przewoziły nowe towary, myśli, instrumenty. To, co niszczy kulturę, to arogancja i brak wzajemnego szacunku. Na jednym z wyjazdów fotograficznych w dolinie Tang w Butanie taka sytuacja: siedem osób robi zdjęcia w domu naszego przewodnika. Pytam: „Nie przeszkadza ci to?”. A on: „Ja się modlę, wy robicie zdjęcia”. Nie widział w tym nic złego ani gorszego: to część naszej kultury, a modlitwa – jego. To przecież tylko nasz filtr.

A możemy jakoś tym zanikającym kulturom pomóc?

Ha, i to jest właśnie kolonialne myślenie. Też się na nim złapałam. Czasami ta pomoc jest potrzebna. Niebawem rozpoczynam akcję na rzecz ochrony praw do ziemi dla Wixáritari, czasami wożę też używane laptopy czy odzież, które im służą. Ale raz wieczorem siedziałam w kręgu u starszyzny majańskiej w Antigua w Gwatemali i spytałam właśnie: „Jak możemy wam pomóc?”. A oni odpowiadają: „My mamy się bardzo dobrze, nie potrzebujemy, żebyście nam pomagali. Pomóżcie sobie. Wróćcie do siebie i żyjcie dobrze w swojej kulturze”. Długo trawiłam te słowa. Bo w jaki uzurpatorski sposób podchodzimy do kultury, która istnieje od trzech tysięcy lat, myśląc, że możemy ją ocalić! Co my o niej wiemy?

Przemysł turystyczny często sprawia, że kultura staje się odgrywanym folklorem. Np. wzdłuż Amazonki wiele plemion przebiera się w tradycyjne stroje, tylko gdy przychodzą turyści, a na co dzień chodzą w dżinsach. Nabieramy się na to, bo chcemy. Czy jednak większość ludzi nie ma innej opcji?

Ma! W podróży jest się gościem, nie turystą, który przyjeżdża i mówi: „Chcę zobaczyć modlitwę o deszcz, bo jest najbardziej efektowna”. A taką modlitwę odprawia się raz w roku. To tak, jakby ktoś przyjechał do nas w lipcu, a że naszym najlepszym świętem jest Boże Narodzenie, to mamy ubrać choinkę, usiąść do stołu i zjeść barszcz. Bo turysta chce zobaczyć, „jak Polacy świętują Boże Narodzenie”.

Skąd pewność, że przed tobą i grupą nikt niczego nie odgrywa?

Pewność rodzi się z poznania kultury. Organizujemy wyjazdy tylko wtedy, kiedy ceremonie naprawdę się wydarzają. Np. do Bhutanu – raz w roku podczas festiwalu ceczu ku czci guru Rinpocze. Niektóre programy przygotowuję latami: zastanawiam się, jak najlepiej wprowadzić innych w kulturę, szukam odpowiednich przewodników, zaprzyjaźniam się. To proces.

Teraz chcę zabrać turystów na doroczną pielgrzymkę ludzi Wixáritari na ziemię oddaloną o 500 km – Wirikutę. Byłam na niej prywatnie rok temu i w tym roku w marcu.

To wyjście poza własny komfort – noclegi na pustyni, wiele dni bez bieżącej wody, lecz gotowi na wyzwania mogą doświadczyć jednej z większych przemian w życiu. Wiecie, że podczas całej pielgrzymki rzeczy nazywane są na odwrót albo całkowicie baśniowo: ogień to lodówka, niebo to ziemia, głowa to stopa? Dostaje się również dwa imiona: jedno w świecie realnym, a drugie w świecie, gdzie nie rządzą prawa fizyki i umysłu. Ja zostałam nazwana wysoką lisicą, inna dziewczyna – szyją indyka, jeszcze inna – jego pazurami. Spytaliśmy 10-latka, skąd takie imiona. Odpowiedział: „Takie jest życie. Przyzwyczajcie się”.

Jak się odwdzięczyć za rytuał?

Prawdziwego szamana poznasz po tym, że nie szuka ciebie, nie szuka bycia szamanem. Niemcowi, Francuzowi pomaga tak samo jak swojemu. Traktuje cię tak jak innych członków społeczności, nawet jeśli masz kilka złotych w kieszeni, zawsze możesz pomóc w ogrodzie czy przy domu. Mieszkańcy zwykle przynoszą kurę, kawałek mięsa, swoje plony, mendel jajek czy worek ryżu.

>>Szamani Majów. Fajki i alkohol uratują świat

Czy rytuał za pieniądze musi być nieautentyczny?

Niekoniecznie. Jeśli np. grupa biznesmenów poprosi Majów o ceremonię w intencji pomyślności firmy i wręczy za nią 500 czy 1000 dolarów – w porządku. Szczerze proszą o coś, co jest dla nich ważne. I dostaną to, po co przyszli. Kluczem jest nasza autentyczność i intencja.

Kto z tobą jeździ?

Ludzie ciekawi innych, zorientowani na przyrodę i doświadczenie. Z większych miast, wykształceni, z przeciętnymi zarobkami, ci, dla których takie podróżowanie jest ważne, bo żyją w odpowiedzialny sposób, albo ci, którzy dużo podróżowali, często stać ich na luksusy, ale nie znajdują w tych podróżach istotnej treści.

Ale potem wracają do korpo, korków. Po co im ta duchowość, skoro przez większość roku funkcjonują w rzeczywistości z niej odartej?

Jasne, wracają potem do swojego świata. Ale ważne, jak go teraz odbierają. Czy stojąc w korku w samochodzie, się denerwują? A może dzięki ceremoniom majańskim, podczas których czas jest jak z gumy, słuchają muzyki i pozostają spokojni? Bo jest tylko ten czas, który teraz się wydarza. Dla mnie następstwem podróży jest przemiana wewnętrzna – jak wpływa na to, co dokoła ciebie.

Znasz przykłady takich przemian?

Jeden uczestnik powiedział mi, że podczas wyjazdu przyglądał się swoim lękom po to, by nie pozwalać swym działaniom grzęznąć w strachu. Po powrocie zmienił pracę, założył mały biznes. Robi to, co dla niego ważne. Inna pani wróciła do rodziny pełna wdzięczności za te relacje, w których jest. Wzmocniła związek z partnerem. Patrzy inaczej na to, co ma. Często dostaję od ludzi maile, że to była ważna podróż, dzięki niej zdystansowali się od życia, podjęli decyzje, przeprowadzili odkładane od miesięcy czy lat rozmowy. To nie dzieje się tylko dzięki rytuałom, ale przede wszystkim dzięki spotkaniu z człowiekiem.

Jeździsz też do kobiet szukać ich mocy. Jak to wygląda?

Kiedyś na północy Peru, 60 km od Iquitos, odwiedziłam Donę Otilię, jest curanderą, leczy. Usiłowałam wtedy zrozumieć, ile mogę z siebie dać w relacji, żeby jednocześnie pozostać sobą. I pytam ją, jakie jest miejsce kobiety w związku. Ona spokojnie tłumaczy: „Kobieta jest odpowiedzialna za dom, za sprzątanie, żeby było czysto, żeby ugotować”. W miarę jak jej słucham, narasta we mnie frustracja. A ona mówi dalej: „Dlatego musi bardzo dobrze rozdysponować zadania między dzieci i męża. Musi dobrze zarządzać domem, aby rozbudzić w innych wartość domowego ogniska, tak by wszyscy na nie pracowali, a ona nie była przemęczona”. Dla mnie to stało się mantrą. Pomyślałam: to takie proste. Pochodzę z rodziny, w której głównie kobiety dbają o dom. Spotkania z innymi kobietami nauczyły mnie mówienia i szanowania swoich potrzeb. Mówię więc, że nie będę miała czasu na gotowanie przez dwa dni. I Bartek, mój partner, robi sushi albo naleśniki nadziewane. Dzielimy się sprzątaniem. Bartek lubi zmywać i odkurzać, ja – myć łazienkę i prać. Ale zawsze możemy tę drugą osobę zastąpić albo całkowicie wyręczyć. Szanujemy siebie i swój czas.

Czegoś jeszcze się nauczyłaś?

Pielęgnowania w sobie mocy, która nie bierze się z walki i siły, lecz z wewnętrznej pewności. Wyobraźcie sobie taką sytuację: święta ziemia Wirikuta, centralny Meksyk. Jest ołtarz, do którego wszyscy podchodzą, by złożyć świece w ofierze – tak jakby szli do komunii. I nagle na trasie ich przejścia, na kamieniu tuż przed ołtarzem, siada szamanka – marakame Turrama. Jest spokojna i skoncentrowana. Nie musi przepraszać ani tłumaczyć, co tam robi – jej siła sprawia, że inni ją obchodzą. Jeśli cel jest dla ciebie ważny, świat się do ciebie dostosuje. To esencja siły kobiet. Pielęgnowałam ją w sobie przy tworzeniu Soul Travel – wiele osób wątpiło: po co kolejna firma, takie wyjazdy niszczą kultury etc. Ale trzymałam się swojej wizji.

>>Kobiety Siuksów ze Standing Rock i klątwa czarnego węża

Jaka w Kirgizji jest pozycja kobiet? Lepsza niż w krajach europejskich?

To Kirgizki pakują, składają i stawiają jurtę, mężczyźni przychodzą tylko na moment podniesienia krokwi dachowej. Są ostoją rodziny, gdy mężczyźni wyjeżdżają wypasać zwierzęta. Nie skarżą się, są silne i dumne z tego, że urodziły się kobietami. Kiedy mieszkałam w jurcie podczas pisania pracy magisterskiej, towarzyszyła mi kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży. Pytałam ją, czy się nie boi, że jest tak daleko od szpitala, że w razie czego nie zdąży. Lecz w niej nie było strachu: „Jak zacznę rodzić, to zaprę się o środkowy pal jurty i urodzę, jak moja mama i babcia”. Jej pewność, że sobie poradzi sama, że wie, jak rodzić pierwsze dziecko, była dla mnie, młodej dziewczyny, ujmująca.

A w rdzennych kulturach nie ma przemocy wobec kobiet?

Owszem, jak wszędzie, czasami dochodzi do nadużyć i przemocy. Chief Running Water, czyli medicine woman w społeczności Setalcott Nation, która mieszka koło Nowego Jorku, powiedziała mi, że wielu kobietom pomagała odchodzić od takich mężczyzn. Mnie z kolei nauczyła, jak mądrze stawiać kroki w relacji. Np. powiedziała mi: „Zanim weźmiesz ślub, wyjedź na kilka tygodni – sama. Z dala od ukochanego, motyli w brzuchu, zobacz, czy ten człowiek jest dla ciebie partnerem. Bo zakochać się możesz w każdym, ale dobry związek możesz zbudować tylko z kilkoma osobami”.

Dużo jest samotnych matek?

Jak wszędzie, jednak samo podejście do samotnych matek bywa różne. Niesamowity jest np. Bhutan, gdzie to powszechne, że ludzie uprawiają seks, zanim wezmą ślub. Mężczyźni przychodzą do kobiet nocami, wspinając się przez okna. Jeśli kobieta zachodzi w ciążę i wie, kto jest ojcem, pyta: „Czy chciałbyś zostać mężem?”. Jeśli nie – dziecko wychowuje razem z rodzicami i życie toczy się dalej. Im więcej ma dzieci, tym bardziej jest doświadczona, atrakcyjna i do wzięcia. A dziecko nie jest wyklęte, tylko akceptowane przez społeczność, która je wychowuje, np. babcia zajmuje się wnukiem trzy dni w tygodniu, choć jej syn nie chciał wziąć matki za żonę. Wielokrotnie to widziałam.

Ale tak w ogóle to wiele mądrych rzeczy powiedziała mi moja własna babcia, jednak zrozumiałam je dopiero w podróży.

Opowiedz.

Siedziałyśmy kiedyś przed domem na wsi pod Ostrowem Wielkopolskim, tuż przed moim pierwszym wyjazdem do Mongolii w 2005 roku. Babcia mówi: „Gdzie ty tam jedziesz, do jakiej Mongolii? Przecież wiśnia niebawem zakwitnie!”. To mądrość kobiety, która niewiele podróżowała, ale wiele doświadczyła – wojny, przesiedlenia. Po co jechać gdzieś daleko, skoro u nas jest wszystko, co trzeba. Babcia miała w zwyczaju robić sobie drzemki na siedząco. I kiedyś, jak miałam 16 lat, to ją obudziłam pytaniem: „Babciu, jak sprawić, by małżeństwo przetrwało tyle lat?”. A babcia: „No, tolerować się”. „A powiedz coś więcej” – nalegałam. „A tu już nie ma nic więcej” – uśmiechnęła się. To samo powiedziały mi potem kobiety na Syberii oraz nauczycielka w Samarkandzie (w Uzbekistanie), która akurat miała 53. rocznicę ślubu. Powiedziała mi: „Po prostu trzeba być dla siebie wyrozumiałym”. Nie trzeba jechać gdzieś daleko, by doświadczyć mądrości kobiet.

To dlaczego ty musiałaś?

No bo każdy z nas ma swoją strefę komfortu. Nazywam to moim czerwonym kubeczkiem. Nie mam takiego, a śnił mi się często nocami na kilkutygodniowych trekkingach: czerwony, z parującą kawą, synonim domu. Trudno nas wypchnąć z przyzwyczajeń. A podróż to robi. I jeśli naprawdę konfrontujemy się z inną kulturą, możemy się zastanowić nad sobą. O, ten Kirgiz ma jurtę i konia, a jest dumny, jakby miał ferrari. Może ja też mam dużo? Wszyscy nomadzi znają swoją genealogię do siódmego pokolenia wstecz. Jak się spotykają, zawsze znajdą krewnego, który ich połączy. Po rozmowach z nimi zaczęłam się zastanawiać: a skąd ja pochodzę? I pytać o to rodziców, babcie.

Oczywiście te przemiany mogą się wydarzyć w inny sposób, ale na mnie podróże zawsze działały. Wierzę, że autentyczna podróż może mieć znaczenie na całe życie, a to, co tam odkryjesz, możesz wnieść z powrotem do rodziny.

A co ty wniosłaś do życia na co dzień, w Warszawie?

Wiem, czego pragnę, i potrafię o to zadbać. Biorę z Warszawy, miejsca, w którym mieszkam, to, co mi służy – spacery w parku, możliwość spotkań z artystami, pisarzami. Nie pochłania mnie przypadkowy wir miasta. Tylko tak można mieć czas na ważne rzeczy, nie przegapić własnego życia i pragnień. Uwielbiam czuć, że tworzę coś, co jest dobre, wyprawy, które mają znaczenie dla ludzi. Lubię śpiewać, gotować dla bliskich i pić wino wieczorami. Może trochę więcej mogłabym się ruszać i uprawiać sport. Tego uczę się teraz od Bartka. Od ludzi z rdzennych kultur się tego nie nauczę – w końcu rzadko się widzi biegających szamanów.

Historie innych podróżniczek przeczytasz w magazynie „Wysokie Obcasy Extra”.

Renata Koper – fotografka, podróżniczka i przewodniczka. Właścicielka firmy Soul Travel, zwolenniczka odpowiedzialnego podróżowania. Uczestnicy organizowanych przez nią wypraw poznają rdzenne kultury na całym świecie. Wzięła udział w setkach ceremonii, m.in. wśród Majów, Shipibo, Wixáritari, u lamów w Himalajach

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.